Sclavus saltans

Poezye. Serya druga

Maro swych gości po uczcie prowadzi,Gdzie zakupieni wczora niewolnicyNa zgniłej słomie, wpółnadzy i bladzi,Wypoczywają, zamknięci w piwnicy.Maro — to znawca! on swoje oboleWie na co wydać, krwi dobrej zna cenę:Jak amor każde u niego pacholę,A mąż — gladiator! choć dzisiaj w arenę!Ot, pierwszy: Numid, nabytek wspaniały!Tors, jakby z bronzu, a włos, jak lwie grzywy.Rzut oka, zda się, przekuć można w strzały,Nerwy drgające wyciągnąć w cięciwy!Przepyszny towar! Gdy Maro go nogąKopnął wołając: „wstań, bydlę!” twarz dzikaSpłonęła jakąś ognistą pożogąI ryknął wściekle: „nie budź niewolnika!”

Co za głos! wstrząsła się podziemna cisza...Lentulus w strachu zgubił wieniec róży...Wielcy bogowie!... Na brodę Jowisza,Zda się, jak gdyby wołał: „nie budź burzy!”Słychać, jak kędyś powstaje bezładniePomsta, co kiedyś nad światem zapadnie...Warczącą przepaść zgrozy słychać zdala...Drżyjcie, to Romę niewolnik obala!Oto powstają wraz z klątwy tej echemGromy strasznego stuleciom wybuchu...Goście pobledli, a Maro z uśmiechemRzekł: „Przez Herkula! wszak on na łańcuchu!”Lecz biesiadnicy cofali się żywo...Maro ich tedy ku innej wiódł stronie,Gdzie, jak łuk zgięty w pyszną linię krzywą,Stał Grek młodzieńczy, ukrywszy twarz w dłonie,I płakał. Biada, kto płacze w niewoli!Łza, jak rdza, męską moc ducha przejada...Kto w więzach słabnie, jest godzien swej doli...Rozpaczającym niewolnikom — biada!On rodzinnego nie ujrzy już nieba,Ni na igrzysku nie chwyci w lot dzidy,Rzuconej ręką gibkiego efeba...Łańcuch rwą tylko lwy, albo Numidy!Łzy — to zbyt wiele, i łzy — to zbyt mało.Goście milczeli; z zapałem artystyWskazywał Maro, jak piękne to ciało

Określa kontur pogodny i czysty.Wtem z boku nuta wesoła dolata...To „sclavus saltans”, Słowianin wpół dziki;Wszędy mu dobrze — i wszędy mu chata,Byle miał pląsy i trochę muzyki!Z młodzieńczej wierzby naciąwszy gałęzi,Uczynił sobie grające narzędzie,Skacząc, zapomniał, że łańcuch go więzi...— Och! niewolnikiem ten był, jest i — będzie!

Comments

Loading comments…