Ty mi się nie dziw
Poezye w nowym układzie. Tom I, Fragmenty
Ty mi się nie dziw, że ja cię wciąż pytam,I rzucam: »czemu?« w przestrzenie błękitu...Wszak odpowiedzi nikt mi nie dał jeszcze.Idę — i słucham — i w próżni tej chwytamJakieś przebłyski dalekiego świtu,I jakieś hasła, jakieś wróżby wieszcze...Lecz to są tylko echa — i westchnienia,I starcia myśli nagłe błyskawice,Okrzyki zgrozy błądzących wśród cienia,Łkania — i skargi — i bluźnierstw wybuchyNa bezlitosną życia tajemnicę,Od której konają duchy...
Ty mi się nie dziw! Któż z nas, co dziś żyją,Może zasypiać spokojny i cichy,Jak te powoju dziennego kielichy,Które łez rosy nie piją?I tak się zwinąć, jak one, przed cieniemI nigdy, nigdy nie przebić spojrzeniemTej tajemniczej, gwiaździstej zasłony,
Która drży w ręku Boga od serc bicia,Z jakiem się do niej zbliżają milionyNamiętnych duchów, co idą przebojem,Za żądzy swej niepokojem,I nie chcą bez walki — życia!
Ty mi się nie dziw! — Ja jestem dziecięciemWieku, co wyrzekł, że gdyby mu danoPrawdę, jak gwiazdę jaśniejącą cudem,Ot tak, gotową, zdjętą prosto z nieba,Prawdę, krwią jego serca nieoblaną,I niezdobytą potem ani łzami,Onby ją rzucił, bo jemu potrzebaIść — i zdobywać i łamać się z trudem,Zdumiewać światy śmiałem przedsięwzięciem,Cofać się — padać — powstawać nanowo,Drogi swe znaczyć krwawemi śladami,Konać z tęsknoty czekając na słowo,Które ma kiedyś z ust całej ludzkościDać nazwę świtom przyszłości.Ty mi się nie dziw! — Ja idę w pomroceZwątpień, któremi trują się dziś duchy...Zdala gdzieś — niby promyczek migoce,Lecz wokoło mnie lecą huraganyTchnień niespokojnych, które w samo słońceCiskają strzały swoje pałające,Zdając się wołać: »zdmuchnę — potem stworzę«!
Ach! od tchnień takich, światełko to bożeDrży — i przygasa, jak płomyk, wydanyBez żadnych osłon na wiatru wybuchy...I trzeba wiele wytrwania i siły,Żeby je w piersiach, jak w lampie z kryształu,Zamknąć — i iść tak w łunach ideału,Aż do nieznanej mogiły.
Ty mi się nie dziw! Ja stoję na ziemi,Po której idą tłumami smutnemiLudzie, których ja braćmi memi zowię...Stoję — i patrzę — i płaczę nad niemi,I gdybym była Bogiem, to każdemuDałabym spokój, i światło i zdrowie...I myśląc o tej wieczystej Wszechmocy,Którą mi wiara wskazuje w błękicie,I o tej nędzy, i o łzach tajemnych,O tych stęsknionych — i smutnych i sennych,Dla których śmiercią jest życie;Gubię się w pełnej przerażenia nocy,I pytam namiętnie: czemu?
Ty mi się nie dziw! Co dziś nie zachwiane?Co wiecznie pewne? niezłomne, prawdziwe?Ach! gdybyś wiedział, jak drży serce żywe,Gdy je w dwie strony targają zwątpienia!I gdybyś wiedział, jaką krwawą ranę
W piersiach swych mają ci bladzi badacze,Którzy się w nędzy własnego istnieniaGrzebią, jak w ziemi napół ślepe krety!Ach! gdybyś wiedział, jak serce im płacze,Gdy idą, jako złowróżbne komety,Przez lud, nad którym świecą, przeklinane,Zawsze samotni — i zawsze tułacze,Odarci z uciech, a nieraz i — z cześci...I gdybyś wiedział, ile jest boleści,I ile żądeł — i jadu gorzkiego,Ile poczucia nędzy i niemocy,W tem jednem słowie: »dla czego?«Gdy się je rzuca wśród bezsennej nocyW niebo, co w gwiazd swych srebrzystej poświacieStoi nad ziemią, w cichym majestacie,Jak badań otwarta droga, —Tobyś mógł płakać nad dolą człowieka,Który z śmiertelną trwogą i gorycząSłowo to straszne wyrzeka,I, w nieskończoność patrząc tajemniczą,O losy ziemi śmie pytać się — Boga!
Comments
Loading comments…