Mojżesz
Poezye w nowym układzie. Tom II, Helenica
Odszedł, jak przyszedł — w gromach.— Panie... Panie...Wróć się! odwołaj, w błyskach i piorunach,Ognistej klątwy gorejące słowo,Które nad moją przerażoną głowąW wichrach przelata — i w płomiennych łunachGrzmi po przepaściach niebios: »Niech się stanie!«Wróć się o Panie!......Oto się oddalaNa czterech wichrach spętanych, jak konie,W błysk, który w dłoniach dzierży, piorunowyA za nim chmura, jak czara z korala,Z której ogniste węże piją, płonieOd skier skrzesanych złotemi podkowy...
Ucichło. Tylko pustynia łkającaTarza się w bólach, jako lwica płowa,Co ma porodzić lwa, króla tych piasków...A blade widmo umarłego słońca,W koronie swoich przygaszonych blasków,Z grobu chmur czarnych powstaje...Jehowa!...
Jehowa!... Wróć się!...Cisza. Z burzy progaPan wstąpił w wiecznych błękitów swych gmachy.I tylko w dali mdlejące przestrachyNiosą tęczowy płaszcz Boga.
A więc to prawda? — Ja niewysłuchany,Jako niewolnik odepchnięty nogą,Upadam piersią na wrzące te piaski,I darmo błagam litości i łaski...A latające nademną orkany,Jak sępy, które krążą dookołaTrupów, potęgę kradną z mego czoła,A z źrenic moich kradną krwawe blaski,A z piersi moich kradną jęk i łkanie,I przepalają mi kości pożogąGniewu twojego!...Panie! Panie! Panie!...A więc to prawda? — Obiecanej ziemi,Do której lud mój wiodłem lat czterdzieści,Wśród upalenia pustyń i boleści,Pomiędzy bogi cudzemi...Tej ziemi, którą w gwiazd północnej straży,Nad uśpionemi czuwając widziałem,Jak ten co wielki dzień tryumfu marzy,I spać nie może, budzony nadziejąŻycia całego, i biegnie na szczyty,
By prędzej dojrzeć zórz jasność i świty,Co mają wiekom przyszłym błogosławić...Tej ziemi którą czuję w mej źrenicy,We mgłach tych sinych, co tam błękitniejąNad Chanaanu wodami srebrnemi,Wielkiego celu mych prac i tęsknicy,Nigdy nie ujrzę oczyma własnemi!...
A więc to prawda?... Głos, co światy stworzył,I od ciemności odciął jasność dniową,Rozgrzmiał ten wyrok tu, nad moją głowąI piorunową pieczęć mu przyłożył!...To, o com walczył, to, czego pożądam,Nigdy w żywocie moim nie oglądam!...Dusza się moja umniejszy i skonaNienakarmiona i nienapojona...
O! bogdajżebym, bracie niewolniku,Nie widział twego grzbietu smaganego!Bodajbym nigdy nie usłyszał krzykuNiedoli ludu mojego!O! bogdaj mi się wśród nocy milczenia,Gdym w srebrne gwiazdy patrzał zadumanyNie śniły krwawe skrzywdzonych kajdanyI uciśnionych jęki i westchnienia!Bogdajbym, zanim stanąłem przed królem,Dziesięciorakich klęsk przyodzian mocą,
Strawił się ludu pragnieniem i bólem,Jako mdlejący dzień — nocą!Bogdajbym nigdy w samotnej zadumieOd losu mego nie żądał był znaku!Nie widział Pana w gorejącym krzaku,Ni głosu jego słyszał w wichrów szumie!
A oto każdy, co pójdzie przed ludem,By udarować dniem skazańców nocyChociażby walczył miłością i cudem,I wywiódł jeńce z Faraonów mocy,I kładł swą duszę za bóle ludzkości,Nim ujrzy chwilę odkupienia błogą,Przeklęty przez wiek swój — skona!Ani na skraju nowych czasów stanieTą, która drogę wskazywała, nogą...A kości jego zawieja szalonaRozniesie z burzą dziejową,Nim błyśnie jutrznia przyszłości,Nim to, o które walczył, złote słońce,W przyobiecanej krainie swobody,Ludom wzejdzie ponad głową,I łzy osuszy gorące —I opromieni narody!
Oto oczyma ducha widzę, Panie,Szereg posępny, długi, nieskończony,
Cieniów, szarpanych wichrami skwarnemi...Ja pierwszy pochód otwieram złowrogi,A po mnie — padną miliony,Wśród dziejów cierniowej drogi,U bram obiecanej ziemi,Nim dzień tryumfu nastanie!
Pójdź teraz, burzo! Oto moje włosyPowstały na mej czaszce rozwichrzone,A na mem czole stoją krople słoneKrwawego potu! Oto w moich źrenicachWięcej płomieni, niż w twych błyskawicach!Ja jestem burzą sam!... Wstrząsam niebiosyPotężnym piersi oddechem...A pod mym wzrokiem gaśnie tęcza blada...Wicher się zrywa na moje skinienie,I jak gadzina znów w kłębach opada...Dwa snopy słońca tryskają mi z czoła...W prawicy czuję moc cudu!Duch mój przed siebie przyszłe wieki woła...Idą — i długim powtarzają echemOkrzyk niedoli: »Biada! biada! biada!...Wznoszę ramiona i z Synai szczytuZbieram na skronie słoneczne promienie,Które zażegłem mym duchem...Z ognia korony rozwieńczam praw górę,
Rozdzieram szatę mgły srebrnej z błękitu,Gdzie duchom przyszłości droga...Oto oblekam monarszą purpuręZ rubinowej łuny świtu...I patrzę twarzą w twarz Boga, —Ja, prawodawca, wódz ludu!
Oto zmącone wichrem pyły bladeWstają ponad moją głową,I lekkim wiążą się ruchemW girlandę szarańczy płową,Którą ja na czoło kładę...Oto laska moja trzymaZawieszone serca bicieU króla — i niewolnika...Oto pod memi oczymaW krew się mienią zdroje wodne...Oto jasność dzienna znika...Straszliwe wstają ciemności,Słońce gasi tajemniczaNoc, ludu przestrachem blada...Oto na skrzepłe obliczaSzronem trąd biały opada...Oto ćmy hufiec skrzydlatyPowstaje z mojego tchnienia...Czerwony Anioł zatratyIdzie po najdroższe życie...
Wskróś murów, co strzegą miasta,Wieje śmierci chusta czarna...Przed progiem rzuca niewiastaZasypane zbożem żarna...Cieszą się matki niepłodne...Oto giną pierworodne...Niema litości,Ni przebaczenia!...
Ha! jaka cisza... To pustynia słuchaPrzelotu ducha!
Powstańcie wichry, unieście mię z sobą!Zakryj mnie nocy cieniów swych żałobą!Niech imię moje jako szmer daleki,Nienalezionem będzie w przyszłe wieki!Bijcie pioruny w czoło moje harde!...Pan mnie opuścił! Pan wydał na wzgardę!Zewlókł mnie z mocy mojej majestatu,Na urąganie i zelżywość światu,I ducha swego precz odjął odemnie!Daremnie wołam i płaczę daremnie...Oto już znika z prawicy mej siła,Co głodne manną poranną żywiła...Oto zamiera w piersiach moich słowo,Co otwierało skałę granitową...Oto cofnięta ode mnie moc Boża,
Co rozdzielała na dwoje pierś morza...Oto mi z czoła jasność słońca zbiegła,Co w obcowaniu z Panem się zażegła...Oto w noc cieniów uchodzą już blaskiZ przeobrażonej w berło, cudów laski...Otom jak palma od burzy strzaskana...W prochu skroń moja u stóp leży Pana...Ani lud zechce liczyć między wodzeTego, co łkając padł piersią przy drodze!
Litości, Panie!...Jam zwątpił na chwilę...Lecz kiedyż tacy, co ludy swe wiedliDo celów mglistych, jak kraj ten daleki,Nie upadali w swej wierze i sile,I patrząc w przyszłość, nie bledli?Od brzemion cegły, od taczek, od młotów,Szli za mną bracia moi niewolnicy,I ocierali twarz swą z krwawych potów,A łzy z źrenicy!Szli za mną, smętni, posępni, zmęczeni,Wśród spustoszenia krainy niewoli...Hufiec wybladłych szkieletów i cieni,Przez pół wierzący tylko lepszej doli...Jam musiał, jako matka swego syna,Na ręku nosić duszę ich omdlałą...
A teraz, teraz, gdy przyszła godzina,Tutaj mam złożyć me ciało?
Litości, Panie!...Synai! Synai!Przemów ty za mną gromów swych językiemI tablic twoich kamienną wymową!Pustynio! przemów jękiem swych bezdroży,Kędy się ranny lew tai!O gwiazdo nocy, przemów za mną słowo!Ludu mój, ludu! ach, zbudź się mym krzykiem!Wołaj do Pana!... Litości! Litości!...Niech się odwróci odemnie gniew boży!Niech na tej ziemi, zdobytej tak drogo,W krainie wielkiej przyszłości,Jako wódz ludu, pierwszy stąpię nogą!
Z sennych namiotów dolata westchnienie...Do stóp mych gwiazda obłąkana spada...W szumach się orłów porywa gromada...W dali gdzieś łuna gore piorunowa...Oto czuję twoje tchnienie...Idziesz...Jehowa!... Jehowa!
Comments
Loading comments…