Ren
Poezye w nowym układzie. Tom II, Helenica
Z pian, na piany, z tęcz na tęcze,Przez rozbitych wód obręcze,Przez odmęty fal,Łódź się ślizga, chwieje, sunie,Po śnieżystem, srebrnem runie,W szumy, w echa, w dal.
Ren odrzuca ją i chwyta,To w błękity leci wzbita,Jak na skrzydłach ptak...To ją złoto — modre pyły,Jak delfina łuską skryły,I cisnęły wznak.
Więc zaprzęga fal łabędzie,Sznury pereł przez krawędzie,W koło biały puch...Nagle skała kłami błyska,W otchłań pędzi, w mrok ją ciska,W beznadziejny ruch.
Opłyniona snów powodzią,Nie dbam, co się dzieje z łodzią,Nie wiem, gdzie jej ster...Z szumem, z pluskiem przez głębinęLotem lecę, pławem płynęWskróś błękitnych sfer!
Na skale, w którą bije Ren,Otchłannym, ślepym gniewem,Kołysze się, jak biały sen,Kwiat biały, z wiatru wiewem.
Ani się troszczy, ani wie,Że śmierć i przepaść dyszyTuż pod tą grudką ziemi, gdzieChwieje się w rannej ciszy.
I nie wie, że jest żywym tchemZaklętej w skale duszy,Którą daremnie srebrnym kłemOd wieku fala kruszy.
Że póki skała zdolna kwiatZ szarości swej wywinąć,Póki ma oddech w słońce, w świat,Nie może spaść i zginąć.
I bije grom, i huczy Ren,I warczy przepaść głucha,A skała śni swój biały sen,I kwitnie kwieciem ducha.
Uderzył we mnie huk i szumNiepowstrzymaną mocą,Chwycona stoję mrocznym dniemI widną nawskróś nocą.
Jasność mi szronów bije w twarz,I śniegi skrawych puchów,A w koło czuję lot i wiewPędzonych w wieczność duchów.
Na drodze stoję, którą wichrPrzestrzenny je rozmiata,I w gwiezdny, skrzący zbija pył,Na przyszły posiew świata.
Bronią się duchy... Słyszę krzyk,Chłostanych srebrnym biczem...Dosyć już mają śmiechu, łez,Chcą spocząć, zostać niczem...
Dosyć już mają żądz i walk,Miłości i nadziei,Chcąc ujść, chcąc paść, chcą wyrwać sięZ żywota czarnej kniei...
Darmo! Chwycone w bytu sieć,Rozerwać jej nie mogą,I z życia w życie, z jęku w jęk,Wichrową pędzą drogą.
W powietrzu świszczy srebrny bicz,Po skałach mdleją echa,A mnie wskróś piersi idzie dreszcz,A otchłań się uśmiecha...
Fala w pyły rozbitaPrzez szklanne leci sita,Przepaść do dna odkryta...
W powietrznym łodzi pędzie,Schylona przez krawędzie,Widzę co jest i będzie...
W świątyni mrocznej klęczę,Pęknięte gwiazd obręcze,Zczerniałe gasną tęcze...
Przepaść w niebo rzucona,Rozwiązane brzemiona,Do zórz droga wyśniona...
Morza rozbite w pyły,Wzburzone ziemi żyły,Wichrowe nowe siły...
Fal tłumnych biją głosy,Łez wniebowziętych rosyLecą na pól pokosy...
Rozkryte tajemnice,W kolorach — śmierci lice,Zrzucone z gwiazd przyłbice...
Proch grobowy odklęty,W ruch puszczone dyamenty,Skrysztalone dusz męty...
Kotwic ruszonych zgrzyty,Łodzie rwane w błękity,A w koło świty... świty...
Z głazu na głaz, stanęłam na wiązaniu kruchem,Co dzień od nocy dzieli, i od śmierci życie,Nad ogromem spienionej przepaści wybuchem...Podemną huk, i mrocznych skrzydeł nocy bicie.
Przez mchowych gobelinów wilgotne poszycie,Otchłań warczy i wstrząsa, jak brytan, łańcuchem...U stóp moich, jej piany, jej gniewy, jej wycie...Depcę je, chłoszczę wzrokiem, jestem tylko — duchem.
Z głazu na głaz zstąpiłam pod wściekłym nawałemWód, pędzących na głowę i mnie i otchłani,Ogłuszona dział śmierci stukrotnym wystrzałem.
I nagle ptaszym piórkiem uczułam się małem,Daleko uniesionem od cichej przystani,I drżąc zakryłam oczy... Byłam tylko — ciałem.
Ocieram czoło z bryzgów. Patrzę, szalejącaWód nawała tabunem grzmi przez skalne szczyty,Dyamentowy pył krzesze jasnemi kopyty,I grzywy mleczne miecie, i w śnieg je roztrąca.
Gościniec wód zawrotny, perłami wybity,Malowany bladością srebrnego miesiąca,Rzuca się... Mleczna droga w otchłań spadająca...Tabun pędzi, w ślad za nim pędzą jasne świty.
Wiem! To jeździec tragiczny, pianami okryty,Przelatuje wskróś ziemię, od końca do końca,I przez noc czasów ciska jutrzenne dziryty!
Wiem! Prometeusz czekał na takiego gońca,Do skały kaźni swojej łańcuchem przybity...Białość grzyw jego widział, lecz nie ujrzał słońca!
Szum i pęd mnie ogłuszył, stu harf słyszę granie!Huk wojny, walka; z wałów srebrnych biją działa...Krater pękł i lawina śniegów się wylała,Pęd orłów... po imieniu wabią się otchłanie.
Wielka symfonja! Fuga ogromna, wspaniała!Echo stworzenne głosu: »— I niech się tak stanie —«Śnił ją Mozart, o tobie myśląc, Don Juanie,I »Requiem« nasłuchując, gdy mu je śmierć grała.
Dziw! Wskróś tego chorału przepaści i bezdnaSłyszę w dali stłumione, echowe odgłosy,Jakie niesie ze sobą noc cicha i gwiezdna...
Słyszę, jak szepcą trawy w łąkach nawskróś rosy,Jak pod wozem żniwiarzy skrzypi droga jezdna,Jak wiatrem rozechwiane na łanie drżą kłosy...
Znam cię, falo, pod niebo zuchwale rzuconaI spadająca w otchłań wieczystej niemocy!Z pian twoich widne dla mnie milionów ramiona,I pęd duchów ku słońcu, i zwycięstwo nocy!
I w huku twoim słyszę ogromne imiona:Prometej, Grach, Spartakus — narodów prorocy,Mężowie czuciem wielcy i myślą wysocy...Imię nad ziemią zabrzmi okrzykiem, i kona.
Lucifer! I twych skrzydeł pęd słyszę ogromny,Po przepaściach lecący, na hymny rozbity,I widzę potępione promienie twej głowy!
Jehowa chciałby zasnąć, uciszyć błękity,Lecz ty, Strącony, światłem walisz się przez szczyty,W locie swym i w swej klęsce wiecznie świeży, nowy.
Comments
Loading comments…