Przed sądem

Poezye w nowym układzie. Tom IV, Obrazki

Drobny, wychudły, z oczyma jasnemi,W których łzy wielkie i srebrne wzbierałyI gasły w rzęsach spuszczonych ku ziemi, —Blady, jak nędza, a tak jeszcze mały,Że mógł rozpłakać się, i wołać: «matko!»Gdyby miał matkę... i mógł stroić psoty,I pocałunków żądać, i pieszczoty,I spać na piersiach ojca... a tak drżący,Jak ptak wyjęty z gniazda, i już mrący, —Wiejski sierota stał w sądzie przed kratką.

A dziwna była ta sala sądowa,Wielka, i pusta, i ciemna, i chłodna,I bezlitosna, i łez ludzkich głodna,I nigdy dla nich niemająca słowaMiłości bratniej, i taka surowa,Tak spiskująca ławkami w półkoleNa ludzką nędzę i ludzką niedolę,

Że Chrystus biały, co stał tam w pobliżu,Zdawał się cierpieć i drżeć na swym krzyżu.

Przy winowajcy nie było nikogo...I któżby bronił dziecięcia nędzarzy?Chyba te wielkie dwie łzy co po twarzyLeciały jakąś pełną iskier drogą,Chyba dzieciństwo, nędz pełne, sieroty,I chyba tylko promyczek ten złoty,Co mu przez okno upadał na głowę,Jakby Bóg gładził włosy jego płowe.

Wszedł sędzia, spojrzał i rzekł: «Gdzie rodzice?»«Nieznani» — odrzekł pan pisarz z powagą.Chłopiec wzniósł zgasłe, błękitne źrenice,I ściągnął świtkę na pierś swoją nagą,Jak gdyby nagle, od jednego słowa,Zjęło go zimno i pustka grobowa...Sędzia zadumał się, pochylił czołaI spytał znowu; «Czy w wiosce jest szkoła?— «Nie». — Pisarz zwykle chmurny był w urzędzie,Przytem — pytanie było jakoś dziwne...Wahał się chwilę, czy właściwem będzieOdpowiedź chłopca pisać w protokóle,Więc wyprostował palce swoje sztywneI bębnił z lekka po szarej bibule...

A sędzia patrzył na drżącą dziecinę,Na ręce nagie, wychudłe i sine,Na pierś zapadłą i nędzne łachmany,Na blask tych oczu zmącony i szklany,Gdzie przecież mogły odbić się niebiosy...Na drobną główkę, gdzie myśl głucho śpiącaNie znała świata innego, prócz słońca,I innych wrażeń ożywczych, prócz rosy.

I dziwnym cieniem zaszło mu oblicze,I w piersi uczuł drżenie tajemnicze,Jakby ta sala pusta była tronem,Na którym przyszłość z czołem zachmurzonemZasiada, pełna klęsk i spustoszenia...I jakiemś grzmiącem i ogromnem słowemOblicza plony na polu jałowem,Przed sąd wzywając całe pokolenia...I widział jak szły gęste, ciemne tłumyI tamowały ruch globu w błękicie...I spostrzegł, pełny trwogi i zadumy,Że były chmurą ogromną o świcie,Przez którą przebić nie mogło się słońce,I zmierzch nad ziemią trwał przez lat tysiące...Widział, że tłum ten — to siła straconaDla wielkich celów i dążeń ludzkości,I czytał w groźnem spojrzeniu przyszłości,Że chce rachunku z — miliona...

I ujrzał nagle, że wydziedziczeni,Za społeczeństwa swego cierpią winy...I przerażony — posłyszał w przestrzeniSądy — nad sprawą chłopczyny...

— «Niechże was Chrystus — głos mówił — rozsądzi,Kto więcej winien! Czy ten nieświadomy,Co drogi nie zna i w ciemnościach błądziCzy wy, co grube spisujecie tomyKarnej ustawy, a nie dbacie o to,By uczyć dziecię, które jest sierotą...Niechże was Chrystus sądzi!» —Lecz krzyż czarnyStał nieruchomy i cichy na stole,Jako milczące wobec łez ołtarze...A sędzia powstał, i szedł, gdzie pacholęBlade czekało na wyrok surowy,I dotknął ręką jego płowej głowy,I rzekł: «Pójdź dziecię! ja cię uczyć każę!»

Comments

Loading comments…