Dziecię wieszczek — I

Poezye w nowym układzie. Tom VI, Przekłady

Był sobie... tak się zwykle zaczynająBajki; lecz któż z nas bajek dzisiaj słucha?Świat dziwnie dojrzał, a cuda nie mająŻadnego czaru dla ludzkiego ducha.Romans, nowella nawet, rozkwitająPod hasłem: »naprzód« — Na pieśni — posucha!A kto nadzieją sławy się kołysze,Niech póki życia, nic wierszem nie pisze.

Gdzie czas, gdy starcom, mimo siwych włosów,Zaczarowany flecik OberonaŚwiat rzeczywisty zdmuchiwał z przed nosów?...Czas ów, gdy dziewczę tuliło do łonaSwego Szylera?... Gdy z Goethem, niebiosówSięgał młodzieniec?... Gdzie myśl rozmarzona,Co boskie dźwięki pieśni wieszczów chwyta?Zamiast ich czytać — dziś o nich się czyta.

Odkąd się życie po relsach, wrąc, toczyI leci z parą, śniąc tylko o złocie,Któż muz wybrańca chce widzieć na oczy,Lub słuchać, w zgrzycie maszyn i łoskocie?

— »Dla niepalących!« — Tłum rzeźwy się tłoczy;Ty Auerbacha dobywasz w przelocie...Zaledwo został przez ciebie odczuty,Świst... słychać okrzyk: »Stacya! Trzy minuty!«

Wszechmocne Bogi! Cóż pocznie w tej wrzawieMówiące rymem tylko »Wieszczek dziecię?«Sądzę, że nikt z was, trzech pieśni w oktawieZ rękawa łatwo nie wytrząśnie; przecieTłum ani głową nie skinie łaskawie...Przyjaciel nawet z zwątpieniem poecieRękę podaje, a wielka krytykaBrak mi trzeźwości współczesnej wytyka.

Mniejsza! Dni lepsze ujrzy, kto dożyje...Co do mnie, choćby ludzie śmiać się mieli,Czar stary łatwo duszę mą podbije...Strofa Aryosta zawsze mnie weseli...Pył — i dym, który nad głową się wije,W wiecznego piękna spłókuję kąpieli...Na wielkiej drodze, wbrew karnej ustawy,Pas rozwiązuję — i pluskam w oktawy!

Kto się tem gorszy, niech zdala zostanie,I niech na sucho ratuje swą duszę.Wam jednak, zacni panowie i panie,Maleńkie słówko powiedzieć tu muszę:

Ściśle prawdziwem jest opowiadanie,Które fantazyą upiększyć się kuszę;I mimo polot tych strof idealny,Kierunek cały nawskróś jest realny.

Już Jakób Cazotte rozsnuwał ten wątek.Duch jasny, przecież źródło mętnej wody...Większą część jego pieśni i pamiątekCzas zatarł, pisma jego wyszły z mody.I tylko jeden pozostał nam szczątek,Na wieki piękny i na wieki młody:»Le diable amoureux« — (ostrzegam w nawiasie,Że niedorostkom od książki tej zasię).

Otóż opowieść naszą fantastyczną,Cazotte z uśmiechem satyra, podajePełną psot, figlów, cyniczną, drastyczną,Rażącą czasów naszych obyczaje...Lecz ja, całą jej wartość artystycznąNanowo z źródeł pierwotnych dostaję.Co tu nadmieniam, niech przyzna lub przeczyZnawca Cazotta. — A teraz — do rzeczy!

Był sobie pewien książę w Astrachanie;Kalilbad chanem zwali go poddani;A był tak piękny, jak wiosny zaranie...Królowa matka, mądra bardzo pani,

Gdy mąż jej zaległ grobowe posłanie,Tak wychowała syna, by był dla niejPodporą, chlubą, wsparciem i obroną,Gdy włos zbieleje pod ciężką koroną.

Zaledwo chłopca puszczała od boku:Na radzie państwa, na modłach w meczecie,On wszędzie musiał dotrzymać jej kroku,Pieszo, czy konno, czy w dworskiej karecie.W cnoty wzrastało w promieniach jej wzrokuTo ukochane i pieszczone dziecię;I nocą nawet przy niej zasypiało,Kotarą tylko oddzielone białą.

Lecz sen, płoszony troskami i trudem,Zwykł odlatywać od powiek królowej.Komuż, z tych wielkich, co stoją nad ludem,Spać obowiązek pozwala surowy?Nie było zatem dziwem, ani cudem,Że próżno księżna w puhar kryształowyMieszała opium... aż w szczęśliwej chwiliZnalazł się sposób, co snem ją posili.

Trzy stare wiedźmy, wsławione bajkami,Co opowieści, jak przędzę w lot snuły,Kazała przyzwać, hojnemi datkamiUposażyła je z własnej szkatuły;

Zamianowawszy hof-usypiaczkamiKrólewskiej mości te stare gaduły...A gdy noc przyszła, z kolei wezwanaBajarka, dziwy prawiła do rana.

Królowej jednak, szczególnej kobiecie,Którą poddanych losy rozbudzały,Baśnie o cudach niebywałych w świecie,Zbyt dziecinnemi nieraz się zdawały.W miejscach, gdzie każdy wzdrygnąłby się przecie,Jej cicho do snu powieki spadały,I często — wolna od sztucznej ekstazy —Ziewnęła przez nos, raz po raz, trzy razy.

Ale bajarzom nie zbraknie rezerwyPubliki, która oklaskuje radaDowcip i głupstwa, w równym stopniu werwy.Jakże inaczej żyłaby gromadaPartaczy w sztuce?... Bywają też nerwy,Których narkotyk do snu nie układa.Dość, że ziewania królowej przyczynaW dziwną bezsenność wprawiała jej syna.

Wstrzymując oddech, by lekkiej kotaryNie wzruszyć, leżał i nie zmrużył oka,Śledząc z przejęciem straszliwe poczwary,Karłów, olbrzymów, skrzydlatego smoka,

I pięknych książąt czyny nie do wiary,I dobrą wróżkę, co czuwa z wysoka,Aż przez płomienie i burze szalone,Luby zdobędzie królewską koronę.

O piękny wieku! O wieku złudzenia!Gdy wymysł z prawdą majaczą złączone...Gdy się do cudów zbliżamy bez drżenia,A rzecz zwyczajna przed oczy olśnione,Jak cud się zjawia... Gdy senne marzeniaNa jawie snują niteczki złocone...Obcą ci jeszcze ta mądrość wytarta:»Żadna rzecz twego podziwu nie warta«.

Tak fantastycznych i lotnych mar tłumyNad Kalilbadem, znęcone, bujały,Że często w zmierzchu głębokiej zadumyMłodzieniec tonął w słoneczny dzień biały.Wówczas odgarniał grzywy, co jak szumyKaskady, na kark rumaka spadały,Wbijał ostrogi i puszczał wędzidła —A koń go nosił, jak gdyby miał skrzydła.

I jak dzień długi, lubił się przedzieraćPrzez las, w dumaniach pogrążony cały,Bez celu, ścieżki nie racząc wybierać..A za nim murzyn łuk nosił i strzały,

I milcząc, z nudów zdawał się umierać,Tak mu wycieczki owe dokuczały...Bo musiał gonić za pana rozpędem,Który się dziwnym stał pod każdym względem.

Przed lada jamą wydrążoną w skaleZsiadał, by drzeć się przez ciernie i głogi,I wołać: »Sezam, otwórz się!« — w zapale,I wypatrywać tajemnicze drogiDo Aladyna skarbów, wierząc stale,Że trafi wreszcie w dobrej wróżki progi...Ptakom i gadom przyglądał się bacznie,I czekał, rychło który mówić zacznie...

I to w tym wieku, gdy chluba narodu,Młodzież współczesna, oddawna urągaPodobnym baśniom i wie już od rodu,Że skarby wróżek nie warte szeląga,Że koń skrzydlaty, godzien jej zachodu,Jest ten, co stawkę w wyścigu osiąga,Że siłą — wiedza, czas — złotem, a staryIdeał, to wy, o srebrne talary!

Lecz taki książę, któremu nie trzebaZdobywać sobie karjery na świecie,Ni w pocie czoła dorabiać się chleba,Ten — śmiać się musi z tego! Jemu przecie

Czego zapragnie, to wnet spada z nieba...On żyje we śnie rozkosznym, jak dziecię...I, jeśli duchem nie chce spać na wieki,Musi cel pragnień mieć bardzo daleki!

Negr realistą był najczystszej wody,I za waryata miał pana swojego,Sądząc, i słusznie, że książę ten młodyMógłby coś bardziej robić książęcego,Niż pukać w skały. Sam lubił przygody,I nie był wrogiem uciech, lecz innegoTrochę rodzaju; a choć łeb miał siwy,W lot chwytał każdą, jak ptaka myśliwy.

Kiedy więc księżna spostrzegła stroskanaZadumę syna, wnet negra przyzwała,Który znał jeszcze nieboszczyka pana,I rzekła: »Dusza księcia posmutniała...(Znać, że w Szekspirze była oczytana),— Dlategom ciebie do rady wybrała...Co robić?« — Hussejn kłania się co słowo: —»Pozwól mi działać, wszechwładna królowo!«

I korzystając z pierwszej sposobności,Drogę skierował do uroczej wioski,Która wśród winnic świeżej zielonościKryła się, jakby eden jaki boski.

Tam z ojcem starym żyły w samotnościTrzy piękne dziewy, młode — i bez troski:Z ich to pomocą, w chlubnem przedsięwzięciu,Miał mądry mentor rozum wrócić księciu,

Lecz dziki książę, gdy śliczne dziewczętaPuhar mu wina podały z uśmiechem,Nie spojrzał nawet w błyszczące oczęta,Jakby był ślepym, lub mniemał to grzechem;I czarę, która była owiniętaWieńcem róż młodych, odstawił z pośpiechem...A kiedy piękne puściły się w skoki,Ostrogą konia spiął w obydwa boki.

»Ha, — myślał Hussejn — Od jednego cięciaDrzewo nie pada, a pierwszy krok ponoZawsze najcięższy... Ja-bo od chłopięciaMiałem nicponia sławę ustaloną...Lecz do takiego białego panięcia,Co to ma brodę ledwo opuszoną,Kobieta zawsze w pół drogi wyjść musi.Inaczej — mądry będzie, kto go skusi!

Z trzech sióstr, dwie były zbyteczne w intrydze;A wszystkie nadto pierzchliwe — i młode.Inny tu atut grę weźmie, jak widzę!«Pod wieczór zatem obmyśla wygodę

(Księcia i koni folgując fatydze)W oberży, kędy lubiąca swobodę,Gosposia hoża i nie nazbyt święta,Obskubywała wędrowne ptaszęta.

Przezacny mentor wciągnął ją do spisku;Jak łatwo zgadnąć, prosić się nie dała.Chłopiec był piękny — i godzien uściskuTej nawet, która nigdy nie kochała...Opinja wprawdzie, lubo bez naciskuCoś-nie-coś niby przeciw temu miała,Lecz pałac, stroje i tytuł »metresy«,To też coś znaczy dla serca — i kiesy.

Dała im tedy oddzielne pokoje.Hussejn, zachrapał wnet, jak sprawiedliwy,Co wiernie spełnił obowiązki swoje.W tem, o północy, krzyk go przenikliwyObudził ze snu. Przez pchnięte podwojeKalilbad wpada... Negr nasz, ledwo żywy,»Na Boga — woła — co to?« — A ów, blady:— »Jedziemy!« — rzecze. — »W nocy?« — »Niema rady!«

— »Wasza wysokość gorączką oddycha!Noc jest tak zimna... Wicher dmie na dworze...A płaszcz... lecz gdzież on podział się u licha?Książę jest w nader dwuznacznym ubiorze!«

Ale Kalilbad gwałtem go wypycha.Istotnie, gdyby podzielić z nim łożeSmok przyszedł nocą ciemną, bez wątpieniaMłodzieniec nie drżałby tak z przerażenia.

Odtąd się Hussejn utwierdził w swej wierze,Iż młody książę poprostu ma bzika.Strzegł go, jak zwykle waryatów się strzeże,Nie dając w rękę nawet scyzoryka...A gdy wzrok chłopca utonął w gwiazd sferze,Lub szukał ziela, co groty odmyka,Starego negra mina tajemniczaZdała się mówić: »Szkoda nam panicza!«

W tem, nagle, marzeń idyllę różowąPrzerwał krzyk życia i jego niedoli:Królowa, która była już niezdrową,Oddawna niknąc i gasnąc powoli,Poznała, że śmierć większą jest królową,I że wszechmocy niema w ludzkiej woli...Zmarła; a wielka dostojników radaBerło złożyła w ręce Kalilbada.

Choć w Astrachanie barbaryzm panuje,Kulturą naszą ledwo złagodzony(Zarząd i władzę najwyższą sprawujeSznurek, z cienkiego jedwabiu skręcony);

Przecież jest jeden punkt, który znajdujePrzykładnym, nawet Zachód oświecony;Ten mianowicie, że książę nie robiNic, tylko ludom dziedziców sposobi.

Co oprócz tego czyni — nie popłaca.— Rządy królowej bywały ganione...Więc się już wszystko na dobre obraca,Kiedy młodzieńczy pan bierze koronę.Jest bowiem pewność, że zrazi go praca,Że trud surowy odłoży na stronę,Rząd zda na Boga, rad swemu imieniu»Ojca narodu« — w najmilszem znaczeniu.

Jakież zdumienie, gdy siadłszy na tronie,(Cud ten zrozumiał tylko Hussejn stary),Książe wziął krzepko cugle państwa w dłonie,Praw i powagi pilnując się miary;A piękne panie zostały na stronie,Choćby tak chętnie dzieliły ciężaryRządu, ze ślicznym księciem, który tylkoW oczach im mignął jakąś wolną chwilką.

Wysoka Rada pierwsza z przerażeniemNiebezpieczeństwo ojczyzny pojęła;Widząc ze smutkiem i z wielkiem zgorszeniem,Że książę serjo bierze się do dzieła;

(Mówiono nawet, że bladym płomieniemLampa po nocach w komnacie płonęła...)Więc uradziły głosy zjednoczoneW imieniu ludu błagać, by wziął żonę.

Gdy wezyr zamysł ten objawił panuI krasomówstwem poparł go cudownie,Z wzrostu dynastyi robiąc kwestję stanu,Zląkł się o księcia Hussejn niewymownie!...Zakaszlał, począł biegać, i z dywanuPodjąwszy cybuch, dym puszczał gwałtownie,Jakby powiedzieć chciał: Wszystkie te planyTak się rozwieją, jako dym fajczany!

Lecz jakże zdumiał, gdy pełen powagiKsiążę zapewnił, że jest oswojonyZ obowiązkami tronu, że odwagiMieć będzie dosyć, by ciężar koronyPodźwignąć z jarzmem tak ogromnej wagi,Jak jest małżeństwo. Lecz w wyborze żonyŁatwym nie będzie, a jeśli dziewicySerca nie znajdzie, żyć woli w tęsknicy.

»Dziewicy serca? — rzekł wezyr z uśmiechem —O tę, jak mniemam, nie będzie zbyt trudno...«Tu spis księżniczek wydobył z pośpiechem,Małych i dużych... litanję dość nudną;

»Chciej spojrzeć panie! wszak nie jest to grzechem!Wybierzem młodą, bogatą, przecudną;A jeśli kiedyś wypadnie inaczej,Książę w haremie pocieszać się raczy«.

»Nie! — rzekł młodzieniec — Poznajcie mą wolę!Przysiągłem, kiedym był chłopięciem jeszcze,Że urodzonej na ziemskim padoleKobiety, jako żony nie popieszczę...Dla mnie dziewicę wybrały w swem koleCzarowne wróżki i geniusze wieszcze;Ona z błękitów spłynie do mnie cudem.Idź i oznajmij to przed moim ludem«.

»Książę żartuje! — rzekł dworak zmieszany —Co? Dziecię wieszczek?... Myśl przednia! A przecieŚmiem się spodziewać, iż pewne odmianyW przysiędze owej sprawi — ziemi dziecię«!— »To nie żart — odrzekł książę zadumany —I choć z boleścią zostawię na świecieKraj mój obcemu — jednak rzecz skończona!Dla mnie — lub wieszczka, lub też — żadna żona«.

Rzekł to i wyszedł. Jakby piorun psotnyPadł nagle z nieba i brwi mu osmalił,Tak strętwiał wezyr. Umysł jego lotnyBył porażony. Spojrzeniem się żalił.

Negrowi, który błysk jakiś przelotnyMiał w czarnem oku i fajkę wciąż palił.»I cóż ty na to«? — rzekł do powiernika. —A ów: »Wiedziałem, że książę ma bzika«!

Tegoż wieczora, gdy w chłodnym ogrodzieSpoczął Kalilbad, nadszedł Mufty siwy,O długiej, białej jak śnieg górski, brodzie,Prosząc o posłuch. Starzec ten sędziwyNiejedną duszę w świętym swym zawodzieChwale Allaha pozyskał; nie dziwy,Że za igraszkę miał sobie dziecięcą,Z dziwnych mar głowę uleczyć książęcą.

Nie chcąc jednakże tak nagle napadać,Zasiadł do fajki i sorbetu czary,I krotofilnie począł opowiadaćDworskie i miejskie plotki nie do wiary,I anegdotki, które umiał składaćNaprędce; wreszcie wytykał przywaryMłodego wieku, skarżąc się, że zawszeObłęd ogarnia umysły najprawsze.

»Naprzykład; mówią o Kalilbad-hanie,Że jakąś wieszczkę chce wybrać za żonę...Bardzo to pięknie! Lecz czyż w AlkoranieJest choćby słówko o nich wyrażone?...

Kto kiedy, wieszczki widział w Astrachanie?Albo też dziecko z wieszczki urodzone?I książę miałby dla bajek poety,Wyrzec się szczęścia i pięknej kobiety?«

»Jak to! — rzekł książę — Ty, starzec, zwiesz szałemWiarę w to, czego nie widzi się w świecie?Koran! — Lecz jakąż surę w nim czytałemO tej tu fajce, lub o tym sorbecie,Lub o mnie samym? Jeśli to, co ciałemDotykam, prawdą jedyną na świecie,Cóż więc jest przestrzeń, czas, wiedza, sumienie,Duch, umiejętność?... Czy tylko złudzenie? —

»Wszak sam chcesz, aby świętość była czczona!Dla mnie świętemi są wieszczki-dziewice...I kto się waży wydrzeć z mego łonaWiarę, że w nich są szczęścia tajemnice?...Gdzie milczy ziemskość głucha i skażona,My światom duchów stawiamy granice,Jakby nad naszą tą znikomą bryłąWyższej i świętszej sfery już nie było!

»Czyż nie dość mamy dowodów pewnościW wspólnych mniemaniach powszechnego świata?Cóż są porywy tajemne ludzkościDo czystszych wyżyn, gdzie duch nasz ulata?

Czyliż proroka w rajskie wysokościNie uniósł rumak, jak mara skrzydlata?Wszak ja w to wierzę... I cóż mi odpowieszNa wzlot Majmuna?... Czy kłamstwem to zowiesz?

»Taką mieć żonę, jaką matka była!Lecz wiem, że drugiej nie znajdę na świecie...Dlatego pragnę, by mi uskrzydliłaDucha istota wyższa, wieszczek dziecię.W objęciach kobiet ginie wodzów siła.Tak mi mówiono. Ja ufam poecie,Że mnie do czynu zahartuje szczęścieZ niebianką, którą pojąć chcę w zamęście!«

»No!« — odrzekł Mufty, któremu ten tematZdał się krytycznym (gdyż kazuistyka,Która na każdy wypadek ma szemat,Tu go nie miała. Nawet sofistykaPrzed taką wiarą milkła). — To problemat...Zostawmy kwestyę tę... A ta mistykaI tak ustąpi, na szczęście korony,Gdy książę będziesz więcej doświadczony.

»Przysiąż mi tylko, że gdy za trzy lataWieszczki, w marzeniach twoich wypieszczone,Dla ciebie swego nie porzucą świata,Weźmiesz poprostu ziemiankę za żonę.

A gdy się zjawi istota skrzydlata,Wszak związki z lewej ręki — dozwolone!«— Dobrze! — rzekł książę — Ja dotrzymam wiary!Masz moje słowo! — I z tem odszedł stary.

Jak tylko wieść ta wiadomą się stała,Wszedł u lwów miejskich rodzaj »wieszczek« w modę,Młódź tylko »walce wieszczek« tańcowała,Dworski poeta pisał »wieszczek odę«.Publiczność serjo całkiem roztrząsałaKwestję płodności wieszczek, ich przyrodę...A to, czy wieszczka zamężna, podległąJest śmierci, głośne dysputy zażegło.

Filozof tylko wzruszał ramionamiI dał do druku, przy tej sposobności»Metafizykę wieszczek« z przypisamiI ofiarował »Jego Wysokości«.Miał też za swoje! Mówiąc między nami,Książę nie znosił mądrych wątpliwości.Rozkazał przeto, by autor poślubił»Hof-usypiaczkę« — lubił, czy nie lubił!

W miarę, jajak wieść ta po kraju się niosła,Powstały krzyki i wielkie rozruchy...Chór starych panien wołał: »To rzecz wzniosła,Hamować zmysłów szalone wybuchy!«

Mężczyźni drwili... Straszna burza wzrosła,A po haremach chodziły posłuchy,Że panie mocno uczuły zniewagę,Iż je odrzucić książę miał odwagę.

Krewkość młodzieńcza sąd nader łaskawyU pięknych kobiet znajduje wogóle;Don Juan tylko na scenie plugawy...W życiu nań patrzą ze smutkiem a czule...Cnota z krwią rybią – okaz nie ciekawy!Kto nie zapłonął nigdy wbrew regule,— Wprawdzie chłopiętom za przykład się daje, —Lecz grzesznik więcej współczucia doznaje.

Dopieroż książę! Wszakże dlań goręcejSerce u każdej uderza kobietki...Mógł zrobić wybór z pomiędzy tysięcy...Fanatyk! Wszystkie blondynki, brunetki,Odrzucić!... jakby te nie miały więcejWdzięków od wieszczki, powietrznej kokietki...I to bez próby! Młody jest, jak róża,A kobiet nie chce!... Ależ to oburza!

Tak wyrzekały piękne Astrachanki,Które się różnią bardzo bez wątpieniaOd naszych kobiet; ale kurtyzanki,Mogą się od nich uczyć doświadczenia...

Czy równie biegłe są śliczne sułtankiW intrygach dworskich, niechaj sam oceniaKażdy, kto tylko będzie dość cierpliwy,Żeby doczytać ten opis prawdziwy.

Ogród, gdzie z szumem biły chłodne zdroje,Leżał pod zamkiem, i z tej właśnie stronyMiały swe okna sypialne pokoje.Tu nieraz książę w dumach pogrążony,Słowiczych pieśni słuchał, i gwiazd rojePozdrawiał, blady, samotny, stęskniony...Nieraz, w godzinie duchów go widzianoW oknie, objętem girlandą różaną.

Była noc letnia. Srebrzysty i bladyKsiężyc wszedł w pełni. Kalilbad wpół sennyCzytał, jak zwykle, tom Szecherezady,(Duszy to jego pokarm był codzienny.)W komnacie łuny miesięcznej kaskadyBiły, zmierzch tworząc przejrzysty, promienny...Wstał wreszcie książę i w oknie wsparł głowę,Śniąc światy duchów jak mgły księżycowe.

Wtem, widzi — nizko, kędy złote piaski,Znaczą trzy ścieżki na rozstaj przecięte,Zjawisko srebrne, jak miesięczne blaski...Kobieta — czy też widziadło zaklęte,

Stoi w okręgu, który końcem laskiZakreśla druga... obie owinięteOd stóp do głowy w obłoczne zasłony,Których nie może przebić wzrok zdumiony.

Patrzy — wtem pierwsza na kolana pada,A druga, z twarzą ku niebu zwróconą,W blaskach księżyca stoi cicha, blada...Nagle posłyszał pieśń dziwnie nuconą,Która w westchnieniach rwie się jak ballada...Ledwo śpiew umilkł, jak gdyby rzuconąZ nieba, gołąbkę ujrzał, a z altanyPełznął wąż, w dziwne centki nakrapiany.

Przypełzł i żywą przepaską się zwinąłWokoło szyi tej, co stała w kole:Tymczasem biały gołąbek opłynąłNad głową drugiej — i siadł na jej czole,I jak dyadem skrzydełka rozwinął;Zasłony z ramion frunęły na wolę;Jedna w czerwieni, a druga w błękicie,Zaczęły tańczyć, jakoby w zachwycie.

A gdy się obie zgodnym niosą ruchem,Gołąbek wzleciał... wąż kręgiem go ściska,Mieszając pierścień szmaragdowy z puchemBiałej ptaszyny, jak twór bez nazwiska...

A kiedy pragnień porwany wybuchem,Książę chce wybiedz, obaczyć cud zbliska,Nim krok postąpił — wszystko jedną chwilkąZnikło, jakby snem to było tylko.

I niedowiarka — o to się założę! —Zmieszałby dziw ten; cóż Kalilbad-hana?Z płonącą duszą chodził tam, po dworze,Gdzie znikła para tanecznic świetlana...I ledwo wtedy rzucił się na łoże,Gdy kogut opiał świt białego rana,Wierząc najmocniej, gorączką trawiony,Że mu cud wielki był dziś objawiony.

Jak człowiek, który w najdroższem spojrzeniu,Ujrzawszy pierwszy promyk wzajemności,Chodzi, jak gdyby w sennem osłupieniu,I żadnej zwykłej nie tknie się czynności,Czekając, rychło w lubem upojeniu,Znów mu zabłyśnie błogi świt miłości:Tak pełen jakiejś rozkosznej niemocy,Czekał Kalilbad przyjścia drugiej nocy.

Tym razem jednak, nie chciał tam, na górze,W oknie z daleka oczekiwać wróżek.Zaledwo księżyc zabłysnął w lazurze,Szedł gorejący wśród kwiecistych dróżek,

Tak w szału swego zatopiony chmurze,Iż posłyszawszy kroki (nóg, nie nóżek),Zapomniał, że się wieszczki we mgłach rodząI że bujają w wietrze — nie zaś chodzą.

I znów, jak wczoraj, mary zakwefioneStanęły, kędy koła widne ślady;I znów te same sztuki powtórzone:Klękanie, modły, tajemne narady...Znów pod wężowe pierścienie zielonePodpłynął gołąb... gdy wtem, wypadł bladyKsiążę z ukrycia i z błagalnym gestemRzekł: »Duchy jasne! Sługą waszym jestem!

»Błogie istoty! niech znam imię wasze,I cel przybycia i tajne zamiary!...Żadnych się trudów dla was nie ustraszę,Jeśli zechcecie przyjąć me ofiary«!Tutaj, wzruszone, obie panie naszeSpojrzały, milcząc, zwyczajnie, jak mary,A jedna wzrokiem zdawała się błagaćDruga: »No dalej! przestańże się wzdragać!

»Książę! — wyrzekła wreszcie grubym głosem,Jaki z ust wieszczki od początku świataNie wyszedł; (Zgadłby słuchacz z lepszym nosem,Że nie ambrozya z ustek tych zalata...)

— Przebaczam, nad twym litując się losem,Żeś złamał koło, które nas oplata...Jeśli przysiężesz wierność i milczenie,Usłyszysz rzeczy ważne nieskończenie.

»Znasz już zapewne wsławione imionaCnej Mofetuzy oraz Kankrelady?Patrz! tych to wieszczek para uwielbionaChce ci łask swoich użyczyć i rady.Pragniesz, by z świata duchów narzeczonaŻoną ci była, o młodzieńcze blady?Jest takie dziewczę, więc nie trać otuchy,Jednym zamachem zabijem dwie muchy!

»Wiedz, że prawdziwa wieszczka czystej rasy,Która się waży poślubić człowieka,Chociażby króla, na wieczne już czasyWygnana, próżno przebaczenia czeka.Taka to kara za miłość KarkasyDla Foh książęcia, dotąd się przewleka...Z krainy wieszczek za chwilę słabościWyklęta, żyje w ciężkiej samotności.

»Na dzikiej wyspie, wpośród mórz, nieznana,Hoduje dziecię, istnego anioła...Czasem odwiedza ją wieszczka Morgana,(Morganatyczność nie razi jej zgoła),

I ta przysięga, że w krainach chana,A może nawet na świecie dokoła,Niema piękności tak cudownej miary,Jak piękność wieszczki dziecięcia, Giulnary.

»Przecież, nieszczęsna! za matki swej winyPonosi karę, choć niezasłużoną;Żaden duch, z wieszczek uroczej krainy,Dziecięcia błędu nie nazwie swą żoną...Świat nawet gani takie zaślubiny.Któż chce, by żonę »podrzutkiem« mu lżono?Choć tron ozdobić może wdzięk Giulnary,Któż zechce patrzeć na ród jej przez szpary?«.

— »Ja! — krzyknął nagle wzruszony młodzieniec —Dzięki wam wieczne!... Więc lud mój obaczy,Żem nie fantastyk żaden, nie szaleniec,Co w chorej głowie widziadła majaczy!Niegodny wprawdzie jestem oblubieniecDziecięcia wieszczki, lecz gdy przyjąć raczyMiłość mą, wierny będę aż za grobem!Lecz gdzież ją znajdę? i jakim sposobem?

»Cicho, na Boga, burzliwy młokosie!Już my królowę przez węża pytały,I przez gołębia, co o twoim losiePostanowiła. Wieść dobrą nam dały.

Lecz teraz, gdy krzyk lecący po rosie,Potargał pasma mgły, co szal jej tkały,Gniew ją ogarnął! Nie wiem, czy przebaczy,Dla dawnych zasług, ten hałas prostaczy!

»Odejdź! Będziemy pytać jej nanowo...Jeśli »tak« powie, jutro już dziewicaNa puchach ptasich, nocą księżycową,Spłynie w twe progi, jak oblubienica.Lecz musisz tutaj książęce dać słowo,Że nie wpierw zechcesz oglądać jej lica,Aż u drzwi swoich usłyszysz pukanieI głos: »już czas jest«. Wtedy — niech się stanie!

»Matka nie życzy, aby przed miesiącem,Żoną ci było niewinne jej dziecię.Nie waż się tedy słówkiem zbyt gorącemDrażnić ją pierwej; lecz jak bywa w świecie,Królewskich skarbów opromień ją słońcem,Jako swą przyszłą... wszak wy to umiecie!Lecz, ani słówka ni w domu, ni w tłumie...Nie wart jest szczęścia, kto milczeć nie umie«.

Skończyła wróżka; książę zachwyconySkłonił się niemy i do zamku wrócił,Zapewne, każdy więcej doświadczonyGruby ten figiel w śmiech byłby obrócił.

Lecz nasz marzyciel, szczęściem odurzony,Zamknąwszy oczy, w kraj ułud się rzucił.Przebiegał pokój wzdłuż, wszerz i ukośno,Strofy Hafiza deklamując głośno.

Wtem: puk, puk! »Kto tam?« »Czas wieczerzać panie«,»Nie jestem głodny«. »Ach! niechby obaczyłPan mój — choć pasztet... Ostygło już danie,Gdy książę klątwy jakieś szeptać raczył«...Kalilbad odrzekł: »O gdybyś był w stanieOcenić raj ten! Próżnobym tłómaczył,Milczeć mi trzeba!... Jedzcie, przyjaciele...Pieśni! muzyki! Przyszlij mi kapelę!«

Westchnął i odszedł negr, drapiąc się w głowę.Wkrótce, gdzie kwitną pomarańcze złote,Zabrzmiały dźwięki stłumione, echowe,Jakby nadzieje głosząc i tęsknotę.Hussejn tymczasem miał kłopoty nowe,Siedząc za stołem i ciężką robotę,Spożywał bowiem za dwóch, aby w dworzeNikt nie powiedział, że pan jeść nie może.

A gdy do pełna boki już wyłożył,Zapalił fajkę na długim cybuchuI na puchowej sofie się rozłożył,Taki monolog wiodąc z sobą w duchu:

»Większego głupca jeszcze Bóg nie stworzył,Jak marzyciela sławy o czczym brzuchu!Niech mi kto zechce pytanie rozwiąże:Kto tu jest panem? Ja — czy też nasz książę?

»Jak król jem, piję; odziewam się w złoto,W jedwab, w aksamit; ministrom powiadamO każdym księcia katarze; hołotąDworską, jak zechcę tylko sam, tak władam.Kobietki wdzięczą się do mnie, z ochotąSzepcąc najmilsze słóweczka... PosiadamMłode huryski, stare wina, wpływy...I król Salomon nie był tak szczęśliwy!

»Brak tylko nazwy, lecz kto ją ma, dzienniePodpisać musi dekretów tuziny,(Czytając, jeśli rzecz bierze sumiennie),A przytem dobrze napocić czupryny,Zmarszczywszy czoło monarsze solennie...Taka królewskość... a! to czyste drwiny!Ten tylko żywot prowadzi książęcy,Kto je, używa, pije — i nic więcej!

»Tak zwykli czynić mądrzy monarchowie.Ale nasz książę... zmiłuj się ty, Boże!Wolałbym dyabłu powiedzieć »na zdrowie!«Niż nosić takich umartwień obrożę...

Co on, u licha, powinien mieć w głowie,Jeśli nie piękne odaliski hoże?«Tu począł drzemać, pełen przeświadczenia,Że kamerdyner — jest panem stworzenia!

Comments

Loading comments…