Sobotni wieczór

Poezye w nowym układzie. Tom IV, Obrazki

Od zgrzytającej zębami maszynyPowstał znużony, z osłupiałem okiem,W którem się palił płomyk jakiś siny,I przeszedł izbę w milczeniu głębokiem.O czem miał mówić? — Myśl jego wtłoczonaPomiędzy koła, i szruby, i piły,Była tak ciężką, jak jego ramiona,Co się bezwładnie wzdłuż ciała zwiesiły...O czem miał mówić? Wszak świata obroty,Jego pragnienia, i walki i ruchy,Nie dobiegają tam, gdzie ciężkie młoty,Grzmiąc przez dzień cały, ogłuszają duchy.Jak senny przeszedł przez puste warsztatyZ głową zwieszoną, obliczem wygasłem,Aż tam, gdzie kasy okienko z za kratyMigało wypłat tygodniowych hasłem.Wokoło gwarnym cisnęli się tłumemDnia najemnicy, z zamgloną źrenicą;

A zmrok zapadał z głuchym jakimś szumemPonad tych istnień smutną tajemnicą...Zapłatę swoją wziął w ciżbie ostatni,I wyszedł, czoło ocierając z potu.Po dniu spędzonym wśród maszyn łoskotuChciałby usłyszeć głos ludzki, głos bratni,Myśl z odrętwienia rozbudzić w gawędzie,Uścisnąć rękę przyjaźni życzliwą,Poczuć w swym bycie nie martwe narzędzie,Lecz jakieś żywe ludzkości ogniwo...Stanął w ulicy: na rogu jaskrawyNapis obwieszczał, że tutaj dostanieGłośnej muzyki i hucznej zabawy,I zapomnienia o każdej swej ranie...U wejścia para buchnęła gorąca,Tłum w drzwi otwarte cisnął się nawałem,A błędny obłok skrzydłem swojem białemChwytał przebłyski gasnącego słońca...Cofnął się młody robotnik z przed progu;Ten zmierzch wieczorny, przejrzysty, różowy,Jakieś mu dumki nawiewał do głowyO wiośnie, ciszy, przyrodzie i Bogu...Jakieś pytania o życiu, o świecie,Zmąconą falą o duszę mu biły...On czuł się cząstką i ruchu, i siły,Lecz nieświadomą i bierną, jak dziecię...Powiew żywszego, szerszego już prądu

Pchnął myśli jego na głębię od brzegu...Lecz brakło steru, i w błędnym tym biegu,Nie umiał dostrzedz przystani i lądu...Czuł, że są wyższe i czystsze uciechy,Nad wrzask pijanej ciżby i muzyki,Nad wyuzdaną swawolę i śmiechy,Nad brzęk kieliszków, i klątwy, i krzyki...Lecz gdzie je znaleść? Ach, gdyby w tym tłumieUsłyszał jakieś dobre, mądre słowo,Rzeźwiące rosą myśl jego jałową,Jakżeby słuchał w poważnej zadumie!Jakżeby chętnie podzielił się biciemSerca, stwardniałej dłoni swej uściskiem...Jakżeby chętnie żył, choć chwilę, życiemWiedzy, i światła, i prac ducha blizkiem...Stał tak niepewny, a wrzawa kipiała.Przed nim szli ludzie... Myślące oblicza,Siła sympatyi jakiejś tajemniczaNieraz ku niemu przyjaźnie zwracała...Z przechodniów owych niejeden zapewneKochał lud, myślał o jego oświacie,I miał dla niego to uczucie rzewne,Które obcemu nawet mówi: «bracie»...Lecz gdzież są drogi, na którychby duchyDwóch sfer odmiennych schodziły się społem?Czyliż zwyczaje, jak więzów łańcuchy,Każdej z nich ciasnem nie zamknęły kołem?

Przedmiotem czyjej troski i naradyJest znikczemnienie w zwierzęcym spoczynku?...Czyliż więc dziwno, że wyrobnik bladyPostał, podumał, i poszedł — do szynku.

Comments

Loading comments…