Po sześciu wiekach
Poezye w nowym układzie. Tom II, Helenica
Nie, ja nie wielbię ciebie, Beatrycze,Nie jesteś ty mój ideał niewieści!Boś ty wielkiemu duchowi boleściWtedy zjawiła swe słodkie oblicze,Gdy on się z mroków piekieł już wydźwignął,I bój zakończył i walkę rozstrzygnął.
Nie poszłaś ty z nim, za dni połowicy,W on las posępny, gdzie duch szuka drogi,Nie byłaś światłem dla jego źrenicy,Gdy ją zwątpienia zaćmiły i trwogi.Sam się obłąkał w gąszcz dziką i czarną,Ów wielki tułacz, wyszedłszy z nad Arno.
Ciebie przelękły okręgów tych ciemnie,Co kaźnią ducha i miejscem są męki.Może on wołał i wzywał daremnie,Może napróżno chciał dotknąć twej ręki,Może cię szukał oczyma przy sobieW ogromnej pustce i żywych ciał grobie.
Ciebie ta brama przeklęła swym zgrzytem,Co jak trumienne zamyka się wieko,I dzieli kraje podziemne z błękitem,Z echem pól żytnich i z chatą daleką...Nie, ty nie poszłaś przez ciemne wierzeje,Gdzie ten co wchodzi, zostawia nadzieję!
I łódź ta mglista na martwych wód fali,Co z łez ulane zdrętwiały w swym biegu,Gdzie każda kropla weschnieniem się żali,Bez ciebie — smętna — odbiła od brzegu...Słyszysz ten cichy plusk? To płyną duchy,Lecz ty im swojej nie dałaś otuchy!
Posępny żeglarz sam przybił do lądu,Co ciszą krzyczy, milczeniem co woła,Na puste brzegi przerażeń i sądu,Skąd Bóg odwołał jasności anioła,Lecz gdzie się serca zostało świtanie,Iż jest od śmierci mocniejsze kochanie.
Ciebie przeraził ten wicher, co goniNa wspólną mękę złączone dwa duchy...Widzisz tych dwoje, pierś z piersią, dłoń w dłoni,Jak ich porywa pęd ślepy i głuchy?O Beatrycze, o lilio niebieska,Silniejsza nad cię miłością — Franceska!
Ta, gdy jak gołąb żaliła się biały,Wiesz, czemu pielgrzym, co w piekła szedł cienie,Choć ścichła burza i wichry omdlały,A otchłań miała mir i odpocznienie,Padł, jako człowiek dosiężon złym grotem?Bo sam bez ciebie był, i wspomniał o tem.
Ogniste mary z palącym się włosemPrzelękły ciebie; nie miałaś ty siłyIść, aby cierpieć maluczko ich losem...A te tragiczne otwarte mogiły,Skąd czarne płomie i dym siwy bucha,Zawściągły stopę twą, zdrętwiły ducha.
Cofnęłaś krok twój od bagien tych jadu,Gdzie okowane panują zmierzchniki,Gdzie ten co padnie, przepada bez śladu,Zamknie się nad nim grób, a krzyk ten dziki,W którym z przekleństwem swój żywot wyzionie,Pochłoną czarne bezdennych wód tonie.
Tam, gdzie w lodowe wszczepione katusze,Chłostane biczem śnieżystej zawiei,Łamią się ciała i łamią się dusze,Gdzie konających dni blask trupi świeci,Gdzie dech w szron idzie, a gradem łza pada,Nie miałaś siły iść, stanęłaś blada.
I tam cię także nie widziano, pani,Gdzie duchy krzyczą językiem płomieni...Zdala ty byłaś od owej otchłani,Co się jak czasza rubinów czerwieniMęki swej wnętrzem, a z wierzchu jest czarnaI cicha, wielka kostnica cmentarna.
Tyś się przelękła żałobnych tych borówGdzie drzewo cierpi gwałt, a gałęź woła...Tych pomieszanych duchowych kolorów,Pół potępieńca, a pół archanioła,Którego Bóg sam w tej kaźni zostawićMusi, bo przekląć nie może, ni zbawić.
Twych bławatkowych oczu jasność cichaNie zeszła gwiazdą w prastarej tej nocy,Gdzie ciemność bierze kształt, i smętnie wzdychaPo drogach błądząc, kędy bez pomocyKonającego szept słychać i głosy,Od których cierpnie kość i wstają włosy.
Jak wszedł do piekła, tak wyszedł bez ciebie,Wielki ów piewca jęków, i wieszcz zgrzytów.A tyś lilią kwieciła na niebie,I stałaś w modrej jasności błękitów,Niedosiężona tchem czarnej otchłani...............Nie, ja cię wielbić nie mogę dziś, pani!
Comments
Loading comments…