Wstał od modlitwy

Poezye w nowym układzie. Tom VI, Przekłady

Wstał od modlitwy Cyd. A niebo dniało.Lecz nim siadł na koń, już mu przeciw stałoWięcej niż tysiąc Maurów. Wschód się całyĆmił oszczepami. A gdy go ujrzałyMaury na koniu, i przyłbicę jego,— Jak przed Eblisem, jak przed duchem złego,Wstecz się rzucili, i pierzchnęli cwałem...I nieznalezion mąż w tem wojsku całem.Znikli w kurzawie i ciury i wodze.Więc rzekł Cydowi Fadryk:— Pył po drodzeGnać chcesz?... Zaniechaj, a wróć się do domu!Takeś ich pobił, jak piorun, bez gromu...Na cóż ci jeszcze te harce bojowe? —Rzekł Cyd — a mówiąc, wzniósł hardo swą głowę:— A gdzie zasługa? Czy ja strach na ptaki,Co go do sadu wloką drobne żakiPod złotą brzoskiew, gdy owoc dojrzewa?Któż wygrał? Pióro, co za wiatrem wiewaZ mojego hełmu! Miecz — ten się nie krwawi.Toćbym jak papież był... Gdy się pojawi,

On także myśli, że już cuda działa...Ja chcę pracować! Praca — mądrość cała.Rzekł — i na Maury gnał, jak gradobicie,Gdy trwożne stado chwyci na gór szczycie.Dognał ich — siecze, padł szereg najbliższy...Na stogu trupów coraz wyższy, wyższy,Stał Cyd, jak wielka ponad morzem wieża,Co fale gwałci, i w gwiazdy uderzaBryzgami piany...Południe już parło,I Fadrikowi dawno wyschło garło.Więc rzekł do Cyda:— »Wstrzymaj się w zapędzie!Coś chciał — spełniłeś. Niechże dość ci będzieNa zbitych wrogów dobrej połowicy«! —Jak duch, co sądne szale ma w prawicy,Tak Cyd miecz dźwignął, i siekł po łbach twardo,I po kolana we krwi — odrzekł z wzgardą:— »Cóżem dokonał? Parę much zabitych,A parę mdleje żarem słońca spitych...I król to zmoże! Cyd coś więcej musi!Tchórz, kto wpół dzieła odbieżeć się kusi...Ja — w dno wypróżniam i kołczan i czary«. —I znów bój zawrzał... Już z krwi idą pary,A głowy lecą precz z przeklętych trupów,Psy wyją, kraczą sępy żądne łupów,Z czarnej posoki niewiernych się kurzy...

Cyd pędzi — równy niewstrzymanej burzy.Miecz jego furczy, jak piorunna strzała,A tam, gdzie wierna Babiesa zarżała,Klin się otwiera w ciżbie, śmierć tam kroczy...Już słońce w łunach zachodu się toczyOgnistą kulą; po drzewach już ptacyUcichli... A tu w strasznej swojej pracyNad psem ostatnim z Maurów Ruj Diaz stanął,A gdy go dobił — pot mu z czoła kanął...Więc go żelazną otarł rękawicą,Miecz w pochwę wraził, i spokojne licoZwróciwszy, głosem chrypliwego gromuRzekł:— Tedym gotów! Możem iść do domu.

Comments

Loading comments…