Dziecię wieszczek — III

Poezye w nowym układzie. Tom VI, Przekłady

Za każdym wzlotem w ślad idzie znużenie;Za szałem — niemoc; w zwykłym biegu rzeczy,Wzniosłe — powszedniość otacza jak cienie,A bohaterom duch Tersyta przeczy.Tak i ja czasem daję zezwolenie,By Hussejn mówił, choć uszy kaleczy,Prawiąc wam rzeczy takie, na mą duszę,Że sam za niego rumienić się muszę!

Naprzykład takie, jak wyżej, gadanie,Którego dłużej nie mogłem już znosić,To: «złe konieczne»… Czy gburowi paniePrzebaczyć zechcą? Muszę je przeprosić…Słysząc szyderców i pochlebców zdanie,Że prawda w środku — słusznie można wnosić:«Złem» nie jesteście, wszakże «koniecznością»Prawdziwy mędrzec uzna was z trudnością.

Ktoś, kiedyś, nazwał was «upojeń czarą»Przy uczcie życia, wy — to słodki trunek!Lecz nawet dobre — dobrem jest pod miarą.Do głowy nieraz idzie pocałunek…

I święty Paweł rozkosz zwie przywarą,Choć na wzmocnienie — konieczny warunek —Zaleca puhar. Któż grona przeklina,Gdy go odurzą flasze pełne wina?

Wszak z tem się drażnim, co nam miłe bywa:Pozna uroki kobiet, kto je łaje.Cała Hussejna wymowa złośliwaZdradza słabostkę i lekkie zwyczaje…W czarnej swej skórze, prostak ten ukrywaWłaściwe sobie cnoty, choć się zdajeTeraz bezczelnym, rozpustnym, cynicznym,Niezawsze bywał tak pessymistycznym.

Niegdyś go w smutek pogrążała błogiWełnisto-włosa piękność pokolenia;Lecz odkąd handlarz dusz porwał ją srogi,Wygasł żar tego czarnego płomienia.Dziś zna «kobiety» tylko w liczbie mnogiej.Czas jednak, czarną swą żagwią zniszczenia,Czarnej sylwetki nie starł z czarnej duszy…Łatwo więc miłość, choć cudza, go wzruszy.

I chociaż zaraz chrapnął prawowiernie,I siedem długich godzin spał głęboko,Ciekawość jednak kłuła go jak ciernie,Czy też odszukał książe modrooką?

Posępność pana drażni go niezmiernie…«Przepadła!» mówi zgasłe jego oko.«Zostaw mnie!» Ręką dał mu znak odprawyI nie tknął nawet cybucha, ni kawy.

Kultura była wówczas w AstrachanieDosyć pierwotną, i żadna depeszaNie mogła ścigać tej, co niespodzianieZ sercem monarchy gdzieś w lasy pośpiesza…Policja, która raport zdać jest w stanie,Jak trawa rośnie — milczy; szpiegów rzeszaNie może trafić na ulotne śladyCnej Mofetuzy oraz Kankrelady.

W miarę szukania jednak to zdarzeniePoczęło dziwnym odmianom podlegać;Pogłoska leci z wiatrem, jak płomienie,By nowe kłamstwa po drodze zażegać.Kobiety zwłaszcza wpadły w uniesienieDomysłów: Kto też mógł do zamku biegać?Cichą nadzieję żywiły piękności,Że zajmą wakans, tak godny zazdrości.

Myślały biedne, że z tego wyłomuTa harda twierdza szturmem będzie wzięta…Gdziekolwiek tedy książe wyszedł z domu,Wszędzie spotykał prześliczne oczęta.

Wiersze, bukiety dziwnego ogromu,Jak deszcz spadały... płeć piękna zajętaByła strojami kosztownemi, któreZdradzały mocno zaczepną naturę.

Tak, do ogrodu raz wkradła się pannaW stroju rusałki, z kosą rozpuszczoną,By czekać księcia, gdzie biła fontanna;Kąpiel tu była surowo wzbronioną.Przyszedł i sądził, że go mgła porannaŁudzi... Gdy prawda została stwierdzoną,Cofnął się, jakby uciekał przed osą,Wołając: «Niech jej bieliznę zaniosą».

Więc, by mieć spokój, zostawał w swym dworze;Ale i tutaj bywał nachodzony,Przy grze, przy stole, kiedy kładł się w łoże,Bo każdy sługa mógł być przekupiony.Sam nawet wezyr, co miał córki hoże,(Tytuł kokietek był im przysądzony),Przysłał z nich jednę do księcia z depeszą:«Papa jest chory, a kurjery śpieszą».

Wreszcie, gdy wszystko przebrało już miarę,Książe się uciekł do takiej odprawy:Wiernym poddanym, za uczuć ofiarę,Wyraził dzięki i afekt łaskawy,

Wiadomem czyniąc, iż rok lub lat paręChce podróżować dla zdrowia poprawy;Oraz, by poznać, jakich rządów drogąKrólowie ludy uszczęśliwiać mogą.

I dnia pewnego z garstką towarzyszy,(Hussejn w ich liczbie) wyruszył w świat oto,Żywiąc nadzieję, że spocznie gdzie w ciszy...Lecz z miejsca w miejsce gnany był tęsknotą.Tutaj kroniki (niech je potną myszy!)O tem, co przeżył, takie bajki plotą,Jak o podróży gdzieś na szklaną górę,A więc opuszczam rozdziały niektóre.

O geografii wówczas w AstrachanieSłabe pojęcie miał uczony światek:(W Bawaryi — książe był na oceanie!A gdzieś w Saharze — rozbił mu się statek!)Znajomość ludów, w różnym kwitła stanie:Naprzypinali Europie łatek,Dowodząc, że my, z humanizmem naszym,Cywilizacyą tylko wróble straszym!

Tutaj, na ostrej satyry wycieczkiW stylu Byrona mam obszerne pole!Przecież, ja z nikim nie chcę szukać sprzeczkiI o podróży tej zamilczeć wolę.

(Kłótnie nie warte są i torby sieczki!)Przeszły dwa lata. Na książęcem czoleChmury tęsknoty... Więc w rodzinne stronyPowracał mędrszy, lecz — nie uleczony.

Jest-że to dziwem? — Widnokręgi zmieniaAle nie serce, kto morza przepływa.Twarz mu pobladła, zmierzch oczy cieniaI — jak był — smutny do kraju przybywa.Gdy wjeżdżał w miasto pełne świateł, wrzenia,Flag, godeł — myśl mu błysła niecierpliwa,Że wkrótce, takież pochodnie, festyny,Uświetniać mają jego zaślubiny!

Jak pielgrzym, który cień fata-morganyŚciga w pustyni ruchomemi ślady,Tak on dopędzał każdej karawany —I każdej hordy, gdzie żyją nomady,Szukając lubej... a Hussejna plany,By go zachęcić do życia biesiadyPrzez bajadery — i przez wielkie panie,Upadły, zachwiać go nie będąc w stanie.

Więc kiedy wezyr słowy kwiecistemiWspomniał o dawnem księcia przyrzeczeniu,Przed Kalilbada oczyma smutnemi,Stanął Giulnary cień w lubem widzeniu...

Westchnął młodzieniec i wzrok wbił do ziemi,I rozdrażniony, w gniewnem uniesieniu,Odrzekł dość szorstko: «Allah wszechmogący!Wy mnie zamęczyć chcecie!... Jestem śpiący!»

Lecz noc mu żadnej nie podała rady.Zrana więc kazał przynieść tuzin całyKsiężniczek, które wśród wielkiej parady,Wymalowane olejno, wisiałyW galeryi dworskiej. Lecz choć te z zasadyWdzięcząc się, serce jego ująć chciały,Przez słodkie minki i oczy i twarze,Żadna nie była podobną Giulnarze.

«Bezduszne lalki! Obłudne gadziny!» —Zawołał książe — i pchnął je do kąta.Tymczasem Hussejn składa odwiedzinyI z nowym planem dowcipnie się krząta.Na nic olejne wasze mazaniny!Pokost ten głupcom niech głowę zaprząta!Tu jest rzecz inna! — Ogień malowanyNie stopi lodu i nie zada rany!

«Jak wiecie, co rok obchodzimy w krajuPrzez tydzień cały, uroczyste świętoJedwabnej pętli, gdy nów błyśnie w maju...I — jak powszechnie tutaj jest przyjęto,

Sam panujący pilnuje zwyczaju.A choć nasze książe pętlę zwie przeklętą,I wolny oddech przywykł protegować,Przecież obyczaj dawny musi chować!

«Otóż ja radzę w archiwum koronyOdkryć dokument, który niech omawia,Że tysiąc-letni okres już skończony,Jak sznur jedwabny rządy u nas sprawia.Motyw, jak mniemam, dość uzasadniony,Choć się tam pan nasz wstrętami zastawia,Aby zaprosić książąt z okolicyNa jubileusz do naszej stolicy.

«Przybędą tłumnie zblizka i zdaleka,Pięknemi córy ubłogosławieni...Wówczas, jak sądzę, i on się doczekaLudzkiej przygody, która go odmieni.Gdy przez dni siedem żar słońca dopieka,I bryła lodu topnie od promieni...Chwilka słabości... pokusa niewieścia...A książe zdrów jest i ma lat dwadzieścia».

Tak mówił. Wszyscy słuchają z uznaniem,I nie zwlekając, do dzieła się biorą.Z historycznego aktu zgotowaniemArchiwum państwa zwinęło się skoro.

Cieszą się starcy, że przed swem skonaniemDzień ten obaczą. Rankiem, nocną porą,Kurjery śpieszą, ścigają się posły...Tak jubileusz wnet wieści rozniosły.

Książe Kalilbad, choć mu bardzo wstrętnymBył cały tumult tej uroczystości,Przykładu mądrych monarchów pamiętny,Dawał dowody świętej cierpliwości.Przybyłych witał, a chociaż był smętny,Czynił honory podług ich godności;Zmuszał się nawet do praw etykiety,Całując w rączki nadobne kobiety.

Jak księżyc gwiazdy zaćmiewa bez sądu,Tak wpośród wszystkich dyademów oto,Błyszczy prześliczna księżna Trebizondu,Której rudawe włosy, z barwą złotą(Tak nazwanego «impertynent-blondu»)W improwizacyi natchnioną robotą,Dworski poeta mianował być słońcem,Nad Astrachanem rozkosznie wschodzącem.

Na płowym koniu, pysznie ujeżdżonym,Przybyła: szata aksamitna cała,Z szlakiem siedemkroć perły obwiedzionym,W bogatych fałdach na ziemię spadała.

Rumakiem dęba stającym, spienionym,Z łatwością ręka jej powodowała...A białe ząbki — i ogniste oczyCudnie się godzą z blaskiem jej warkoczy.

Nawet Kalilbad skłonił się olśniony;A Hussejn szepnął wezyrowi szybko:«Baczność! Nim dzień ten będzie ukończony,Panicz nasz pozna się z tą złotą rybką...»Posłyszał książe... A wtem z drugiej stronyPrzybył w lektyce, kołysząc się gibko,Książę Perefis, ojciec jej, któregoOśmiu murzynów niesie, a dwaj strzegą.

Pan ten czcigodny podeszłe ma lata;A tak go tusza uciążliwa nęka,Że ani chodzić, ni dosiąść bachmata...W lektyce nawet często jeszcze stęka.Na siwej głowie jarmułka mu lata,A stary chałat, zda się, że już pęka!W milczeniu siedzi i lekko poruszaWachlarz, o ile pozwala mu tusza.

Gdy młodzian podszedł, jaśniejszym wyrazemBłysła twarz starca; zapewnić pośpieszył,Że księżnę matkę wielbił, a zarazem,Wspomnieniem ojca książęcia się cieszył...

Wbrew etykiecie już nawet tym razemPoczciwy tłuścioch na łzy się rozgrzeszyłI rzekł wzruszony: «Byłbym w siódmem niebie,Gdybym, jak zięcia, mógł uścisnąć ciebie!

«Lecz córki mojej strzeż się, na mą duszę,Gdyż w swych kaprysach, jak marzec jest zmienna,Dzisiaj podobna burzy, zawierusze,Jutro znów milczy i chodzi jak senna;Jak ona zagra, tak ja tańczyć muszę!Dwór cały dręczy, jak plaga codzienna...Bóg wie, skąd matka łagodności znanejPrzyszła do takiej córki wyuzdanej!

«Tobie za żonę brać dyabła takiego?...Lecz ciebie dla niej szkoda jest, mój drogi!Jej Czyngis-hana potrzeba jakiego,Co ją ukróci i weźmie za rogi.Tu ona świętą uda... znam ją z tego!Oj, ma rozumek! nie uczyć ją drogi.Lecz strzeż się! Troski chcę oszczędzić tobie —I bez wyrzutu spocząć kiedyś w grobie!»

Tak mówił stary pan — i łzę ciekącąOtarł rękawem — i strapiony stęka.Lecz młody orzeł węża z skórą lśniącą,Co syczy w słońcu, zaledwo się lęka...

Wszak miłość czysta, tęsknotą palącąHartuje serce, które z bólu pęka...Książe za jedno spojrzenie GiulnaryOddałby wszystkie Trebizondu czary.

Przecież u stołu — gdy piękna blondyna,(Sprawka Hussejna) przy boku mu siadła,Możnaby mniemać, że książe zaczynaGodzić się z losem; bo ledwo tknął jadła;Głos jej do głowy szedł, jak puhar wina...A chociaż papa, z głębi swego sadłaMrugał, to przecież w piersiach Kalilbada,Jakaś iskierka zażegła się blada...

Coś niecoś było w tem winy szampana.Ileż on ogniów roznieca, niestety,Entre deux verres, gdy jest kompania dobrana!Więc gdy po stole podano już wety,I poszły szepty, żart Kalilbad-hanaWzięto tak seryo, że piękne kobietyMdlały z zazdrości... Utrzymuję zatem:Wieczerza bywa nader zręcznym swatem.

Gdy jednak z sercem swem sam-na-sam nocąZnalazł się książe i dzień przypominał,Zdawało mu się, że postać sierocąSwojej Giulnary zdradził... Więc przeklinał

Wesołe śmiechy, do których przemocąTen wąż złocisty usta mu naginał...I opuszczony widział cień ten drogi,I chciałby upaść, całując mu nogi!...

«O dziewcze moje! — zawołał młodzieniec —Przebacz mi! Patrzaj, co ja cierpieć muszę,Znosząc dla ciebie, nędzny potępieniec,Beznadziejnego pragnienia katusze!»Gdy tak się dręczy nasz biedny szaleniec,Wszedł Hussejn: «Cóż to — rzecze — na mą duszę!Pan mój się smuci, wyrzeka i płacze,Kiedy weselne pieką już kołacze?» —

— «Ach coś ty wspomniał! — szepnął książe blady —Lecz tak, masz słuszność... Straconego rajuŁzy nie powrócą! — Więc udziel mi rady,Jakbyś ofiarę sam czynił dla kraju, —Która z księżniczek ma najmniejsze wady?» —— «Ej! to się mówi tak też, dla zwyczaju,Wady! A we mnie duszaby skakała,Żeby mnie tylko pierwsza lepsza chciała!

«Oto, naprzykład, najbrzydsza z tej bandy,Księżna Irena! — Przepyszne ma włosyI piękne ząbki i skarb Samarkandy,I usta, jako szkarłat róż z pod rosy!

Mógłby tam jakiś salonowy dandyTwierdzić, że ciągle ziewa... Dajcież losyMnie taką żonę!... Głupota — dar boży...Najgłupsza często mężowi raj stworzy!

«Albo księżniczka Bizancyum! Ta gruba,Co po trzy razy przybiera z półmisków...A niechby sobie jadła żonka luba!Księciu do szczęścia nie trzeba uścisków...Kto je — śpi dobrze; więc prosta rachuba!Wszak Juliusz Cezar, co zginął dla spiskówWyschłego Kaski, żyłby doskonale,Gdyby dwór sami składali brzuchale!

«A teraz szczupłe... Jakiż tam interesZ księżniczką Badrul-Dudur, co ma nosekCienki, jak igła?... Coś mówią, że XeresZbyt chętnie pija... a kiedy o włosekPrzebierze miarkę, to na dworze skweres,Bo panna w żartach ma zbyt wolny głosek...Ojciec ją z siedmiu wychował synami:Trza-by nanowo... mówiąc między nami.

«Księżna Amina, z modremi oczymaI śnieżną szyjką, jest wcale niczego!Jakaś tam wprawdzie plotka jej się trzyma...Ale, że osy owocu kwaśnego

Nie ruszą, tylko słodki, zatem niemaSobie co robić tak dalece z tego!Wszak nieraz żony najlepsze bywałyZ tych, co w panieńskim stanie wyszumiały.

«Tak — last not least — Trebizondu słońce,Jak książe widzi, wszystkie tu zaćmiewa!...I choć kaprysów różnych ma tysiące,Choć sługi płaczą, chociaż wieść opiewa,Że jej wybryki są nieraz gorszące,Choć spazmy na dzień cztery razy miewa,Przecież wiadomo, że im głębsze cienie,Tem gwiazda rzuca świetniejsze promienie.

«Jeśli mam radzić — radzę: bierz ją, panie!Dworski obyczaj uskromi i żmiję.Gdyby tak chłopu, co z żoną posłanieI misę dzieli — i codzień ją bije —To bardzo wierzę, że takie kochanie,Jak łańcuch, wkrótce przetarłoby szyję.Lecz księciu, który ma własne pokoje,Nic się nie stanie, gardło daję moje!

«Książe chcesz jednej tylko żony... zgoda!Lecz i najlepszą uprzykrzyłbyś sobie;A ta ci będzie jak zmienna pogoda,Harem mieć będziesz cały w jej osobie.

Już-to cię gryzie — już ci usta poda;Śmieje się, płacze, śpiewa w jednej dobie...Dziś — choć do rany przyłóż; jutro — wściekła...A długi robi — jak sam dyabeł z piekła!

«To mi królowa! — puści między ludemPieniądze, nowe skandale — i mody.Książe wiesz dobrze, z jakim przyszło trudemZ gminem tutejszym dojść do jakiejś zgody...Wnet popularnym zrobi cię, jak cudem,Taka małżonka! A gdy z AntypodyŻyjemy w pysznej harmonii, jak w niebie,Przeto — ja lepszej nie widzę dla ciebie!» —

«Dość — rzekł Kalilbad — Zostaw mnie w spokoju!»Hussejn tryumfem szedł rozpromieniony,Aby wypocząć po swatania znoju.Co mógł, to zrobił. A teraz, z swej strony,Niechaj księżniczka wystąpi do boju!Ale nazajutrz Kalilbad zmienionyNie szuka pięknej; chce wybrać za żonęTę, którą wskażą mu gałki rzucone.

Blady, strapiony, pochyliwszy czoło,Szedł książe, kędy narodowe świętoLud na równinie obchodził wesoło.Wnet się radosnem: «hurra!» okrzyknięto;

Z fontanny wino bije; przytem wkołoCzuć woń rozkoszną, tłuszczem przesiąkniętą,Gdyż aby dzień ten uczcić dziś wielmożnie,Tysiąc się wołów piec daje na rożnie.

Cel zaś zebrania wiernym przypominaI sam środek równiny zaszczycaWyniosła wieża, którą wiatr opinaW sto chorągiewek; w niej-to tajemnicaSprawiedliwości spoczywa jedyna:Królowa balu — jedwabna pętlica.Ma się rozumieć, że autentyczna,Którą «lat tysiąc» wielbi cześć publiczna.

U wejścia schodki: kto da trzy dukaty —(Cena, jak widzim, nie nazbyt jest nizka) —Może się wdrapać — i tam, zpoza kraty,Jubileuszu skarb obejrzeć zblizka.Lecz amatorów mało... kto bogaty,Tego sam widok już za gardło ściska...Niejeden myśli, jeśli Allah raczy,I tak, aż nadto prędko sznur obaczy!

Dzieje relikwii, jak z ojca na synaSzła spadkiem, podług archiwum korony —Idąc z rąk do rąk, wszystkim przypominaUlotny świstek, pięknie wyzłocony.

A ten, kto truć się zwątpieniem zaczyna,(Choć, chwała Bogu, nie takie tu strony!)Kręci kark, byle z świątobliwem drżeniemTen symbol państwa mógł objąć spojrzeniem.

Jak skamieniały, z ponurym wyrazemW twarzy, siadł książe, gdzie dworska estrada.Możnaby mniemać, iż martwym jest głazem...Nic mu pod oczy błogo nie podpada;Tańce rycerskie, kuglarze, tym razemNie mają więcej łaski, niż paradaMiejskiej milicyi; ledwo bąknie słowo,Gdy go kto spyta o to, lub też owo.

A przecież, przy nim promienna blondynaSiadła, przez negra wcześnie uprzedzona;A jej zwycięska, uśmiechnięta minaZdaje się mówić: «wędka już chwycona».Inne coś szepcą, księżniczka AminaSzyderczo wznosi białe swe ramiona,Irena ziewa — i je konfitury,Księżna Bizancyum nos trzyma do góry.

Lud wierny, pilnie gapi się na gości...— Do księcia swego przywykły już tłumyI łamie głowy, która z tych pięknościZdobędzie serce sławne z swojej dumy?

A stare księżne, pilnując godnościW wyborze miejsca, szerzą wielkie szumy...Piór, wstęg, koronek przytłoczone mocą,W oczekiwaniu — jak myszy się pocą.

Zdaleka, w ciżbie, gdzie motłoch zmieszanyGryzie melony, figle różne broi,Draźniąc z taborem przybyłe cygany,Młoda dziewczyna zadumana stoi.Szal różnobarwny, złotem przetykany,Drobną jej postać i włos ciemny stroi.Wśród zgiełku, który ją otacza — cicha,Patrzy przed siebie i boleśnie wzdycha.

Ręce jej wiszą bez ruchu; dłoń śniadaBrzmiący tamburyn przyciska namiętnie;A na jej lewem ramieniu usiadaBiały gołąbek, drzemiąc obojętnie.Na gry, zabawy, dziewczyna ta bladaNie patrzy wcale, lub patrzy niechętnie;A wzrok jej cichy, gwiaździsty, niebieski,Ściga zoddali dwór pyszny królewski.

Wtem z wozu, który stał tam pod namiotem,Wyszedł wódz bandy — i do tej marzącejPrzemawia, prosząc — potem grożąc, potemLżąc ją, lecz ona znak daje przeczący;

Wtedy mu w pięści nóż błysnął przelotem...«Krwią mi zapłacisz!» — poszepnął. — GorącyPłomień z jej źrenic trysnął... «Niech się stanie!Tańczę ostatni raz w mem życiu, panie!»

I wnet, jak róża wichrem uniesiona,Wzleciała w tańcu, porwana swym szałem;A jej przejrzysta, jaskrawa zasłonaLekko powiała nad drobnem tem ciałem.Ciżba w milczeniu pogląda zdumiona,Na tę, co tańczyć śmie przed gronem całemKsiążąt — i gniewne rozchodzą się szmery,O tem zuchwalstwie śniadej bajadery.

Wkrótce umilkło... i tylko «Ach» zcichaLeci z ust do ust między patrzącemi...Widziano różne tańce, lecz — do licha!To dziewczę, zda się, nie tyka już ziemi!Lekka, jak powiew ten, którym oddycha,Niby pstry płomyk wzlatuje, bosemiStopkami ledwo czasem muśnie otoPiasek, jak gdyby draźniąc go pieszczotą!

Protekcyę miewał oddawna już balet,Na wszystkich dworach wschodu i zachodu.Książe Perefis, znawca jego zalet,Trochę się jakoś rozruszał. On z młodu

Zbadał kunszt tańca, giestów i tualetI nie miał większej rozkoszy powodu,Jak z loży swojej, z książęcą swobodą,Za «faux-pas» karcić figurantkę młodą.

Elsler, jak mówią, historyę tańczyłaI filozofii systemat Heglowski...Gienjuszu tańca czarodziejska siłaPo wszystkie czasy wpływ wywiera boski.Nauka taka korzystną już byłaNieraz; tu widzi polityk bez troski,Jak równowagę (Europy) zachować,A czasem, zręcznie za drugich się schować.

Lecz choć ekspertem był nasz książe tłusty,Tutaj się jego kończyła łacina!Patrzy ciekawie, z otwartemi usty,Pojąc się tańcem, jak puharem wina.Klaszcze z zapałem, niby młokos pusty,I nogą ruszać do taktu zaczynaMimo podagry; chwycony za serce,Rzuca nareszcie chustkę swą tancerce.

Lecz ona po nią schylić się nie raczy;Iskry radości w oczach jej nie płoną.Jej ruch, namiętny ból tylko tłómaczy,Ucieczkę smutną — i pogoń stęsknioną...

Cóż ją obchodzi cały tłum dworaczy?Ach! jednę tylko źrenicę zwróconąChce mieć na siebie... Lecz ta jej nie błyska...Nie wie, że cierpi — i że tak jest blizka.

Trzykroć się skłania; a blade jej czołoDotyka ziemi; — nagle szybkim ruchemW powietrze rwie się, oblatując wkołoWieżę, w pośrodku równiny... z wybuchemJakiegoś szału, stopką swoją gołąPrzefruwa schody — jakby była duchem —I na wierzchołku staje jednym skokiem,Wiejąc zasłoną, jak mglistym obłokiem.

W tysiącu piersi serce uderzyłoZgrozą, kiedy tak na blanku zwieszona,Gdzie ludzkiej stopie postać się nie śniło,Dziewczyna drobne wyciąga ramiona!...Czyż śmierć zakończy tę zabawę miłą?...Czy się odważy tancerka szalonaNa szczupłej, stopkę szerokiej przestrzeni,Kręcić się nakształt wirowych promieni?

Waży się!... Tańczy!... Jak dym lekką chmurką,Ponad zgaszoną pochodnią drży w wietrze,Tak ona krąży... Dech niosący piórkoMógłby ją także porwać gdzieś w powietrze...

Gołąbek lata nad tą wieszczek córką,Która podnosi lica coraz bledsze,A jej tamburyn, jak czarów muzyka,Brzmi kędyś w chmurach — i dreszczem przenika.

Niemy, jak gdyby okrzyk mógł ocucićDucha, co igra ze śmiercią uśpiony,Tłum nie mógł od niej spojrzenia odwrócić...Kalilbad tylko, jak ptak raniony,Pochylił głowę i zdawał się smucić,I siedział w sobie tylko zatopionyI myślał o tem, że nim zajdzie słońce,On wybrać musi... I serce miał drżące.

Nagle — z błękitów wysokich dolataŚpiew przenikliwy — aż do jego ucha...Czy on śni?... Głos ten, przez tak długie lataStracony — on go dzisiaj znowu słucha!...Dreszcz mu gorący po żyłach przelata...Podnosi oczy — i widzi, jak duchaW powietrzu — postać drobną, ukochaną,Złotemi łuny zachodu oblaną!

Lecz ona śpiewa a nuta tęskliwaŁzy wywołuje między przytomnemi.— «Żegnaj o książe!... A ty, szczęśliwaOblubienico, raj stwórz mu na ziemi!

Mnie czeka podróż, zkąd nikt nie przybywa...Żegnaj raz jeszcze, słowy ostatniemi!...»I otulona w swe lekkie zasłonyChce z wzniesionemi rzucić się ramiony.

«Stój! — zabrzmiał okrzyk — Stój, o ulubiona!...Chcesz-że wraz z sobą zabrać moje życie?...Giulnaro moja! Kochanko stracona!Teraz na wieki złączym się w błękicie!...»I nim kompania jaśnie oświeconaZdołała fakt ten pojąć należycie,Już młody książe biegł do wieży szczytu,Pełen uniesień, tęsknoty, zachwytu!

A gdy miłością swoją upojony,Wpadł jako wicher na najwyższe blanki,Podniósł zemdloną i tulił ramiony,Usta i czoło całując kochanki.W powietrzu gasnął krąg słońca czerwony,Wzruszone tłumy cisną się przez szranki...W ciszy zabrzmiały uroczyste słowa:«Ludu mój! oto jest twoja królowa!»

Tu wyznać muszę, że to zakończenieWygląda, jakby z ostatnią odsłonąNa scenie błysły bengalskie płomienieI pyszny finał zabrzmiał unisono.

Cóż jednak począć!... wszystko to, uczenieW kronice mojej stoi dowiedziono,Jakby dziejopis stawszy się poetą,Do czarodziejskich sztuk pisał libreto.

Na drugiej stronie dodaje on przecie,Że widowisko sykaniem przyjętoZrazu. Nieznanem było «wieszczek dziecię».Chyba urokiem i tańca ponętą;A baletnicy, jak zwykle na świecie,Za godną tronu nie miano, ni — świętą...Więc takież było przyjęcie Giulnary,Jak pewnej Loli na brzegach Izary.

Książe Perefis, co przed ballerynąNiejedną klękał w latach swej młodości,Teraz trząsł turban z pomieszaną miną,Mrucząc: «No proszę!... Pocóż wzywał gości?»Dopiero, kiedy książe z swą jedynąPoszedł do tronu a wszystkie pięknościZagasły wobec uroku Giulnary,Dał się pozyskać dobry pan ten stary.

Zacierał ręce — i przymrużał oczy«Oj! dobrze ci tak, moja panno córko!...Myslałaś,Myślałaś, że mu serce już wyskoczy?...Teraz bez męża wracaj, choćby czwórką!...

A powiedz-że mi, mój książe uroczy,Gdzie się poznałeś z tą śliczną figurką?...To awantura, na proroka brodę!Ażem przypomniał lata moje młode!»

Tutaj Kalilbad — o święta prostoto! —Przed całym ludem romans swój wyznaje;Jak ujrzał, stracił, jak szukał z tęsknotą,Przez obce długo przebiegając kraje,Jak wreszcie skarb swój odzyskuje oto...Tu okrzyk tłumu, jak burza powstaje, —A wpośród gwaru tego i wesela,Zabrzmiała hucznie książęca kapela.

Do stopni tronu ciśnie się, kto może;Od dostojnika państwa — aż do dziada.Dam tylko miejsca głuche są w tej porze,Dobry ton pierwszy, pchać się nie wypada!Księżne są mocno dotknięte w honorze...Księżniczki, mszcząc się, szepczą: «Jaka śniada! —A jaka chuda! — Ręczę, ta kobietaNie zwykła myć się! — Co za toaleta!»

Pobladło nagle słońce TrebizonduI Badrul-Budur, z uroczą Aminą...I żadna z dam tych wyższego poglądu,Nie będzie dzisiaj na balu z rodziną!

Tegoby tylko brakło?... Bez przesądu!Czy można z jakąś wdawać się dziewczyną?...Nie! — Jedną, jaka pozostała drogą —Jest list francuski, że... przybyć nie mogą.

Kiedy Hussejna doszły takie wieści,»No! — rzekł — straciłem porządne faktorne!Lecz wiem, że książę odda mi w czterdzieści...Więc przyrządziłem nakrycie wieczorneW małym salonie; dwoje się tam zmieści!Książę Perefis, panisko wyborne,Moją »ciemnością« — niech mi to wybaczy —Dziś przy wieczerzy obywać się raczy!«

Późną już nocą, kiedy tłumów gwarySzumiały w mieście echy dalekiemi,Spoczęła postać uroczej Giulnary,W miejscu, gdzie niegdyś upadła na ziemiW łzach i rozpaczy... I znów księżyc staryKomnatę zalał blaskami srebrnemi,A książę tulił gorącem objęciemTę, co mu była znów »wieszczek dziecięciem«.

Jakże jest cudną! — Głód, nędza, strapienie,Długie tułactwo, tęsknota miłości,Stracone szczęście i śmierci pragnienie —Nic nie zmniejszyły uroku piękności.

Usta jej kwitną — jak wiosny marzenie,A długie rzęsy z wyrazem tkliwościWznoszą się, jakby pytając miłego:»Snem-że to wszystko?... Nie zbudzę-ż się z niego?...

»O mój jedyny! — cichutko szeptała —Mnie tak jest w duszy, jakbym znów na szczycieWieży tej, wobec śmierci blizkiej stała!...O jakże dziwnem w szczęściu jest to życie!Daj mi dłoń swoją!... Terazbym nie chciałaUmrzeć, w najwyższej rozkoszy zachwycie!...Teraz żyć pragnę — z tobą — i przy tobie...Ja, com dziś napół prawie była w grobie!«

Tu następują cztery bite karty,A na nich długa miłosna rozmowa;Którą, jak dywan kwiatów rozpostarty,Kronikarz utkał w najdobrańsze słowa...Lecz duch, do wyżyn swoich gdzieś wyparty,Milczy; rozkoszy niemą jest wymowa!A że i Hussejn rzucił się na łoże,Nikt jej — na szczęście — podsłuchać nie może.

Tyle mi tylko tu dodać wypada,Że serc wierniejszych nie znała kraina,I że ramiona księcia Kalilbada,Nim rok upłynął — kołysały syna.

Książę wczas dziecię w ręce negra składa,Bo — doświadczony — nie chce, by chłopczynaSłuchał bajarek i starych piastunek,Których opowieść upaja, jak trunek.

Lecz chociaż Hussejn — wówczas wezyr stary —Kształcił książątko, o ile miał siły,Nie wyrwał przecież z duszy jego wiaryI marzeń, które widać we krwi tkwiły.Lud sławił piękność i dobroć GiulnaryI pozostawił jej przydomek miły,Twierdząc, iż ona tak żyła na świecie,Jak nie z tej ziemi, jakby »wieszczek dziecię«.

Comments

Loading comments…