Bez dachu

Poezye w nowym układzie. Tom IV, Obrazki

Noc się podniosła, cała w mgłach i bieliI srebrnem tchnieniem owiała stolicę,I brylantowych iskier błyskawiceRoztliła w śniegów pościeli.Kto miał ognisko własne i ramionaCo go czekały, jak pieszczot ponęta,Mówił do nocy tej: «Błogosławiona!»Kto nie miał, mówił: «Przeklęta!»A takich głosów było, ach! — tysiące...A wszystkie z zimna i zwątpienia drżące,A wszystkie dziwnie przeraźliwe w ciszy...O gwiazdy! czy Bóg je słyszy?Patrzycie blade, i ja patrzę blada,Wicher się zrywa, śnieg zawiewa drogę...O gwiazdy, jeśli która odpowiada,Ja was dosłyszeć nie mogę!...

O nocy srebrna! O nocy, królowo!Ty masz żelazne dla nędzarzy berło...

A mglistą szronów zasłonę nad głowąSpinasz zastygłych łez perłą...O nocy! Czyliż gwiazd twych jasnych z niebaPragnie ta ciżba, wybladła i skrzepła?Przez litość, słuchaj! wszak oni chcą chleba,I tylko troszeczkę ciepła!Ach! gdybym była tobą, o królowo!Największy brylant, co w lazurach świeci,Dałabym nędznym w tę zamieć śniegowąNa chleb i ogień dla dzieci...I wiem, że niebo nie byłoby bledsze,Gdyby za jedną tę gwiazdę w błękicie,Jasne źrenice, gdzie znów wskrzesło życie,Świeciły łzami w powietrze...O nocy ! Cicha idziesz, lodowata,Nad czołem twojem skrzy śniegów korona,A twoja srebrna, ciężka, długa szata,Całunem jest — dla miliona!

Przed bramą, w której płonęły latarnie,Stanął chłopczyna w tę mroźną zawieję...Biedny! on myślał, że mur go przygarnie,Że go ten kamień ogrzeje...Lecz stróż drzwi zamknął na rygle... I narazŁzy się dziecięce, jak perły, rozsnuły...— «Gotów tu zmarznąć, a potem ambarasDla wszystkich... śledztwo... cyrkuły!»

Chłopczyna odszedł, płacząc. — Tam, w oddali,Widać świątyni granitowe mury...A ponad niemi mgła bladych opali,A wyżej — lodowe chmuryI krzyż. Sierota uklęknął przed progiem;W powietrzu, szronów latały dyamenty...Chciał wejść, lecz kościół szczelnie był zamknięty,Razem, z litością — i z Bogiem.Ach! gdyby Chrystus tu przebywał z nami,Wiem, żeby chodził ciemnemi nocamiI zbierał głodnych, zziębniętych nędzarzyI tulił u swych ołtarzy.

Skostniałe dziecię szklanemi oczymaPatrzyło w niebo, gdzie mleczna lśni droga;Chciało się skarżyć, lecz matki już niema,Mówiło zatem do Boga:— «Ojcze nasz»... — Jakto, o synu królewski!Ojca twojego narody zwą Bogiem,A ty, wpatrzony w ten pałac niebieski,Konasz, bez dachu, za progiem?«Ojcze nasz» mówisz?... A czyim ty bratem?Czy tych, co w zbytku umarłą tkwią duszą,I głośnym, pełnych puharów wiwatemGasnące jęki twe głuszą?«Ojcze nasz!»... Boże! czy słyszysz to dziecię,Co usta z nędzy zbielałe otwiera?

Ach! ono wierzy, żeś ojcem mu przecie,I z wiarą taką — umiera!

Dziecię mówiło pacierz... Mgła srebrzystaZ tchnieniem ust jego lekko się rozwiała,Zrazu gorętsza i błękitno biała,Później — dziwnie przeźroczysta,Wreszcie zanikła... wpół otwarte wargiPrzestały szeptać modlitwy i skargi...Wobec ciemnego, milczącego gmachu,Dziecię skonało — bez dachu.

Comments

Loading comments…