Przed sądem
Poezye. Serya pierwsza
Drobny, wychudły, z oczyma jasnemi,W których łzy wielkie i srebrne wzbierałyI gasły w rzęsach spuszczonych ku ziemi:Blady, jak nędza, a tak jeszcze mały,Że mógł rozpłakać się, i wołać: „matko!”Gdyby miał matkę; i mógł stroić psoty,I pocałunków żądać, i pieszczoty,I spać na piersiach ojca; a tak drżący,Jak ptak wyjęty z gniazda, i już mrący,Wiejski sierota stał w sądzie przed kratką.
A dziwna była ta sala sądowa:Wielka, i pusta, i ciemna, i chłodna,I bezlitosna, i łez ludzkich głodna,I nigdy dla nich niemająca słowaMiłości bratniej, i taka surowa,Tak spiskująca ławkami w półkole
Na ludzką nędzę i ludzką niedolę, —Że Chrystus biały, co stał tam wpobliżu,Zdawał się cierpieć i drżeć na swym krzyżu.
Przy winowajcy nie było nikogo...I któżby bronił dziecięcia nędzarzy?Chyba te wielkie dwie łzy, co po twarzyLeciały jakąś pełną iskier drogą;Chyba dzieciństwo, nędz pełne, sieroty,I chyba tylko promyczek ten złoty,Co mu przez okno upadał na głowę,Jakby Bóg gładził włosy jego płowe.
Wszedł sędzia, spojrzał i rzekł: „gdzie rodzice?”„Nieznani” — odrzekł pan pisarz z powagą.Chłopiec wzniósł zgasłe, błękitne źrenice,I ściągnął świtkę na pierś swoję nagą,Jak gdyby nagle, od jednego słowa,Zjęło go zimno i pustka grobowa...Sędzia zadumał się, pochylił czołaI spytał znowu; „czy w wiosce jest szkoła?”— „Nie”. — Pisarz zwykle chmurny był w urzędzie,Przytem — pytanie było jakoś dziwne...Wahał się chwilę, czy właściwem będzieOdpowiedź chłopca pisać w protokóle;
Więc wyprostował palce swoje sztywneI bębnił zlekka po szarej bibule.
A sędzia patrzył na drżącą dziecinę:Na ręce nagie, wychudłe i sine;Na pierś zapadłą i nędzne łachmany;Na blask tych oczu zmącony i szklany,Gdzie przecież mogły odbić się niebiosy;Na drobną główkę, gdzie myśl głucho śpiącaNie znała świata innego, prócz słońca,I innych wrażeń ożywczych, prócz rosy.
I dziwnym cieniem zaszło mu oblicze,I w piersi uczuł drżenie tajemnicze,Jakby ta sala pusta była tronem,Na którym przyszłość z czołem zachmurzonemZasiada, pełna klęsk i spustoszenia...I jakiemś grzmiącem i ogromnem słowemOblicza plony na polu jałowem,Przed sąd wzywając całe pokolenia...I widział jak szły gęste, ciemne tłumyI tamowały ruch globu w błękicie...I spostrzegł, pełny trwogi i zadumy,Że były chmurą ogromną o świcie,Przez którą przebić nie mogło się słońce,I zmierzch nad ziemią trwał przez lat tysiące...
Widział, że tłum ten — to siła, straconaDla wielkich celów i dążeń ludzkości,I czytał w groźnem spojrzeniu przyszłości,Że chce rachunku z miliona...I ujrzał nagle, że wydziedziczeniZa społeczeństwa swego cierpią winy;I przerażony — posłyszał w przestrzeniSądy — nad sprawą chłopczyny...
„Niechże was Chrystus — głos mówił — rozsądzi,Kto więcej winien: czy ten nieświadomy,Co drogi nie zna i w ciemnościach błądzi?Czy wy, co grube spisujecie tomyKarnej ustawy, a nie dbacie o to,By uczyć dziecię, które jest sierotą...Niechże was Chrystus sądzi!”Lecz krzyż czarnyStał nieruchomy i cichy na stole,Jako milczące wobec łez ołtarze...A sędzia powstał, i szedł, gdzie pacholęBlade czekało na wyrok surowy,I dotknął ręką jego płowej głowy,I rzekł: „pójdź dziecię! ja cię uczyć każę!”
Comments
Loading comments…