Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom I — całość
»Ale ja z krain idę, kędy na dnia progu»Świt, We łzach cały, długo wyprasza się Bogu,»By mu patrzeć nie kazał na stary ból świata.
»Zdrowaś Marya, łaskiś pełna, Pan z Tobą«.................
»Chodzi mi o to, aby język giętki»Powiedział wszystko, co pomyśli głowa,»A czasem był, jak piorun, jasny, prędki,»A czasem smutny, jako pieśń stepowa,»A czasem, jako skarga Nimfy, miękki,»A czasem piękny, jak aniołów mowa;»Aby przeleciał wszystko ducha skrzydłem,»Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.
»Z niej wszystko dobyć, zamglić ją tęsknotą,»Potem z niej łyskać błyskawicą cichą,»Potem w promieniach ją pokazać złotą,»Potem nadętą dawnych przodków pychą,»Potem ją utkać Arachny robotą,»Potem ulepić z błota, jak pod strychą»Gniazdo jaskółcze, przybite do drzewa,»Co w sobie słońcu wschodzącemu śpiewa.
Za ostatnim poetą zamknęła się brama.Trudno się skarżyć; cześć im oddali ziomkowie.Charmides, z wieńcem lauru na wzniesionej głowieI w płaszczu purpurowym, wyglądał, jak dramaZ wlokącym się poza nią długim epilogiem.Menander takoż w wieńcu, który mu na czołoDali ateńscy męże, piał pieśnię wesołą,Jakby mu Dyonizos bratem był — nie bogiem;A wiedząc, że się sława rychło zmienia w marę,Niósł z niedbalstwem wspaniałem pełną wina czarę,By pić zdrowie ojczyzny — za ojczyzny progiem.Eutydem niósł lirę, brząkając w nią z cicha,A pierś jego wezbrana, co smutkiem oddycha,Tak pełna jest tęsknoty — i łez — i zadumy,Że za każdem ust tchnieniem unoszą się tłumyMar powiewnych, przejrzystych i wiązanką płową,Jako wieniec róż bladych, lecą mu nad głową.Filebus, z olimpijskim spokojem na twarzy,
Szedł, jak mąż, który dźwiga na barkach Hezjoda;A za nim w niewidzialnej postępują straży:Kunsztowna antystrofa, rzeźbiona epoda,I orzeł Zeusowy nad głową się ważyI otacza go grecki błękit i pogoda.Timeus kroczył blady, obuty w koturny,Niosąc z dzieł swych tragicznych popiołów dwie urny;A gałąź cyprysowa, owinięta kołem,Zdawała się ze zgrozy wstawać mu nad czołem.Milczał; jeśli wychodząc nie rzucał przekleństwaNa miasto obłąkane i pełne szaleństwa,To jedynie dlatego, by ziemia pobladła,Nim on przestąpi bramę, w przepaść nie zapadła.Dajmon zamykał pochód i wybuchem śmiechuŻegnał Ateny, pieśń swą przekazując echu...I zaraz też podgórza dzieliły się wiernieSpadkiem poety, rapsod skandując misternie,Coraz to przeźroczyściej, coraz ciszej... ciszej...Tak, że ostatnie dźwięki Zeus ledwo słyszy.
Plato odetchnął. Odtąd poezya zdradzieckaUmysłów wytrzeźwionych oczadzać nie będzie,
I żadna już od pieśni nie zadrży pierś grecka...Ostatnią lirę, w kącie rzuconą na śmiecie,Po jakimś zapomnianym włóczędze-poecie,Strzaskano, jak bezbożne, przeklęte narzędzie.Pierzchły już bezcielesne, urojone mary,Których nikt nie przykroi do rozsądnej miary;Odtąd mieszkańcy miasta, stojąc na swych progach,O tem, co rzeczywiste, radzić będą zimnie,I nikt przy jakimś grzmiącym, pełnym ułud hymnieNie będzie roił baśni o chwale i bogach.Epos przestanie kłamać i drażnić umysły:Na wzruszenia jest wymiar ogólny i ścisłyI nikt pod wpływem pieśni, omamiony słuchem,Nie będzie śnił, że leci nad światy gdzieś duchem...Ludzkość, wolna od rodu wieszczów i rapsodów,Przestanie pragnąć zdrojów żywych i ogrodówI nie będzie roiła o cudach dziwacznieI na byt swój powszedni trzeźwo baczyć zacznie.Cóż jest pieśń? — Dźwięk słów pusty, jako wiatru szelest.Poezja najpiękniejsza jeszcze prawdą nie jest,I, jako płonne zielska, po drogach zarasta...Lecz dziś wszystkie wyrwano! Poza bramy miastaOdprowadzono wieszczów z wieńcami na czoleI przed poezją wrota do Aten zaparto.— Tak dumał prawodawca.
— Cóżto za pacholę,Z głową wzniesioną w niebo, źrenicą rozwartąSzeroko, patrząc w błękit ten, czysty, jak falaEgejska, gdy w niej jutrznia łuny swe rozpala,Stoi w cichym zachwycie? Nad niem szumią drzewa,Ptak wędrowny skrzydłami bije i pieśń śpiewa,Olimp w mgłach gubi czoło, jak senny atleta...Echo pieśni Homera w błękitach gdzieś kona,
A wokoło powstają bohaterów cienieI ojcowie o wielkiem sercu idą smutni...Zadumanemu chłopcu pierś chwyciło drżenie;Spłonął i wyciągając młodzieńcze ramiona,Głosem czystym, jak kryształ, wołał: »Lutni... lutni...«— Jakto, wielcy bogowie! — czyż znowu poeta!?
Wkoło mnie otoczyły moje równie senne,Pasmem jednakiem...Ale ja sobie lecę w krainy odmienne —Umiem być ptakiem!Błękitna przestrzeń mruga, zaprasza do siebie,Skrzydeł nie nuży...Pędzim sobie we trójkę: ja, obłok na niebie,I listek róży.Listek najpierwszy upadł na wioskowym kopcuCudzej granicy,Jak rzucone słóweczko drogiemu mi chłopcuMdłej obietnicy...A obłok powiał dalej... Pod słonko się stroiW biel i we złoto,Aż u chaty ostatniej, co w kraju mym stoi,Zadrżał tęsknotą...Wiatr szarpnął go za szatę, rozrzucił mu włosy;Toż łzami leciNa łączkę, gdzie pod gruszą siedzi dziaduś bosyI kupka dzieci...
Nie chce odlecieć dalej! Z tej mgły urodzony,Z oparów rzeki:Gdzież mu zwiedzać świat obcy, inne jakieś stronyI kraj daleki?Więc sama lecę... sama, choć serce mnie boliI smutno wróży...Czemuż nie chciał obłoczek podzielić mej doli,Ni listek róży?Z obłoczka jabym sobie wieczorem pod głowęZwiła posłanie;A z listka zasię róży — toć czary gotoweNa zakochanie.Lecz sina dal pociąga i wabi i nęci,Jak cud nieznany...Ej! ujrzę raz na oczy insze sianożęci,Insze kurhany!Ej! posłyszę ja przecież, jakto ludzie gwarząObcym mi gwarem...I wypatrzę miesiączek, z jaką wstaje twarząNad cudzym jarem...I dowiem się raz wreszcie, gdzie tęcza podziewaWstążek swych końceI jakie tam piosenki o zmroku rozbrzmiewaEcho mdlejące.U nas w wiosce znam wszystko... wszystkiegom już syta,Aż do znudzenia...Codzień z za tego wzgórza słońce rankiem świta,Nic się nie zmienia.Wiem, gdzie rosną dziewanny, a gdzie niezabudkiW przydrożnym rowie;Wiem, gdzie szary słowiczek zwił domek malutkiW naszej dąbrowie;Wiem, gdzie ojciec łan orze, gdzie matka wybielaCieniutkie płótna;Wiem, jak w święto wieczorem grzmi wiejska kapela,Jak fletnia smutna...Lasek, cmentarz, kościółek, starego plebana,
Znam już z pamięci...Tęskno mi! — Hej, pociąga dal sina, nieznana,Wabi i nęci!
Wąziutkie nasze łodzie, przepięte łańcuchem,Lekko mkną po Dunajcu sennym jakimś ruchemI tak modrawą falę przecinają gładko,Jakby ptastwa wodnego żeglujące stadko...Z lewej i prawej strony dwie ściany skalisteWyciągają się ku nam w cienie długie, mgliste,A Dunajec drga lekko w migotliwe skręty,Sunąc, jako wąż w trawie piersiami wygięty.Wiosło uderza miękko, niby pieszczotliwie,A człowiek ledwo wierzy, że na ziemi żywie,Bo świat tam, z drugiej strony, do skał gdzieś przyparty,A widok tylko w niebo błękitne otwarty.
Lecz fala w węższy parów głębiej się już wkrawa,Aż na skrytym niedźwiedziu nagle dęba stawa,Ciska pianę, jak rumak wstrzymany wędzidłem,I jako górski orzeł, skałę bije skrzydłemI jak tur, wściekłem czołem dno przepaści bodzieI z stromych barków gniewnie zrzuca nasze łodzieI w kółko się okręca i zżyma i krztusi...Ejże! zwróci się w biegu i niedźwiedzia zdusi! —
Lecz patrz! góry cofnęły swe kamienne czoła...Zaśmiała się nad brzegiem góralka wesoła
I kąpiąc w złotym żwirze bose swoje nóżki,Wbród podaje pachnące groszki i ostróżki...Zebrała je porankiem w Leśnicy na Rusi;Nim zwiędną, szumnym Laszkom rozprzedać je musi.A tuż nad nią źródełko żywej wody bije,Więc czerpie śniadą ręką i do gości pije...Ej, Dunajcu! rozmarszcz się, jeśli twoja łaska,I nie mąć odbitego w twej fali obrazka,Niechże ja się napatrzę tej bosej góralce!
Niedźwiedź już tylko z dala mruczy coś po walce...Plusnęły wązkie wiosła w lewą, w prawą stronę;Łodzie się przytuliły, jak ptaki spłoszone,A cisza rozmarzona, skrzydlata, pieściwa,Dunajec, nas i góry w swe rąbki okrywa.Fala niby się modli, jak harfa zaklęta:To przed dziczą uchodzi nasza Kinga świętaI stopy swe, znużone podróżą niezwykłą,Myje w jasnem źródełku, co z skały wynikło...Orzeł zerwał się z turni, jak tatarska strzała...Z boku tuli się trwożnie jakaś mniszka biała...
Grzmiąca pogoń kopytem po wierchach rozbrzmiewa...A za siewcą — łan pszenny w oczach się dojrzewa...
Jak cicho! Róg góralski echa gdzieś potrąca;Do snu kładzie się fala u brzegów mdlejąca.Dzwon z Grywałdu roznosi uroczyste dźwięki...Wtem na skręcie padł wystrzał, a słowa piosenkiRozigrane, jak kozy skaczące ze skały,Z łodzią w zieleń przybraną mimo nas leciały...»Sława!« Rusin przewoźnik gromko się okrzyknął;Plusk i szum się podwoił, potem mdlał, aż zniknął.Tylko gniewny Dunajec srebrną brózdę gładziI długie rozhowory z echem gór prowadzi.
Z Jarmuty mgła spada, jak rąbek z dziewczyny,Po niebie obłoczek przewija się siny;Za chwilę wschodząceSpromieni go słońce,I tronem on będzie jutrzence...Wcześniejszy od świtu, ciemniejszy, niż zmierzchy,Wszedł góral w swej guni z siekierką na wierzchy;Nim dzionek rozbłyśnie,On zagrzmi, zaświśnieI echa rozbudzi w piosence.O, cicho... o, cicho! Schylony na skale,Utopił źrenice w powietrza krysztale
I liczy, jak skarby,Omszone te garby,Rodzinnych gór swoich przyczoła...— Prehyba... Petrańczyk i Wilcze zielone...Tu moja sadyba i gniazdo rodzone...Jam z wiatrem tam latałI z orłem się bratał,Znam wszystkie smereki dokoła.Tu Kunia, Opołta, a tam Koszarisko...Ej! dalneż to wierchy, choć widzą się blizko!...Pieniażna, Czerteże,Gdzie skarbów złe strzeże,Gdzie rogi nie jęczą pastusze...Ej, byłoż mi świata pod skalne te ściany,Dopókim nie poznał wietrznicy Marany,Co miga mi w oczachPo łazach, uboczach,A śmiechem zabiera mi duszę!...Wróżyła cyganka: »Złe dnie z Sokolicy!Ej! nie chodź pod okno Marany wietrznicy,
Bo serce wyśpiewaszI Boga zagniewasz,I pójdzie twa dola na marne«.Nie chodzić?... a także! Od świtu się włóczę,Gdzie dziewczę zaplata warkocze swe krucze.Och! wróżby... wróżbity...Jam wesół i syty,Gdy w oczy popatrzę się czarne!Nie będzie mnie chciała? — Ej! znam ja wąwozy,Gdzie strzelcom z pod kulki z wichrami mkną kozy.Ot, Rogacz... Homole...Wybieram, co wolę...Przepaści, jak śmierć, tam głębokie!Ej, słońce ty, słońce! pośpieszaj ze wschodem,Bo trudnoż mi z sercem stęsknionem i młodem!...Och! ani pamięta,Ze ziemia ta święta,A nad nią — jest niebo wysokie!
Na tym kawałku ziemi Bóg położył dłonieI odjął — i stanęła tu piękność w osłonieDziwnego majestatu. Smereki zieloneZaplotły jej na skroni szmaragdów koronę,A kształty jej przepysznie rzeźbionego ciała,Niby grecka draperja, mgła lekka owiała.U spodu szaty, jako taśma złotem szyta,Mienią się górskie pólka jęczmienia i żyta,A przepaska Dunajca, modra, falująca,Z pod piersi, szumiąc, spada i o stopy trąca.
Nagie ramię kamienne, wyciągnione w górę,Podtrzymuje zachodu królewską purpurę,I jako karjatyda, strop niebieski dźwiga,Aż blednie i w pomrokach liljowych zastyga.
Cicho! Oto jej księżyc srebrne bajki plecieI majaczy tam dziwy niebywałe w świecie...Rozbudza duchy białe, co w szczelinach drzemiąI rade o północy hasają nad ziemią...Zroszonym mchom rozplata brylantowe włosyI jako dziwożona, łechce senne wrzosy...Halny wiatr powiał chłodem... dzwonek się odzywa...Zbłąkana, za koszarem tęskni owca siwa...Juhas huknął, po turniach odhuknęły jary...Gdzieś czujny róg się ozwał, gdzieś drugi do pary,Okrzyknęły się wierchy, coraz słabiej — ciszej,Aż ostatni ich odgłos przepaść chyba słyszy...Zboczem drgnęła kozica w miesięcznej poświacie...Pomknęła na szczerbinę, stanęła na czacieI cicha, lekka, szyję podała w przestworze...Hej, strzelcze! chybaj z regli! Zaskoczysz ją może...
Cisza... wioski rusińskie drzemią na siwarze...Rozbiegane świstaki wabią się po parze.
Watra gdzieś resztą żaru w oddali przebłyska,A biały dech z parowu wznosi się w kłębiska...Dunajec szumny przez sen pluszcze się i gada;Nad nim stoi w zadumie Sokolica blada...I dziwnie się do jedna schodzą w nocną ciszę:Tęsknota, co rozbudza — spokój, co kołysze.Kamiennym snem zasnęły Tatry, a nad głową,Zoraną w dziwne brózdy strzałą piorunową,Na skrzydłach górskich orłów ciche sny się ważąI stare pieśni nucą, stare dzieje gwarzą.
— Słuchaj! to szumi morze spienione i sine...Przechyl się, jeśliś mężny, i spojrzyj w głębinę.Czy widzisz? Tam w muszelek drobniutkich koronieNajwyższy czub tatrzański w mętnych nurtach tonie.Wokół skalne przyczoła obsiadły drużynąI patrzą w błękit nieba poprzez falę siną;A zamkniętych w więzieniu twardem, kryształowem,Rzeki chyba pozdrowią powitania słowemI przyniosą im wieści z dalekiego krajuI słodkiej wody dadzą, niby korowaju...Smutno Tatrom wiek płynie! Ciężka jeńców dola!Choćby ci się wdzięczyły pereł ząbki białe,Choćby ci koral róże dawał skamieniałe,Ty zawsze tęsknisz, wzdychasz i szepczesz: »niewola!«Och! bracie!
— Stój! czy słyszysz huk burzy złowrogi?Huragany, jak tury, wzięły się za rogi;Fale wrą, niby lawy arterje płomienne...Zatrzęsły się przepaści; grom leci po gromie,Ruszyły się z swych posad wód zręby widomie;
Powięź ziemi zapada w otchłanie bezdenne;Pożar błyskawic gore... morze pianę ciska,Cofa się, jak odyniec, ze swego łożyska,Pęka na grzbiecie Tatrów łańcuch kryształowy,Drżąc, pryskają im z ramion przejrzyste okowy...Ostatnich gromów echem rozgrzmiewają brzegi,Ostatnie bryzgi morskie lecą, jako śniegi,I do kamiennych skroni przymarzają białe...A jako z pękniętego pierścienia złuskany,Podniósł się Krywań siwy i otrząsnął z pianyI twardą piersią odbił pierwszą słońca strzałę.....................Hejnał! Spłonęły Tatry od posad do szczytu...Śpią niźnie: gór przyczoła pierwsze dojrzą śwituI w blaski spromienione, nim zmierzch pierzchnie siny,Łuną dnia wstającego rozbudza doliny...................
Oj! zatęsknił Czorsztyn białyNa samotnej skale;Oj, wypuścił wzrok, jak strzały,Przez Dunajca fale.Tam na brzegu; jak dziewicaW przeźroczystej bieli,
Pluszcze stopy swe NiedzicaW krysztalnej kąpieli...Oj, zmąciła modra wodaJasne swoje łoże;Zakipiała dusza młoda,Jako sine morze.— Lećcie, orły, lećcie w swaty,Przez błękitne tonie!Niech w jutrzennych zórz szkarłatyLuba ma zapłonie...Zwiń się, lesie, nad jej czołemW zielony wianeczek;Ty, Dunajcu, zwiń się kołemW złoty pierścioneczek.Mgły niech rańtuch jej uprzędąPowiewny, bieluchny;Sine wierchy niech jej będąZa drużby i druchny.W organ burza niech zahuczy,Wicher niech zaśpiewa;Niech rozplecie włos jej kruczyBłyskawic ulewa.Niech nam drogę umiatająPoświstami wiatry;Niech nam chleb i sól podająPieniny i Tatry!Lećcie, orły, proście gościNa weselne gody:Mchy siwiutkie od starości,Żywych źródeł wody,Drobne, nikłe macierzanki
Z pod Krupiańskich stoków,Mgły z Lechnicy, zwite w tkanki,I słonko z obłoków;Górską ścieżkę — tanecznicę,Górską dziatwę — jodły,Jasnookie błyskawice,Coby orszak wiodły.Gęślarz-echo się odzywa,Szumi las dokoła...Sokolico, matko siwa!Przeżegnaj nam czoła!
Tatrzańskie stoki w ziołach tonąI noszą odzież rozkwieconą,Na mchu stawiają stopy boseI traw oddechem piją rosę...A wyżej kamień nagi błyska,Szumiące zdroje wrą z urwiska,Lecąc ożywczą w dół kaskadą,Z jasnością świeżą, srebrną, bladą...Szczyt zasię białe pienią śniegi,Jak puhar, pełen aż po brzegi,Złamanym błyskiem słońca migaI wiecznym chłodem w lód zastyga...Wędrowiec w niźniach zrywa kwiatyI piersi krzepi świeżą wonią...Na połoninie zdrój skrzydlaty,Jak ptaka w locie, chwyta dłonią...
Aż gdy lodowe gór widziadłoTchem swym zastudzi krew na szczycie,Wtedy się pyta z twarzą zbladłą:»Życie! Gdzie jesteś, ciepłe życie?«Wierchy! wy wierchy zamrożone,Na dyamentową gór koronę,Posępne siostry czarnej chmury,Wy nie jesteście sercem góry!...Prąd, co z rodzinnej bije ziemiTętnami młodych sił żywemi,Wam nie przenika piersi drżeniemI nie zajmuje krwi płomieniem...Zastygłe w bieli, nizkim stokomCiężycie masą granitowąI zimną, trupią waszą głowąDech zamrażacie tym obłokom,Co deszcz wiosenny ziemi niosąI plony pracy krzepią rosą...Gdy burza siecze wasze ciałoI piorunową kryje szatą —Lodowisk waszych płachtę białąPonad góralską widzę chatą,I drżę, i pytam przerażony:Ach! naco górom te korony?
Słuchaj mnie, bracie! Nie ta jest ruina,Co gzemsy swoje osuwa zemdlone
Na białych kolumn głowice pieszczone,Po których pająk sieć szarą rozpina...Nie ta, co skrzypi pod twemi stopami,Dech tłumi pyłem, rdzą surową plami,Z rąk się wilgotna ślizga, jak gadzina...Nie ta, gdzie straszy loch czarnemi usty,Gdzie strop przyćmiony grobowemi chustyPleśni, zaledwie barwy swe wspomina...Nie ta, gdzie wiązań osłabłe ramionaPodźwignąć nie chcą baszty, która konaBoleścią matki nad mogiłą syna...Nie ta, gdzie duchy pokutne się włóczą,Nie ta, co dziatwę wychowuje kruczą,Nim wielka orłów wybije godzina...Gdzie kamień zdradza i z pod nóg ucieka,Gdzie się zniszczenie w ciało przyobleka,— Wierz mi, mój bracie, nie ta jest ruina!
Czy widzisz tłum ten, co śmiechem znieważaEcha, drgające w zakątach zamczyska,Co przybiegł tutaj szukać widowiskaI z za szkieł groby obliczać cmentarza?Ten tłum, co nędze swoje i śmiesznościAż tu, pod słupem dziejowym przeszłościRozkłada nakształt miejskiego kramarza...Z myślą, motylej i treści i wagi,Palcem dotyka, gdzie skielet drży nagiI dźwięki bruków w świątyni powtarza.Ten tłum, którego piersi nie gorejąŻadnem wspomnieniem i żadną nadzieją,Jako wygasłe ognisko nędzarza,Niezdolen chęci rozdmuchnąć w grom czynu,Nad gmin wzniesiony, a niższy od gminu,Wobec tradycyi i wobec ołtarza;Ten tłum, ze wzruszeń odarty, wyzuty,Pusty, przeżyty, wyczerpany, struty,
Co szalę dziejów do zguby przeważa,W którym skrę ducha grom chyba rozpali —Ten jest ruiną!...
Bracie, pójdźmy dalej!
Ej wy góry, sine góry,Zaklęte dokoła!Myśl orlemi leci pióryNa wasze przyczołaI z jaskółką skrzydła maczaW srebrnej rozpadlinie,Z dziką kozą skok zatacza,Z echem w dali ginie...
Mnieby zamek mieć kamienny,Jak Drubażka szumna!Jar pod koszar, jak Stos senny,Jak Litenbar — gumna!Kwiaty rwać mi na Podskalu,Paprocie na Graniu,
Na Prehybie łzy z opaluZbierać o zaraniu!...
W niźnie szare już nie wrócę,Z orłami polecę...Z mgły przepaściom mosty rzucę,Wzrokiem je rozświecę,Mchy, stóp ludzkich nieświadome,Zgniotę w srebrne ślady.Pójdę, gdzie błyski znikomeWschód rozpala blady;Skąd ucieka, bijąc w skały,Potok rwący, dziki,Pójdę — będą mi śpiewałyBrzęczące kamyki;Rozbłękitni się nad wodąWidnokrąg daleki,Górskie echa chór zawiodą,Zaszumią smereki.
W przepaść rzucę bóle ziemi,Myśl skąpię w lazurze;Z obłokami słonecznemiRozbłysnę się w górze.Róg mi dajcie, róg pastuszy —Pieśnią się zabawię...Niech połowę tęsknej duszyW górach tu zostawię!
Pod moją chatą Dunajec białyDziwną pieśń śpiewa, bijąc ze skały.Srebrne jej tony po żwirze pleszczą,Mienią się w tęczę — jak w harfę wieszczą,
O siedmiu strunach wiązanych złotem.Od brzegu fale biją z łoskotem,A dalej płaczą — a dalej mgleją,Aż w toń najgłębszą rozbłękitnieją.I cicho... ciszej... wtóry pochwycą,Patrząc się w niebo modrą źrenicą.
U mojej chaty Dunajec gadaPrastare skazki mego pradziada,Jak jednolity szczyt ośnieżonyBurza rozdarła na Trzy Korony;Jak na Gromadzkiej sejmują starzy;Jak na Krupiance czart gospodarzy;Jak Sucha góra z jeziora wstajeI słońcu białe czoło podaje;Jak na Gęsiówce w łabędzie puchyŚniegów rok cały chronią się duchyZmarłych pacholąt góralskiej wioski;Jak na Rozdzieli kłótnie i troskiSzlachtowski sołtys sądzi dostojnie;Jak ponad Stosem kometa płonie,Chodząc po niebie w ognia koronie,I jak Cyganka, wróżąc o wojnie;Jaką grań Księży stułę z mgły bierze;
Jak się wiedźmami roją Czerteże;Jak król poluje na Sokolicy;Jak Zdżar na pluski chodzi w przyłbicy;Jak na Łysinach niema z ziół czepca;Jaka w Jarmucie puszcza zaklęta...I któż tam zliczy — i kto spamiętaTe dziwne dziwy starego ślepca,Które mi w duszę padały młodą,A dziś z Dunajca pląsają wodąPod moją chatą rodzinną, nizką,I szumem swoim, niby niechcący,Udają złudnie głos cichy, drżący,Co mi snuł bajki ponad kołyską.
Lecz tam, gdzie w drobne zwija się krążki,Niby przepaska z błękitnej wstążki,Gdzie łuną wschodu krasi obliczeW jakieś rumieńce nagłe, dziewicze,Gdzie ciemnem okiem patrzy głębokoW moje tęsknotą omglone oko,Gdzie rąbkiem piany piersi zakrywa —Tam mi Dunajec inną pieśń śpiewa.Od niej się robi wokół błękitno,Dzikie mchy od niej w szczelinach kwitną;Na skrzydłach lecą w perły skroplone,Żyzne źródełka, w skałach uśpione;Od niej mi echo przynosi z dalaHuk spóźnionego w jarze górala,Który stęskniony za swą jedyną,Wiedzie rozhowor z kosodrzewiną.Białe ramiona, ciche przyśpiewki,Różowe usta mej czarnobrewki,
Jasne warkocze nad gładkiem czołemW plusku Dunajca wirują kołem.
O falo szumna! o falo rwąca!Tu mi na piersiach rozbijaj wełny...Niech mi ochłodnie skroń pałająca,Bom pragnień pełny — i tęsknot pełny...Do mnie tu, do mnie, o falo pusta!Przez mgły srebrzystej widna zasłonę,Tu pocałunkiem ochłodź mi usta,Tutaj mi szeptaj słówko pieszczone!...Niema nikogo — ja, łódka cicha,Pluszczące wiosło i wiatr, co wzdycha.Niema nikogo! Już gwiazdy smętneRoztlały, gdzie toń najgłębsza szklana.Nikogo — słyszysz? O pójdź, namiętneRapsody swoje grać mi do rana!
Lecimy!.... on mnie w swoje pochwycił ramionaI runęliśmy w przepaść z skalistego proga...A fala, żarem piersi mojej przenikniona,Modrym słupem bryznęła, aż w niebo, do Boga,Skrytego za sklepieniem swojem tajemniczem...Za nią poleciał krzyk mój, pytaniem nabrzmiały,I potrącił błękity ciche, jak te skały,Które echa nie mają, i powrócił z niczem...
I runęliśmy w przepaść... Najskrytsze szczelinyRozdniały od strzał srebrnych, które puścił z sykiemDunajec przez granitów zwalonych odłamyI wszystkie przemówiły dziwacznym językiem
Jakiejś pełnej burz, wstrząśnień, przeddziejowej dramy,I zaczęły się skarżyć cicho, jako starce,Którym czci nie wyrządza wnucze pokolenieI o którym niewdzięczne zapomniały syny...
Precz łódko! Precz ty wiosło! Niech w szalone harcePochwycą mnie tej fali stalowe pierścienie!Jak delfin, w modrych toniach spławię grzbiet mój ślizgi,Czołem rozbiję pianę skroploną na bryzgi,I w powietrzu ustami zdmuchnę te opale!...Ha, co tak wre? — Krew moja, czy Dunajca fale?...
Przylegam do wód piersią, jak strzała do łuku;Ich pośpiechem zdyszany, ich tętnem kipiący,Mieszam bezwiedny okrzyk do gromkiego huku,Od którego brzeg skalny drży, jako reduta,Ogniem podminowana i dymem zasuta.Tajne prądy nurtują do dna potok rwący,Jak pierś moją namiętne, tłumione porywy...I wyciągam ramiona, jak jeździec tej fali,I naglę ją do biegu i chwytam się grzywySrebrnej mego rumaka i pędzimy dalej...O! dalej!... Chciałbym uciec od brzegów tych ciasnychI lecieć tam, gdzie księżyc wschodzi zadumany,I o rąbki tych chmurek, od gwiazd łuny jasnych,Oprzeć skrzydła — i spocząć, jak orzeł ścigany!
Cicho! — Cóż puste dźwięki, gdy serce rozważaNajtajemniejszą świętość swojego ołtarza —Cóż słowa? — Marne formy, w które myśl człowiekaNędze swojej nicości powszedniej obleka...
Wy, któremi nazwana i miłość — i zdrada —Wy, które bratobójca w modlitwę swą wkłada,Spalone piętnem pychy, szału i boleściNieudolne tłomacze próżnej ducha treści,Poco mi się na usta ciśniecie tak tłumniePrzy tej wielkiej, dziejowej kolebce i trumnie?...Nie rzeknę z was żadnego! — Jak u niebios progaMilczenie tylko godnem otaczać jest Boga —Tak ja, upadłszy twarzą na prochach tej ziemi,Modlę się — myślę — czuję — z usty zamkniętemi...
Na wiosnę wsród braci słowików i różIdylla wstaje...Powojem ukwieca zielone tła wzgórz,Konwalią gaje...Nad rzeczką w wilgotnych oparach, we mgleZasiada z fletniąI kwiaty, uśpione w miłosnym pół-śnie,W noc budzi letnią.W poranku z skowronkiem jednoczy się w chór,Śpiewając: »Ave!«I zbiera o wschodzie z obrąbków tych chmurBlaski jaskraweI z rosy perłami w dyadem je tkaNa pasku tęczy...W porannym pacierzu pastuszka łzą drgaI cicha klęczy...Aż zerwie się bujać po lesie, jak ptak,Z wierzchów na wierzchy,A za nią promienny posuwa się szlak,Rozjaśnia zmierzchy.Draperją przejrzystą, jak dźwięk i jak woń,Owija ciałoI wianek wesela przypina na skrońSłoneczną strzałą.
Schylona nad źródłem, rozpływa się w śmiechSwawolnej dziewyI wróży z kukułką i ginie wśród echPomiędzy drzewy.Przez kamyk, co drażni kryształy tych wód,Mknie, jak kaskada...Z klekotem bocianów, ciągnących z nad błót,Na dach twój spada.Gdzie jabłoń różowy rozpuszcza już pąk,Patrzy z zieleni...I rada się kładzie na puchu twych łąkSmugą promieni,Czaruje fujarki, poddając im tonPrzeciągły, śpiewny...Na starej cerkiewce rozdźwięka, jak dzwon,W hymn rośnie rzewny...Aż z trzaskiem łuczywa do chaty, jak duch,Na chwilę wpada,I mrozi ci serce i pieści twój słuchDumka, ballada...I ducha twojego nawiedza, jak gośćZ krainy cudu...Orzeźwia w omdleniu i mówi łzom: »dość«,Wyjarzmia z trudu.Stepowym powiewem przeciąga przez świat,Wieszczka przyrody,Zaprasza myśl twoją i gwiazdę i kwiatNa wspólne gody...A gdy ją odpędzasz od złotych swych bram,O synu wieku!Ucztuje z słowikiem — a ty jesteś samW miast brudnym ścieku.Ja lecę z obłokiem, gdzie wiosna, gdzie maj,Gdzie serca święto,Nim ptaki ucichną, nim zmierzchnie ten gaj,Nim łąkę zżęto...
Z marzeń — tęsknot — nadziei — uniesień — boleściZostała się mogiła, co garść prochu mieści...Ach! i serce pęknięte w piersiach się zostało...Dosyćże tej pokuty, Boże! — czy zbyt mało?...
Ludzkość — jak blok marmuru wydobyty z ziemi,Nie odrazu błysnęła kształtami wszystkiemi...— Wiek po wieku — jak snycerz uznojony potem —Rzeźbił kamienne rysy ciężkim swoim młotem.
Zrazu — stanęła, w zbroję zakuta stalową...W ręku miała miecz nagi — na czole wawrzyny...Czas bić począł walk ludów spiżowe godziny —— Czemuż one zgłuszyły ciche ducha słowo? —
Mistrz późniejszy na barki dał jej białe szaty —W dłonie krzyż promienisty — a lilje we włosy...Byłaby może świętą — i zbawiła światy —Czemuż zagrzmiały klątwy — i buchnęły stosy? —
Wstał wiek nowy — i młotem potężnym uderzyłPierś ludzkości — i świeże formy się zrodziły;Człowiek poczuł, że dawne ideały przeżył...— Czemużby uczcić bielsze nie miał dosyć siły? —
Dziś — w pół rozbity posąg stoi z twarzą białą,Straciwszy greckich linij pogodne wymiary...I nie wie — co pochwycić: krzyż czy miecz swój stary,I zda się, że tak cierpi — jakby żywe ciało...
O wieku! mistrzu twardy, co żelazną dłoniąMasz nadać tej postaci bladej kształt ostatni,Rozpal jej gwiazdę wiedzy nad wzniesioną skronią,A ramiona jej otwórz tak — jak uścisk bratni. —
O Panie! Ty po burzy dajesz tęczę światom,Ty podnosisz kielichy pochylonym kwiatom,Rozwijasz skrzydła ptasząt i ostatnią chmuręW rozjaśnionego słońca przystrajasz purpurę...
Do jutra cicha wioska ochłonie z przestrachu:Ktoś wesprze zgiętą jabłoń, ktoś krokwie na dachuI zanim młoda jutrznia z wschodu się wynurzy,Szczęśliwi wsi mieszkańcy zapomną o burzy.
O Panie! Ty konieczne żywiołów niesnaskiZ oblicza ziemi ścierasz prawicą swej łaskiI nie zostawisz śladu klęski albo troskiW przejrzystych sferach ciszy, gdzie masz tron ojcowski.
Ach! czemuż w piersi ludzkiej, rozbitej od gromu,Zamiast ciszy i tęczy jasnego pierścienia,Pozwalasz, aby grzmiały głucho, pokryjomuEcha burzy duchowej, trujące wspomnienia?
Z lutnią, po której złote struny biegą,Klęczę na rąbku szaty NajwyższegoI białe czoło obracam w tę stronę,Kędy wirują globy rozpalone.Przejrzystą dłonią wygładzam etery,Echem miarkuję rozśpiewane sfery,By nie przerywać ciszy majestatu...I — pokój... pokój... pokój! — szepcę światu.
Byłem, gdy z myślą Bóg rozmawiał własną,Byłem, gdy w służbę wziął jutrzenkę jasną,Byłem, gdy z mgławic, co Mu zdobią szaty,Strząsał dzień biały i słoneczne światy.W pierwszem zwierciedle błękitnego morzaJam się przeglądał, zanim weszła zorza,I zanim z pąków wytrysnął rój kwiecia,Niosłem na łonie pokoju stulecia.
Tam, kędy z okiem opuszczonem stoję,Dogrzmieć nie mogą ziemi niepokoje;Żywiołów burze ja trzymam w granicy,Bom jest skinieniem wszechmocnej prawicy.Kiedy nad zakres do przyszłości biegąHarde pytania: »poco? i dlaczego?«Ja w jasnych palcach wstrzymuję zasłonę,Którą od dzisiaj jutro oddzielone;
Między błysk gromu a grzmot stopę stawięI rosą polnym kwiatom błogosławię.Na skrzydłach moich wioskę twą kołyszę,Smutnych łzy liczę i westchnienia słyszę...W ciszy twych gajów, w poranki majoweTęsknem dumaniem poświęcam twą głowęI ducha twego prowadzę po niebie,Byś, »siadł i zamilkł i wzniósł się nad siebie«.
Ja płaszcz królewski rzucam na ramionaMilczącej nędzy, co w ukryciu kona,A dłoń wychudłą podnosząc z barłogu,Samemu tylko spowiada się Bogu.Ja balsam daję na palące rany,Ja dźwigam z tobą ból niepodzielany,Ja tułaczowi pot ocieram z czołaI z samotnikiem zasiadam u stoła.
Mędrca mądrością jestem i rozwagą,Myślicielowi daję prawdę nagą,A jako źródło, bijące od wieka,Wzmagam, oczyszczam, podnoszę człowieka...Jam jest wymową grobów i cmentarza,Urokiem nocy, powagą ołtarza;Jam jest rapsodem dziejowym ruiny,Pociskiem wzgardy i rumieńcem winy.
Kto mnie ukochał, znalazł skarb pogody,Pokoju ducha i ciszy i zgody;Zgiełkliwa zgraja pierzcha i uciekaOd milczącego w zadumie człowieka.
Ja jestem słońcem, pod którego żaremDojrzewa zamysł, i jam jest ciężarem,Którego słabi podźwignąć nie mogą...Jestem potęgą, której zdeptać nogą
Nie podołają najwięksi mocarze...Ja jestem siłą, co zniewagę karze...Jam broń niewinnych i pomsta straszliwa,Od której zbrodzień tajny dogorywa.
Nad popiołami zwyciężonych grodówOtrząsam z skrzydeł nadzieje narodów,Lecących w próżnię, jak wymietna plewa,Którą wiatr przed się drażni i rozwiewa...W bladych klęsk ślady postępuję krwawe,Z nędznym skazańcem jedną dzielę ławę,Na zgliszczach śpiewam Hiobowe pieniaI jestem czarną chorągwią zniszczenia.
Najbliższy Panu i najmilszy Panu,Ja z perłą padam na dno oceanuI z ciszą morską odbywam narady,Których z przestrachem słucha sternik blady.
Nad bojowiskiem wyciągam ramiona,Jestem modlitwą tego, który kona,I jestem krzykiem matki, gdy przybieżyOdszukać syna wśród trupów żołnierzy,I krew jej ścinam i wstrzymuję tętna,I na niej żywej — trupa kładę piętna.A przy kurhanie, co zamknął dzień czynu,Ja staję w miejsce pomników, wawrzynu,I tam, gdzie zimny dziejopis nie słucha,Gwiazdom skon mężnych podaję do ucha.
Pod krzyżem Zbawcy, gdy wiara i miłośćRzuciły w żalu Golgoty pochyłość,Kiedy odchodził setnik do bram miasta,Gdy włos stargany wiązała niewiasta,
Gdy noc zgłuszyła żołnierstwa okrzyki,A rozgwar ciżby omdlewał już dziki:Jam został jeden i słyszałem z drżeniemJęk Boga... Ziemio! módlmy się milczeniem!
Nie rozkazem, co drgająceW żarach ognia stwarza słońce,I nie słowem, co z nicościKrzesze żywy byt;Ale ciałem, ale czynemTen, co nazwan Bożym Synem,Spełnia dzieło wszechmiłościW ten jutrzenny świt.Ach! gdy Bogu było małoWyrzec: »Stań się« by się stało,Lecz zejść musiał jako dziecię,By działać jak mąż:Ty, dni lepszych myśli biała,Bierz co rychlej szatę ciała,Czynem objaw się na świecie,Czynem w światło dąż! —
Wczoraj jeszcze ziemia całaStarym żądzom hołdowała,Niewolniczo kując dłonieW łańcuch łez i krwi;Dziś, jak Ewa rozgrzeszona,W błękit wznosi swe ramiona,Wolna — wznosi jasne skronie;Do przyszłości drży...
Odtąd runą bogi stare,Odtąd nową już ofiaręW swych świątyniach ludzkość złoży,Wybieleje świat...Duch zakrzepły się rozgrzeje,Rozpłomienią się nadzieje,W sercach głos sie ocknie boży:»Kochaj — to twój brat«.
Długo, ziemio, w ciemnym zmrokuDać nie śmiałaś naprzód krokuI nie znałaś, chwiejna bryło,Gdzie twych ruchów oś...Aż wśród pracy i cierpieniaOdnalazłaś punkt ciążenia,Wiesz, że światło jest twą siłą —O nie walcz i proś. —Ach, gdy pierwszy raz na ziemiPrzed duchami omdlałemiZaświtały w imię bożeTory nowych dróg:Czyliż dziwno, że nędzarze,Równość prawa biorąc w darze,Okrzyknęli światła zorzę:»Bóg się rodzi! Bóg!« —
Z drogi, z drogi tej przeszłości,Co z zamierzchu i z nicości,Cała krwawa,Zmartwychwstawa,Jak zwycięstwa duch!Oto grzmiąc, jak orkan, leciZawierucha tych stuleci,Co pod zbrojąWrzące stojąŚledząc mieczów ruch...Uskrzydlona i pancerna,Hasłom bratnim, jak śmierć, wierna,W pole klęskiZastęp męskiZ różnych wiedzie dróg...I nie zgadnie wróg krzyżacki,Czy go miecz dosięże lacki,Czy go ramięCzecha złamieU Litwina nóg.
Stal goreje, oszczep chrzęści,Topór warczy w chrobrej pięści...Tam pierś nagaTchnieniem smaga,Nim dłoń zmierzy cios...Okrzyk walki w przestrzeń bucha;Szum krwi w żyłach, wrzenie ducha,Rozmach ręki,Zgrzyty, jęki,W jeden zlewa głos.Hej!... zapłata to odmienna,Niż Dobrzyńska ziemia pszenna!Krzywdy starePoza miaręWykipiały krwią...Precz z drużyną stąd służalczą!Nieśmiertelni tutaj walczą;W szczęku, w pyle,Na tę chwilęKładą pieczęć lwią!Któż prawnucze serce zmierzyZ wielką piersią tych rycerzy,Grzmiących w blasku,W zgiełku, w trzasku,Jako orłów ród?...Kto dziś zdzierży takie boje,Taką sławę, takie zbroje?Drzewce stare,Żywą wiarę?...Kto dziś stworzy cud?...Las zielony patrzy z dala,Jak ta burza się przewala;W krwi i w dymieWielkie imięDzień ten daje mu...
Pył, co leci w błękit żywy,Szum sztandarów, świst cięciwyW dziejów kartyNiezatartyPomnik wpiszą chrztu.Z drogi! z drogi!... Któż dotrzymaRozpędowi sił olbrzyma,Co w dniu chwały,Zbrojny cały,Pogromem się zwał?Walczy — miecz się zrasta z dłonią...Pędzi — żywą jest »pogonią...«On przez wieki,W świat dalekiSławę niesie w cwał!
Z za morza powraca!... Ach, leci tu, leciJaskółka pod strzechę, pod naszą...A cichoż, ty bosa gromadko! sza, dzieci!Bo krzyki ptaszynę wystraszą...Ach, śpiesz się dziewczyno, nie splataj warkoczy,Do strugi, za wioskę bież strzałą;Nim ptaszka w niej skrzydła czarniawe umoczy,Ty w wodzie twarzyczkę myj białą.Jeżeli się uda ten wyścig z jaskółkąI staniesz ty pierwsza u wody,To słońce przez lato, całując twe czółko,Smagłością nie przyćmi urody.Hej, chłopcze tęskniący, śledź bystrem spojrzeniem;Gdzie ptaszka gniazdeczko uściele,Tam w późne dosiewki szlij swata z pierścieniem,A w zapust wyprawiaj wesele!Ty, młoda gosposiu, wybiegnij z wrzecionem;Nim w locie się zwinie jaskółka,Cieniuchną niteczkę pasemkiem srebrzonemNawijaj, nawijaj u kółka.A kiedy jesienią zaświecisz łuczywoI siędziesz prząść lniane włókienka,To nitka, jak ptaszek, okręci się żywo,I równa i mocna i cienka.Dziadusiu, babusiu, siadajcie u progaPod przyzbą, na ławie dębowej;
Niech dla głów siwiutkich uprosi u BogaJaskółka ten roczek, ten nowy!Ach, leci!... ach, leci! Powraca z za morzaDo naszej wioskowej zagrodyI czarnem skrzydełkiem pozdrawia rozdrożaI łąki i pola i wody.
— »Witajcie! tak do was tęskniłam z oddali!Dziś wracam z piosenką radosną...Cóż słychać nowego? Czy zdrowi? czy cali?Czy żyją staruszki, jak jabłoń, zsiwiali?A Kasie, Maciusie czy rosną?Ach! cóżto?... te same, jak widzę, kłopotyI bieda, jak była przed laty!Na drogach kałuże, wyboje, wywroty,Podwórka nie strzegą ni drzewa, ni płoty,I dach się zapada garbaty!Przez strzechę zmurszałą deszcz w chatę przecieka,A ściany się krzywią i paczą,Jak gdyby nie były siedzibą człowieka,Co ziemię tę potem uprawia od wieka,Lecz nędzną gospodą tułaczą.Na twarzach znękanie i niechęć i troski,Na ustach piosenka niedoli,A dzieci wzrastają, jak płonne te kłoski,Na dzikim ugorze zbujałe, wśród wioskiBez myśli, bez czynu, bez woli.Stęskniona leciałam przez morza, z nadziejąWiosennych błękitów i słońca;Lecz tutaj błękity nad wioską ciemniejąI wichry lodowe czatują z zawieją,Tu zima i zima bez końca!Och! gdybym ja mogła rozegrzać was pieśnią,Jak słonko tę rzeczkę pod lodem,Myśl strząsłaby z siebie, co rdzą jest i pleśnią,Duch zrzuciłby więzy, co lot jego cieśnią,I lud-by się zbudził — narodem!«
— »O, spojrzyj! o, spojrzyj! to pierwsza jaskółkaPod gzymsem w skrzydełka trzepoce...I w okna zagląda i zwija się w kółkaI o coś się pyta, szczebioce...Toż wiosna już, wiosna!... Za tydzień, za drugiMieć będę z fijołków bukiety...Czy w polu już sieją?... czy orzą już pługi?«— »Najdroższa, czytajmy gazety«.
— »O panie! o pani! słoneczko kwietniowePrzyświeca tak jasno, tak ładnie...Czyż żaden promyczek na główki, na płoweWioskowych pacholąt nie padnie?Czyż mi tak co wiosna trzepotać napróżnoU okien skrzydłami czarnemi?I kiedyż wybiegną ptaszynę podróżnąWieściami powitać dobremi?I kiedyż gniazdeczko pisklętom uwinęPod strzechą szczęśliwą wieśniaczą?I kiedyż tu światłem ubogą dziecinę,Jak chryzmem, na życie naznaczą?« —
— »Ach! widzisz, nie mogę dziś słuchać z uwagą;Myśl moja ucieka z jaskółkąI leci nad wioskę odartą i nagą!Mój drogi! zajmijmy się szkółką!Niech biedne te dzieci nie rosną tak dziko,Wszak kraj do ich czynów ma prawa...«— »Hm! chłopu nauka, co najmniej ryzyko...Czytajmy, jeżeliś łaskawa!« —
— »O panie! o pani! za morzem, za sinem,Plon myśli runieje, dojrzewa...I słowo tam pada nie dźwiękiem, lecz czynem,I wzorem, nie radą zagrzewa.Ach, rzućcie wy w wiosce ziarenka oświaty,Dostatków maleńkie okruchy,
A wzniosą się czoła ku słońcu, jak kwiaty,I zbudzą się myśli i duchy!«
— »Najdroższy! chcę wiedzieć, dlaczego z pozoruPraw równość głosicie człowieka,A przestrzeń odwieczna od chaty do dworuTak zawsze boleśnie daleka?Dlaczego przed dzieckiem, panienką, paniczemZsiwiałą swą głowę odkrywaStaruszek, piast wiejski, z dostojnem obliczem?Kto bratnie rozerwał ogniwa?Kto kraj śmiał zubożyć o siłę bez czynu,O myśl tę zmąconą, niejasną?Czyż nie tem, co marnie przepada wśród gminu,Wymierzać nam niemoc swą własną?Posłuchaj mnie, drogi! Czyż tyle już trudu,Czyż tyle mozołu potrzeba,By światło nauki rozdmuchać dla ludu,Łaknącym zdrowego dać chleba?« —— »Co?... Może ja pierwszy mam zbijać wiatrakiZ poczciwym Kiszotem w zawody?I brudnych pastuszków zmieniwszy na żaki,Sam gęsi zaganiać od szkody?A może wziąć książkę i siadłszy na trawie,Nauczać z niej ludek, jak klecha?Stąd widzę sąsiadów, jak patrzą ciekawie,Jak każdy się skrycie uśmiecha...Być może, iż trudy się takie opłacą,Gdzie wille, gdzie fermy, szalety;Lecz chłopu naszemu... jak, po co i na co?...Daj pokój!... Czytajmy gazety«. —
— O słonko! świeć jaśniej, bo ziemia zakrzepłaRozbudzić się ze snu nie może...O, więcej daj światła i więcej daj ciepłaI rosy ożywczej, o Boże!
Urodzona z uśmiechów i łez młodej matki,Drżąca, z serca jej wschodzisz nad kołyską oto,Jak z serca ziemi wschodzą nieposiane kwiatki,Piosnko, pieszczoto!Lecisz na białych skrzydłach, jak anioły stróże...Imię twoje »najmilsza«, a dźwięk twój opadaTarczą pomiędzy dziecię a życiową burzę,Co dyszy blada.
Młodość z piersi cię swojej ciska, jako strzały,Tobie na imię »sława«, »miłość«, »ideały«;Rozpalasz gromy w duchach i w głębie zadumyUnosisz tłumy.Tyś orzeł, co się gnieździ na myśli wyżynie...Tyś słowo, co się ciałem staje w wielkim czynie...Wstrząsasz purpurą królów i nędzy siermięgą,Pieśni, potęgo!
Ty wreszcie cicha stajesz nad świeżą mogiłą,Oniemiała wraz z sercem, które tobą biło;Łez pełna, do Hjobowych żalów stroisz lirę,Szepcząc: »Dies irae!...«I w wieczystej symfonii uniesiona wichrze,Tajesz, jako śnieg, w tony cichsze, coraz cichsze,
Aż ujdziesz, jako strumień, w oceanu wody,W pieśnię przyrody.
Widziałam pieśni, jak wiosenne kwiatyWonne, a lekkie — jak motyl skrzydlaty,A takie jasne, jako błękit nieba.Śpiewały miłość, jak trubadur blady,I dziwne, straszne prawiły ballady,Którym słuchaczów przerażonych trzeba.A gdy Czas przyszedł i z ranną je rosą,Jak nikły potraw na łąkach, ściął kosą,Rozwiały zapach, lecz nie dały chleba.
Widziałam pieśni, co jak płaczki białe,Stały na grobach, zamknąwszy ich chwałęW pierś przeźroczystą, łamiąc z żalu ręce...A gdzie wiek zgasły rozwiał swoje szczątki,Jak Rut, schylone, zgarniały pamiątkiKłosów, mijanych przez śpieszące żeńce...A gdy Czas przyszedł i otwierał groby,Rzekł: »Jakże wiele próżnej tu żałoby!I jakże zeschłe są te wasze wieńce!«
Widziałam pieśni, co jak niewolnice,Szły za rydwanem wieku, strojąc liceW uśmiech ponętny dla oka Cezara...Lecące chwile tchem swym je żywiły,Z bieżących zdrojów czerpały swe siły,I nieraz pustą bywała ich czara...A gdy Czas przyszedł i rozdzielał sławę,Rzekł: »Wy, zaklęte w przydrożną kurzawę,Po pierwszej burzy znikniecie, jak mara!«
Widziałam pieśni, co, jak cherub z mieczem,Stanęły w ogniach przed sercem człowieczem,
Paląc mu piersi zawiści pożarem...Jak szatę dzianą, tak one świat bożyDzieliły ostrzem przekleństwa i noży,Czarną nienawiść mając swym sztandarem...A gdy Czas przyszedł i uczynił sądy,Z pomiędzy ludzi pieśni te, jak trądy,Precz wyrzucono wraz z bezprawiem starem.
Widziałam pieśni, co z licem spłonionemStanęły ciche nad własnym zagonem,Wiosce swej nucąc, jak szare ptaszyny...Zwiniętych skrzydeł nie ważąc do lotu,Zagrody swojej trzymały się płotu,Czarnego chleba jedząc okruszyny...A gdy Czas przyszedł, by wymierzyć płacę,One za cichą drobnych celów pracęWzięły — fujarkę wioskową z wierzbiny.
Widziałam pieśni, co jak obłok biały,W dzień przed ludzkością idącą leciały,A w nocy słupem gorzały płomieni;Co, wziąwszy w piersi wszechwieków tęsknotę,Struny z niej sobie uczyniły złoteI szły, miłością walcząc, w państwo cieni...A gdy Czas przyszedł, rzekł: »BłogosławionaPieśń, co zasiewa przyszłości nasiona!Wy, co słuchacie jej, błogosławieni!...«
Było to w porze tej, najmłodszej w roku,Kiedy się strumień, z lodowisk spławiony,Zabiera hucznie do pierwszego skokuPrzez kamyk, ręką chłopięcia rzucony,Kiedy za chwilę, za maleńką chwilę,Z swych powijaków ruszą się motyle,I tylko patrzeć, jak w ciepła pieszczocieOtworzą oczy zbudzone stokrocie.Las ciemny we mgłach jeszcze marzy, drzemie,Ale za słońcem ranniejsza młódź drzewnaObraca czoła, na poły niepewna,Czy to już pora rozzielenić ziemię?I pierwsza, w ciepłe otulona puchy,Wierzba, wrażliwa na świeże podmuchy,Gałązki swoje stroi w szaty letnie,Ojcom na palmy, a dziatwie na fletnie.
W maleńkim dworku, zgubionym w zieleniDrzew, z których każde czołem przerastałoDach nizki, kryty słomą poczerniałą,Na progu wiosny i zimowych cieniJam ją zobaczył; a pierwsza ptaszyna,Lecąca w niebo, podsłuchała dziwem,
Że serce moje stało się lękliwem,Że czegoś w gaju śmiała się olszyna,Że się fijołki rozwiły dziś łzawe,Że słońce weszło odmiennie jaskrawe...Że ona miała oczy tak przejrzyste,Jak niezabudka, kiedy na nią padnieRosa; że śledzę, co tam leży na dnie,I myśl zgubiłem... Plotki oczywiste!
Ona nie była piękną, salonową;Była kobietą z sercem i z wadami.Może za nadto znała się z kwiatami,Z czarną jaskółką i z żabką majową,Może za często biegała po łące,Zrywając dzwonki liijowe i drżące;Może za wiele róż miała w ogrodzie,Za rano słońce witała o wschodzie,Może się nadto w księżycu kochała,Patrząc mu w oczy, promienna i biała...O! miała wady: była zmienna, płochaI niecierpliwa. To smuci się, szlochaNad czemś, co z wiatrem uleciało puchem,To znów dziecinnym i swawolnym ruchemZ czoła odrzuca rozsypane włosy,Ociera oczy... patrzysz... a za chwilę,Zda ci się, skrzydła dostała motyleI leci róże pootrząsać z rosy...Waszych zwyczajów, konwenansów zbrojaNigdy nie strzegła jej piersi śnieżystych;Nie była z waszych kobiet zimnych, mglistych,Lecz taka wdzięczna, och! i taka moja!
Kiedy mnie ciągnie za sobą, swawolna,Przez krzaki jeżyn, leszczyny i tarnie,
Kiedy się ze mną ubiega figlarnieTam, gdzie ma gniazdo jakaś pliszka polna;Kiedy napiera się dojrzałej wiszni,Gdy jeszcze kwieciem cały sad się pyszni,Gdy ręce z żalem załamuje, pusta,Że się zielona żabka nie odzywa,Że poschną wszystkie w ogrodzie warzywa:Tobym ją chwycił, jak dziewczynkę małą,Uniósł od ziemi i objąwszy całąDrobną jej postać, ucałował w usta!Lecz gdy pod niebem błękitnem, gwiaździstem,Chodzimy razem wśród szeptów wieczora,Gdy ona cicha, do rozmów nieskora,Tłómaczy myśl swą spojrzeniem przejrzystem,Gdy w moich dłoniach trzyma rączkę małąTak beznamiętnie, jakby jej to ciałoNic nie ciążyło ziemią i zmysłami,To chciałbym, zaraz na klęczkach, ustamiPrzylgnąć do stóp jej i całować nóżkiTej zamyślonej, tej tęsknej, tej duszki!
Pomiędzy tłumem obojętnym sami,Doszliśmy prędko do czarownej chwili,Kiedy się dwoje rozmawia oczami,Chociaż się żadne z nich nigdy nie siliNa tę rozmowę wymownej źrenicy.Urok zakazu, urok tajemnicyCiągnął mnie, jakby czarodziejska siła,Do tej przepaści, która nas dzieliła...A tu, jak na toż, jaskółka wesołaMiga skrzydłami i zatacza koła,Lepiąc gniazdeczko tuż pod samą ścianą...Ona się wspięła na paluszków końceI zasłoniła się rączką różaną,Bo właśnie przyszło całować ją słońce;
A mnie się jakoś zrobiło markotno,Że tak już wszystko z pieszczotą stokrotnąCiśnie się do niej... ten promień słonecznyTak po twarzyczce ją łaskocze mlecznej,Jakby to żywy był kochanek złoty...Liljowe dzwonki tuliły się w sploty,Jej nagich ramion dotyka sukienka,Biała jak one, przejrzysta i cienka.
Coś się dziwnego stało... ja sam nie wiem...Czy słońce z góry sypnęło zarzewiem,Czy się gdzieś pierwsza rozwinęła róża,Czy słowik w morzu harmonji się nurza,Czy w głos skrzydełkiem strzyże konik polny:Uczułem żar na ustach, mimowolnyWydałem okrzyk, jakby duch mój własnyŚpieszył ją ostrzedz, że ma wzrok zbyt jasny,Że się z rękawka wysunęła ręka,Że kwiat ją zdradza i że ta sukienkaPozwala słońcu całować jej ciało...Spojrzała na mnie i snadź mnie wydałoMoje zmieszanie, bo spuściła oczy,Tuląc do siebie dwa sploty warkoczy.
Nie wiem, czy była od początku ziemiNa całym świecie druga taka wiosna,Kwiecista, wonna, tęskna i miłosna,Jak owa nasza! Bojami barwnemiCo ranek nowe tryskały motylki,Świecąc, jak drogie brylantowe szpilki,Na piersiach róży, na jaśminów czole...Co wieczór rzeczka, uciekając w pole,Garściami srebro księżycowi kradłaI w swoje szklane zakręty je kładła,Migocąc z dala, jak pas srebrem tkany...
Słowik był jakoś dziwnie rozkochany,Żarem syczące, płomienne lał pienia...Drzewne korony plotły się w sklepieniaŚwiątyń uroków, pałaców rozkoszy...W takiem ustroniu, pewna, że nie spłoszyLekkich widziadeł rój muszek brzęczący,Spoczęła senna, a powiew gorącyMalował róże na jej białej twarzy...Szedłem podsłuchać, o czem ona marzy,Jakim się pierś jej porusza oddechem,Z czem się przebudzi — ze łzą, czy z uśmiechem?Ale muśliny kryły ją zazdrośniePrzed strzałką słońca, czatującą skośniePoza kratami liści i gałązek...Włos, rozpleciony z jedwabnych zawiązek,Po trawie spływał niestrzeżony, wolny...Tuż obok stanął krasny maczek polnyI nie zaręczam, czy nie myślał sobie:»Ej, pocałuję!... ej, figla jej zrobię!«A ona z takiem zaufaniem spałaTuż przy psotniku... Krew we mnie zawrzała!Ten polny maczek zdał mi się zuchwalcem,Współzalotnikiem, zdrajcą i padalcem.Z goryczą w sercu począłem rozważaćJej dziwną płochość. Mogłaż się narażaćNa to sąsiedztwo? Nie byłaż to zdrada?Ten maczek stoi, patrzy, choć nie gada,Ale mu wszystka krew do twarzy bije...A nuż naprawdę on czuje i żyje!Stoi tak blizko: dość schylić mu głowęI pocałować jej usta różowe,W śnie rozchylone, jak otwarty kwiatek...A tu drużyna cała traw zielonychKiwa się, prawiąc, jakby grono swatek,Na to wesele zdrajcy zaproszonych!...Uczułem zazdrość i gniew tak kipiący,Żem zerwał szorstko tuż nad głową śpiącej
Ten mak obrzydły i zdeptałem nogą...Ach! zrozumiałem, że zabijać mogąLudzie rywalów!... Jam kwiat zamordował!Lecz znowu żal mi było nieboraka...A może tylko to przygoda taka,Że on tam stanął? Może nie całowałJej nigdy w usta? Może nawet nie wie,Skąd mu na twarzy wytrysło zarzewie,Gdy na nią patrzył? Może on niewinny?Może kochankiem jest ten kwiatek inny,Co jej za rąbkiem przy piersi usycha?...Tysiąc podejrzeń gniewnych mnie opadło;Coś mnie pociąga do niej, coś odpycha,A zazdrość, jakby szydercze widziadło,Śmieje się, gwiżdżąc w orzechy leszczyny...I wszystkie na myśl mi przypełzły winyKobiety, Ewy, kochanki wężowej.
Przebyłem straszną godzinę! SurowyNa nią padł wyrok, bom obwinił śpiącąO tę woń kwiatów, w powietrzu mdlejącą,O te tajemnic podpisane znakiNa skrzydłach posłów miłości, motyli...O te rumieńce, którymi się makiPłonią, zdybane w schadzce, jak w tej chwiliMiałem dowody jasne i niezbite...O te przygrywki pszczółek wyrojonych,Co lecą w słońcu jasne, złotolite,Jak straż przyboczna, co hasło podaje,O wszystkie cienie, kryjące się w gaje,O wszystkie światła, co drgają w porankuNa brzóz zroszonych zapłakanym wianku,O wszystkie wiosny uroki i dziwy...Byłem surowy, ale — sprawiedliwy.
Przed skwarem leśnych szukaliśmy cieni;A las był pełen tajnych szumów, woni,Olcha wilgotna bujnie się zieleni,Jodła żywicę poprzez korę roni,A biały powój, co tuż obok rośnie,Ręce na szyję rzuca jej miłośnie.Był zachód słońca. Przez zielone ścianyWidniał obłoczek, złotem malowany,Nad ziemią mgliła się wieczorna rosa,Trzodę zganiała pastereczka bosa,Do gniazd wracały turkawki i dzierzby,A mech drzemiący słuchał szeptów wierzby,Co, rozczesawszy włosy, jako długie,Schyliła głowę i patrzyła w strugę.
Byliśmy sami, bo dzień nas odbieżał,Bo między niebem a nami zmrok leżał,Bo las otoczył nas, niby komnata,Bo miłość dwoje oddziela od świata...Milcząc oboje, zasłuchani w ciszyPrzedsennej lasu, wracaliśmy sami;Wtem słowo: »kocham«, padło między nami,Jak srebrna strzała... Kto je wyrzekł?... Dziwy!Zrazu myślałem, że to cud prawdziwy...I dotąd nie wiem, czy róża, co dyszyLubem wzruszeniem, to słowo wyrzekła,Czy ta konwalja, co się do snu kładła,Czy ta wiewiórka, co w gąszczu przepadła,Czy jasność dniowa, która nam uciekła,Czy ja sam może... Kto zgadnie?... Kto powie?..Wiosna ukradkiem figle nam płatała...Swawolne echo śmiało się w parowie...Spojrzałem — płonie moja lilja biała...Może to ona?... Zapatrzony, blady,Otwarłem usta i zapytać chciałem...
Wtem — »kocham! kocham!« jak pereł kaskady,Dźwięczy w powietrzu... Czy to ja wyznałem?Och! czy już taka wypadła nam ścieżka,Gdzie jakaś wróżka uśmiechniona mieszkaI wieczorami wiosennymi, pusta,Z serca wyznania dobywa na usta?...Białe powoje pną się po drzewinie,W mchu utulone gniazdo ptaszka ginie...Jam ją pochwycił w ramiona i drżącąUczył powtarzać: »kocham! kocham ciebie!«Wrażając każdą literkę płonącąW różowe usta ustami mojemi,Aż się zaśmiała promieńmi złotemiNajpierwsza gwiazda na wieczornem niebie.
Odtąd mieliśmy wspólne tajemniceZ wróżką, konwalją, powojem i różą,Z temi gwiazdkami, co aż oczy mrużą,Żeby ją lepiej zobaczyć, psotnice!...
Tej cudnej wiosny cały świat był rajemI aniołowie, nie ludzie, w nim żyli!Nie było zbrodni, śmierci, ani nędzy,Ani żądz nizkich, ni łez, ni pieniędzy,Jak gdyby z dłoni Stwórcy w tejże chwiliWybiegła ziemia, uwieńczona majem,I uśmiechnięta do róż i motyli,Uśmiechy szczęścia brała od nich wzajem...
A ludzie... całkiem o nas zapomnieli!Nic nas nie miesza i nic nas nie dzieli.Nad nami błękit rozwiesza zasłony,Za nami pierścień leszczyny zielony,Przed nami dyszą woniejące łąki,Wkoło nas kwiatów wpół rozwite pąki...
Cień błędny miga i ściślej jednoczyNasze ramiona i wymowne oczy.
Mybyśmy może nawet byli inni,Mniej rozmarzeni i dłużej niewinni,Gdyby zwyciężać przyszło tylko siebie.Ale już wszystko, na ziemi i niebie,Razem na naszą sprzysięgło się zgubęI ta nas wiosna zdradziła urokiem...Zioła roniły takie wonie lube,Księżyc tak wabił brylantowem okiem...
Poemat szczęścia brzmi w powietrza fali,Wieczór nam daje jakieś tajne hasła,Słowik piosenką swej lubej się chwaliI znosi puchy kwiatowe do gniazda...A tam, z błękitów spadająca gwiazda,Co może była strąconym aniołem,Leci tuż do nas i nad białem czołem,Jakby zła wróżba, upadła — i zgasła.
Nim dziewczę młode, idąc do kościoła,Ułamie różę i przypnie u czoła,Chwilę nad krzakiem zadumane stoi,Aż się w sumieniu własnem uspokoi:Zerwie, nie zerwie? Na gałązce jeszczeDługo żyć może ta różyczka biała,Którą zielona wiosna wychowała;Lecz, raz zerwana, umrze. Tak ja pieszczęTrwożnie jej rączki, jak łabędzie puchy,I patrzę w łezki, co jej w oczach stoją,I mówię sobie: »My jesteśmy duchy...Ta moja, nigdy, och! nie będzie moją!«
A do niej mówię: »Słuchaj, moja miła!Gdyby już miłość takim grzechem była,Czy myślisz, żeby twój stróż anioł białyWłasną swą ręką, jak mgiełka przejrzystą,Ust mi nie zamknął, by nie całowałyTej, którą niebu on ma oddać czystą?Ale to nie grzech! wszak kocha się w tobieSłowik z olszyny... wszak całujesz bratki...O! daj mi rączkę!... nic złego nie zrobię...O! pozwól usta: patrzą tylko kwiatki...«
Aż wtem wieczorny powój się rozchylaI pokazuje śpiącego motyla...Czy tylko spał on? Och! bardzo być może,Iż psotnik wybrał to błękitne łoże,Aby podsłuchać, co też mówi dwoje?...Poranek sprawdził nasze niepokoje:Ten zdrajca motyl po całym ogrodzieRozniósł na skrzydłach tę naszą rozmowę,Zarumieniony obłoczek na wschodziePowiał ją dalej... stokrocie różoweZbiegły się w kupkę gwarzyć o nowinie...Wietrzyk pośpieszył poszepnąć ją trzcinie...A stamtąd muszek rozbrzękło ją grono...Tak idąc, doszła aż do ludzi pono.
Przyszły dni ciężkie: byliśmy zdradzeni!Skośne spojrzenia, nakształt długich cieni,Padały na nas, zimne i kolące...Jam koił, tulił ptaszę moje drżące,Ale sam w duszy pokoju nie miałem.Pełno się wokół ocknęło zawiści:Żółty tulipan uniósł się z łodygi
I całem z gniewu zadygotał ciałem...Brzydka makówka, co nie miała liści,Sąsiadce plotkę prawiła na migi...A cały ogród tak pełen był szumu,Żem już odchodził prawie od rozumu,Jak to uciszyć, jak to uspokoić?
Sny gorączkowe zaczęły mi roićDziwne fantazje... To niby na łąceWidziałem czarne węże pełzające,A ona była jaszczureczką małą...To znowu we śnie mi się wydawało,Że gdzieś, za światem była chatka nizka;Obok cichego, jasnego ogniskaDwoje chleb czarny jedliśmy z uśmiechem,A szczęście nasze przestało być grzechem...Aż wtem ją duchy złośliwe porwałyI uniosły precz, daleko odemnie!Szedłem jej szukać... Boleścią zmartwiały,Szedłem jej szukać; ale nadaremniePytałem ludzi, obojętnych o nią...Mężczyźni milczą, kobiety się płonią,A druh mój blizki, com go miał za brata,Rzekł mi: »Wybornie grasz rolę warjata«.
Roznamiętniony, zbolały i drżący,Budziłem ciszę nocną westchnieniami...Aż wtem uczułem jej oddech gorącyPrzy mojej twarzy... Ach! byliśmy sami!Przybiegła, lekka, jak senne widziadła,Dłoń na płonącej skroni mojej kładła,Pieściła włosy, oczy całowała,Tuląc się do mnie, różowa i biała...Z główką schyloną, jak ptaszę, co pijeRosę, mówiła: »Och! jak mocno bijeDla mnie to serce! Gdy byłeś daleki,Tęskniłam!« — »Moja! och! moja na wieki!
Jak ty mnie dzisiaj uszczęśliwiasz, droga!«I zamykałem w zachwycie powieki,By znów sen taki uprosić u Boga.
Czybyś ty wierzył, mój biały powoju,Że można z takich wyrwać się uścisków,Że można zmysły stracić z niepokojuI że oślepnąć można z nagłych błyskówSzczęścia i ślepo rzucić je na stronę?Czybyś ty wierzył, co kwiecia koronęRzucasz na drzewo i zielone wieńceTulisz do niego, gdy grom burzy bije,Że można rozpleść takie białe ręce,Co się miłośnie wieszają na szyję,Że można uciec przed życia ozdobą,Przestać być dwojgiem, a być tylko sobą?
O ciche szumy! o szepty wieczora!Do was się zwraca zraniona i choraDusza, pamiątek pełna i tęsknoty...Ukojcie wy mnie swojemi pieśniami!Niech będzie cisza i niechaj nad namiZadrgają srebrem błękitne namioty!...O mój słowiku, piej wtóry miłosne!Dajcie mi różę, co łono rozchylaPierwszej pieszczocie białego motyla:Niechaj przypomnę ją, miłość i wiosnę...
Skarżycie się na wiek, co ideałyOdziera z szat i waży je i mierzy...Skarżycie się, że duch poezji białyW śmiertelnym śnie z strzaskaną lutnią leży...Skarżycie się, że niema śpiewać komu,Że zagłuchł świat, do złotej biegnąc mety,Że wpośród burz i krwawych walk ogromuBez echa drży znikoma pieśń poety...— Lecz gdzież jest pieśń, co czarów swych potęgąPrzykuwa słuch lecących w bój szermierzy,Ołtarzem jest, świętością i przysięgą,Przez którą duch, zwątpiwszy nawet, wierzy?Lecz gdzież jest pieśń, z marmuru wyrzeźbiona,Jak biały bóg, co nocy cień zwycięża?...Gdzie jest ta pieśń, co błyszczy, jak koronaSłonecznych zórz, na jasnem czole męża?...Lecz gdzież jest pieśń, co jako młot olbrzyma,Z surowych skał wykuwa dzieło ducha?...Gdzie jest ta pieśń, co berło prawdy trzyma,Pada, jak grom, a jako pożar bucha?Lecz gdzież jest pieśń, co czołem swem wybiegaDo wyżyn tych, gdzie pnie się duch stęskniony?
Gdzie pieśń, co skry w zmartwiałej krwi zażegaI hasłem jest, pod którem wrą miljony?Lecz gdzież jest pieśń, co w przyszłość wkracza śmiałoI ziarnem prawd zasiewa niwę dziką?...Gdzie jest ta pieśń, co duszę ma i ciałoI wielkich słów ludzkości jest muzyką?...Ach! taką pieśń, lirnicy małowierni,Zanućcie tu, w powszednim ziemi gwarze,Gdzie stoi tłum ostygłej, martwej czerniI garstka tych, co strzegą jej ołtarze...Niech taka pieśń, jak orzeł, w górę wzleci,A trupy drgną. Zaprawdę, mówię wam,Wy znajdźcie ton, co tętnem jest stuleci,Ja milion serc wzruszonych pieśnią dam.
Na gałązce wierzbinyChciałabym się kołysać!Szarem skrzydłem ptaszynyW mgle porannej szlak pisać...I chciałabym błękitnąNiezabudki mieć głowę,Lub jak kwiatki, co kwitną,Białe, lila, różowe...
Po źródełku, co wzdychaPod olszniakiem cienistym,Lekka, chyża i cicha,Tańczyć w rąbku śnieżystym...I snuć nici pajęczeW białych palcach na łące —I malować je w tęcze,Albo w słonko wschodzące...
W modre, mgliste pierścienieRzeczułka się rozpryska...Ej, chciałażbym ja z blizkaZmieszać z wodą me tchnienie...I w krwi szybkim obieguCzuć, jak serce bijące
Pcha te fale do brzeguW skręty lekkie, niknące...
Białe, giętkie ramiona,Jak ta brzózka szemrząca,Wznieśćbym chciała stęsknionaDo srebrnego miesiąca...Lub z gałązką chmielowąObjąć drzewo miłośnie,Z przytuloną doń głowąMarzyć cicho o wiośnie.
Muszka leci i brzęczy,Ponad wodą bąk hula...Niżej maczek zajęczyZłote oczki roztula...Ej, dałażby mi dolaDwa skrzydełka motyle!Lecę w łąki — w las — w pola —I znów wracam za chwilę...
Z trawką młodą, zielonąW chłodnej kąpię się rosie...W wieczór głowę znużonąTulę miękko we wrzosie...I nim oczy odsłonię,Nim sen pryśnie ułudny,Światła, dźwięki i wonieZwijam w wianek przecudny.
Zaklinam ciebie, o ty ciemny lesie,Przez ciszę twoją,Zaklinam ciebie, niechaj mnie ukojąTwe szumy!
Niechaj jak dziecię rozpłakane, senneI trwogą drżące,Niechaj, jak dziecię, serce bolejąceUciszę!...Tu, jak w świątyni tajnej przyrodzenia,Anioł przelata...Tu, jak w świątyni, dzieli mnie od świataMilczenie.Gibkie kolumny tych dębów i sosenPod niebo dążą,Gibkie kolumny łączą się i wiążąW arkady...Młoda leszczyna z poszeptem modlitwyUchyla czoła,Młoda leszczyna uczy drobne ziołaPacierza...I widać ołtarz u góry błękitnyPrzez drżące liście...I widać ołtarz, gdzie płonie ogniścieDnia gwiazda...Ja spuszczam oczy... Niech szczęśliwi tonąW obliczu słońca!Ja spuszczam oczy — źrenica mdlejącaŁzy kryje...I piersią padam na wilgotną ziemię,Na mchy zielone,I piersią padam na zioła zroszone,I płaczę...Strudził mnie uśmiech, przybrany dla ludzi,Tu chcę być sobą...Strudził mnie uśmiech, niezgodny z żałobąMej duszy!
Bogdajem była, jak sosna w gęstwinie,Dziko bujała!Bogdajem była, jako brzoza biała,Samotną...
Bogdajem była, jako głogi leśne,Przekwitła marnie!Bogdajem była, jako leśne tarnie,Uwiędła...O lesie ciemny, niech ja się rozwiejęW mgły lekkie, sine...O lesie ciemny, niech ja tak przeminę,Jak echo!I niech nade mną perłami zarosiDeszczyk majowy...I niech nade mną słowiki z dąbrowyZawiodą!...
Senne róże, białe róże,Dobrej nocy wam!Lśni miesiączek na lazurzeWskróś srebrzystych lam...I zaściela białe łożeW modrych rąbkach falWodnym liljom na jeziorze,Zapatrzonym w dal.
W lekkich mrokach światłość bladaBudzi smętny dzień...W fantastyczną tkankę składaWiotkich trawek cień...Drży czółenko uwiązane,Jak niewolna dłoń,Żeby plusnąć w wody szklane,W zwierciadlaną toń...
Duch, co tęskni, duch, co płaczeW tę majową noc,W ściany klatki swej kołacze,Więzów targa moc...
Myśl o gwiazdy srebrne trąca,Lecąc w inny świat...Pierś otwiera się milcząca,Jak wieczorny kwiat...
Szczęścia, szczęścia, choćby chwilęPrzelotną wśród burz,Co skrzydełka ma motyle,Znika z brzaskiem zórz...Choćby tyle, ile rosyW polnym kwiecie drży!Wiosno! ziemio! wy, niebiosy,Szczęścia dajcie mi!...
Głos tęsknoty echo budziW drżących listkach drzew...Cicho!... ciszej! Niech snu ludziNie zakłóca śpiew...Mgła się wije po lazurze...Ja na fletni gram...Białe róże, senne róże,Dobrej nocy wam!
W wiosenny dzionek — z najrańszym kwiatemOtwarłem oczy:Rąbek srebrzysty mglił się nad światem,Jak sen uroczy...To była lekka, powiewna, drżącaNocy zasłona,Biała od blasku gwiazd i miesiąca,Rosą sperlona.Przed majestatem wschodniej purpurySpadała w cienie,Obłękitniając w świeże lazuryNiebios sklepienie...
Lekkich obłoczków świetne kaskadyTrysnęły w górę,Z zachodu biorąc cień srebrny, blady,Z wschodu — purpurę.
W chwilę — poczęty odgłos hosannyTony drżącemiSpotężniał w organ — i w hymn porannyZbudzonej ziemi.Chór dźwięczny, świeży, z gardziołek ptaszychPłynął w błękityNad ciche strzechy sennych chat naszych,Nad olszyn szczyty...Coś, jak modlitwa — rzewna rozmowa —Zgodne serc bicie...Dźwięk pieszczotliwy, jak lube słowa,Szeptane skrycie...
Pod czarem pieśni spadła zasłona,Z cieniów utkana,Którą przyroda jest oddzielonaOd stworzeń Pana. —Słyszałem tętna ziemi bijące,Jak serce młode;I wypatrzyłem, źródła szumiąceSkąd biorą wodę...Przemówił do mnie kwiat odemknięty,Zielony listek...Gwar traw młodzieńczy — szum lasów świętyPojąłem wszystek. —Myśl ma bujała na skrzydłach ważkiNad wód zwierciadłem;Wtedy i piosnkę wesołej ptaszkiŁatwo odgadłem.
Ach, czemuż, czemu jej nie słyszeliPrzygięci w trudzie,
Od troski słabi, od smutku bieli,Ubodzy ludzie?...Wy, co dźwigacie brzemię rozpaczy,Bracia biedacy,Pójdźcie, ja powiem, ta piosnka znaczy:»Śpiewaj przy pracy!«Śpiewaj i chwile umilaj znojneDucha ochotą,A zejdą z nieba myśli spokojne,Skroń ci oplotą...I nie załamiesz rąk w zniechęceniuNad gorzką dolą;Śpiewaj, bo piersi zgięte w milczeniuWiędną — i bolą...Łza się uskrzydla i w niebo leciZ nutą piosenki —Aż biednej chaty cienie rozświeciUśmiech jutrzenki.
Pieśń — to jest wstęga błękitna, złota,Co jednym końcemWiąże człowieka — garść ziemi, błota,Z Bogiem i słońcem;A drugi w cudne łamiąc kontury,Węzłem zamykaSzumiące wody i echa góryI pierś słowika.A wszechświat, jako harfa dźwięcząca,Stoi przed Panem...A wiek po wieku struny potrącaSkrzydłem złamanem...Gdzieś wulkan wojny — gdzieś krwi powodzie,Gdzieś jęków echa...Słuchaj — już milkną... w rannej pogodzieWschód się uśmiecha.I tylko plamy zostały żrące,Jako rdza czarna,
Aż je wypali dni nowych słońceW posiewne ziarna.Śpiewaj, by głos twój, znalezion w chórze,W rachubę wzięto,Kiedy obchodzić Bóg będzie w górzeŻniw ducha święto.Wtedy dośpiewasz tej pieśni słowoWielkie, ostatnie:»Prawda i wiedza jest nam królową,My — duchy bratnie...«Tymczasem niechaj poranne dźwiękiGłos twój odbija,Łąkowych dzwonków, ptasząt piosenki:— »Ave Maria!« —
Nie miejże urazy do mnie, słonko moje,Że ja w blaskach twoich zachmurzona stoję;Nie miejże urazy, słonko brylantowe,Że ja mam łzy w oczach i schyloną głowę.
Ty chodzisz po niebie, po błękitnem niebie,Złote chmurki biją gościniec dla ciebie,Zorza cię obrzuca różami jasnemi...Ty chodzisz po niebie, ja — po smutnej ziemi.
Gdy oczy otworzysz, blaski dnia się złocą:A ja wstałam czarną, bez rozświtu nocą...Ty wiesz, że gdzie pójdziesz, weźmiesz swe promienie;Ja, choć wołam: »światła!« niosę z sobą cienie.
Ty kąpiesz swe czoło w jasnym, cichym zdroju,A ja myśl swą nurzam w falach niepokoju...Ja rozświecam ciernie, ty rozświecasz róże;Ty tylko pogodę, ja widziałam burze.
Droga twoja, słonko, równa, jak pierścionek...Cicho w morzu tonie kończący się dzionek;Nie znasz łez tęsknoty, nadziei uśmiechu,Zachodzisz bez żalu, wschodzisz bez pośpiechu.
Ja znam błędne blaski i zaćmienia ducha...Wiem, że dziś to odłam przeszłości łańcucha;Wiem, że jutro wstanie z ścisłością straszliwą,Wczorajszego siewu niosąc krwawe żniwo...
Więc drżę i na zachód oczy zwracam z trwogą,I pytam — gdzie idą? czy cienie przemogąGasnące te blaski? czy wskrzesną o świcie?I pragnę ust tchnieniem utrzymać ich życie...
Nie bywasz ty, słonko, w ponurej ciemnicy,Gdzie nędzny skazaniec zamiera z tęsknicy;Nie bywasz, słoneczko, w poddaszu ubogiem,Gdzie ściany wilgotne kostnieją za progiem...
Nie widzisz ty nigdy zbrodni, skrytej w cieniu,Nie wiesz, co bezsenna noc mówi sumieniu,I ledwo promyczek pierwszych brzasków bladyZasłyszy żądz mętnych płomienne narady.
Nie widzisz ty, słonko, z wysokiego nieba,Jak się sen przedaje za kawałek chleba;Nie widzisz ty matki schylonego czołaNad kolebką dziecka, co próżno jeść woła.
Nie widzisz, jak walczy, upada, zwyciężaTen młody zapaśnik, co uróść chce w męża...Nie widzisz ty, słonko, jak myśl gorejącaWypala się cicho przy blaskach miesiąca...
Nie widzisz, jak we łzach stoi lilja blada...Nie widzisz, jak gwiazda zabłąkana spada...
Nie słyszysz szelestu drżącego oddechuI nie znasz pragnienia, ni walki, ni grzechu...
Ty królewskie czoło podnosisz w błękity,Nad świat ten złamany, skłócony, rozbity,I nie wiesz, ciskając promieni swych słupem,Że jesteś gromnicą, zatloną nad trupem!...
Więc nie miej urazy do mnie, słonko moje,Że ja w blaskach twoich zachmurzona stoję;Nie patrz na mnie z dziwem oczyma złotemi...Ty chodzisz po niebie, ja — po smutnej ziemi!
W noc cichą czuwam, a myśl wytężonaLecących światów chrzęst płomienny słyszy...I drżę i tęskne wyciągam ramionaDo tajemnicy, nurtującej w ciszy.
O! niech mi powie, kto gwiazd myślą sięgaI szmeru tajnych prądów życia słucha,Gdzie jest tym prawdom złożona przysięga,Któremi ludzkość karmi swego ducha?
Komu i na co jej walki, jej cele?Gdzie ujście mają jej znoje, jej trudy,Jej uniesienia, jej ból, jej wesele?Gdzie lecą wieki i gdzie idą ludy?
Czy ty, przyrodo, chwytasz ich porywySłońcu na strzały do złotej cięciwy?Czy z nienawiści kujesz klęsk swych miecze?Czy w perły ścinasz gorzkie łzy człowiecze?
Czy z myśli mędrców budujesz gór szczyty?Czy z serc niezłomnych wykuwasz granity?Czy z młodych marzeń przędziesz chmurki płowe?Czy z tęsknot deszcze lejesz brylantowe?
Czy z smutków czarnych dzikie wznosisz puszcze?Czy uściśnienia przeobrażasz w bluszcze?Czy z pocałunku stwarzasz różę białą?Czy z cichych dumań zmierzchom dajesz ciało?
Czy ty, przyrodo, uśmiechy radosneZaklinasz w kwiaty, chwilkę szczęścia — w wiosnę?Nadzieję w ptaszka, co rankiem świegoce?Przyjaźń w gwiazd światło, miłość — w letnie noce?
Czy ty z narodzin i śmierci okrzykuZgłoski wykuwasz w tajemnym języku?Czy ty z uniesień wichrom ciało dajesz,A ostrzem wzgardy djament w ziemi krajesz?
Czy ty zwątpienie w mgły rozsnuwasz ciemne?Rozpaczą ognie podsycasz podziemne?Z tajnych udręczeń rdze osadzasz krwawe,A żądzę topisz w buchającą lawę?
Czy z wielkich czynów światy stwarzasz nowe?Czy krwi wylanej rzeki rubinowePrzed nowem słońcem przepromieniasz w zorze?Czy pragnieniami chłoszczesz sine morze?
Czy głuche gniewy zaklinasz w wulkany?Wzruszenia tłumów — w grzmot powstrzymywany?Krzywdy rozwierasz w przepaście bezdenne,A w pomście — gromy rozpalasz płomienne?
Jak ptak nad morzem, tak na skraju świataMyśl niespokojna, w skrzydła bijąc, lataI wskróś przeniknąć pragnie nurty mętneI w ciszę rzuca pytania namiętne.
Pójdę, gdzie tchnienia czas nabiera w biegu...Pójdę, gdzie przestrzeń linje swe rozmierza...
Tam, na przepastnym pochylę się brzegu,Gdzie nicość w życie, jak piorun, uderza...
Tam oko w oko z tajemnicą stanę,Wieczne ogniwa bytu liczyć pocznę,Aż prawda zrzuci zasłony obłoczneI duch mój przejrzy to, co niezbadane.
Wpół senne duchy owiewaPrzeczuciem świtu,W zmroki wiosenne przywdziewaSzatę z błękitu...Ucisza gwary i szumySkinieniem ręki...Lirnikom szepcze ich dumy,Ptaszkom — piosenki...Poezją w krwi młodej płynieZ cichym szelestem,Spłonionej mówi dziewczynie:»Oto ja jestem«;Na smutnem licu drży cieniemSpuszczonych powiekI w pierś ci puka pragnieniem:»Zbudź się: tyś człowiek!« -Wśród tłumu staje milcząca,Niby sierota,I myśl uśpioną potrąca —Święta tęsknota.
Zwycięską prawdy potęgąDucha uderza;Czoło pochyla nad księgą,Krzepi szermierza...
Do ideałów ramionaWyciąga, drżąca,I w piersi chwyta, spragniona,Złote skry słońca.Nad bladem czołem czcicieliChwałą wybłyska...Unosi z wieków topieliDucha zjawiska...Potężnem pragnień poczęciemRodzi olbrzymyI ust zdmuchuje dotknięciemCzczych rojeń dymy.Kogo poślubi, ten szczytyOrłem przeleci,Aż ujrzy ciche błękity —Przystań stuleci —I już nie zazna pokojuCichej godziny,Aż się napije u zdrojuWiecznej głębiny.W mędrcu rozbudza pragnieniaPodniosłe, czyste,I wraża w ludów sumieniaPrawdy wieczyste.Jest tchem idącej ludzkościW pracy i w znoju,Uśmiechem nieskończoności,Sztandarem w boju;I wschodzi w ducha głębinie,Cicha i złota,Aż w blaskach wiedzy wypłynie —Gwiazda-tęsknota.
Drży, woła czynu płonąca,Ziemię popychaPrzez noc chaosu — do słońca,Walką oddycha.
Pierś jej — to wulkan, jej oczy -To zorza krwawa;Przez śmierć do życia, grzmiąc, kroczy,Przez gwałt — do prawa.Dłońmi własnemi rozrywaPąki przyszłościI na dzień biały dobywaKwiaty ludzkości.Wre, milcząc, i tajemniczeRoznieca żary,A gdy odsłoni oblicze,Świat trzeszczy stary.Jady krzywd zbiera i mierzyI pije, blada...Aż gdy godzina uderzy,Piorunem spada.Walczy i pragnie i płonie,Duchami miotaI chodzi w ogniów koronie —Burza-tęsknota.
W wygasłe wpatrzona światy,W gwiazdy strącone,Na piersiach zeschłe ma kwiaty,Z dumań zasłonę.Zliczyła wszystkie mogiły,Wszystkie ofiary...Do walki brakło jej siły,Celu i wiary.Co ziemskie, rzuciła ziemi;Dziś z sercem zgasłem,Oczyma patrzy cichemiZa wiecznem hasłem.Groby miłością oplata,Jak gniazdo puchem;Na świecie, lecz nie ze świata,Cieniem jest, duchem...
Czar wspomnień, ból rozłączenia,To jej istota...Życie, jak powój — ocieniaCisza-tęsknota.
Leciećbym chciała daleko... daleko...Gdzie z brzóz płaczących srebrne rosy cieką,Kędy szum lasów pierś przejmuje drżeniem...— Czem jesteś, szczęście? — Wspomnieniem?
Leciećbym chciała tam, gdzie olchy rosną,Gdzie głogi dzikie zakwitają wiosną,Gdzie się powoje, jak baśń dziwna, plotą...— Czem jesteś, szczęście? — Tęsknotą?
Leciećbym chciała — za jasnym gdzieś zdrojemMyśl puścić wolno, jak wody bieżące...I widzieć tylko łan zboża i słońce...— Czem jesteś, szczęście? — Spokojem?
Leciećbym chciała, lecz nie wiem, do czegoWyciągnąć ręce i przywrzeć płomieniem...Idę — a za mną cień smutku dawnego...— Czem jesteś, szczęście? — Złudzeniem?
Leciećbym chciała do chwilek tych jasnych,Gdy życie, pragnień nieświadome własnych,Jest jako blaski, co na wschodzie dnieją...— Czem jesteś, szczęście? — Nadzieją?
Leciećbym chciała... sen cichy, sen złotyPrześnić samotna i konać z tęsknoty,
I »kocham« mówić dalekiem spojrzeniem...— Czem jesteś, szczęście? — Pragnieniem?
Leciećbym chciała i nie wrócić więcej...Raz tylko serce uderza goręcej,A potem cisza... wszystko się prześniło...— Czem jesteś, szczęście? — Mogiłą?
O! dajcie usta wszystkim krzywdom ziemiI wszystkim nędzom i tęsknotom ducha,I niech się niebo drzwiami błękitnemiOtworzy i Bóg niech słucha!
Czy Tobie, Boże, imię »Grom i Burza«,Że świat Twój w ogniach się nurza?Czy Tobie, Boże, imię »Błyskawica«,Że mu miecz nagi przyświeca?Czy Tobie imię »Śmierć i Wytępienie«,Że się krwi leją strumienie?Czy ziemia w chwili gniewu nawałnicyIskrą Ci prysła z źrenicy?Czy, jeśli bóstwo boleść uczuć może,Łzą z oczu padła Ci, Boże?Czy, gdyś ją cisnął w wir światów bez końca,Smutkiem ściemniała twarz słońca?Czy padł cień zgrozy w nieskończoność jasną,Gdyś wydziedziczył myśl własną?
Czemu, o Boże, prawdzie nie dasz krzyku,Głośnego w każdym języku?Czemu, gdy forma niezmienne zna prawo,Duch wiedzę zdobywa krwawo?
Czemu, wpatrzone w ideał daleki,Orłem nie lecą doń wieki?Czemu to pełne boleści wahanieNa drodze dobra, o Panie!?Dlaczego ludzkość ustaje, powraca,Zdobyte plony zatraca,A całość prawdy, rozbiwszy w okruchy,Łamie pojęcia i duchy?Czemu jej, Boże, nie powiesz: »MdlejącaZ pragnienia, pij światło słońca!«Czemu pozwalasz, by w zmierzchy dziejoweSzła, krwawiąc piersi i głowę?
Jeśli jest myślą Twą i Ciebie sięga,Gdzie jej świętość i potęga?Jeśli Ci obcą — czemu tak stęskniona?Królową — gdzie jej korona?Branką, przykutą do wozu Twej chwały —Czemu w niej duch taki śmiały?Wysłaną w nocy po prawdę pątnicą —Gdzie gwiazdy, które jej świecą?
Dech tracąc, ludzkość, jak nurek, zapadaW otchłań, gdzie perła lśni blada,I tysiąc śmierci widzi w tej głębinie...Ach! czy ze skarbem wypłynie?
Ludzkość się zrywa, jak ptak z ponad ziemi,Skrzydłami skrępowanemi...Przed nią dzień jasny i słońc nowych zorze —Lecz czy doleci, o Boże?
Czemu ta przepaść, która braci dzieliNa pokrzywdzonych i na krzywdzicieli,Tak jest bezbrzeżną, jako oceany,A taką straszną, jak rozwarte rany?...
Czemu jej zrównać, zapełnić nie mogąWybuchy pomsty swych ogniów pożogą?Czemu jest zawsze, jak rozpacz, bezdenna,A jak nienawiść — okropna, płomienna?
Krwią swoją ludzkość zalewa ją co dnia,W głębie jej leci i cnota i zbrodniaI łza i klątwa i miłość i zdrada,A przecież wszystko gdzieś marnie przepada...Olbrzymie serca i umysłu siły,Życie miljonów, miljonów mogiłyCzas rzuca na dno przez lata, przez wieki,A brzeg od brzega tak zawsze daleki!W przepaść tę szermierz rzuca hasło boju,Cichy myśliciel — ustawę pokoju,Mędrzec — pęk światła słonecznego z nieba,Nędzarz — pot krwawy i czarny kęs chleba,Bohater — sławę, geniusz — swoje trudy,Życie — swe prawa i swoje zjawiska,Duch — swą tęsknotę, dzieje — całe ludy,Bóg nawet wstaje i grom swój w nią ciska...A przecież dotąd, pragnieniem ziejąca,Plamą jest ziemi i przeczeniem słońca.
Jestże kto, pytam, co zapładnia ziarna,Które ta zgroza pochłonęła czarna?I czyż z nich kiedy złoty plon wystrzeliI bratnim chlebem ludzkość się obdzieli?
O! śpiesz się, słońce! Zbyt wschodzisz powoliNad przepaściami głębokich niedoli!O! śpiesz się, słońce! Niech dzień nowy wstanie!...Wszak tylko światło zwycięża otchłanie.
Nie to jest pole najkrwawsze na ziemi,Co pije z wojen rubinowej czaryI tak się bieli trupami ludzkiemi,Jak morskie piany, albo wieczne śniegi...Nie to, gdzie leżą strzaskane sztandaryNa mężnych piersiach, które ich broniły,I kędy, zwarte w dwa wrogie szeregi,Ludów ścierają się siły.
Nie to, nad którem, jak śmiertelne chusty,Ciągną się dymy ciężkie, ołowiane...Nie to, co wiecznie spragnionemi ustySsie pierś ludzkości, jak ranę...Nie to, gdzie żołnierz konający pada,Z dala od chaty, od żony, od dzieci,I gdzie się jękiem ostatnim spowiadaGwieździe, co nad nim, drżąc, świeci.Nie to, nad którem wichrom jęczeć trzeba,Gorzkiemi łzami padać chłodnym rosomI dzwonić pustym na zagonie kłosomNa przyjście roku bez chleba.
Lecz to, gdzie duchy, jak orły zwaśnione,Biją się w chmurach o prawdę nieznanąI gdzie od wieków w dwie strony targanoNieskończoności zasłonę,
Gdzie w zmrokach nocy, w walk krwawych zamieci,Myśl obłąkana ciska błyskawiceI ponad którem wieczna burza leci,Niosąc duchów nawałnice...Lecz to, gdzie jeszcze nigdy nikt z śmiertelnychOstatecznego nie dopiął zwycięstwa,To, gdzie zastępy najśmielszych i dzielnychMają mogiły męczeństwa...Gdzie szermierz prawdy wyrasta w olbrzyma,Gdzie myśl, podnosząc miecz badań stalowy,Przecina ludzkość na wrogie połowyI duchy na ostrzu trzyma...Gdzie, ciężkim wieków wstrząśnione pochodem,Walą się gmachy posępną ruiną,Gdzie bogi, wiary i idee ginąPrzed ustaw wiecznych dowodem;Gdzie w sam war bitwy, co grzmi wiekuiście,Ludzkość potężnych swych atletów ciskaI gdzie z nich każdy znaczy swoje przyjścieŁuną nowego ogniska.
O pole straszne!... O szranku ty krwawy,Co wiekom swoje obwołujesz hasło,Nad tobą wpośród dziejowej kurzawySto słońc już wzeszło i zgasło!Sto ramion prawdę namiętnie chwytało,Za całość biorąc rozbite atomy;Sto serc tu pękło, gdy ideę białąKruszyły fakty, jak gromy.Nad tobą sztandar wieczności szeleści,Porywy kują miecze twych rycerzy...A ludzkość czeka, konając z boleści,Aż chwila ciszy uderzy.Jak wichry, które z dwóch krańców pustyniRwą się, miotając swe piaszczyste żary,Tak tutaj walczą w imię bóstw i wiaryŚwiątynia przeciw świątyni...
A człowiek, zgrozą przejęty i blady,Patrzy, jak marmur, krwią zbryzgany, pękaI jak ognista druzgoce go rękaW gruzy mogilnej zagłady...
O bojowisko olbrzymów!... O pole,Gdzie się ścierają żywe duchów prądy!Wszystkie sprzeczności i wszystkie niedoleCzekają na twoje sądy!Najszlachetniejsze, najgorętsze duchy,Przekazujące wiekom swoim chwałę,Są wpośród ciebie, jak te chusty białe,Co tłumią walki wybuchy...Przez chwilę, jako gwiazdy, błękitniejąPonad ludzkością, konającą w boju,I opatrują rany jej nadziejąWiekuistego pokoju.Lecz czas uderza w skrzydła i ulata...Rwą się do walki nowe pokolenia...A nad okręgiem zwichrzonego świataWieje chorągiew zniszczenia.I nie wiem, czemu Bóg wielki w błękicieNie zerwie z prawdy słonecznej zasłony,Aby spoczęły już raz te miljony,Co walczą na śmierć i życie!
»Ach, skrzydeł ludzkości...«Niech wolny duch wzleci,Szeregom stuleciW krainę światłościNiech drogę ukaże;Niech jutrznią oświeciNarodów ołtarzeI białe sztandaryPokoju, miłościNiech w ciszy rozwinie!Niech czynów ofiaryI wiedzy świątynieW noc burzy, zawiei,Jak przystań nadziei,Dla tłumów otworzy!...Ach! skrzydeł ludzkości!...Ach, skrzydeł!... Duch wolnyNiech z wiecznych praw siłąRuch życia mozolnyHarmonją zespoli!Niech z dzielnych dusz woliWykrzesze djamenty
I światu, co bryłąWystygłą się zdaje,Przypomni świt boży,Gdy został poczęty!...Z przyszłością dni naszeNiech celem skojarzy,Niech tchem swym ogrzejeZmartwiałe poddasze,Chleb światła rozkrajePomiędzy nędzarzy!Przez wieki, przez dzieje,Przez zmroki i śwityDuch wolny niech wieje,Jak szare to ptaszę,Co leci w błękity!Niech życie spaczoneUzacni, uprości,Błyskawic koronęNiech twórczej da sileI w ziemskim się pyleZnieważać przestanie!...Ach, skrzydeł ludzkości!...Ach, skrzydeł, o Panie!...Niech wszystko, co silne,Podniesie swe lotyI ziemia obrotyNiech swoje przynagla!...A prochy mogilneI cieniów szeregiNiech próżno nie ciężąU piór naszych żagla!Duch niechaj otchłaniePotężnym swym ruchemWypełni po brzegi!...Niech prawdy czcicieleDostojnie zwyciężą;Niech wszystko, co żywe,
Rozwija się śmiele,Niech wszystko, co wielkie,Zostanie odczutem!Nad znojną prac niwęW przestrzenie wszechświataPo rosy kropelkę,Po siłę miłościDuch niechaj ulata!...Ach, skrzydeł ludzkości!
Ty nam, Boże, nie strój ziemiW kwiatów puchy,Póki łzami gorącemiPłaczą duchy;Póki głos namiętny bijeW Twe niebiosy,Niechaj ziemia dżdżu nie pije,Kwiaty — rosy.Póki siły dusz omdlałeGiną marnie,Niech nie kwitną róże białe,Ani tarnie...Póki ludzkich nędz miljonyŻycie kryje,Niech się lasów cień zielonyNie rozwije...I niech pączki swe drzemiąceLilja chowa,Póki głuchych skarg tysiąceDrży bez słowa...Niechaj słowik oniemiejeNad dąbrowąI niech pieśń zawiodą dziejeHiobową...
Niech strumienie srebrne wieściCiszej niosą,Aż rozbrzmieje krzyk boleściZ ranną rosą...Burza płaszcz niech rzuci ciemnyNa błękity,Aż wybuchnie ból tajemny,Ból ukryty...Boże! z ziemi zdejm zasłonęOblubieńczą,Póki duchy znieważoneW pętach jęczą!Niechaj w czarnym kirze stanie,Jak sierota,Gdzie mgła światów przez otchłanieWieje złota...Albo uderz w nią, jak gromem,Swą prawicą...Niech ją ognie niewidomemZieniem chwycą,I własnymi swymi żaryNiech wypieczeBlizny swoje, ból swój stary,Łzy człowiecze!Niech tak stanie gorejąca,Jak wulkany,I odkryje w blaskach słońcaSwoje rany,Aż Ty, Boże, dojrzysz przecieW swym lazurze,Jakie kwitną dziś na świecieKrwawe róże!...Aż ciemnoty zdejmiesz znamięZ ludów czoła,Do walk cichych wzbudzisz ramięArchanioła...
Aż się w ruch potężny wzmogąŻywe prądyI zwycięską zdepcą nogąNowe lądy...Aż zakipią oceanyOd serc bicia,Aż podniesie świat zbratanyToast życia!Wtedy, Boże, niech zakwitnąŁąki świeże,Niech się w zieleń aksamitnąLas ubierze;Wtedy daj nam na ołtarzeWieńce noweI napoje w wiosny czarzeBrylantowe!Lecz dziś, gdy łzami krwawemiPłaczą duchy,Pocóż, Boże, na tej ziemiKwiatów puchy?
W noc wiosenną, w noc majową,Duch się zrywa i ulataPonad nędze i łzy świata,Archanielską trzyma straż....Ach! czy znajdzie wielkie słowoTajemnicy wszechistnienia?Czy też konać ma z pragnienia,Ojcze nasz?...
Gdzież ukoi swą tęsknotę,Burzą zwątpień wskróś miotany?Gdzie poniesie lot zbłąkany?Ty mu, Boże, drogę wskaż!
Bo gdy zgasną blaski złote,Znużon walką nadaremną,Zapaść może w otchłań ciemną,Ojcze nasz!
Ziemia twoja w oceanieKsiężycowych blasków tonieI w błękitnej mgły osłoniePatrzy w cichą nocy twarz...Srebrną zbroję daj jej, Panie,Co nie gasłaby o świcie,Do walk długich, jako życie...Ojcze nasz!
Tęsknot dreszcze, żary ducha,Szumy lasów, oddech ziemiAkordami potężnemiWtórzą hymnom, które grasz...O! niech ludzkość je podsłucha!Niech braterstwo, miłość, zgodaKryształowy ton im poda,Ojcze nasz!...
Niepoczęty, nieskończony,Dla uśpionych zjawisk bytuOddalone punkta śwituStawiasz Ty, co wiecznie trwasz!Cóż ci znaczą lat miljony?Ale duch się rwie w człowieku:On chce skrzydłem być dla wieku,Ojcze nasz!...
Jeśli nie dość dźwiga znojuSzala Twoja gorejąca,Rzuć pragnienia dusz tysiącaI w błękitach świat ten zważ!
Łez, tęsknoty, niepokojuDamy tyle, tyle, Panie,Że ta chwiejna waga stanie,Ojcze nasz!...
W noc tę cichą, w noc tę błogą,Rozkwieconą, księżycową,Ponad ziemi sennej głowąGwiazd Twych chórom śpiewać każ!Niech marzenia mleczną drogąW świat ją inny, lepszy wiodą...Niech odetchnie w nim swobodą,Ojcze nasz!...
A bezsennych duchów tłumy,Co prawd wiecznych biegu śledzą,Tajemniczych głębin wiedząW tej srebrzystej ciszy darz!Niech usłyszą orle szumyPrącej naprzód, w dal ludzkości...Niechaj ujrzą świt przyszłości,Ojcze nasz!
Nie skowronkom, nie słowikom,Ty, co stwarzasz maj,Lecz śpiewakom i lirnikomSiłę pieśni daj!Starych mistrzów żywe zdrojeLedwo starczą już,By ugasić niepokojeGorejących dusz.Wiosny! wiosny nam dla pieśni!Niechaj wstanie wieszcz...Niech nam pierś otrząśnie z pleśniWielkich wzruszeń dreszcz!
Niech się zbudzi narodowaLira z śmierci snu!Niech rozdźwięknie wieszcze słowa,Niech nabierze tchu!Skrzesz, o Boże! błyskawicęPłodnych wiosny burz...Odrodzenia tajemnicęW pieśni naszej złóż!Niech, jak zdrój ojczysty, wzbierzeZ naszych łąk i pól...Niech, jak pszczoła, pyłki świeżeZnosi w wspólny ul!Niechaj spadną brylantowe,Urodzajne dżdże,Niech zapłodnią pieśni nowe,Niech orzeźwią je!
Dziś, gdy dajesz posłuchanieNajnędzniejszej z traw,Czyż wyzujesz ducha, Panie,Z odrodzenia praw?Zasłuchana w pieśń przyrody,Czuję łzy i ból...Pieją ptacy, szumią wody,A gdzież jest ich król?Gdzie potężne owe hasła,Które budzą lwy?Gdzie pieśń nasza? — Czy zagasła?Czy ją tłumią łzy?Czy już Tobie zbrakło, Panie,Nieśmiertelnych lir?Kiedyż dla nas wieszcz powstanie,Z pieśni zerwie kir?Gdy wokoło wre i tętniŻycia świeży ruch,Czyż my tylko siędziem smętni,Jak wyklęty duch?
Czyż się wszystkie skry wytliłyPiorunowych drgnień?...Co jesteśmy? — Martwe bryły?Co jesteśmy? — Cień?...
Panie! dziś przed Tobą stoję,Dziecko ziemi tej...Zlej Ty na nią światła zdroje,Zdroje siły zlej!Myśli nasze i pragnienia,Jako struny, zwiąż,Aż z naszego pokoleniaWstanie lirnik-mąż!Dostrój wyżej, wyżej jeszcze,Duchów naszych ton;Niech uderzą pieśni wieszczeW serca, jako dzwon!...
Ach, jak mi smutno być, jak fala drżąca,Która w namiętnych uniesień zapędzieSrebrną pierś swoją o ziemię roztrącaI łamie skrzydła łabędzie...W każdym porywie czuć całą istotą,Jak szklane kręgi powietrza mnie gniotą,I tkwić w materji władzami wszystkiemi,Jak niewolnica spętana łańcuchem,I wiecznie ciężyć i spadać ku ziemi...Ach! jak mi smutno, że nie jestem duchem!
Skrzydłami z tobą spleciona a cicha,Leciećbym chciała w dalekie błękityI pić wieczyście rzeźwiące zachwytyZ lilji kielicha...I na żądz ziemię ze smutkiem poglądaćI nic nie pragnąć, niczego nie żądaćI być dla ciebie, mój tęskny i biały,Bliźnim aniołem i bratem i druhem...I w słońce lecieć, jak dwie srebrne strzały...Ach! jak mi smutno, że nie jestem duchem!...
W powietrzu słychać szum gwiazdy, co spada...Morze się łamie do dna z nawałnicą...W przepaść się rzuca dysząca kaskadaSrebrną mgławicą...
Anioły białe, w noc wieczną strącone,Gubią z nad czoła promienną koronę...Całej ludzkości pragnienia i winyWrą naokoło straszliwym wybuchem...Ach! weź mnie z sobą i unieś w wyżyny!...Jakże mi smutno, że nie jestem duchem!
Pójdź, na twych piersiach utul moje skronieI mów mi słowa anielskie, najcichsze...Cóż nam do ziemi?... Niech wre i niech płonieW żądz skwarnym wichrze!Ja — niech tak z tobą na zawsze zostanęI niech nad nami gwiazdy zadumaneMgliste zasłony rozpostrą w milczeniu,Nieskończoności unosząc nas ruchem...Pójdź!... Czemu bledniesz i drżysz, mój promieniu?...Ach! jak mi smutno, że nie jestem duchem!
O ziemio, praw swych mścicielko! O ziemio,Która na duchach kładziesz swoje piętnoI szorstką dłonią budzisz tych, co drzemiąW noc cichą i beznamiętną...I do ust, choćby je najświętsze słowoZwarło pieczęcią swoją rubinową,Podajesz czarę ognia i płomieniI sen odpędzasz jakiemś wrzeniem głuchem...O ziemio, puść mnie do światła z twych cieni!...Ach! jak mi smutno, że nie jestem duchem!
Czy marzą kiedy te czoła schylone,Które dźwigają cierniową koronęCodziennej troski nad zbladłą w łzach twarzą...Czy one marzą?Czy w tych źrenicach zamglonych rozbłyskaNiekiedy iskra wielkiego ogniska,Przy którem duchy od wieków się grzejąWspólną nadzieją?Czy te ramiona od taczek swej biedyW chwilach tęsknoty podnoszą się kiedyTam, gdzie ludzkości całej ideałyTron mają biały?Bladzi nędzarze przy cudzym warsztacie,Co zasypiają pod snów ciężką strażą,I ci, co wloką dnie w zapadłej chacie —Czy oni marzą?Czy słyszą kiedy, wśród samotnych godzinGłuchy szum wieków idących z koleiI ciche szmery tajemnych narodzinWielkich idei?Czy w odrętwieniu swojem lodowatemCzują ten płomień braterskiej miłości,Co łączy duchy nad nędzą i światemW imię przyszłości?Czy ci schyleni tak blizko do ziemiNaglą jej pochód tętnami własnemi?
I czy się czuje myśl wydziedziczonaCząstką miljona?Duchy znużone i duchy mdlejąceCzy wierzą, że się te zmroki przeważą?Czy przeczuwają jaśniejszych dni słońce?Czy one marzą?Jeśli nie — szerzej rozniećmy ognisko!Niech spotężnieje i światło i ciepło;Uściskiem bratnim rozgrzejmy tu nizkoPierś ludu skrzepłą!Jeśli nie — wyżej podnieśmy sztandary!Niech nędzarz dojrzy walczących z ciemnotąI niech dosłyszy okrzyk, pełen wiaryW jutrzenkę złotą!
Z jaskółką czarną rzucam gniazdo moje,Wioskę zieloną...Przede mną lecą jakieś niepokojeChmurką spłoszoną...Słońce mi w drogę daje złotą smugę,Gdzie ścieżka płowa,A łąka za mną szle błękitną strugę,Szepcąc: »Bądź zdrowa!«Porzucam wszystko, idę w świat daleki!Tylkobym radaWziąć z sobą szumy srebrzyste tej rzeki,Co hucząc, spada...Przejrzysty lazur szerokiej przestrzeniI oddech wolnyI chłód tych świeżych, tych borowych cieniI kwiat ten polny...Tylkobym chciała tej brzozy płaczącejWziąć z sobą smutkiI parów, we mgłach wilgotnych dyszący,I niezabudki...Wieczorną gwiazdę, co w ciszy błękituPała milcząca...I srebrne hasła i błyski przedśwituI ten wschód słońca.Tylkobym w kielich z białego powojuRosy wziąć rada
I znane szepty lubego mi zdroju,Co przez sen gada...Echo fujarki, chrzęst kosy na łące,Piosnkę żniwiarzy...I słówko bratnie, serdeczne, gorące:»Niechaj Bóg darzy!«
Co to jest życie?... Schylona nad księgąWiecznych zagadnień o śmierci i bycie,Myśl wstrząsa niebios i ziemi potęgą,Pytając: Co to jest życie?Jako świat dawny, tak dawno paląceSłowo to, w błękit wyrzucone, leci...A nad ludzkością zadumaną słońceW ciszy powstaje i świeci...I żaden odzew nie koi nam duchaI nie rozjaśnia żaden promień nocy...Ach, kiedyż wstanie Ten, który nas słucha,Milczący w swojej wszechmocy?
Co to jest życie? — Oś przemian i ruchu,Harmonji zjawisk ton główny, przewodni,Płomyk, co gaśnie przy śmierci podmuchu,I znów się chwyta pochodni...I co jest życie? — Żebracze łachmany,Purpura królów, siła myśliciela,Nędza, co w istnień miljony się wciela,Wlokąc materyj kajdany...Upadek duchów, walk pole najkrwawsze,Gdzie nikt nie mierzy oręża, ni siły,I gdzie zwycięstwo otrzymuje zawszeCzarna chorągiew mogiły...
Co to jest życie? — Uśmiechy wiosenne,Szmer pocałunków, jutrzenka spłoniona,Zroszone róże, marzenia półsenne,Uścisk, co splata ramiona...I co jest życie? — Odwieczna tęsknicaDo oddalonych żywej wody zdrojów,Żar, co pierś trawi i ogień podsycaBurzliwym tchem niepokojów...Trud bez zapłaty, samotność i wzgarda,Znój krwawy czoła i łzy krwawe oka,Boleść, jak groby, czarna i głęboka,Dola sieroca i twarda!
Cóż więc jest życie? Do czego zbudzone?Czemu tak strasznie rozłamane w sobie? —Oto w błękitach ma swoją koronę,A trwałość odrodzeń — w grobie.Obecność jego wszędzie, a istotaNiepochwycona, lotna i subtelna...Dotkniesz go ręką — garść pyłu i błota,Myślą — iskra nieśmiertelna.Gdzież jest ten nikły punkt, ta tajemniczaSpójnia, co wieczne łączy ze znikomemI zmiennej formie, która jest jej domem,Potęgi bytu użycza?I komu dano chwycić moment wielki,W którym materja przyjmuje paląceZnamiona ducha, jak rosy kropelki,Co rankiem zwierciedlą słońce?
O myśli ludzka, gdzieżeś ty nie byłaPo słowo życia, płomienna i drżąca?I jaka czara, tuż przy ustach schnąca,W pragnieniu cię nie poiła?Ileż ty razy, o biedna ludzkości,Wzniesiesz się jeszcze i padniesz znużona,
Zanim podstawy dla swojej przyszłościWyczerpniesz z własnego łona,Zanim zdobędziesz choć tyle w tym boju,Z tajemniczością własnego istnienia,Byś cele swoje bez łez i bez drżeniaRozważać mogła w spokoju?Kiedyż ukoisz się i pójdziesz, cicha,Wytkniętą drogą, bez skargi, świadomieDążąc tam, kędy myśl boża oddychaW słonecznych światów ogromie?
O! gdybym mogła z łez własnych, z tęsknotyUtkać, jak tęczę, pas długi, pas złoty!Rzuciłabym go w gościniec daleki,By prędzej po nim szły wieki!Ale w ludzkości, jak klątwa niedoli,Są takie słowa, których nic nie zgłuszy...Myśl od nich płonie i pierś od nich boliI ciemno robi się w duszy...I wiem, że wiecznie wśród istnień gromady,Z okiem utkwionem w dalekim błękicie,Stać będzie człowiek, samotny i blady,Pytając: Co to jest życie?
Jak wianuszek srebrnych puchów,Co na ziemi spada skroń,Tłum leciuchnych, białych duchówPrzez błękitną leci toń...Dobrą wieśćŚpieszy nieśćTym, co we łzach — tym, co w trudzieNocą ciemną śnią o cudzie...Ach! zbudźcie się, smutni ludzie!A ty dzwoń,Wietrze cichy:Niech mgła bladaZ gwiazd opada,Niech rozbłysną światów roje,Jako pełne słońc kielichy,Co nam ogniem poją duchy!Niechaj ziemia pchnie swe ruchyNa gwiaździstych szlaki dróg...A ty dzwoń,Serc tęsknoto!Strzałą złotąLeć w niebiosy,Na błękitny próg!...Niechaj dłoń
Wzniesie w góręStarzec drżący, siwowłosy;Niech zaklina dżdżową chmurę,By wydała w perłach rosySmutnej ziemi odkupienie...Niechaj pierś potężna młodziŻarem swoim przetli cienie,W hymn zamieni jęk i zgrzyt,Więźniów nocy wyswobodzi,W czyn skrysztali dusz pragnienie,Niech przyśpieszy świt!................
Ach! już idzie — ach! już wschodzi!Ach! już błyska jutrznia boża!Już się płoni wschód od morza,Łuną jasną, wielką, białą,Drżącą w błyski różowawe...Ziemio! ziemio! wstań: już dnieje!O, ty będziesz wysłuchana!Na kolana... na kolana...Grom... zaćmienie... ave! ave!A słowo się ciałem stało.
Bóg się rodzi — moc truchleje,Pan niebiosów obnażony...................
Jakże dziś ciemno! Czyż gwiazdy niebieskieJuż się wytliły i zgasły w błękicie?Czy noc zwinęła zasłony królewskie,By ludzie spali o świcie?Jakże dziś ciemno! I ziemia tu marzyO słońcu — wielkiem, djamentowem słońcu,
Co chodzi w blasków żywiących koronie...Kiedyż to będzie?... Ha! po lat tysiącu,A może — po lat miljonie —A może nigdy... Może, gdy wygasnąOstatnie, skąpe błyski ideału,U białych kolumn ludzkości ołtarzyLudzie chodzący ostrożnie, pomału,W ciemnej, okropnej, bezgwiazdnej ciemnicy,Przy łunie jakiejś krwawej błyskawicyBędą mówić: »Jak nam jasno!«I tak przywykną już duchem do mroków,Że na wschód zorzy wołać będą: »Gore!«I będą chronić oczy swoje choreOd tych promieni, co biją z źrenicyOstatnich światła proroków.Zapomną, że im Bóg obiecał z niebaDać dzień wieczysty — jeśli świt zdobędąI staną, jako zgaszone pochodnie,I w cieniach nocy dobijać się będąPrzez dziwne, słońcu nieznajome zbrodnieO nędzny kawałek chleba!Ziemia zastyga... jej wieniec z promieniW pokład się żużli i popiołów mieni.Ja sam — ileżto blasków na mej drodzeZgubiłem! — W zamian cóż takiego wziąłem?Kilka pchnięć w serce... i dziś — z chmurnem czołem,Jak król, co stracił swą koronę, chodzęPo tej zaćmionej ziemi...Boże!... Boże!...Kogo ja wołam?Jaka to noc ciemna!Choćby w tej chwili przez krater buchnęłaSyczących żarów kolumna podziemnaI rozpaliła wielkie lawy morzeI oceany płomieniem zajęłaI w skrach cisnęła w pobladłe niebiosyŁunę straszliwą, krwawą, jako włosy
Ogniste — w wielkim tym, czarnym przestworzeJeszcze byłoby ciemno...Boże!... Boże!...................Wieczorna gwiazda wschodzi... jaka drżąca!Tuli się w rąbki ciemnego błękitu...Ach! gwiazda tylko — gdy nam trzeba świtu!Gwiazda — gdy nam trzeba słońca!Niegdyś promyczek ten był srebrnem hasłemPomiędzy Bogiem — a młodzieńczym duchem...Lecz dzisiaj — patrzę nań z sercem wygasłem,Okiem zmąconem i suchem...Dziw: blada gwiazdka rośnie, potężnieje,Pękiem promieni od wschodu wybiegaI gorejącym blaskiem swym zażegaGasnące ducha nadzieje...I staję przed nią niemy — i wzruszony...
Bóg się rodzi — moc truchleje,Pan niebiosów obnażony!...................Co za głos!... Jakież wywołałem mary?Cicho!... To ojciec modli się z czeladką...Ach! widzę wioskę — i dworek nasz stary,Wielkie ognisko, co świeci i grzeje,Jarzącą, strojną choinkę dla dzieci...Dziada siwego, jak biały opłatek...I dym błękitny, co wije się z chatek...I gwiazdkę, która im świeci......Miałżeby jeszcze łzy — wydziedziczony?...
Ogień krzepnie — blask ciemnieje,Ma granice Nieskończony...................Dość!... dość, na Boga!...Matko! moja matko!
Bądź silnym, bracie! Skrzydłami orlemiBij chmury, co ci grożą nawałnicą...Nas dnie tak smutne, tak ciężkie zrodziły,Że wielkiej ducha potrzeba jest siły,By nie zagasnąć krwawą błyskawicąU jakiejś wczesnej, samotnej mogiły,Lecz żyć na pełnej łez ziemi.
Bądź silnym! Niech twe młodzieńcze ramionaPodźwigną brzemię, uniesień twych godne...Niech miłość bratnia pierś twoją rozszerzy...Póki w ciemnocie choć jeden duch kona,Póki choć jedno serce, prawdy głodne,Nie wie, do czego przykuć swe pragnienia:Nie wolno spocząć żadnemu z szermierzyW ciszy własnego istnienia!
Bądź silnym! Życie swą wagą przygniataTych, co bez steru, bez woli, bez mocy,Wśród tłumu zjawisk i sprzeczności świataBłądzą, wypadków uniesieni ruchem,Własnym swym czynom nieobecni duchem,Jako lunatyk skróś nocy...Ziemia się na nich nie wesprze, zaiste!A ludzkość nigdy w pochodzie nie liczy
Tych, co przed walką cofnąwszy się — ginąI poza duchów wytrwałych dziedzinąTak znikną, jako ów cień tajemniczy,Gdy wschodzi słońce przeczyste.
Garstka szlachetnych, co przyszłość zdobywa,Jest jako luźne, słoneczne ogniwa,Które się w całość połączyć nie mogą...I brak im może właśnie twego ducha,By zamknąć kręgi wielkiego łańcucha,Co glob opaszą i nową pchną drogą.
Bądź silnym, bracie!... Ach, jabym pierś twojąPragnęła zakuć djamentową zbrojąPrzed ziemskiej żądzy palącym oddechem,Co cię porywa w pełną wichrów drogę,Przed zatrutemi zwątpienia strzałami,Co biją w ciebie, jako błyskawice...Lecz jestem sama słabą i nie mogęByć tarczą twoją, choć stoję przy tobieZ rozpostartemi, jak siostra, rękamiI patrzę w twoje gasnące źreniceI na twe usta, co bluźnią uśmiechemTajemnej ducha twojego żałobie,Jak bluźni róża czarnej sierot szacie;I próżno ciebie chcę obronić łzamiPrzed skwarem życia, co pierś twą wysusza,I próżno, patrząc, jak kona twa dusza,Wołam: Bądź silnym, o bracie!...
Bądź silnym! Ziemia pod stopą się chwieje...Stać trzeba z męskiem wytrwaniem wśród burzy...Ten, kto nieść będzie pochodnię-nadziejęI zatknie sztandar zwycięstwa na szczytach,Kto ducha swego odciśnie z lwią siłą
Na wieku swoim — ten, komu ta całaZiemia jest jakby niezastygłą bryłą,Co jego piętna czekała —Ten tylko imię »człowieka« wysłużyW nieśmiertelności błękitach!
Nie w purpurze, jak pożary,Co zdobywczą idą klęską,W rozpuszczonych na wiatr szatach,W dymów stalowej przyłbicy,I ogniste swe sztandary,Całe w róż płomiennych kwiatach,Pod obłoki górne niosą —I siadają, jak motyleGorejące, na wieżycyI w dzwon biją pieśń zwycięskąI jednoczą w dzikiej sileCoś z rumaka stepowego,Gdy się zerwie z uździenicy,I coś z nagłej błyskawicy,Gdy z gromowej padnie chmury...Nie w żelazie, jako wojna,Co z odkrytą piersią męską,W łunach cała, w ręku z kosą,Bohaterska i dostojna,Grzmi pobudką na armatachW takty serca młodzieńczego...Płomiennym się orłem zrywa,Śmierć bystremi siejąc pióry,I jak meteor, przelataPonad okręgami świataI okropność nawet swoją,
Szeleszczącą sławy zbroją,I błyskami swej purpuryPrzed oczyma nam zakrywa...Nie jak mór, w bólach wybladły,Co tragicznym swym oddechemZieje, nie patrząc, na kogo,I straszliwie prostą drogąZ beznamiętnym mknie pośpiechem,Śmiertelnemi prześcieradłyOwijając nam stolice...Co skrzydłami nietoperzaW marmurowy gmach uderza,Rozsypując go w kostnice...Co za sobą zgła swe wleczeI mogilnym tchnie powiewem,Depcąc nagie, drżące serca...Co napada, jak morderca,I obraca w piersiach miecze,Pełne jadu, pełne trądu,I goreje, jak pochodnia,Zażegnięta Bożym gniewem,I za pierś chwyta przechodniaBez wyroku i bez sądu...Ale nędzny, szpetny, siny,Owinięty w mgieł łachmany,Chyłkiem pełznąc poprzez poleNajuboższej gdzieś krainy,Kędy bladzi wyrobnicyNoszą od dnia urodzeniaAż do ostatniego tchnieniaKainowy znak: »niedola« —Z dawna już przepowiadanyPrzeczuć ludu smętnem echem,Łez strumieniem długich deszczy,
Gradem, co jak prorok wieszczy,Srebrne klątwy ciska z niebaGłuchym gromem nawałnicyI pochodem zbrojnym wód,Głosem matek przeklinany,Własnym trawiąc się oddechem,Idzie bez kawałka chlebaGłód!
Wygaszoną z łez źrenicąBlaskom słońca naigrawaI odsłania swą prawicąWszystkie nędze, wszystkie ranyI szept pokus rzuca w ciszę...I oskarża ziemię całą,Że dla żywych jest za małą,I odsłania nam naturę,Jak mściwego ludom wroga,Co wypełnia krwawe prawaBez litości i bez Boga...I wyroki swe ponureTysiącami grobów pisze...Błędy, zbrodnie i wybuchy,Straty żywych sił narodu,Spadające w otchłań duchy,Noszą czarny napis: »Z głodu!«Myśl się przed nim cofa drżąca...Oto idzie rozłakniony,Depcąc pola i zagonyPod oczyma gwiazd i słońca...Gdyby jego mdłe wnętrznościPłodne były, bez litościSzarpałby swój własny płód...Już wyciąga dłoń swą siną...Biada! biada ci, kraino!Głód!
Przeszłość — wielka pra-mogiła,W której leżą ojców kości,Zapasowa ruchu siła,Utajony dech ludzkości;Skarbiec święty, skarbiec stary,Kędy wieki porzucałyZbroje swoje i sztandary,Hasła, barwy, ideały;Przeszłość — wielkie ludów zbrodnie,Bohaterów wielkie czyny,Zażegnięte walk pochodnie,Uschłe wieńce i wawrzyny,Karty, ryte krwią i mordem,Rozszarpane burz zawieją,Skry, skrzesane starym kordem,Co nam dotąd dusze grzeją.Przeszłość — czarny kir żałoby,Nieśmiertelne hymny chwały,Cisza, która strzeże groby,Jak archanioł śmierci biały;Gorejące wspomnień znicze,
Echo zwycięstw i rozpaczy,Talizmany tajemniczeNa wątpiącą pierś tułaczy...Przeszłość — pieśń, od której jeszczeDziś chwytają ludy dreszcze,Pieśń ta, którą ideałyNad kołyską im śpiewały.Przeszłość — ołtarz i świątnica;Przeszłość — pręgierz, kaźń, niesława;Przeszłość — życia tajemnica,Co z popiołów zmartwychwstawa...Oto budzi się i dyszy,Obejmuje świat w ramionaI krzywd dawnych mści się w ciszy,Aż zostanie odkupiona.Przeszłość — dramat, w którym dziejeWywołują mar gromady...Tłum się trwoży, wzrusza, śmieje,Lecz myśliciel patrzy blady.
Przyszłość — jutrznia zróżowiona,Świt błękitny, świt daleki,Do którego wszystkie wiekiWyciągają swe ramiona;Czyn zwinięty, jak w zawiązku,W tajemniczym myśli kwiecie;Prąd, co ruchy budzi w świecie,Wznosząc sztandar obowiązku;Sny narodów, ludów hasła,Zapał walki, klęsk pociecha,Wiara ziemi niewygasła,Co z błękitów się uśmiecha;
Zagon żyzny, zlany potemTych szlachetnych, co go orzą,Zasiewany ziarnem złotem —Prawdą jasną, prawdą bożą.Nieugięta, niecofniona,Nieodmienna, idzie, cicha;Szermierz, walcząc o nią, kona,Ale ludzkość nią oddycha.
I cóż łączy te dwa światy,Jak ogniwa dwa łańcucha? —Teraźniejszość — ptak skrzydlaty,Myśl, czyn, słowo, tchnienie ducha.
O! nie, poeto! dziś nie jest blademWidmem, stojącem wśród zmierzchów bez końca;Ono wre życiem i nosi dyademZ łez ludów i z błysków słońca.I nie jest żadną luźną chwilą w dziejach:Przeszłość je w bólach duchowych zrodziła,A w wielkich, jasnych przyszłości nadziejachTkwi jego młodzieńcza siła.Oto je widzę: potężne w porywach,Naprzód podane, stanowczy krok waży...Nie wiem, czy starych odbiegnie ołtarzy,Nie wiem, gdzie nowa zawiedzie je droga,Lecz wiem, że w wiecznych następstwa ogniwachPrzerwy nie będzie... że ludzkość nie stanieNa żadne klątwy i żadne wołanie,Aż znajdzie prawdę — i Boga.
O! nie, poeto, krew nasza nie skrzepła,Pierś nie zastygła w westchnieniu ostatniem...My — przy ognisku i światła i ciepła,Sercem dzielimy się bratniem.Jeśli myśliciel nie marzy o niebie,Patrząc bezczynnie w błękitne sklepienie,
Goręcej zato, i już nie dla siebieZdobywa wielkie zbawienie.Zapał ludzkości pod równą wre miarą,Lecz różne jego są ujścia dziejowe:Niegdyś miał imię »Wyprawy krzyżowe«,Był hymnem ludów i wiarą.Dziś — to duch badań, który myślicielaCzyni potężnym zwycięzcą przyrodyI wielkie prawdy zdobywa i wcielaW idące naprzód narody.
O! nie, poeto! młodość nie druzgotaBóstw białych w wielkiej świątyni ludzkości,A jej modlitwą jest święta tęsknota,Co duchy prze ku przyszłości.W weselnej szacie, jak niegdyś, za Greków,Amforę życia wychyla radosną,Jest zawsze ziemi poezyą i wiosną,Posiewem światła dla wieków.Nie! żadna chwila w czasie nie marnieje:Z tchnień duchów epok budują się zręby,A z nasion, które ręka nasza sieje,Wzrosną nie róże, lecz — dęby!Więc się nie pytaj, o poeto chmurny,Jakie dziś jutru pozostawi dary?Wierz tym, co zamiast z popiołami urnyNiosą w pochodzie — sztandary!
Nie, to nie była grecka kolumnada,Z której kaskadą jasność dzienna spada,W jońskich żłobieniach gubiąc swe opale.Słońce nie drżało, jak djament stopiony,Strzał złotych w błękit miotając miljonyI kąpiąc czoło w powietrza krysztale.O rzeźbę brzegów nie biło tam morze,Jak wino Cypru, zamknięte w amforze,Co, szumiąc, w perły rozpryska swe fale...
Nie, tam nie rządził Zeus, ani Hero,Ni cały Olimp, jedno wielkie zero,Co na płacz ludzki oczy ma kamienne...Nikt tam nie wołał wielkim, głośnym krzykiem:»Niesprawiedliwość!« — i nikt niewolnikiemNie przyszedł na świat, klnąc jasności dzienne...Pogańskich mędrców nie było tam zgoła,Coby sofizmem zaćmiewali czołaI ujarzmiali duchy przez pół senne...Nikt na marmurze białym targowicyNie stawiał jeńcem męża ni dziewicyZ wpół obnażonem, drżącem hańbą łonem...Nikt nie rozdzielał matki z jej dzieciną,
Nikt na twarz starca, pomarszczoną, siną,Nie pluł z cynikiem Ksenem, ni Milonem...
Nie, to nie były owe ciemne wieki,W których bez Boga i prawa opiekiLudzkość błądziła, krwią znacząc swe ślady...Nie, to nie były te wieki zatrute,Co mędrcom swoim dawały cykutę,Nędznych helotów mnożąc zastęp blady...Tam nie radzili wielcy myśliciele,By niewolników piętnować na czele,Z bydłem u rzeki pojąc ich gromady...
Nikt tam za okup wolności bliźniegoNie wziąłby miny złota ateńskiego,By ją heterze rzucić na wonności...To był świat inny, chrześcijański, nowy,Co barbarzyństwa zrzuciwszy okowy,
Wiele i głośno mówił o wolności...Stawiał świątynie, czcił Boga, kapłany,Mnogie ustawy kreślił zadumany,Prócz jednej tylko — ustawy miłości!
Miał pyszne grody, pałace wspaniałe,Zielone parki i muzea białe,Gdzie grecka piękność skamieniała stoi...Miał pełne gwaru i ciżby stolice,Świetne salony, bogate dzielniceI tłum, który się echem szczęścia poi...Miał praw spisanych wielkie, grube tomy,Nowe idee i postęp widomyI klucz od wielkich tajemnic podwoi...Miał brzmiące hasła i jasne sztandaryMiłości bratniej, pokoju, ofiary —To był świat ludzki, chrześcijański, nowy...
Tylko — były tam całe tłumy ciemne,Życia bez jutra, wysiłki daremneI pochylone od zwątpienia głowy...Tylko — były tam smutne, blade twarze,Ręce bez pracy, bez bóstwa ołtarze,Piersi, gryzione tajnych buntów jadem...Tylko — nie wszystkim świeciło tam słońceI tylko nędzarz ramiona mdlejąceŁamał w milczeniu ponad czołem bladem...
Tylko — nie wszystkich nakarmiał chleb ziemiI źródła wiedzy wodami żywemiNie wszystkie usta poiły spragnione...Tylko tam były ubogie poddasza,Gdzie śmierć nikogo z nędznych nie przestrasza,Bo życie nosi cierniową koronę...Tylko — krwią ludów spłynęły tam rzeki
I tylko w błyskach leciały tak wieki,Jako zmącona łez ludzkich kaskada...
Lecz świat był ludzki, chrześcijański, nowyI dawno rzucił pogaństwa okowy...Nie — to nie była grecka kolumnada!
Gdzie jest mój dom? — Czy tam, gdzie marzeń rojeBudują świat z mgły ułud, z pieśni czaru,Gdzie lube sny kołyszą serce moje,Gdzie poi mnie szumiący zdrój nektaru?Czy tam, gdzie czyn w żelaznej ma prawicyPochodnię zórz i wieków ciężkie wagi...I świeci w dzień ogniskiem swej źrenicy,A w ciemną noc dobywa miecz swój nagi?
Gdzie jest mój dom? — Czy tam, gdzie smutek cichyW przestrzeni drży, jak skarga konająca...Gdzie srebrne łzy padają w róż kielichy,Gdzie nocom gwiazd, porankom braknie słońca?...Czy tam, gdzie ból, krwawiący świat przez wieki,I wszystek trud i wszystkie hasła bojuW stłumiony krzyk zlewają się dalekiI płoszą sny widmami niepokoju?...
Czy tam mój dom, gdzie stoją białe tronyWieczystych prawd, wśród ciszy majestatu,Królując nam bez berła i koronyI pchnięciem w ruch rozkazy dając światu?Czy tam mój dom, gdzie źródła wiedzy płynąI w ludów krew wlewają żywe prądy,Gdzie w szary świt zdobywcy słońca giną,Wpatrzeni w wschód, skąd wstają nowe lądy?
Gdzie jest mój dom? — Czy tam, gdzie silni stoją,Zgromiwszy lwa w swej piersi walką męską?Czy tam, gdzie ci, co drżąc, się niepokojąPrzed chwilą burz bolesną — choć zwycięską?
Czy tam, gdzie szał otwiera swe ramiona,Płomiennych fal czarując upojeniem...Gdzie burzą tchnień rozkoszy drga zasłona,Gdzie życie jest i czarą — i pragnieniem?Czy raczej tam, gdzie duchy, jak gołębie,Białością piór zlewają się promienne,Gdzie smętny wzrok zapada w tęsknot głębie;Myśl budzi się — a żądze milkną senne?...
W błękitną dal wędrowny ptak odlata,W głębinę wód samotna łódź wypływa...Ach! mamże ja tak zawsze wpośród świataZbłąkana żyć, jak cień, co nie spoczywa?Gdzie prawda ta, co chwyta bez podziału?Gdzie przystań jest dla wszystkich walk i trudów?Ach, gdzie jest cel, krwi godny i zapałuI życia chwil i wielkich dążeń ludów?W skarb drogi swój swe serce człowiek wkłada,Jednocząc w nim żądz swoich niepokoje:Jaż tylko mam z przestrachem pytać blada:Gdzie jest mój dom, mój dom i wszystko moje?
Idę — i drżę — i wracam przerażonaI obcy świat otacza mnie dokoła...Ach! gdzież jest dłoń przyjaźnie wyciągniona?Gdzie drogi głos, co na mnie: »Pójdź!« zawoła?Gdzież skłonię skroń? ach! gdzież ja się ukoję?Gdzie płynąć dam tym wstrzymywanym łzom?Gdzie jest mój skarb? ach, gdzie jest gniazdo moje?Gdzie jest mój dom?!
Ty mi się nie dziw, że ja się wciąż pytamI rzucam: »czemu?« w przestrzenie błękitu...Wszak odpowiedzi nikt mi nie dał jeszcze.Idę — i słucham — i w próżni tej chwytamJakieś przebłyski dalekiego śwituI jakieś hasła, jakieś wróżby wieszcze...Lecz to są tylko echa — i westchnieniaI starcia myśli nagłe błyskawice,Okrzyki zgrozy błądzących wśród cienia,Łkania — i skargi — i bluźnierstw wybuchyNa bezlitosną życia tajemnicę,Od której konają duchy...
Ty mi się nie dziw! — Któż z nas, co dziś żyją,Może zasypiać spokojny i cichy,Jak te powoju dziennego kielichy,Które łez rosy nie piją,I tak się zwinąć, jak one, przed cieniemI nigdy, nigdy nie przebić spojrzeniemTej tajemniczej, gwiaździstej zasłony,Która drży w ręku Boga od serc bicia,Z jakiem się do niej zbliżają miljonyNamiętnych duchów, co idą przebojem,
Za żądzy swej niepokojemI nie chcą bez walki — życia?
Ty mi się nie dziw! — Ja jestem dziecięciemWieku, co wyrzekł, że gdyby mu danoPrawdę, jak gwiazdę jaśniejącą cudem,Ot tak, gotową, zdjętą prosto z nieba,Prawdę, krwią jego serca nie oblanąI nie zdobytą potem ani łzami,Onby ją rzucił, bo jemu potrzebaIść — i zdobywać i łamać się z trudem,Zdumiewać światy śmiałem przedsięwzięciem,Cofać się — padać — powstawać na nowo,Drogi swe znaczyć krwawymi śladami,Konać z tęsknoty, czekając na słowo,Które ma kiedyś z ust całej ludzkościDać nazwę świtom przyszłości.
Ty mi się nie dziw! — Ja idę w pomroceZwątpień, któremi trują się dziś duchy...Z dala gdzieś — nikły promyczek migoce,Lecz wokoło mnie lecą huraganyTchnień niespokojnych, które w samo słońceCiskają strzały swoje pałające,Zdając się wołać: »Zdmuchnę — potem stworzę!«Ach! od tchnień takich światełko to bożeDrży — i przygasa, jak płomyk, wydanyBez żadnych osłon na wiatru podmuchy...I trzeba wiele wytrwania i siły,Żeby je w piersiach, jak w lampie z kryształu,Zamknąć — i iść tak w łunach ideałuAż do nieznanej mogiły.
Ty mi się nie dziw! — Ja stoję na ziemi,Po której idą tłumami smutnemiLudzie, których ja braćmi mymi zowię...Stoję — i patrzę — i płaczę nad niemi,
I gdybym była Bogiem, to każdemuDałabym spokój i światło i zdrowie...I myśląc o tej wieczystej Wszechmocy,Którą mi wiara wskazuje w błękicie,I o tej nędzy i o łzach tajemnych,O tych stęsknionych — i smutnych i sennych,Dla których śmiercią jest życie,Gubię się w pełnej przerażenia nocyI pytam namiętnie: czemu?
Ty mi się nie dziw! — Co dziś nie zachwiane?Co wiecznie pewne, niezłomne, prawdziwe?Ach! gdybyś wiedział, jak drży serce żywe,Gdy je w dwie strony targają zwątpienia!I gdybyś wiedział, jaką krwawą ranęW piersiach swych mają ci bladzi badacze,Którzy się w nędzy własnego istnieniaGrzebią, jak w ziemi napół ślepe krety!Ach! gdybyś wiedział, jak serce im płacze,Gdy idą, jako złowróżbne komety,Przez lud, nad którym świecą, przeklinane,Zawsze samotni — i zawsze tułacze,Odarci z uciech, a nieraz i — z cześci...I gdybyś wiedział, ile jest boleściI ile żądeł — i jadu gorzkiego,Ile poczucia nędzy i niemocyW tem jednem słowie: »dlaczego?«Gdy się je rzuca wśród bezsennej nocyW niebo, co w gwiazd swych srebrzystej poświacieStoi nad ziemią, w cichym majestacie,Jak badań otwarta droga —Tobyś mógł płakać nad dolą człowieka,Który z śmiertelną trwogą i gorycząSłowo to straszne wyrzekaI w nieskończoność patrząc tajemniczą,O losy ziemi śmie pytać się — Boga!
O wiosno! gdzie ty gubisz swoje kwiaty?I jaki wicher skrzydłami mrocznemiChwyta ich listki i wlecze po ziemiKrólewskie róż twych szkarłaty?Gdzie twych poranków blaski dyamentoweGasną? I w jakie rozwiewa się cienieWieczorna zorza, co na twoją głowęKładzie koronę — marzenie?Od jakich żarów rosy twoje białeTają, jak perły w morzu konające?Na czem ty łamiesz brylantową strzałę,Którą posyła ci słońce?Gdzie przepadają mgły twe tajemniczeI blade róże wschodzącej jutrzenki?Od czego mdleją pąki twe dziewicze,Zanim rozwiną swe wdzięki?O wiosno w blaskach i uśmiechach cała,Co na skąpane w łzach opalu tęczeZarzucasz skrzydła lekkie i młodzieńcze,Jak gdybyś w niebo leciała...I coraz szersze dnia czyniąc zdobyczeNa wschód i zachód słonecznej krainy,Światła pochodnie wnosisz tajemniczeW srebrzystej nocy dziedziny...
O wiosno! czemu tęcze twoje gasną,Skrzydła się łamią i ciężą ku ziemi?I czemu zmierzchy ustami chłodnemiZdmuchują zdobycz twą jasną?Czemu słowicze pieśni twoje mdleją?Czemu wód twoich wysychają czary?Czemu, nazwana »miłością, nadzieją«,Dotrzymać nie umiesz — wiary?
O serce ludzkie! gdzie są upojeniaMłodych porywów twoich i tęsknoty?Gdzie wielkie czyny słabego ramienia?Gdzie wielkich rojeń plon złoty?Gdzie świeżość uczuć twoich porankowa?Gdzie dążeń, celów twoich ideały?Gdzie zapał, którym uskrzydlone słowaPieśni twej w niebo leciały?Gdzie twojej siły, energji twej suma?Gdzie sny twe ciche, dziewicze, niebieskie?Gdzie nieskalana czoła twego duma,Twoje ubóstwo królewskie? —Gdzie ukochanie twoje wszechpiękności,Cześć dla wszystkiego, co wzniosłe, co święte?Gdzie są twe barwy, szermierzu ludzkości,W walce o przyszłość podjęte? —Gdzie głębia rwąca i świeżość tych prądów,Które rzeźwiły brzeg suchy, omdlały?Gdzie jasne tęcze skróś mórz i skróś lądów,Co niebo z ziemią wiązały? —Gdzie przedumanej nocy urok cichy,Co ci bezsenne otwierał powieki?I gdzie są ducha upojeń kielichy,Kipiące życiem na wieki?Zapał młodzieńczy do wiedzy, do pracyGdzie złamał wzlotów swych potężnych skrzydła?I w jakich mroków pochwyceni sidła,Milkniecie, świtu śpiewacy?
Młodości bujna! o wiosno ty ziemi!Co pokolenie świat wzmaga swe tętnaI oddychając piersiami pełnemi,Ludzkość rozbudza się smętna...Czemuż jej nie dasz tak dzielnych wybuchów,Tyle wytrwania i żaru i siły,Żeby chwyciwszy się wiosennych duchów,Zmartwychpowstała z mogiły?Czemu ty sama, o zorzo dziejowa,W mgle powszedniości przygaszona perło,Jak z tronu swego zepchnięta królowa,Łamiesz o życie swe berło? —
I cóż z tego, że genjuszeNieśmiertelne dzieła tworzą,Że myśliciel swoją duszęNa świątynię zmienia bożą?I cóż z tego, że w tęsknocieDo wieczystej prawdy zdrojówDuchy, pełne niepokojów,Jako orły, rwą się w locie?I cóż z tego, że przestrzenieŚwiatła, ciszy i błękitówMyśl, słonecznych pełna świtów,Ukochała nieskończenie?I cóż z tego, że są duchy,Co się trawią własnym żarem,Póki świat dźwiga łańcuchyI w bezprawiu tonie starem?...Że wskróś wieków, jak kometa,Gorejąca myśl przelata,Że duchowy gdzieś atletaPodwaliny wstrząsa świata,Że jest serce, które płaczeNad niedolą wieku swego,Że są ścieżki, gdzie tułaczeIdą smutni — i cóż z tego?
Wszak na ziemi, tu wśród tłumu,Co pięściami się rozpycha,Wśród zamętu, krzyku, szumu,Gdzie sto żądz naraz oddycha,Ani jedno próżne słowoNa warg brzegu nie zastygnie...Ani jedna myśl w malignieNie zbudzi się świeżą, zdrową...Ani jeden uśmiech pustyNie powstydzi się, że lata,Różowemi tchnięty usty,Nad ogromem nędzy świata...Ani jeden strój balowyNie zużyje mniej krwawicy,Ani jeden kwiatek z głowyNie wypadnie tanecznicy...Ani jedna wina czaraNie drgnie w dłoni biesiadnika...Samolubna żądza dzikaNie wymówi: »czyn, ofiara«;Ani jedna pierś zamarłaOgniem ducha nie zapłonie,Ani jedna wielkość karłaNie zachwieje się na tronie...Tłumu śmiechy i oklaskiNie ominą arlekina,Gdy wieczornych zórz godzinaZ wstydu gasi swoje blaski...Ani jeden duch służalczyNie podniesie zgiętej skroniI nie rzuci ten, co walczyO garść złota, nędznej broni...Żadna podłość, żadna zdrada,Żadna hańba, co się ima
Mroków nocy, drżąca, blada,Nad przepaścią się nie wstrzyma!...
Ach! gdy wszelka rana ziemiBez ratunku jest otwartą,Płakać łzami gorącemi,Tęsknić, konać — czyż to warto?
Nie skarż się, bracie! Żadna grudka ziemi,Którą ocean skrzydłami srebrnemiLotnych fal swoich od brzegu odbije,Nie ginie marnie; żadne piasku ziarno,Lecące w otchłań straszliwą i czarną,Gdzie miljon cudów i przerażeń żyje,Nie jest straconem... Przyrody potęga,Gdy wód i ognia ścierają się prądy,Łamie kryształy, do dna morza sięgaI tam z atomów dźwiga nowe lądy.
Nie skarż się, bracie! Żadna kropla rosy,Co rankiem pada na łąki i wrzosyI w brylantowe dyademy stroiGłówki róż dzikich i białych powoi,Nie traci bytu, choć taje, mdlejącaOd pocałunków płomiennego słońca...Ta sama kropla, ukryta w obłoku,W twarz ci gdzieś pryśnie u białej kaskady,Albo uprzędzie dla mgły rąbek blady,Albo w najdroższem tobie błyśnie oku.
Nie skarż się! Iskra, co gasnąc, ulata,Jak duch, zdmuchnięty w wysiłku daremnym,O atom światła nie zuboży świata,Choć zniknie w zmierzchu tajemnym...
Ta sama iskra, tchnięta gromem słowa,Przebiegnie ogniem przez wzruszone tłumy,Lub jako strzała burzy piorunowa,Rozwali prastare tumy.
Nie skarż się, bracie! Ostatnie westchnienie,Które bez jęku, bez szmeru, bez skargiRozchyla blade, konające wargi,Nie leci w nicość i w wieczne milczenie...Ono się zbudzi, jak wicher nawalny,Co łamie maszty i żagle napręża,Lub jako okrzyk ludów tryumfalny,Gdy sprawiedliwość zwycięża!
Sił swoich nigdy nie roni przyroda,Ale je w wiecznym utrzymuje ruchuI w tajemniczym istnienia łańcuchuNic ich nie ujmie i nic ich nie doda...Choćby ocean podniósł się w błękity,Choćby na ziemię spadła mleczna droga,Zawsze pierwiastek bytu niepożytyObejmie sobą myśl Boga!
Nie skarż się, bracie, choć ducha szermierzePadają w walce, przez ciżbę zdeptani;Wieczne ludzkości z postępem przymierzeNie zginie w mrocznej zwątpienia otchłani.Ideał jasny, ideał promiennyCoraz wyższego i szerszego ruchu,Choć w formie zjawisk wydaje się zmienny,Trwa wiecznie w prawdzie i w duchu.
Nie skarż się, bracie, choć w dzieje wpatrzony,Widzisz krew tylko i hańbę i rany;
Cel, dla którego pracują miljony,W drobnych ułamkach zaledwie nam znany.Co tracą wieki, nie zawsze jest stratą:Z ciemnic więzienia, ze stosów męczeństwaMyśl ulatuje żywą i skrzydlatą,By śpiewać hymny zwycięstwa.
Nie skarż się! Alboż wiedzieć jesteś w stanie,Gdzie dziś kiełkuje siew z przed lat tysiącaI jakim kwiatem wspaniałym powstanieW jutrzennych promieniach słońca?Jaka ożywcza i płodna potęgaZamierzchłej pracy wiek nowy zasila?I gdzie lecąca z ust oddechem chwilaPotęgą swoją dosięga?
Duch dąży w światła dziedziny przyszłościI w ruchy swoje wciela niewidomieŻywą energję walczącej ludzkościW całym jej różnic ogromie...Z promiennej jego, choć krwawej zdobyczy,Nic nie przepada i nic nie zaginie:Jest myśl, co każdy wysiłek policzyW wielkiej tryumfu godzinie!
Wielki ty jesteś, serc królu, poeto,Co wstrząsasz myśli, uczucia i wolęI na błyskawic pełnem nosisz czoleZnamię genjusza, który jest kometąNa ciemnem wieków i narodów niebie...Wielki ty jesteś, czczę ciebie!Pieśń twa potężna, szeroka, natchniona,Grzmi wpośród tłumów zdumionych milczeniaI poi rosą ginących z pragnieniaI chlebem jest dla miljonaI jak krew wrząca, przelewa się w żyłyI nieśmiertelna jest i bez mogiły!Komu raz dłoń twa na czole położyOgnistą pieczęć hańby lub wielkości,Stoi przez wieki całe wśród ludzkości,Rozbudza zapał, unosi lub trwoży.Tyś król: gdy skiniesz berłem brylantowem,Ziemia drży, ludy dzielą się twem słowem.Piękności wiecznej jesteś poślubiony...Tłum lekkich duchów służyć ci przylata...Świat nowy stwarzasz wśród starego świata,Strącasz w przepaście i rozdajesz trony...I jesteś jako pomnik swojej ziemi,Który Bóg wykuł rękoma własnemi.
Lecz większy jesteś ty, o myślicielu,Co głosisz prawdy odwiecznej ustawyI idziesz, cichy, samotny, bez sławy,Do nieznanego dla współczesnych celuI widzisz ruchy tajemnicze wieku...Tyś większy! Cześć ci, człowieku!Słowo twe ciche drżeć sercom nie każe,Ni łez wylewać, ni wzdychać z nałogu,Lecz jest, jak owe najświętsze ołtarze,Przy których duch służy Bogu.I jest, jak jasne djamentowe miecze,Rozcinające w głąb piersi człowiecze.Cóż tobie tłumy, ich oklask i wrzawa,Namiętnych wzruszeń wybuchy i szały?Tryumf twój cichy bywa, jak te prawa,Co niewidomie obejmują całyWszechświat bez walki, zemsty i miłościI są przyrody duszą i ludzkości.Cóż tobie tłumy? Czyż prawda poznanaWiększą jest prawdą? Czy, gdyby przed progiemŚwiątyni niebios nikt nie zgiął kolana,Bóg przestałby się zwać Bogiem?Czy nieskończoność, zaślubiając ducha,Liczy, kto patrzy na nią, kto jej słucha?Zamknięty w ścianach swej cichej komnaty,Sam na sam z myślą, co światy obiega,Uniesień swoich nie nosisz, jak szatyJaskrawej, co tłum podżega;Ale dumania twe i łzy zachwytuNoc tylko widzi oczyma z błękitu...Lecz kiedy duch twój samotny; dalekiOd czczego tłumu, skrę wykrzesze z siebie,Jaśniej, słoneczniej robi się na niebieI cichsze przychodzą wieki...I ludzkość czuje, że jej coś przybyło,I naprzód idzie z podwojoną siłą.Królestwo twoje nie jest z tego świata;
Do twego szczęścia nie trzeba ci zgołaOklasków tłumu, a twoja zapłataTo wieczna pogoda czoła.Krwi, co ci z serca wytryska goręcej,Ty nie sprzedajesz, krzycząc: »Kto da więcej?«
Ktokolwiek wstąpił bez łez i bez drżeniaNa beznamiętne, błękitne wyżyny,Kędy się waży punkt wieczny ciążenia,A nieodzowne i płodne przyczynyW nieskończoności tkwią, jako kotwice,Rzucone w przepaść, w zmrok i tajemnice,Ten wie, jak można uczuć się spokojnym,Czystym i cichym i blizkim wiecznościI zapatrzonym w światło i dostojnymI przodującym ludzkości.Któż z tych, co kiedyś dosięgli tych szczytów,Nie zna Keplera modlitw i zachwytów?
O nieśmiertelny prawdy oblubieńcze!Duchu, co niczem ziemskiem ni znikomemNie gasisz żądz swych, lecz wpatrzony w tęczęSłonecznych światów, rośniesz ich ogromemI wzlatasz ponad serc bicie i drżenie,Tam, gdzie jest prawda, Bóg, ty — i milczenie —O Duchu! czyż się nie czujesz czemś świętszem,Czemś innem, wyższem nad tłum, co się wzrusza?Czyż ukochaniem światła najgorętszemNie potężnieje twa dusza?Czyż nie jest większym umysł, co dociekaPrawdy, od królów... niemal — od człowieka?
Pieśni potęga tłum wrzący porywaDo tych poziomów, gdzie pieśniarz przebywa,I wieść go może od światła do cienia,Od bohaterstwa aż do upodlenia,Może palącym żarem swych pochodniObudzić zapał do cnoty lub zbrodni;Bo fałsz tak wielkim, jak prawda, być może,A tłumy wszystko, co wielkie, poruszaI drżeć im każe... Więc jeśli twa dusza,Poeto, nie jest, jak naczynie boże,W którem kosztowna perła jest zamkniętą,Pieśń twa być może wielką, a przeklętą!Lecz myśl badacza jest, jak struna drżąca,Rozpięta między przyrodą a duchem,Którą Nieznane rozdźwięcza, potrącaWieczystym skrzydeł swych ruchem...Jej droga pewną jest, jak słońca droga;Co w niej istnieje, istnieje u Boga.Obcą jej walka namiętna, burzliwaPrawd względnych, duchów złamanych napoły;Ona konieczną siłą, jak żywioły,Wiąże swe złote ogniwaI urojoną nie płacze żałobąI rzeczywistość swą ma poza sobą.
Poeta daje brylanty i kwiaty,Łzy i uśmiechy rozrzuca ludzkości...Ale myśliciel odkrywa jej światyI nowe drogi przyszłości.Z poetą serce nasze się sprzymierza,Nasze zachwyty i nasze boleści...Ale myśliciel nigdy nas nie pieści,Lecz, jak konieczność, uderza.Poetów miały ludy już gasnące,Co w lutnię tchnienie ostatnie przelały...Lecz myślicieli rodzi nowe słońceI pełne sił ideały.
Poeta wschodzi, jak kwiat, który siejeWiosenny ranek na łące, nad strugą...Ale myśliciel jest krwawą dosługąNarodu, co zna swe dzieje.
Módl się więc, smutny i stojący w cieniu,W koronie blasków zgaszonych, narodzie!Niechaj pieśń wielka poi cię w pragnieniu,A myśl niech karmi cię w głodzie!
Czy wiesz, ty piękna i ty uśmiechniona,Której usteczka rozchyla pustota,Co znaczy »kocham«, to najświętsze słowo,Co pada z piersi, jako strzała złota,I jak królewskiej purpury zasłona,Oddziela ciebie, wzruszeniem różowąI drżącą snami szczęścia dziewiczemi,Od wszystkich ludzi na całej tej ziemi,Byś otworzyła jednemu ramiona?
Czy wiesz ty o tem, motylu i kwiecie,Poranków wiosny ty śpiewna ptaszyno,Że ta godzina, w której usta twojeSzepcą to słowo, jest cudów godziną?Że wtedy jasno robi się na świecie,Że srebrem biją wszystkie żywe zdroje,Że róże w pąkach płonią się wiosenne,Że dziwne mary, rozwiewne i senne,Ciałem się stają pod drżącą twą dłonią?Że w twej źrenicy, jako w pryźmie słońce,Życie odbija blasków swych tysiąceI załamuje promień brylantowy?...Że noc koronę srebrną swojej głowy
U stóp twych w chłodnych rozsypuje rosach?Że twem wzruszeniem drżą gwiazdy w niebiosach?
Czy wiesz ty o tem, że słowo to ciebieCzyni kapłanką przeczystych ołtarzy?Że to uczucie, co łuny dziewiczeRzuca na białość liljową twej twarzyI djamentową skrą w oku rozbłyska,Nie tylko szczęściem jest, lecz złotą wagą,Co byt wszechświata utrzymuje w ruchu,Pierwszem zarzewiem wielkiego ogniska,Co świat ogarnia blaskami swojemi,Pierwszem ogniwem w stworzenia łańcuchu?Czy wiesz, że kiedy zmierzchy tajemniczeWydały kształty młodzieńcze tej ziemi,Co stała jeszcze wśród chaosu nagą,Najpierwszem słowem, jakie Bóg na niebieRzekł do niej, było słowo: »Kocham ciebie?«
Posłuchaj! Kocham — to nie znaczy wcale:»Chcę być pieszczoną w twym domu królową,Chcę iść przez życie drogą kwieciem słaną...Chcę w pocałunków twoich tonąć szale...Chcę, by mi słonko świeciło co rano...Chcę, by co wieczór lampę djamentowąSrebrzysty księżyc palił mi nad głową...Chcę, byś dzień cały mojego szczebiotuSłuchał i zawsze witał mię uśmiechem...Chcę, byś mi pieśni śpiewał wraz z słowikiem...Chcę żyć z twej pracy i z twojego potu...Chcę, byś był moim cieniem, mojem echem,Odpowiedzialnym za mnie niewolnikiem...«
Nie! »Kocham ciebie« — to znaczy: »Chcę z tobąPodźwignąć ciężar, co się życiem zowie,Być domu twego światłem i ozdobąI nieść ci pokój i ciszę i zdrowie.
»Kocham« — to znaczy: Twoje ideałyI twoje cele są także mojemi.Pracujmy razem, by rozświt dnia białyPrędzej rozbłysnął na ziemi!Chcę, by mą drogą była twoja droga,Mojem pragnieniem były twe pragnienia;Chcę, byś był głosem mojego sumieniaI wiódł mię z sobą do Boga!Chcę, byśmy, lecąc w uścisku wzajemnym,Jako dwa duchy, w dziedzinę wieczności,Rozpromienili na świecie tym ciemnymGwiaździste szlaki przyszłości!Chcę przez twą wiedzę mój umysł rozszerzyćI słowo twoje chować, jak przysięgę;Chcę z tobą marzyć i tęsknić i wierzyćW ducha niezłomną potęgę!»Kocham« — to znaczy: Chcę z tobą podzielićGorzki chleb trudu i łez i boleści...Chcę oczy twoje w dniach smutku weselićI tarczą być twojej cześci.Chcę na twych piersiach być, jak róża biała,W której płomyczek tajemniczy pała,I chcę być, jako pieczęć rubinowa,Na ustach twoich bez słowa...»Kocham« — to znaczy: Chcę w cichym zakątkuŻyć zapomniana, byleś ty był ze mną...Chcę nad kołyską naszemu dzieciątkuNucić piosenki w noc ciemną!
»Kocham cię« — znaczy: O wolny ty duchu!Ja nie chcę skrzydeł twych krępować jasnych,Przykuwać ciebie do trosk nędznych, ciasnych,Ciebie, coś przywykł na myśli podmuchuWzlatać, jak orzeł, po najwyższych szczytachI gniazdo zwijać w błękitach.Ja nie chcę ciężyć tobie, jak kajdany,Wiązać cię z ziemią żelaznym łańcuchem...
Chcę tylko, byś mnie uznał, ukochany,Bratnim i równym ci duchem.»Kocham« — to znaczy: Ja chcę być dla ciebiePrawdy i dobra i piękna zaklęciem,Umiłowanem twej duszy dziecięciem,Twojem marzeniem o niebie...Chcę domu twego być białym powojem,Twojemu czołu od skwarów ochroną,Chcę być twą myślą i ramieniem twojemI przyjacielem i żoną!
Jeśli w twych piersiach, kobieto, nie bijeSerce do takiej podniosłej miłości,Nie mów ty: »kocham« nikomu na ziemi!Bo ten, co z tobą połączy swą dolę,Patrząc na ciebie oczyma smutnemi,Nigdy nie powie, że żyje,I duchem wrósłszy w poziomą niewolę,Nie zrobi nic dla przyszłości!
Wy, co z zastygłą piersią i usty zimnemiKlękacie dla zwyczaju na mogilnej ziemi,Wy, co włóczycie senną istność swą po świecie,Czy wy żyjecie?Och! mnie nad wami chwyta płacz nieutulony,I modlićbym się chciała i kazać bić w dzwonyI załamawszy ręce, stać po was w żałobie,Jak głaz na grobie.Gdzie duch wasz? W jaką miłość, w jakie ideałyWcielił się ten najświętszy płomień życia biały?Gdzie cel jasny, podniosły i wysiłków godny,Dla jutra płodny?Gdzie ujście dla sił waszych? U jakiego zdrojuRzeźwicie wasze czoła i usta wśród znoju?Jakie hasło wam wrzawę powszednią przygłusza?Gdzie wasza dusza?Wy nosicie ją w piersiach, jak lampę zgaszoną,W brudnych popiołów pełnej i spękanej urnie;A kiedy już na wieki zastygnie wam łono,Wy, wy — umrzecie powtórnie!
Wieczny spoczynek... Ach, jest-że mogiła,Tak cicha, taka pusta i zamarła,
Którejby ruchu wieczystego siłaNie tknęła i nie otwarła?Jest-że grób, tak już zapadły i stary,By w nim potęga przyrody tworzącaToastu życia nie mogła wznieść czaryW promieniach słońca?Jest-że proch jaki, tak nędzny lub święty,Żeby go prawo powszechne minęło?I czyż na blade poglądając szczęty,Natura przerwie swe dzieło?Wieczny spoczynek... Ach, jakie złudzenieDla tych atomów, zdmuchniętych z błękituI szukających wiecznie, nieskończenieCoraz to nowych form bytu!Jakie złudzenie dla prochów rozwianych,Na które szereg odmian w grobie czyha!...Dla tych znużonych i dla tych stroskanych,Co mówią: »Mogiła cicha!«
O śmierci! tajna wspólniczko narodzin!Kiedyż ty będziesz spoczynkiem ludzkości?Która-ż z spiżowych twego przyjścia godzinObwieści pokój wieczności?Czy, gdy się ludów dopełnią nadzieje,Gdy przyszłość wszystkie sztandary zdobędzieI kiedy w blaskach słonecznych zadniejeŚwit boży wszędzie?Gdy rozgrzeszenie znajdą wszystkie winy,Gdy wszelka krzywda będzie nagrodzona,Gdy dadzą owoc łzy, walki i czynyWieków miljona?Wtedy, gdy pęknie potężne ogniwo,Co ludzkie prochy i ludzką myśl żywąChwyta i wciela w konieczne następstwaKlęsk lub zwycięstwa?Czy wtedy, gdy się wyczerpie już dzielnośćPopędów życia na całym tym globie
I gdy nicości wzejdzie nieśmiertelnośćNa wielkim planety grobie?Czy wtedy, gdy proch, co sercem był mojemI drżał wzruszeniem ducha tajemniczem,Bóg strząśnie z szat swych z wszechmocnym spokojem,Aby był niczem?Kiedy na ziemi zabraknie już kwiatów,Które mogilnym żywiły się sokiem,I kiedy glob nasz, w znużeniu głębokiem,Zagaśnie wśród drżących światów?Ach! może, gdy się w mgławicę obłocznąZmieni materja, sił wiecznych narzędzie,Może Bóg powie: »Niech smutni odpoczną!Niechaj noc będzie!«Lecz dziś, gdy zastęp walczących szermierzyGinie, by wskrzesnąć wszechruchem wśród globów,Gdzież ten, co w wieczny spoczynek uwierzyI w ciszę grobów?
Ktokolwiek widział najdroższe obliczeKamieniejące w linje tajemniczeW przedśmiertnej walki godzinie;Ktokolwiek słyszał jęk cichy konania,Kiedy się dusza na usta wyłaniaI drży i gaśnie i ginie...Ktokolwiek w drogiej i mdlejącej dłoniWidział gromnicę, jak światło swe kłoniZa ust niepewnym oddechem...Ktokolwiek słyszał obojętne szmery,Gdy przyszło w miarę dobrać deski cztery,Żeby się wieko zawarło...Ktokolwiek ziemi oddał skarb najdroższyI w puste kąty wracał sam, uboższyO całą miłość umarłą —
Ten w dniu jesiennym, mglistym listopadaBóle tęsknoty swojej wypowiadaNa cichym grobie cmentarza...Ten swoje modły żałobne i łzawe,Sieroce nędze i wdowie łzy krwaweNiesie na stopnie ołtarza.
Lecz kto i kiedy modlitwy pokutneOdmawiać zechce za te dusze smutne,Co jeszcze mdleją w podróży?Za owe chwiejne i wątpiące duchy,Na ostrych pokus wydane podmuchy,Jak łódź bez steru, wśród burzy?Za te, co światła łakną i pokoju,Za te, co tają, jako rosa, w znojuSkwarnego dnia, upalenia?...Za te, co w otchłań zapatrzone ciemną,Próżno wołają, żądają daremnoPrawdy i wiedzy promienia?Za te, co pragnień pożarem trawione,Czyścowych ogniów męczeńską koronęNoszą, jak upiór północy?Za te, co znikąd nie mając ratunku,Drżące, zbłąkane, bez wyjścia, kierunku,Bez bratniej giną pomocy?Za te, co cierpieć nie mają już siłyI odpocznienia pragną u mogiłyPo ciężkiem życiu tułaczem?Za bolejące duchy i zgorzkniałe,Za te, co szaty pokalały białe,Kto, pytam, modli się z płaczem?
Wierzę w światła potęgę i w ducha zdobycze,Wierzę w cel życia wzniosły, święty, choć daleki,Wierzę w braterstwo ludów, w hasła tajemnicze,Które przez wrzawę dziejów wiekom dają wieki.Wierzę w dobro, co z czołem białem od promieni,Wyleczy kiedyś ziemię z jej ran i z jej cieni...Wierzę, że bohaterscy ducha pracownicyUjrzą jutrznię dni nowych ze swojej strażnicy.Wierzę, że dawne błędy żelaznym łańcuchemCiężą nad późnych wieków i wolą i ruchem.Wierzę w dziedzictwo kary, w pokutę dziejową;Wierzę, że sprawiedliwość zstąpi nam królową...Wierzę w ciszę i w spokój po gromach i burzy;Wierzę w siłę, co walcząc ze złem, się nie nuży...Wierzę, że wytrwać można mężnie i dostojnieW największej własnych uczuć i porywów wojnie.Wierzę w uścisk, co kiedyś świat połączy cały;Wierzę w nieskończoności jasne ideały,Wierzę, że z drobnych iskier, skrzesanych przez dzieje,Wielkie, wspólne ognisko ludzkości roztleje.Wierzę w przejrzyste sfery ponad wrzawą ziemi,Kędy się krzepią duchy wodami żywemi,Kędy nizkie zabiegi milkną przed obliczemWiekuistej ustawy z berłem tajemniczem...Wierzę w kwiaty nadziei, co z mogił nam wschodzą,Wierzę, że krzywd posiewy bohaterów rodzą...
Wierzę w parcie konieczne, świadome ludzkościDo potężnych idei prawa i równości...Wierzę, że błędnych komet blask zagasa zwolna,Wierzę, że ludzkość wiecznie łudzić się nie zdolna,Lecz nim dosięgnie prawdy, smutna i stęskniona,Nieraz do marnych cieniów wyciągnie ramiona.Wierzę w braterskiej dłoni uścisk i zachętę,Wierzę w duchów zbudzonych obcowanie święte...Wierzę w siłę, co stapia czyny i ofiaryNa dni nowych słoneczne, królewskie sztandary.Wierzę w orli lot ducha, co nigdy nie stoi...I »niechaj mi się stanie podług wiary mojej!«
Nicość chwyta za ramionaI zapładnia ją oddechem;Słońc miljonem roziskrzona,Wirująca ich pośpiechem,Światy wzrokiem swym zatacza,Z mgławic stęża gwiazd miljardyI ciążenia zakon twardyGlobom, pchniętym w bieg, wyznacza;Ima przestrzeń, waży bryły,Wszechistnienia rodzi prawa,Tchnie w przyrodę twórcze siłyI dnia mieczem noc rozkrawa.Wieczność zowie jej imieniem,W rozciągłości kształt zamyka,Falującej żądzy drżeniemŚwietlny eter wskroś przenika.Dźwięk dostraja, promień łamie,Pręży gazy, studzi śniegiI potęgi swojej znamięW pierwobytów tchnie szeregi.Węzeł przyczyn dzierży w dłoni,Rozpryskuje się w atomy,Tryska w blasku — w barwie — w woni,Głos jej — cisza, słowo — gromy.
Turkusowy pierścień morzaZiemi daje w upominku,Wichrem rzuca się w przestworza,Lądy rzeźbi dla spoczynku.Popęd rzuca, jako strzałę,Z części wiąże całość bytu,W pąkach zwija róże białeI dogląda ich rozkwitu.Czas — to ona; ruch — to ona;W nieskończoność mknie jej droga,Słońc miljonem roziskrzona,Bezgraniczna...To myśl Boga.
Świadomość w bezwiedzę tchnięta,Płomień zamknięty w krysztale,Nurt, co brzegów zrywa pętaI pod chmury ciska fale...Budzi się — drży — wzmaga skrzydła,Potężnieje, świat rozpiera,Słońca promień chwyta w sidłaI milczeniu głos wydziera.Przestrzeń zwija, niby kartę,Ruch ujarzmia, czas zdobywa,Na materyę nieodparteKładzie więzów swych ogniwa.Prawdę chwyta obnażoną,Podsłuchuje życia tętna;Rozłakniona i namiętna,Na przyrody pada łono...Sto dróg przed nią, sto dróg za nią,Wskroś ciemności tory wije,Zawieszona nad otchłanią,W żyznych zdrojach wiedzę pije;
Martwe siły w jarzmo wprzęga,Oceany szturmem bierze,Tajemniczych głębin sięga,Z huraganem ma przymierze...Duch — jej imię, czyn — jej ciało;Jej dziedzina — prawa bytu;Z snów świątynię stawia białą,A z pewników — słup granitu.Jej sztandary — postać świata;Bezcielesna, nieujęta,Z płomienistych stosów wzlataI kajdanów zrywa pęta.Skroń zbielała, krew przelana,Wzgarda, klątwy, nędzy łupyI tułactwa skryta rana —To urodzin jej okupy.Rozproszonych prawd okruchyZebrać w całość, stać na czeleRuchów świata, budzić duchy,Pojąć życie — to jej cele.Spromienione krople znoju,Z własną głębią cicha zgoda,Szczęście ludów, wiek pokoju,Miłość bratnia — jej nagroda.Z bóstwem stapia się w zachwycie,Z bohaterem w przyszłość leci,Z mędrcem czuje bieg stuleci,A z genjuszem stwarza życie.Wzlata — pada — znów powstaje,W wiekuistość się obleka,Ideałom ciało daje —Posiew wieków...Myśl człowieka.
Ach, ja w jesieni przestaję być sobą,A jestem smutkiem, ciszą i żałobą...I jestem listkiem, drżącym na gałęzi,Jestem mgłą bladą, co dnia jasność więzi,Jestem pól nagich długim, pustym szlakiem,Lecącym smutnie na obczyznę ptakiem...Jestem przeciągłym po stepach powiewem,Więdnącym kwiatem, obumarłem drzewem,Jestem odbiciem gasnących promieni,Splątanem pasmem lekkich, drżących cieni...Jestem posępną chmur czarnych źrenicąI szarych godzin zmierzchem i tęsknicą.I jestem lasów zdeptaną koroną,Opadłych liści czernią znieważonąI brzózką białą, co w zadumie słucha,Jak wicher świstem szyderczym wybucha...Jestem konikiem polnym, który kona,Rosą, co szronem błyszczy wysrebrzona,Jestem zamglonem poranka spojrzeniem,Rozstaniem jestem i łzą i wspomnieniem...
Z drżącą topolą schylam w smutku czołoI listki marzeń rozsypuję w koło,Z spóźnioną pliszką piosnkę cicho nucę:»...Do wiosny tęsknię! Do wiosny się wrócę!...«
Myśl moja w różne mieni się kolory,Jak nasze gaje i jak nasze bory;Z trawą skoszoną do ziemi przypadaI z gwiazdą senną rozświetla się blada,Srebrem migoce w białej pajęczynie,Z zagasłej róży tchem ostatnim ginie,Z gniazdkiem zburzonem chwieje się i żali,Z tumanem liści przepada w oddali...I tak nad świata zamglonym obszaremLeci, porwana dni jesiennych czarem,Tak coraz słabszem tętnem życia dyszyI tak się gubi w przedśmiertelnej ciszy,Taką tęsknotą napawa się, drżąca,I tak się czuje wygnaną od słońca,Że gdy ostatni liść z drzewa obleciI wstaną duchy śnieżystych zamieci,Ona, jak ptaszę, zmilknie, sposępniejeI po kurhanach mgłami się rozwieje...
Stepie daleki, stepie ty zielony,Ach, otwórz mi się, jak drogie ramiona...Niechaj polecę, jak ptak uskrzydlony,Niech się rozpłynę w ciszy twej, stęskniona!
Tu, przy mnie, blizko stań, brzozo płacząca,Tu, przy mnie, blizko stań, konwaljo biała...Niech się traw fala o pierś mi roztrąca,Niechaj wiatr śpiewa — ja będę słuchała!
Nad głową nie chcę mieć nic, prócz błękitu,Pod stopą tylko drobne, polne zioła...Innego światła nie chcę, prócz gwiazd świtu...Dajcie mi spocząć! — Niech nikt mnie nie woła!
Niech ja zapomnę, że gniotą mi duszęMinione wieki posępną żałobą...Niechaj zapomnę, że śpiewać wam muszę,Niechaj zapomnę, że muszę być sobą!
Zasłoń mi oczy ty, chmurko rozwiana,Niech mi cień nikły dnia jasność omroczy;Z oddechu kwiatów, z łez zdroju utkana,Chmurko srebrzysta, ach, zasłoń mi oczy!
Niech ja nie widzę walk, pełnych goryczy,Wyścigów poprzez stratowane duchy!Niech ja nie widzę, jak brat bratu liczyChleba i serca mizerne okruchy...
Ciszo ty błoga, ciszo ty stepowa!Owiej mi czoło skrzydłami lekkiemi...Niech zmilknie ludzki gwar i puste słowa,Niech ja usłyszę oddech matki ziemi...
Stepie ty wolny, o stepie szeroki,Daj mi się skąpać w obszarach bez końca...Niech w białe pióra uderzą obłoki:Polecę na nich do Boga, do słońca!
Oj! rozżaliła się gwiazdka maleńka,Że w nocy świeci...Oj! zapłakała samotna piosenka,Że z wiatrem leci...
»Gdybyż mi świecić, gdy zorza rozdmuchaJutrznię różową!»Gdybyż mi śpiewać dla serca, co słucha,Dobre da słowo!
»Och, wypatrzyłam już oczy błyszcząceW tę nockę ciemną,»Och, wyśpiewałam już dumki paląceW głuszę daremną...
»Kwiaty mnie senne nad ziemią uśpionąDojrzeć nie mogą,»Ludzie piosenkę, sieroco rzuconą,Potrącą nogą...
»Nocko zroszona, w twym cieniu perłowym,Drżąc, świecić muszę...»Próżnio ty straszna, oddechem grobowymZiębisz mi duszę!
»Komuż ja promyk i światło dam drżąceW drogę spóźnioną?»Komuż ja serce orzeźwię mdlejące,Rozgrzeję łono?
»Choćby mi ognie trysnęły z nad czoła,Jak światła zdroje,»Nikt tu nie spojrzy i nikt nie zawoła:Słonko ty moje!
»I choćbym duszę oddała z płomieni,A z dźwięków ciało,»Ludzie, słuchając, nie staną wzruszeni...Pieśń — jak to mało!
»Zabierz mnie, srebrna, ach zabierz mnie w siebie,Ty wstęgo mleczna!»Roznieś mnie, wietrze, po ziemi i niebie,Gdzie cisza wieczna!
»Albo mnie z czoła zrzuć, cichy błękicie,Jak iskrę marną...
»Albo mnie, ptaszki, pochwyćcie o świcieNad ziemią czarną!
»I niech w przestrzeni zagasnę nareszcieJak błysk, co znika!»A wy mnie, szumy, po drzewach roznieście,Gdzie puszcza dzika!«
Oj, rozetliła się gwiazdka maleńkaW lekuchne cienie...Oj, rozpłynęła się smutna piosenkaW ciche westchnienie!
Człowieku, bluźnisz! Jam jest nieśmiertelnaI z czary mojej pić daję ludzkościWieczne zachwyty piękna i miłości;Jam jest potęga żywa, samodzielnaI nawskroś ziemię przenikam mem tchnieniem —I jestem młodych pragnień twych wcieleniem,Razem z powietrzem pierś twa mną oddycha...Ja jestem na dnie białego kielichaLeśnej konwalji... ja w woni łąk jestem —I lecę z stepów zielonych szelestem —I z szumem dębów i z pluskiem twej rzeki,Co łzy swej ziemi i swojego niebaZe skargą niesie kędyś w świat daleki...Ja jestem w pocie schylonego czołaI w rozłamanym z braćmi kęsie chleba,Jestem w porywach twoich — i tęsknocie —I w orlich drogach, które myśl płonącaZakreśla wiekom, wzlatując do słońca.Jam w bohatera czynach; ja — to dreszczemTajemnym spadam na wzruszone tłumy —I jestem wielkich chwil dziejowych wieszczem —Ja lecę, cicha i pełna zadumy,Z samotną myślą mędrca, która pałaNa dnie przepaści — jako perła biała,
A na błękitach — jako gwiazda złota,Aż noc rozedrze błyskawicą słowa! —Ja jestem cieniem cichego żywota,Co obowiązek ma za swoje hasło,Ja wschodzę, jako tęcza łez perłowa,Nad duszą w smutkach zagasłą! —Jam jest w spełnieniu najlichszego trudu,Który podjąłeś w imię powinności;Ja to ulatam z piersi twego luduPiosnką, nuconą w cichości.Ja nad twym żytnim i pszenicznym łanemZ skowronkiem lecę w poranne błękity...Lub patrzę, cicha, okiem zadumanem,W dalekie, słoneczne świty.Jam z tobą, kiedy, podniósłszy ramiona,Z ufnością dziecka ojcem zowiesz Boga;Jam jeszcze z tobą, gdy dusza twa konaW zwątpieniu, jako ta gwiazda strącona,Co nie wie, kędy w nieskończoność droga.Ja to zasiadam przy twojem ognisku,Gdy nucisz dumy wieszczów twoich stare...Ja — w pierwszym ramion najdroższych uścisku,Rozkoszy daję ci czarę.Jam jest w dziecięcia twojego uśmiechu,W piosnce, nuconej przy drobnej kolebce...Jam w oddalonem, rzewnem wspomnień echu,Które ci ojców grób szepce...Jam w szumie lipy, co cień swój roztaczaPonad dach, mchami porosły, zgarbiony...Jam w ukrywanych, męskich łzach tułacza,Co rzuca rodzinne strony. —Ja jestem w skardze nędzarza, sieroty —I załamawszy dłonie, stoję blada,Gdy beznadziejny krzyk wiecznej tęsknotyW śmiertelną ciszę zapada...Jam w każdym wielkim ludzkości porywie —I w każdej walce za prawdę podjętej...
Ja padam z ziarnem, rzuconem na niwiePrzyszłości, we łzach poczętej.Ja jestem w każdem uczuciu gorącem,Które pierś twoją szlachetnie poruszy...Jam myśli twojej, budzącej się słońcem —Oddechem — wonią twej duszy!
Poezyi niema? — Lecz któryż z zachwytów,Z pierwiastków piękna ubył nam z natury?Czy mgieł opale zwiały się ze szczytów?Czy z czół swych zdjęły dyademy góry?Czy noce nie drżą blaskami srebrnemi?Czy zbladły świtu królewskie purpury?Czy białe róże nie kwitną na ziemi?Czy słowik wiosną nie śpiewa już pieśni?Czy zmierzch nie spada skrzydłami cichemi?Czy się nikomu nigdy szczęście nie śni?Czy niema westchnień, uśmiechów, pieszczoty?Czy usta nie chcą całować różowe?Czy miłość tron swój porzuciła złoty?Czy żadne serce namiętnie nie płonie?Czy ból — i zachwyt straciły swą mowę?Czy cichy wieczór w gwiaździstej koronie,Nie ma już cieniów i szmerów tajemnych,Przy których ściślej spajają się dłonie?Czy struny srebrne zerwały kaskadyI cichych nocy nie budzą swym szumem?Czy nikt nie marzy samotną godziną,Czując się obcym otoczony tłumem?Czy glob ten nie drży od ogniów podziemnych?Czy żadna przepaść nie ma tajemnicy?Czy nikt łez wrzących nie czuje w źrenicy?Czy wicher w chmurach zatarł orłów ślady?Czy ideałów zbrakło już ludzkości?Czyliż się dzisiaj, jak za dni Iljady,
Ludzie nie rodzą, nie walczą, nie giną,Nie upajają u życia biesiady?Czy wiek ten tak już wystygły i blady,Że mimo wielkie czasów naszych ruchy,Trą się o siebie idee — i duchy,Nie mogąc skrzesać skry nieśmiertelności?O! jeśli tak jest, rzućmy liry naszeW głębiny morskie, na dno oceanu! —I niechaj odtąd, nie człowiek, lecz ptaszęŚpiewa przyrodzie — i przyrody Panu!Albo je rzućmy na piaski gorące:Niech wicher, który w pustyni przelata,Budzi do pieśni te struny, milcząceWobec łez, bólów i niedoli świata!O! jeśli tak jest, idźmy na mogiłyWieszczów, by strzaskać to nędzne narzędzie,Które już nie ma dość głosu i siły,By śpiewać, co jest — co było — co będzie!
Między ziemią a niebem rzuciłeś błękity,Boże, w słonecznych blaskach chwały Twej ukryty!Lecz niegdyś tak przejrzystą była ta zasłona,Że ziemia wyciągała do Ciebie ramionaW uniesieniu miłości, jakby Cię widziała...Ludy mówiły wówczas: »Oto Jego białaSzata, gwiazdami tkana... oto łuk tęczowy...Oto głos pełen gromów... oto blaski głowy...Wszyscy Cię czuli, Boże! wszyscy Cię widzieli...Tyś był w płonącym krzaku, Ty w jaskrawej bieliRoztopionego w glorję wierzchołka Taboru...Ty w gwieździe porankowej... Ty w szeptach wieczoruRodziłeś się — cierpiałeś — i leżałeś w grobie;Ludzie, jakby po bracie, płakali po Tobie......................Szły wieki — na błękitach zebrały się chmury...Lekkie owo velarium przejrzystej purpury,Od oparów łez gorzkich, od krwi rdzawych dymów,Od cienia wielkich mogił, upadłych olbrzymówŚciemniało tak, jak gruby, czarny kir sierocy.Ludzkość idzie niepewna, stąpając wśród nocy...Wiekom i ludom trudno dojrzeć Cię w zaćmieniu —I są, co zapomnieli zwać Cię po imieniu.
Czasem tylko przeleci błyskawica ducha,Niecąc płomienną łunę w oba niebios końce,A za nią chwilę świeci pełna blasków droga...Czasem iskra, padając na serce, wybucha...Ludy wtedy wołają: »Oto świeci słońce!...«A myśliciel w zadumie mówi: »Widzę Boga!« —Lecz wnet przygasa wszystko... gwiazd bladych tysiąceStoją na czatach, jakby porażone, drżące —I złotych swych promieni przeźroczystą przędzęZarzucają na ból nasz — i na naszą nędzę...Coraz rzadziej, w rozpaczy i zwątpienia męceCzłowiek wznosi do nieba załamane ręce;Ciemno mu w duszy — nie wie, oślepły żałobą,Że ma jeszcze błękity — i Boga nad sobą...Ach! odsłoń się — i ukaż ludom Twoje lice!Zepchnij w ostatnią przepaść zmrok i tajemnice...Rozedrzyj gromem swoim, jak niegdyś w świątyni,Zasłonę, co nam Ciebie niewidzialnym czyni...Zdmuchnij potężnem tchnieniem mgłę, która oddzielaOd ołtarza Twej prawdy smutnego czciciela...Powiedz ludom, co Twego oczekują słowa,Żeś Ty nie Adonai, żeś Ty nie Jehowa,Ale że imię Twoje, przeczyste i święte,Imię, co nie ma końca — nie było poczęte,Imię, przy którem gasną promienie słoneczne,Jest światło wieczne!
Wczesnym się rankiem Roma ze snu zrywa...Od Awentynu leci wieść straszliwa
I wiecznem miastem zgroza wstrząsa blada...— Wielcy bogowie! Kamienny deszcz pada!Strzaskanych głazów huk w powietrzu słychać,Lecą — i zemstą zdają się oddychać...Wschód zakrwawiony z za Tybru wyziera,Niby płomienna zniszczenia bandera;Ciężkie chmurzyska nad miastem się wloką,A jakby Jowisz kamienną opokąTron swój wieczysty druzgotał na szczęty,Takie się walą granitu odłamyNa place miejskie, na forum, na bramy,Tocząc się z mostu w Tybrowe odmęty,I barykady dziwne w oka mgnieniuWznosząc w ulicach, kamień po kamieniu.— Barroniusz pójdzie kiedyś do okopów,Nazwać te głazy »budową Cyklopów«.Zamęt, ścisk, trwoga... lud tłoczy się, krzyczy,Pomnaża ciżbę zastęp niewolniczy,Który, jak zwykle, dzień publicznej klęskiJuż brał za odwet krzywd swoich zwycięski...— Gniew bogów, choćby nawet gniew kamieni,Ma sprzymierzeńców, gdzie są uciśnieni.Rzuca miękkiego triclinium wygodęLelius, w pół ledwo utrefiwszy brodę;Klisten wybiega, zdyszany, bez wieńca;Lucynie braknie kupnego rumieńca;Tryfoniusz opak chlamidę nakłada;A wszyscy krzyczą: biada! biada! biada!...
»Eheu! eheu!... o Jowiszu grzmiący!Rozmarszcz brew swoją, która bogi kruszy,I wskaż, jakiemi ofiary dymiącyOłtarz ci podnieść?« —Tak modlą się w duszyObywatele Romy; strach przyginaKark, choćby twardy, jak kark Rzymianina.
— »Do ksiąg Sybilskich pośpieszcie kapłany,Wróżby z pod klamer dostańcie dwunastuI w nich czytajcie, czem zagraża miastuCud ten złowrogi, cud ten niesłychany?Ty, ludu, czekaj! Pierś twa bez oddechuNiechaj przynagla kroki ich skwapliwe...Hermesie! boże skrzydlaty pośpiechu,Bądź z nimi!«
Lecą godziny straszliweOczekiwania... mdleją w sercach tętna;Ciżba dysząca, trwożna i namiętna,Na przód podana, jako morska falaPrze się pod samo wzgórze Kwirynala.Otwarte usta, płonące źreniceW lot chcą pochwycić wróżby tajemnicę.Naraz — dreszcz przebiegł tłumy... między zgrająPodniósł się okrzyk: »Wracają!... wracają!«
Z odkrytą głową wszedł augur na wzgórze,Kreśląc hieroglif laską swoją krzywą,A wrzawy tłumów zażegnawszy burzę,Tak mówił mową dziwnie przenikliwą:— »O ludu rzymski! ten deszcz granitowyWieszczy nam ciężkie klęski i niedolę.Może Numidy rzucą step jałowyI przyjdą nasze zaorywać pole...Może Etruski sztuką jaką zdradną,Lub inne wrogi w bramy miasta wpadną...Może Kampania urodzi bliźnięta:Głód i mór blady... może... O! przeklętaGłowa ta siwa, co wam klęski wróży!«To mówiąc, starzec, palce swe zanurzyW srebrzystej brodzie, a rwąc ją w żałobie,Za wieszczby swoje złorzeczy sam sobie.Tłum jęknął głucho, jakby ujrzał z dala,W jasnowidzeniu, hufce Hannibala...
Wtem drugi augur zadumany kroczy;W księdze Sybilli utopione oczyPodniósł powoli i spojrzał dokołaI rzekł: »Rzymianie! Rozjaśnijcie czoła!Oto, co wróży księga prorokini:— Gdy nieprzyjaciel jarzmo na was czyni,Gdy głód ogryza kości własnych dzieci,Gdy mór na skrzydłach zaraźliwych leci,Romie zbawieniem od śmierci i wrogówBędzie Idea, wieczna matka bogów,
Którą Pessynunt w świątyni swej chowa«. —Zaledwie augur wymówił te słowa,Tłum, jako morze, chłostane przez burze,Zawrzał, zahuczał i tak ścisnął wzgórze,Jakby w objęcia chciał je wziąć z kapłanem...A kapłan powiódł okiem zadumanemPo ciżbie — i rzekł:— »Lecz tylko w ramionaMęża, co w piersiach ma serce dziewicze,Zejdzie z ołtarza bóstwo tajemnicze...Kto się niegodny dotknie doń — ten skona«.A tłum się cofnął milczący — i w ciszyLiczy się z sobą. — Ludu! Jowisz słyszy!
Jest w Rzymie młodzian, czysty jak dziewica;Lat mu dwadzieścia cztery już dobiega,A piękność niewiast, co żądze podżega,Nigdy płomieniem nie pali mu lica,Nigdy w nim mętnych pożądań nie budzi,Jak bezcielesny duch żyje wśród ludzi...Czoło ma jasne, jak dziewczyna młoda,Z oczu mu patrzy cisza i pogoda,Ust jego usta nie tknęły płomienne...A jakieś mgliste obrazy wpółsenne,Którymi rozkosz wabi go z daleka,Odpycha, jako niegodne człowieka.Gdy tęskni — pieśń mu starczy do zabawy;Kocha Rzym, braci i nadzieję sławy...Toż gdy, po tajnej z sumieniem naradzie,Senat w dwie urny gałki losów kładzie,W głos jeden buchnie ciżba niezliczona:
»Scypjona chcemy! Scypjona! Scypjona!...On niech do Frygji poprowadzi flotęI Attalowi skarby szczerozłote,Medymny zboża i szat drogich mnóstwoNiech odda w zamian za ochronne bóstwo!Nigdy godniejsze nie tknęły ramionaŻadnej bogini... Wyszlijcie Scypjona!«Nie wiem, czy zacni brodacze w senacieWyborem takim byli ucieszeni;Senon, Papinjan lekko się rumieni...Lecz nie z zazdrości — mylisz się mój bracie —Tak nizkich uczuć nie pokrywa toga...Zresztą — głos ludu był już — głosem Boga.
Krysztalnym szlakiem od Ostji przez morzeLekka flotylla srebrną brózdę porze;Białe jej żagle, brzeżone purpurą,Jak skrzydła mewy, trzepocą się górą,Tchnieniem swem nagląc statek w chyżym biegu...Z wioseł pryskają piany nakształt śniegu.W pół obnażeni atleci wioślarze,Ruchem kolejnym chyląc się po parze,Wznoszą ramiona żylaste, drgające,Które w bronz żywy przepala im słońce;A fala gniewna, jak rumak stepowy,Co poczuł nagle uzdę i podkowy,Żuje wędzidła i srebrnym tchem bucha,
I drży i parska, przecież jeźdźca słucha...O! śpiesz, Scypjonie! o, śpiesz! Niech widomieZagości bóstwo w zrozpaczonej Romie,Niech ją prawicą wyciągnioną strzeże!...Już tłumy ludu zaległy wybrzeże,Jak przypływ morza hucząc niecierpliwe...Augur z dala wzniósł czoło sędziweI rzekł: »O ludu! tyś na całym świecie,Jak mąż potężny, a słaby — jak dziecię!« —
Walerjus Falton o wspaniałej brodzie,Którą w senacie podczas obrad gładzi,Orszak Rzymianek dostojnych prowadzi,Przodując zacnie w poważnym pochodzie.Gdy statek piersią z brzegami się zetrzeI krzyk radosny rozegrzmi powietrze,Domowych ognisk kapłanki te czysteZ pokładu wezmą bóstwo tajemniczeI nieść je będą w miasto wiekuiste,Rąbkiem szat białych zakrywszy oblicze...
Tłum dech wstrzymuje. Patrz! prosto, jak strzała...Płyną tu... widać już żagle i wiosła...Mglista flotylla mknie, jak gdyby rosła,W oczach tężeje i nabiera ciała.Już na pokładzie dojrzeć może okoMłodzieńczą postać smukłą i wysoką —To Scypjon!
Cóż to? — Opodal jak kwiatek,Rzucony w wodę w zadumy godzinie,Drobna, perłowa koncha, lekko płynie,Jakiś nieznany, wiotki, nikły statek...Numid zsiwiały na żarach pustyni,Numid na wietrze gorącym spalony,
Drogę mu krętą przez fale skróś czyni,Pluskając lekko wiosłem w obie strony,Jakby igraszki przypomniał chłopięce.W łodzi, niedbale zwiesiwszy na ręceGłowę, ciężącą bogactwem warkoczy,I w morzu czarne utopiwszy oczy,Klęczy wpatrzona w głąb toni żeglarka...Nie wiem, czy na dnie liczy piasku ziarka,Czy drobnych rybek śledzi korowody,Czy, jak w lusterko, patrzy w szklane wody;Lecz gdzie spojrzenie jej w fale zapadło,Morze odbiło gwiazdy, jak zwierciadło.Prawe jej ramię nagie aż do spinki,Co pierś zakrywa tuniką GreczynkiI łunę złota rzuca na jej ciało,Z łodzi zwieszone, a przez dłoń jej białąI drobne palce — morze, szemrząc, pluskaI tak się marszczy, jako modra łuska.
Lecz nagle, niby ze snu rozbudzona,W stronę flotylli zwróciła swą głowęI oczy duże, oczy opaloweUtkwiła, milcząc, w źrenicach Scypjona.Coś się w powietrzu zmieszało... Czy faleRozkryły na dnie perły i korale,Czy nenufary rozkwitły u brzegu,Czy gdzieś syrena plusnęła się w biegu,Czy żagiel zadrgał, jako pierś człowieka,Czy drobna rybka przed siecią ucieka,Czy gdzieś Najady zaplotły się wieńcem,Czy srebrne piany spłonęły rumieńcem...Któż zgadnie?... Scypjon usty spragnionemiChwycił powietrza głęboko... głęboko...A potem zadrżał i spuścił ku ziemiDziwnymi żary pałające oko.
Jeszcze za wiosłem rozpryśnięte piankiGasły w powietrzu, w tęczowej iskierceZwierciedląc ciche, przejrzyste błękity,Gdy okręt wstrząsł się i stanął, jak wryty.Przekleństwo!... Scypjon poczuł, że ma serce,Bijące żądzą dla ziemskiej kochanki!Próżno wioślarze, jak łuki wygięci,Chłoszczą wiosłami obumarłą falę,Próżno z wód krzeszą iskry i opale;Okręt się w lewo, to w prawo zakręci,Przechyli, zadrgnie i znów nieruchomy,Jak fatum, wróży zagubę dla Romy.— »Na barkach własnych wynieśmy boginię!Choćby po trupach, ktoś przecie dopłynieI miasto zbawi!... Kto na śmierć się waży?«Dwóch, trzech, dziesięciu rzuci się żeglarzyTam, gdzie bogini, w swej bieli kamienna,Źrenicą z głazu patrzy, niby senna,Niby pochmurna, niby zadumana,Na spłonionego rozkoszą młodziana.Hannon wyciąga ramię gladjatoraI dotknął białej draperji... wtem nagle,Grom huknął w maszty i świszcząc, zdarł żagle...Hannon padł martwy, oczyma upioraWpatrzony w bóstwo, nad którego czołemWęże błyskawic zaplotły się kołem,Rzucając łunę ognistą, czerwonąNa brew zmarszczoną i kamienne łono.
Przez tego trupa z obliczem zczerniałem,Co drogę wpoprzek zawalił swem ciałem,Nikt nie śmiał dłoni ściągnąć; a wśród ciszySłychać, jak piorun warczy, grozi, dyszy...— Niechaj śmiertelny zmazy swej się lęka,Bowiem grom dzierży wiekuista ręka!
Z brzegów tymczasem wrzawa się podniosła:Krzyki powietrze sieką, jako wiosła,Piersi, jak żagiel statku, wzdyma burza,A lud, jak odmęt, prze się, kipi, nurzaI wre i szumi i pryska w przestworzaPianą uniesień. — Augur z oddaliSpojrzy i rzecze: »Oto są dwa morza,Lecz spokój mędrców jest po stronie fali«.
Rzucając w koło spojrzenia sokole,Walerjus dojrzał drobną, nikłą barkęI pogrążoną w zadumie żeglarkę,Która się własnym marzeniom uśmiecha...A jej przepaska, puszczona na wolę,Z wiatrem się niesie, jak skrzydła motyla...Dojrzał i szepnął: »Klaudja...«
Była chwilaCiszy wśród tłumu po tym szepcie; echaTylko nadbrzeżne, miękkie i pieszczotne,Szepnęły: »Klaudja...« i umilkły drżące,Jakby to imię miało samo z siebieJakieś oddźwięki namiętne, palące,Od których więdną kwiaty i wilgotneRosy zajmuje płomień, a na niebieGwiazdy blednieją i lecą strącone...Lecz chwila była krótką. OburzoneMatrony rzymskie spojrzały zjadliwieNa tę samotną i na tę niedbałąO świat i ludzi i wrzawę ich całą,Na tę milczącą dumnie i wzgardliwie...I wnet za pierwszej Lucyny przykłademOstre przy mówki sypnęły się gradem:— »Klaudja bez grona niewolnic wychodzi...«— »Klaudja, w kosztowne przybrana tkaniny,
Z głową odkrytą, jak miejskie dziewczyny,Z jednym Numidem zasiada do łodzi...«— »Wszak na ozdobę żeńskiemu strojowiPół uncji złota lex Oppia stanowi;A Klaudja depce krajowe ustawy:Złoto w przepasce w trójnasób przeważa...«— »I dziś dla godnej zalotnic zabawySama w tej barce płynąć się odważa...«— »Gdy płocha młodzież wielbi wdzięki marne,Oczu nie spuszcza, nie rumieni lica...«— »Męża za pana nie zna, niewolnica...«— »Śmie w niebo zwracać oczy swoje czarne,Jakby pytała u bogów zuchwale,Czy sprawiedliwie dzierżą losów szale!...«
Słów tych słuchając, Falton ręką białąPrzygładził brodę i rzekł: »Na Jowisza!Wiem ja, skąd morzu ta niemoc i cisza...«Jeszcze nie skończył, już w ciżbie zawrzało...Wskazał na łódkę — a oto wnet z tłumuWyleciał kamień ciśnięty, jak strzała...Wyleciał, świszcząc, i wśród fali szumuTak się trzepotał, jak gdyby jaskółka,Lecąc nad wodą, pióra w niej maczała.Padł, a tuż po nim rozbiegły się kółkaPo drżącej wodzie, coraz szerzej, dalej,W krążki i kręgi ciemne, aż na faliWielka się plama posępna wylęgłaI steru barki bokiem swym dosięgłaI objęła ją zmąconymi prądy,Rzucając na nią cienie, jako trądy.Augur zadrżał i rzekł: »Wielkie bogi!Widziałem dzisiaj sądów ludzkich drogi«.
Zaledwie morze wygładziło lica,Padł drugi kamień, jak zatruta strzała,I przyniósł z sobą słowo: »Zalotnica!«Głośne, syczące. — Żeglarka powstała,Strząsając z szaty rozbryzganą pianę,I obracając oczy zadumaneNa brzeg, gdzie ryczał tłum wściekłością zdjęty.Biały kwiat z włosów rzuciła w odmętyI rzekła: »Oto broń moja jedyna...Widzę tu sędziów — ale gdzie jest wina?«Słowa jej z fali zmieszały się szumemI powróciły, w pół drogi odbiteGradem kamieni. Rozwścieczonym tłumemFalton dowodzi, on najtrafniej ciska...Patrz! kamień z rąk mu, jak z procy, wypryskaI trafia ramię żeglarki odkryte,Przepaskę ciału dając koralową...Porwał się Numid i jak lew zraniony,Ryknął, pustynię wspomniał i swobodę...I drgającemi czarnemi ramionyWyrwał maszt z łodzi, okręcił nad głowąI z świstem rzucił przez spienioną wodęW sam środek tłumu.Ruchem monarchiniWstrzymała Klaudja dzikiego wioślarza.— »Stój !« — rzecze — »Jowisz sąd nad ziemią czyni!...Niechaj się słaby nigdy nie znieważaWalką z silniejszym... chcę cierpieć dostojnie«.A potem, wzniósłszy piękną głowę hardoI wodząc okiem po tłumie z pogardą,Wsparła na sterze rękę swą spokojnieI rzekła: »Wielki ojców moich Boże!Sądź mnie tu, teraz, wobec tego ludu!Jeślim się żadną nie zmazała winą,Ty spotwarzonej daj świadectwo cudu:
Niech za mym pasem, rzuconym na morze,Wstrzymane statki do brzegu dopłyną!« —Rzecze i z bieli szat swoich powiewnychSzarfę błękitną, tkaną w gwiazdy złote,Niewolnic z Tyru przedziwną robotę,Zwolna odwija...Cisza, jak w świątyni,Zalega brzegi... tylko gdzieś z dalekaKonają resztki jakichś szmerów gniewnych,Jak echa burzy. — Jowisz sądy czyni...A niech śmiertelny pomsty nie docieka!...
Z ostatnich węzłów pas Klaudyi rozwityZadrżał od wiatru, czy od bicia łona...A w chwilę potem, żeglarka wzruszona,Promiennym wzrokiem wpatrzona w błękity,Szepcąc: »O bogi!... spełnijcie przysięgę!...«Rzuciła w morze lazurową wstęgę,Widną na falach, jako mleczna droga,Od pokrzywdzonej — do sędziego Boga.
Okrzyk namiętny podniósł się z okrętu.To głos Scypjona... buchnęły płomieniemPiersi młodzieńcze... wyciągnął ramionaI — jednem falę zmierzywszy spojrzeniem,Jak stał, tak skoczył i znikł wśród odmętu.Morze! Dzień Zamy blizki!... Strzeż Scypjona!...Tłum zawrzał głucho, wstrząsany kolejąDreszczami zgrozy i cudu nadzieją...A taka cisza wybrzeże zaległa,Żeś słyszał chwilę tę, jak w wieczność biegła.
Dziwna to cisza! słychać serca bicie,Szelest krwi w żyłach i oddechu drżenieI jako struna prężące się życieI wszechpotężną wymowę — milczenie.
Piersią drgającą odtrącając pianyI szturmem biorąc każdy cal przestrzeniI szlak przed sobą pięścią bijąc szklany,Za sobą krzesząc snop drogich kamieniI brózdy znacząc wskróś morza tęczowe,Dopływa Scypjon do łodzi.
Wzniósł głowęI patrzył chwilę płomienny i bladyW czarne źrenice milczącej żeglarki.A potem wyrzekł: »Wierzę!...« Zaś owinąłRzuconą wstęgą rękę i od barkiPotężnym rzutem zwróciwszy się, płynąłW spienione jeszcze poza sobą ślady.
Blizko już... bliżej... wyciągnione ramięW dwoje ostatni bałwan wody łamie,Ostatnią przepaść ziejącą zwycięża,Dosięga liny, chwyta ją, wyprężaI wiąże do niej błękitną przepaskęI falom rzuca na łaskę, niełaskę...Drzyjcie!... Sąd Boga!...
Schwytany za skrzydłaCiszą śmiertelną, okręt, jak ptak dziki,Pojman w zdradzieckie, kryształowe sidła,Miota się, zrywa, drży... Tłumu okrzyki,Który, jak wulkan, lawą szału bucha,Niecą widomie jakiś zapał męski
W rzeczy tej martwej, co zda się mieć ducha,I lekko, chyżo, pochód swój zwycięski,Jakby stęskniona do brzegów i ziemi,Przyśpiesza, wiejąc żaglami białemi...
»Klaudja!« — tłum krzyczy — »Klaudja niech boginiZ białego kwiecia ofiarę uczyni!...«— »Klaudja niech orszak dziewiczy prowadzi!...«— »Evoe! Klaudya!... Szlijmy do niej posła!...«Walerjus Falton piękną brodę gładziI rzecze: »Płynę, niech podają wiosła!«A tam na falach cicha, nieruchoma,Ze złożonemi na piersiach rękoma,W chwiejącej łódce bez masztu, samotna,Błądząc myślami poza tłumu wrzawą,Stoi żeglarka. Źrenica wilgotnaW przestrzeń gdzieś patrzy wpół dumnie, wpół łzawoI widzi może zórz przyszłych wybuchyI sprawiedliwość, pojętą przez duchy.
Zimny poranek ocucił mnie rosą.Otwarłem oczy, próbując oddechu...Na piersiach moich głowę złotowłosą,Pełną młodzieńczych marzeń i uśmiechu,Trzymał towarzysz broni, chłopiec młody,Co padł już po mnie, a tak ciężko padał,Jak ścięte w lesie młodych dębów kłody...Ten, co mu w serce cios śmiertelny zadał,Miał oko wprawne i rękę tak pewną,Że chłopiec upadł i stężał, jak drewno,Zanim konania chwyciły go dreszcze;Bo uśmiech rzewny miał na ustach jeszczeI słówko jakieś nawpół wymówione;I tylko oczy ku niebu zwrócone,Matowym blaskiem świeciły w przestworze,Zdając się wołać: »Umieram, o Boże!«
Nie miałem siły usunąć tej głowyZ piersi zranionej... Słoneczny blask płowyRaził mi oczy zgryzione od prochu...Chciałem je przetrzeć, poruszyłem ręką,Krew mi się z rany rzuciła i cienkąStrugą uchodzić zaczęła potrochu...Czułem, że jakoś ratować się trzeba,Lecz myśl zmącona nie dawała rady...Spojrzałem w górę, a na skrawku nieba
Były, jakgdyby rany i krwi ślady,I chmury, jako ciała rozciągnione,I dym i oko Boga, zapaloneGniewu pożogą, patrzało na ziemię,Jakby szukając miejsca do pocisku...I tak leżałem na tem bojowisku,Sam nawpół martwy.
Z lewej, z prawej stronyTwarze poległych świeciły pod słońceBiałością śmierci okropną, zdrętwiałą...A krew zakrzepła, jak koral czerwony,Plamiła czoła, lub w sznurki błyszczące,Szkaplerzem śmierci owijała ciało...A cicho było tak w tem polu klęski,Żem słyszał przelot jaskółek zwycięski,Co się ponad niem ścigały z wietrzykiem...A choć nie padło tam ni jedno słowo,Cisza ta przecież zdawała się krzykiemI jakąś straszną sądów bożych mową.
W powietrzu drgnęło... Przywabiony łupem,Szumiąc skrzydłami, sęp wzniósł się wysokoI chwilę zawisł, jak całun nad trupem...A jego krwawe i okrągłe okoBłysnęło w górze straszne, pałające,Pomiędzy niebem a ziemią — jak słońce.Spadł i hakami szponów swych wszczepionyW rozbitą czaszkę, szarpał dziobem krzywymMętną źrenicę trupa, nad nieżywymPastwiąc się, jakby zemstą był trawiony...I znów się cisza nad polem obniosłaOlbrzymią skargą ust, zwartych na wieki...A czarne kawki, jak płaczki z rzemiosła,Jęły zawodzić z suchemi powiekiI tam leciały, gdzie słońce zapada,Wołając chórem: »biada! biada! biada!«
Wtem jęk się cichy ozwał z prawej strony.Ktoś westchnął: »Ałłah!« i turban zielonyUniósł się ponad stratowaną ziemią,A za turbanem podniosła się głowaI pierś szeroka i reszta tułowa.Olbrzymi nizam, z czarną jak noc brodą,Stanął i patrzał, jak umarli drzemią...A potem chwiać się zaczął, jak pijany,Bo krew z odkrytej buchnęła mu rany,Śmiertelną chustą czerwieniąc pierś młodą...Więc zerwał kaftan z lewego ramieniaI zwinął rękaw i w ranę go wcisnął,A w prawej ręce kindżał mu zabłysnął,Jak nów — był przecież bledszym od spojrzeniaZmartwychpowstańca, co okiem tygrysaPatrzy na trupy, krew, zda się, wysysaZ rozbitych piersi wrogów Mahometa...Do najbliższego schylił się atletaI tchu w nim szukał i znalazł go pono,Bo mu pchnął kindżał w niezakrytą szyjęI krwi wypuścił kaskadę czerwonąI wstał z uśmiechem i szepnął: »Nie żyje!«I wlókł się chyłkiem, krwawiąc własne ślady,Płomienny pomstą, krwi utratą blady,I szukał tchnienia, co w piersiach zamiera,Tak przypadając cicho, jak pantera.A gdy dosłyszał, że kto jęknął z cicha,Ze trup się ruszył, że drgnął, że oddycha,Zrywał się z krzykiem szału i boleściI kindżał w serce pchał do rękojeści.
A był tak straszny, jak te mściwe duchy
Hunnów, co walczą aż po śmierci jeszcze...Dzikiego zwierza miał zdradzieckie ruchy,Upiora nocy źrenice złowieszcze,Na czole, twarzy, krwi zaskrzepłej strugi,Ponure piętna trupiego uścisku.I tak się wlokąc po tem bojowisku,Nad śmierć groźniejszy, zabijał raz drugi.Chwilami słabnął, przestawał robotyI za pierś chwytał i chwiał się i mienił,Czoło śmiertelne rosiły mu poty,Kaftan krwią z rany przesiąkł i czerwieniłPas, co mu pasze biodra wełną białą,I zda się życie z niego ulatało...Lecz wnet się krzepił. Mdlejące źreniceRozpalał ogniem, jako dwa księżyce,I wężem pełznąc między ciał tych kupy,Dobijał rannych.
Już tylko dwa trupyNas rozdzielały. Jakby urzeczony,Nie mogłem oczu oderwać od strony,Gdzie się poczołgał ten nizam straszliwy...I tracąc oddech, czułem nawpół żywy,Jak kindżał jego pierś mi nawskróś wierciI serca sięga... Wszystkie męki śmierciOczekiwanej, nieuchronnej, blizkiej,Tak mnie chwyciły w żelazne uściski,Żem głośno jęknął: Boże!Nizam dzikiDojrzał mnie, skoczył i wyciągnął ręce,Rzucając w przestrzeń wściekłości okrzyki.Lecz nagle, jakby w dojmującej męce,
Zwinął się w sobie i przycisnął ranę,Z której buchnęły długo wstrzymywaneCzarnej krwi strugi... zachwiał się, rękomaChwytając próżnię przed sobą... na czoleŚniada mgła śmierci osiadła widoma...Oczy zagasły... Pasując się z skonem,Zerwał się jeszcze, zatoczył półkoleI cisnął we mnie skrwawionym kindżałemI trupa tego, którego dźwigałem,Przeszył na wylot żelazem czerwonem.Był to ostatni cios tej dzikiej dłoni...Jak stał, tak runął u nóg mych z łoskotem;A twarz przedśmiertną łuną mu się płoni,Potem sinieje, potem blednie, potemRobi się sztywna, przeraźliwie biała...I skonał nizam, szepcząc: »Ałła!... Ałła!...«
...eximiae formae virginem aetatis adultae,et iuvenis et caelebs et victor ...arcessitisparentibus et sponso inviolatam tradidit.(Valerius Maximus IV, 3, 1).
Przeszłość zwinięta, jak pergamin stary,Z kipiącem życiem nie wytrzyma miary.
Kielich łez swoich i swoich zachwytówWypiła do dna i jest jako słońce,W ogniach zachodu cicho zstępująceZ purpurowego tronu, z góry szczytów...Chwila obecna stopę swą młodzieńcząStawia na bluszczach, co jej groby wieńczą,I wznosząc puhar upojeń dla świata,Jak orzeł, w skrzydła potężne uderza,Porywa ludy, walki i przymierzaI z hasłem wieku swojego ulata.
Przeszłość — ruina, rozsypane grody,Zagasłe gwiazdy, przeżyte narody,Zatarty napis, co tłumy odstręcza...Lecz niechaj śpiewak rękę nań położyI tchem swym wskrzesi pierwiastek ów boży,Co się w ludzkości, jak nić złota, wije:A oto dawno zapomniane słowoNabiegnie barwą, niby krwią serdeczną,I będzie, jako ta wiosenna tęcza,Nagle rzucona w chmurę brylantową...Gwiazdy zapłoną, ruina ożyjeI duch poczuje, że przeszłość jest wieczną.
W drżącej, błękitnej Rodanu zatoceDrobna się łódka, jak ptaszek, trzepoce...
Wiosenne wody przybrały z gór stokówI z rozpłakanych deszczowych obłokówI nowe wiry zerwały się z szumem,Kręcąc się, niby zaklęte wrzeciona,Co przędą tęcze i promienie słońca...Piany się na brzeg cisną białym tłumem,A odepchnięte od skalnego łona,Drżą i rozbite w lekkie, srebrne puchy,Błądzą po fali, jak te chwiejne duchy,Które i ziemia i niebo odtrąca.
Na brzegu wiosło porzucone leżyI szmat ubogiej, rybaczej odzieżyI sieć zmoczona węzłami lnianemiGniecie puszyste mietlice i trawy...A słońca promień, padając jaskrawyPomiędzy lśniące, jako jedwab, skręty,Perełki wody na sznurach jej drżące,Które w Rodanie były błękitnemi,Tak ubrał w dziwnych kolorów tysiące,Że wydawały się, jako djamentyI jak opale i jako rubiny,W bajecznym jakimś cudownym połowie,Na jasność dzienną dobyte z głębiny.Perły te, w okach rozwieszając tęcze,Były, jak srebrne owe mgły pajęcze,Które jesienią majaczą w dąbrowie...Lub jak łzy wielkie, w źrenicy stojące,Któremi płaczą w milczeniu tysiące.
A sieć i wiosło i odzież rybaczaI łódka, która o spienioną falęTrącając lekko, pierś swą ledwo macza,Niby w pieszczocie oddanej niedbale,Wszystko to, nad czem błękit nieba świeci,Jak tajemnicza zasłona ołtarza,A na co w dumy poczuciu głębokiem
Przechodzień ledwo chciałby rzucić okiem —Wszystko to biedne, zużyte, wytarteI tylko tyle, co krwawa łza, warte,Wiosło i odzież i łódka i sieciSą wielkim skarbem — wielkiego nędzarza.
On się docisnąć wśród ludzkiej gromadyNie mógł do chleba innego; więc, cichy,Odszedł na stronę. I gdy godownicyŻycia wznosili kipiące kielichy,Stał nagi, głodny, spragniony i blady...Aż związał sieć swą i zbił łódkę małą,Wystrugał wiosło i odtąd wśród trudu,Z kapryśnej fali wyławiał kęs chleba...I tylko śledząc wiecznie tajemnicyW głębiach wód rwących, źrenicą zdrętwiałąOdwykł spoglądać na lazury nieba,Tylko pracując, przestał czekać — cudu.
Lecz cud się właśnie stał! Tu, dziś, przed chwilą...Tam, kędy Rodan, jak ptak biały, leciPrzez skalne progi, co próżno się siląNamiętny nacisk ten powstrzymać wody,Blady nasz rybak zarzucił swe sieciI w smutnych myślach tonął nędzarz młody.Ach, kiedy starość zgrzybiała i drżąca,Z dala od życia rozkoszy i bólów,Jako roślina żyje wkorzenionaSiłą nałogu do ziemi tej łona,Nic już nie pragnąc prócz chleba dla ciała,Mniej to jest strasznem... Lecz gdy młodość świeża,Z której sam Bóg chciał dać swej ziemi królów,By jako orzeł leciała do słońcaI świat ten piersią własną naprzód pchała,
Gdy taka młodość kwitnąca, swobodna,Zamiast żyć duchem, musi nakształt zwierzaWyłącznie o tem myśleć, że jest głodna —To tak jest smutnem, jak gdyby skowronki,Co się trzepocą nad pola i łąkiI błogosławią pieśnią nasze skiby,Nagle wprzęgnięto do pługa... jak gdybyGwiazdy zebrano na ognisko z nieba...Jakby kto duszę sprzedał za kęs chleba!Zadumanemu ociężał sznur w dłoni;Sieć poszła głębiej, a łódka skrzydlata,Siostra jaskółki tej, co nad nią lata,Już jej błękitnym gościńcem nie goni,Lecz okręciwszy się około wiosła,Jak tanecznica na gibkiej swej nodze,Nagle, jak gdyby schwytana za wodze,W cichej zatoki srebrne piany wrosła.
Zdumiał się rybak. Tam, na dnie głęboko,Jakoby wielkie, wpół zamknięte oko,Księżyc w swej pełni utopiony leży...I twarzą martwą, senną i pobladłąWskróś srebrzy jasne zatoki zwierciadło,Jak dla lepszego odbicia wybrzeży...Zerwał się rybak, sznur sieci napręża,Dwie sine smugi wzeszły mu na czoło,W tył przegiął ciało, całą siłą młodąSieć swą prowadzi, jak nurka pod wodą...Zrazu szerokie zakreśliwszy koło,Brzegi jej coraz zaciska i zwęża,Aż pochwyciła gwiazdę niby w dłonieI dziwny połów wyniosła przez tonie.
Rybak plon srebrny ciągnie na brzeg ślizgi,Z ramion młodzieńczych pozbywszy siermięgiI wiosło w trzciny rzuciwszy niedbale...A fala, gniewne zataczając kręgi,
Szle za nim posły swoje, białe bryzgi,I pękające w miljon tęcz opaleWzdętych kropelek, które mu na głowęIście królewskie, bo jednochwilowe,W promieniach słońca zwijają korony.
Tajemną zdobycz uwolniwszy z sieci,Spojrzał i z dziwu skamieniał, jak głazy...Przed nim, pamiątka odległych stuleci,W napisy jakieś ryta i obrazy,Leżała srebrna tarcza, oplątanaW długie, jedwabne porostów włókienka...Tarcza błyszcząca, jakoby ulanaZ promieni, które w pełnię do okienkaCicho się w nocy skradają i psotne,Całują usta senne i wilgotne.
Czyją pierś kryła przed laty? — Któż zgadnie?Milczą dla tłumów jej zatarte godła...Może tam kiedyś w chłodnej głębi na dnieZ Rodanem ciche rozhowory wiodłaI rapsod jakiś bohaterski, staryDo jego szumów dostrajała miary.Lecz tu pod okiem ciekawych tysiąca,Co się cudowi przypatrzeć zlecieli,Leży bez głosu, sztywna i milczącaW swojej dziewiczej hardości i bieli,I tajemnicą od siebie odtrącaBrzmiących zagadek ciekawych czcicieli.Tylko, gdy rybak powrócił do chatyI srebrną tarczę postawił przy proguI senny upadł na twardym barłogu,Wtedy, jak gdyby chór duchów skrzydlatyWzleciał wśród ciszy tej nędznej ustroni...Jakieś się szepty i szmery rozwiały,Dalekie głosy, bojowe okrzyki,Wojenne hasła, strzał błyski, szczęk broni,
I w jeden akord stopiwszy się dziki,Wśród szumu orłów lecących muzykiPieśń grzmiącą starej, zapomnianej chwałyW srebrzystych blaskach tarczy tej śpiewały.
Noc. Kartagina, jako stos, się pali,Ciskając w niebo iskry, gwiazdy, słońcaI rozwichrzone komety z korali,Które, jak ptastwa ciżba latająca,Tłumnie się w niebo skrzydły płomiennemiRwą z gniazd ognistych, syczących przy ziemi,I krzesząc smugę poza sobą jasną,W głębinach morza toną, pełzną, gasną.
O nocy! małoż tobie srebrnych globów,Co drżą wśród cieniów twoich tajemnicze?Trzebaż ci jeszcze rozpłomieniać grodyI z zwyciężonych ludów palić zniczeI na stos rzucać wolność, krew, swobodyI łuną zdradzać czarną nicość grobów?...O nocy, krwawa wspólniczko płomieni,Mordów, podstępów i nieszczęść i zbrodni!Czyż nigdy blade światło twych pochodniZgrozą i wstydem się nie zarumieni?Czyż zawsze, w płaszcz swój owinięta blady,Kołysać będziesz drzemiące plejady,Jako ta matka z rozpaczy szalona,Co trupa dziecka przytula do łonaI zasłuchana w śmierci martwą ciszę,Śpiewa mu piosnki i do snu kołysze?...
Gród zwyciężony, w ogniów swych koronie,Płomiennych wężów opasany pękiem,Jak król boleści w straszliwej purpurze,Zasiadł na zgliszczów i rumowisk tronieI wsparł się, chwiejąc, na zgwałconym murze,Na wyłamanych bramach i okopachI był, jak gdyby skamieniałym jękiem,Jakby krwi plamą, rzuconą w przestrzenie,Która tron Boga plami w straszne cienie...Morze, rozdarłszy pian swych szatę białą,Jak niewolnica, tuż przy jego stopachNiepocieszone w żalu swoim, łkało,Wzniesioną piersią tłukąc się o brzegi...
Komu ty, nocy przerażeń i klęski,Tulisz dziś oczy w sen cichy, w sen błogi?...Zwyciężonemu u bezsennych powiekMigają widma rozpaczy i trwogi,A tam, gdzie orzeł ulata zwycięski,Nad rzymskich legii błyszczące szeregi,Gwar pieśni, śmiechów, okrzyków wybucha,Jak oddalona burza jakaś głucha...Tak idzie, walcząc, przez życie swe człowiek:Tryumf i rozpacz, szczęście i tęsknotaJednakim wichrem duszą jego miota;W rozkwicie złudzeń, w nadziei pogrzebieNigdy nie zdoła posiadać sam siebieI chyba wtedy ukoi się w duchu,Gdy cichy spocznie, bez głosu, bez ruchu,Jako szermierze, co szańców tych strzegąŚmiertelną strażą aż do dnia sądnego.
W białym namiocie, co skrzydła swe dumneRozwinął zdala od gwaru i szumu,Patrząc na zgliszczów dymiącą kolumnę,Stał Scypjon, wzniosły samotnik wśród tłumu.Blaski tryumfu na czole mu gasną,
W źrenicy iskry ostatnie się palą,Krew w pulsach bije chłodniejszą już falą,Pierś uciszona spoczynku pożąda,Głębszem, pełniejszem unosząc się tchnieniem...Wódz młody czuwa i orlem spojrzeniemW noc tę, od ogniów, jak dzień krwawy, jasną,Z szlachetnym smutkiem zwycięzcy pogląda.
On stoczył dzisiaj dwie walki zacięte:Jedną z tym ludem, zrozpaczonym klęską,Którego łuki zdały się napięteWściekłością piersi, broniącej swobody,Którego strzały, parte przez cięciwę,Od bicia serca łuczników drgającą,W legjony Romy leciały, jak żywe,A każda była żmiją kąsającą,Przekleństwem, pomstą, rozpaczą, zwątpieniemI strącającem w noc wieczną ramieniem...A drugą walkę bohater ten młodyStoczył sam z sobą, z własną piersią męską,Walkę okropną, straszną, choć milczącą.
Afrykańskiego słońca płowe żary,Co leją złoto roztopione w żyłyI w mózgu dziwne wywołują maryI w piersiach budzą żądzy głuche siły,Żary te straszne, namiętne, złowieszcze,Co, odrzuciwszy obłoków zasłonę,Drżą na lazurach nagie i spłonione,Ssąc oddech ziemi i wilgoć jej łona,W dziewiczej piersi młodego ScypjonaZbudziły dziwne płomienie i dreszcze.Jakaś potęga zawładła nim nowa,Istotę jego łamiąca we dwoje...Jakiś bóg, dotąd nieczczony, nieznany,
Rył mu na sercu nagiem prawo swojeI objawiał się w oddalonym gromieI niósł ze sobą wichrów niepokoje...A tak potężną była jego mowa,Ze Scypjon w ciszę nocy zasłuchany,Przestawał myśleć o wojnie, o Romie,O Kartaginie, co jak męczennica,Na wielkim stosie dziejów się paliła,I drżał i szeptał przerywane słowaI tak się płonił, jak młoda dziewica,Co po raz pierwszy »kocham« wymówiła.
Czy znasz tę chwilę srebrzystą, różową,Gdy wschód unosi zasłonę nad głowąŚpiącej jutrzenki i zwolna odchylaObłoczki lekkie, jak skrzydła motyla,Gdy ranek, w białe zasłony spowity,Dyadem rosy kładzie w ptasząt gwarze,Gdy ziemia, ze snu ockniona, marząca,Tęskne ramiona wyciąga w błękity,Z mgły wznosząc srebrne, dymiące ołtarze,Na cześć wielkiego bóstwa życia — słońca?...I czy znasz chwilę, gdy dziwna tęsknica,Której nikt nazwać, ni ująć nie zdoła,Łunami świtu wybija na licaI upojeniem opromienia czoła?...Czy znasz ty chwilę tę, przed burzą samą,Gdy wicher gońcem widnokrąg oblata,A słońce z twarzą bladą i zagasłąZda się upiorem zjawionym z za świata,Gdy grom daleki potężnych salw hasłoPrzesyła drżącej w wnętrznościach swych ziemi,Gdy cień zapada płachtami grubemi,A pierwsze krople dżdżu perłową gamą
Rozsypują się krągłe, ociężałeI od błyskawic łuny złote całe?I czy znasz chwilę ucisku i trwogi,Oczekiwania na zgrozę nieznaną,Gdy duszę, wężem płomiennym smaganą,Obłęd porywa w wir ciemny, złowrogi?
Taki świt cichy marzeń i tęsknotyI taka burza, w zawiązku swym wrząca,Jako dwie czary, z których jedna mieściNapój słodyczy i upojeń złoty,A druga, pianą rubinów kipiąca,Pełna rozkoszy szałów i boleści,W noc tę zmieszane, jak dwie wrogie siły,Usta Scypiona zarzewiem paliły.
Dumał i dziwne, bezsenne marzeniaPrzykuwały go do namiotu wnętrza...A ta noc klęski, łun pełna, bez cienia,Wydała mu się od ognia gorętsza,Od lwa potężniej za piersi szarpiącaI taka tęskna i taka bez końca,Że padł na łoże, zmęczony, omdlały,I czuł, jak w mroku oczy mu pałały.
Wtem gwar się rozległ u wnijścia i naglePurpurowego namiotu zasłonaWzdęła się, niby wichrem parte żagle...A legjonisty żelazne ramionaWepchnęły w ogniach schwyconą KartagiBrankę, co jako srebrna nocy strzała,Którą z błękitów księżyc ciska ziemi,Błysnęła w cieniach, rąbkami białemiKryjąc panieńskie wdzięki swego ciała,Tak, jak się w listki kryje pączek nagi...
— »Boski Scypjonie!« — rzekł pretor — »w zdobyczyNie wziąłeś części ni w srebrze ni w złocie;Niechże ten kwiatek ponętny, dziewiczy,Rozpędza nudy w samotnym namiocie...Piękna! patrz tylko!...« — I dziki atletaZ ramion jej szatę pochwycił przemocą...Scypjon, jak gdyby w tem białem zjawieniuPoznał niejasnych marzeń swych osnowęI mógł je wreszcie nazwać po imieniu,Rzekł głosem cichym, zdumionym: »kobieta!«I jakby wstydząc się przed ciemną nocąWzruszenia swego, spłonął... i w milczeniuSkłonił swą dumną, bohaterską głowę,Hołdem zeznając przed sobą i światem,Że piękność także bywa majestatem.
Pretor znikł w zmierzchu, który, jak wąż czarny,Opasał namiot mrocznymi kręgami,Błyskając ognisk złocistą źrenicą,A gwar obozu burzliwy, niekarnyBył tłem jaskrawem dla ciszy, co bladaZ palcem na ustach milczących zapadaPonad namiotu drgające szkarłaty,Gdzie wódz młodzieńczy z porwaną dziewicąW tej nocy zgrozy zostali się sami —Siła i piękność: dwa berła, dwa światy.
Scypjon głębokiem, gorącem spojrzeniemObjął tę białą, co nagle spłonionaMłodej krwi swojej królewską purpurą,Na piersi nagiej złożyła ramionaI osłoniła się wstydem, jak chmurą,Walcząc z tajemnem, nieznanem wzruszeniem...Scypjon drgnął, spojrzał, zgryzł wargi młodzieńcze,
Wyciągnął dłonie przed siebie, jak we śnie;Wzrok mu zasnuły djamentowe tęczeI nagle w miljon iskier się rozprysły...I poczuł dziwne w żyłach swoich szumyI świat lecący przez otchłań błękitnąI zaostrzone, jako strzały, zmysły...Nieznane wonie, mar dziwacznych tłumy,Kwiaty ogniste, co w otchłaniach kwitną,I upajał się z wrzącego kielicha,Którego nigdy nie dotknął ustami...Było mu czegoś błogo i boleśnie.I stał tak niemy, chwiejący się, blady,A noc, zgasiwszy gwiazd swoich mirjady,Tuliła zdradnie czarnemi skrzydłamiDwa te walczące duchy, szepcąc z cicha:»...Jesteście sami!... Patrz! Jesteście sami!...
I w tym samotnym dotychczas namiocieStanął duch straszny, w płomieni koronie,I podniósł czoło pałające żarem,Cały w błyskawic i piorunów złocie,I rozprzestrzenił ponad ziemią dłonie,A ziemia znikła, jak bańka zdmuchnięta...I w niebo wionął skrzydeł swych sztandarem,A niebo znikło, jak karta zwinięta...I dźwignął swoje ciało gorejąceStłumionym ogniem, jak zgaszone słońce,I zapełnił niem czas i przestrzeń całąI nic prócz niego nie było na świecie,A w tej nicości ich dwoje zostało...I zasłonił im mdlejące źrenice,Cały się w nagłe mieniąc błyskawice,W serca drżącego przyśpieszone tętno,W jakąś pieszczotę niepomną, namiętną,W woń, konającą na zdeptanym kwiecie...Ach! czemu w piersi, co ma być świątynią,Żądze budują sobie tron ponury
I zasiadają go burzliwą zgrają?...Czemu krwi fale, które wzruszać mająNajczystszych uczuć struny kryształowe,Wznosząc w niej dzikie i namiętne chóry,Wyziewem burzy oczadzają głowęI z wolnych duchów — jeńców sobie czynią?Czemu pragnienia powstają z przemocąNieubłaganą, tyrańską, straszliwą?Czemu się serca rwą w piersiach, trzepocąI chcąc ulecieć w błękity, spadają,Jak ptak zraniony z skrzydły złamanemi?Jaki duch ciemny z tych zdrojów wyschniętych,Z gwiazd spadłych, z pąków stoczonych w rozkwicie,Z mętnych porywów, z nędz jaskrawych ziemi,Z chwil upojenia rozkosznych, przeklętych,Z płomieni, które wypalają życie,Zbiera w wieczności gorejące żniwo?...Nagle w namiocie zjawił się duch drugi,A z nim ocknęły się poranne śwityI zaszumiały pieśnią srebrne strugiI z cieniów blade wyjrzały błękity...Senne marzenia powiały nad głowąZiemi, swą szatą mglistą i tęczową,Ognie przygasły, zastygły wulkany,Z cichym szelestem opadało morze.Jeleń u źródeł gasił swe pragnienie,Dziecię gdzieś przez sen wyszeptało: »Boże!«Ptaszki zbudziły drzewa swym szczebiotem,Od chłodu rosy drżała róża polna,Przejrzysta zorza purpurą i złotemWschód malowała na przybycie słońca...I ucisk serca, długo wstrzymywany,W ciche, ożywcze uleciał westchnienie...
Ocknął się Scypjon. Wyciągnął ramionaDo pięknej branki, co stała, milcząca,Jutrzennym świtem cała zróżowiona,
I blednąc, szepnął z cicha: »Jesteś wolna!«A wziąwszy tarczę bohaterską swoją,Osłonił ciało spłonionej dziewicy,Jakby czci własnej djamentową zbroją,I rzekł: »W pokoju idź do swego groduI powiedz mężom swojego narodu,Ze Scypjon uczcił wolność — w niewolnicy«.
Wyszła w milczeniu. Straże obozowe,Widząc ją wodza okrytą puklerzem,Zdumione, nizko pochylały głowę.Tak szła, chłód nocy pijąc tchnieniem świeżem,Aż tam, gdzie napół przepalona bramaPrzed jej stopami rozpadła się samaI gdzie wśród dymów, co mgłami sinemiOstatnie ognia przygasały słupy,Z wschodzącem słońcem weszła ponad trupy,Jak poseł ciszy i pokoju biały.
Ojciec jej, stary Celtyber, zsiwiały,Widząc ją w całej dziewiczej ozdobieWolną i czystą wróconą znów sobie,Kazał płatnerzom kuć ciężkimi młotySrebrzystą bryłę, aż z białego łonaWyszła przedziwnej siły i robotyTarcza, jak pełnia jasnego księżyca;A na niej pośród godeł tajemniczych,Kwietnych opasek i ozdób złotniczychRozkazał wyryć to słowo: »Dziewica«.I tarczę ową słał w obóz Scypjona.
Gdy orły rzymskie, latając po świecie,Gubiły pióra z swych skrzydeł potężnych,A modry Rodan unosił na grzbiecieTysiące statków i mężów orężnych,W nagłej przeprawie przez drogę tę szklaną,Spojrzeniem wodza, jak burzą, smaganą,Tam, kędy fale, jak dzikie brytany,W srebrnych obrożach uwięzione warczą,W śmiertelny uścisk przepaści schwytany,Statek zatonął z promienną tą tarczą.
I odkąd chłodne błękitne otchłanieZwarły się nad nią — jak gwiazda strącona,Spała snem cichym w szumiącym Rodanie...A nad nią burze ogniste latały,Maczając końce czarnych skrzydeł w wodzieI wyciągając błyskawic ramiona.A srebrne piany korowód swój białyWiodły, jak sylfy, w noc letnią tańczące,Kołysząc lekkim ruchem senne łodzie,Zanim poranne rozbudzi je słońce.I długi szereg burzliwych stuleciPrzemknął, jak fala, co u brzegu kona,I tak leżała tarcza ta Scypjona,Aż ją rybaczę wyciągnęły sieci.
Dziś do wielkiego przeniesiona groduI w świetnym gmachu, jak klejnot, złożona,Zda się być strofą starego rapsodu,Albo wyrwaną z starej księgi kartą,Której świat nowy nie rozumie prawie,Tak w treści swojej jest dla nas zatartą,A którą pra-prawnucze pokolenieMierzy i waży i bada uczenie,
Ukrytej myśli, co śpi tam zamglona,Przez chłodne szkiełka szukając ciekawie.
Lecz w wieku, w którym płomienne pochodnieŻądz przepalają wskroś piersi ludzkościI w swym ognistym, niszczącym pochodzieKrwawym pożarem podsycają zbrodnie;Gdy, jak dymiąca żagiew, przyłożonaDo podstaw gmachu, nurtują w narodzieŁamiące siły szermierzy przyszłości,Miljonem żądeł wypuszczonych skrycieObezwładniając myśli wzniosłe ruchy,Kiedy użyciem jest tylko to życie,Czyż chociaż pieśnią przypomnieć nie warto,Jak mąż zwycięża i jak walczą duchy?
Wśród nocy — własne oczy jej świeciłyZgrozy pochodnią...Biegła, bo ustać nie miałaby siłyPod swoją zbrodnią...Od wichru myśli na głowie jej wstałyZburzone włosy...Biegła — jak gdyby poświsty ją gnały,Lub rózeg ciosy.Bose jej stopy ślad wgniotły leciuchnyW śnieg srebrny, świeżyAż tam, gdzie śpiący synek jej bieluchnyPod murem leży...Gdzież biegnie? — Pójdzież zapytać się rosy,Czy go wyżywi?Czy też rwać pocznie stargane swe włosy,Jak nieszczęśliwi?Czy pójdzie nocy tej błagać, by cieniemCzoło jej skryła?Żeby jej ziemia rzuconym kamieniemNie znieważyła?Czy pójdzie w lasy bić głową o sosny,Gdzie pustka głucha?Czy stanie nagle — i w głosek żałosny,Drżąc, się zasłucha?Czy pójdzie w góry, co stopy jej krwawićZębami poczną?
Czy wróci blada, by dziecię swe zbawićPrzed dolą mroczną?Czy jak zdeptane stokrocie na łące,Ugnie swe czoło?Czy wbije oczy, jak noże płonące,W ciżbę wesołą?Czy krzykiem pójdzie rozbudzić potęgi,Co drzemią senne?Czy w twarz, z policzkiem, odrzuci przysięgiZdrady płomienne?Czy stanie tutaj pod niebios pręgierzemW błyskawic wstydzie?Czy pójdzie los swój podzielić ze zwierzemI żyć w ohydzie?Czy, załamawszy ręce, jak Niobe,Tu skamienieje?I stać tak będzie, aż wieku chorobęWyleczą dzieje?Czy, jak drzewina, gdy robak ją stoczy,Padnie wśród drogi,A w prochu zdepcą blask płowych warkoczyPrzechodniów nogi?Czy prawodawcom ukaże się we śnie,Jak widmo drżące,I zbudzi sennych, wołając boleśnie:»Jest nas tysiące!«Czy pod mur wróci — i porwie na ręceSwego chłopczyka?Czy zacznie szarpać to ciałko dziecięce,Jak lwica dzika?Czy pójdzie prosić jasnego miesiącaO srebrny rąbek,
By cieplej spała dziecinka jej drżąca,Biały gołąbek?Czy pójdzie prosić gwiazd, żeby go strzegły,Bo matki niema?Czy zaklnie cienie, by za nią nie biegły,Jak anatema?Czy poda piersi raz jeszcze przed świtemDziecku u łona?Czy krzyk natury zagłuszy swym zgrzytem,Padnie i skona?...O myślicielu! Co pocznie ta matka?To drobne dziecię?...Milczysz? — Jak ciemną jest życia zagadka!Ileż łez w świecie!...
Od zgrzytającej zębami maszynyPowstał, znużony, z osłupiałem okiem,W którem się palił płomyk jakiś siny,I przeszedł izbę w milczeniu głębokiem.O czem miał mówić? — Myśl jego, wtłoczonaPomiędzy koła i śruby i piły,Była tak ciężką, jak jego ramiona,Co się bezwładnie wzdłuż ciała zwiesiły...O czem miał mówić? Wszak świata obroty,Jego pragnienia i walki i ruchyNie dobiegają tam, gdzie ciężkie młoty,Grzmiąc przez dzień cały, ogłuszają duchy.Jak senny, przeszedł przez puste warsztaty,Z głową zwieszoną, z obliczem wygasłem,Aż tam, gdzie kasy okienko z za kratyMigało wypłat tygodniowych hasłem.Wokoło gwarnym cisnęli się tłumemDnia najemnicy, z zamgloną źrenicą;A zmrok zapadał z głuchym jakimś szumemPonad tych istnień smutną tajemnicą...Zapłatę swoją wziął, w ciżbie ostatni,I wyszedł, czoło ocierając z potu.Po dniu, spędzonym wśród maszyn łoskotu,Chciałby usłyszeć głos ludzki, głos bratni,Myśl z odrętwienia rozbudzić w gawędzie,Uścisnąć rękę przyjaźni życzliwą,
Poczuć w swym bycie nie martwe narzędzie,Lecz jakieś żywe ludzkości ogniwo...Stanął w ulicy; na rogu jaskrawyNapis obwieszczał, że tutaj dostanieGłośnej muzyki i hucznej zabawyI zapomnienia o każdej swej ranie...U wejścia para buchnęła gorąca,Tłum w drzwi otwarte cisnął się nawałem,A błędny obłok skrzydłem swojem białemChwytał przebłyski gasnącego słońca...Cofnął się młody robotnik z przed progu;Ten zmierzch wieczorny, przejrzysty, różowyJakieś mu dumki nawiewał do głowyO wiośnie, ciszy, przyrodzie i Bogu...Jakieś pytania o życiu, o świecieZmąconą falą o duszę mu biły...On czuł się cząstką i ruchu i siły,Lecz nieświadomą i bierną, jak dziecię...Powiew żywszego, szerszego już prąduPchnął myśli jego na głębię od brzegu...Lecz brakło steru i w błędnym tym bieguNie umiał dostrzedz przystani i lądu...Czuł, że są wyższe i czystsze uciechyNad wrzask pijanej ciżby i muzyki,Nad wyuzdaną swawolę i śmiechy,Nad brzęk kieliszków i klątwy i krzyki...Lecz gdzie je znaleźć? Ach, gdyby w tym tłumieUsłyszał jakieś dobre, mądre słowo,Rzeźwiące rosą myśl jego jałową,Jakżeby słuchał w poważnej zadumie!Jakżeby chętnie podzielił się biciemSerca, stwardniałej dłoni swej uściskiem...Jakżeby chętnie żył, choć chwilę, życiemWiedzy i światła i prac ducha blizkiem...Stał tak niepewny, a wrzawa kipiała.Przed nim szli ludzie... Myślące oblicza,Siła sympatji jakiejś tajemnicza
Nieraz ku niemu przyjaźnie zwracała...Z przechodniów owych niejeden zapewneKochał lud, myślał o jego oświacieI miał dla niego to uczucie rzewne,Które obcemu nawet mówi: »bracie«...Lecz gdzież są drogi, na którychby duchyDwóch sfer odmiennych schodziły się społem?Czyliż zwyczaje, jak więzów łańcuchy,Każdej z nich ciasnem nie zamknęły kołem?Przedmiotem czyjej troski i naradyJest znikczemnienie w zwierzęcym spoczynku?...Czyliż więc dziwno, że wyrobnik bladyPostał, podumał i poszedł — do szynku.
Wązką ścieżyną, co wije się wstęgąMiędzy pólkami jęczmienia i żyta,Szedł blady, nędzną odziany siermięgą,Wolny najmita.
I nigdy wyraz nie był dalszym treści,Jak w zestawieniu takiem urągliwem!Nigdy nie było tak głuchej boleściW jestestwie żywem!
Rok ten był ciężki: ulewa smagałaSrebrnym swym biczem wiosenne zasiewyI ziemia we łzach zaledwie wydałaSłomę a plewy.
Z chaty, za którą zaległy podatki,Wygnany nędzarz nie żegnał nikogo...Tylko garść ziemi zawiązał do szmatkiI poszedł drogą.
W powietrzu ciche zawisły błękity,Echo fujarki z pod lasu wschód wita...Stanął i otarł łzę połą swej świty,Wolny najmita.
Wolny, bo z więzów, jakimi go przykułRodzinny zagon, gdzie pot ronił krwawy,
Już go rozwiązał bezduszny artykułTwardej ustawy...
Wolny, bo nie miał dać już dzisiaj komuŚwieżego siana pokosu u żłoba;Wolny, bo rzucić mógł dach swego domu,Gdy się podoba...
Wolny, bo nic mu nie cięży na świecie —Kosa ta chyba, co zwisła z ramienia,I nędzny łachman sukmany na grzbiecieI ból istnienia...
Wolny, bo jego ostatni sierota,Co z głodu opuchł na wiosnę, nie żyje...Pies nawet stary pozostał u płotaI z cicha wyje...
Wolny! — Wszak może iść, albo spoczywać,Albo kląć z zgrzytem tłumionej rozpaczy,Może oszaleć i płakać i śpiewać —Bóg mu przebaczy...
Może zastygnąć, jak szrony, od chłodu,Bić głową w ziemię, jak czynią szaleni...Od wschodu słońca, do słońca zachoduNic się nie zmieni.
Ubogi zagon u nędznej twej chatkiI mokrą łączkę i mszary i wrzosyObsadzi urząd... podatki! podatki!Ty idź do kosy!
Idź, idź! Opłatę do kasy wnieść trzeba,Choć jedno ziarno wydadzą trzy kłosyI choć nie zaznasz przez rok cały chleba...Idź, idź do kosy!
Czegóż on stoi? Wszak wolny, jak ptacy?Chce — niechaj żyje, a chce — niech umiera!Czy się utopi, czy chwyci się pracy,Nikt się nie spiera...
I choćby garścią rwał włosy na głowie,Nikt się, co robi, jak żyje, nie spyta...Choćby padł trupem, nikt słówka nie powie...— Wolny najmita!
Drobny, wychudły, z oczyma jasnemi,W których łzy wielkie i srebrne wzbierałyI gasły w rzęsach spuszczonych ku ziemi,Blady, jak nędza, a tak jeszcze mały,Że mógł rozpłakać się i wołać: »matko!«Gdyby miał matkę... i mógł stroić psotyI pocałunków żądać i pieszczotyI spać na piersiach ojca... a tak drżący,Jak ptak wyjęty z gniazda i już mrący,Wiejski sierota stał w sądzie przed kratką.
A dziwna była ta sala sądowa,Wielka i pusta i ciemna i chłodnaI bezlitosna i łez ludzkich głodnaI nigdy dla nich nie mająca słowaMiłości bratniej i taka surowa,Tak spiskująca ławkami w półkoleNa ludzką nędzę i ludzką niedolę,Że Chrystus biały, co stał tam w pobliżu,Zdawał się cierpieć i drżeć na swym krzyżu.
Przy winowajcy nie było nikogo...I któżby bronił dziecięcia nędzarzy?Chyba te wielkie dwie łzy, co po twarzyLeciały jakąś pełną iskier drogą,Chyba dzieciństwo, nędz pełne, sieroty
I chyba tylko promyczek ten złoty,Co mu przez okno upadał na głowę,Jakby Bóg gładził włosięta mu płowe.
Wszedł sędzia, spojrzał i rzekł: »Gdzie rodzice?«»Nieznani« — odrzekł pan pisarz z powagą.Chłopiec wzniósł zgasłe, błękitne źreniceI ściągnął świtkę na pierś swoją nagą,Bo oto nagle, od jednego słowaZjęło go zimno i pustka grobowa...Sędzia zadumał się, pochylił czołaI spytał znowu: »Czy w wiosce jest szkoła?«— »Nie«. — Pisarz zwykle chmurny był w urzędzie,Przytem — pytanie było jakoś dziwne...Wahał się chwilę, czy właściwem będzieOdpowiedź chłopca pisać w protokóle;Więc wyprostował palce swoje sztywneI bębnił z lekka po szarej bibule...A sędzia patrzył na drżącą dziecinę,Na ręce nagie, wychudłe i sine,Na pierś zapadłą i nędzne łachmany,Na blask tych oczu zmącony i szklany,Gdzie przecież mogły odbić się niebiosy...Na drobną główkę, gdzie myśl głucho śpiącaNie znała światła innego prócz słońcaI innych wrażeń ożywczych prócz rosy.
I dziwnym cieniem zaszło mu obliczeI w piersi uczuł drżenie tajemnicze,Jakby ta sala pusta była tronem,Nad którym przyszłość z czołem zachmurzonemZasiada, pełna klęsk i spustoszenia...I jakiemś grzmiącem i ogromnem słowemOblicza plony na polu jałowem,Przed sąd wzywając całe pokolenia...I widział, jak szły gęste, ciemne tłumyI tamowały ruch globu w błękicie...
I spostrzegł, pełny trwogi i zadumy,Że były chmurą ogromną o świcie,Przez którą przebić nie mogło się słońce,I zmierzch nad ziemią trwał przez lat tysiące...Widział, że tłum ten — to siła straconaDla wielkich celów i dążeń ludzkości,I czytał w groźnem spojrzeniu przyszłości,Że chce rachunku — z miljona...I ujrzał nagle, że wydziedziczeniZa społeczeństwa swego cierpią winy...I przerażony — posłyszał w przestrzeniSądy — nad sprawą chłopczyny...
— »Niechże was Chrystus — głos mówił — rozsądzi,Kto więcej winien: czy ten nieświadomy,Co drogi nie zna i w ciemnościach błądzi,Czy wy, co grube spisujecie tomyKarnej ustawy, a nie dbacie o to,By uczyć dziecię, które jest sierotą?...Niechże was Chrystus sądzi!« —Lecz krzyż czarnyStał nieruchomy i cichy na stole,Jako milczące wobec łez ołtarze...A sędzia powstał i szedł, gdzie pacholęBlade czekało na wyrok surowy,I dotknął ręką jego płowej głowy,I rzekł: »Pójdź, dziecię! ja cię uczyć każę!«
Wiosenny powiew, co kwiatów na łąceZbudził kielichy,Usta jej zimne, pobladłe, milcząceCałował cichy.Lekuchnem drżeniem przejmował zasłonyCzarnej sukienkiI pęk róż dzikich i wianek zielonyW głowach trumienki...Cicho szeleszcząc przez powój i rąbkiBiałych firanek,Nienakarmione wypłaszał gołąbkiNa pusty ganek...Otwartem oknem jaskółka wleciałaZ pieśnią majowąI czarnem skrzydłem mignęła, jak strzała,Nad martwą głową.Gromnica błyski zimne, jak łzy cudze,Rzucała drżąca,Ruchomą plamą czerwieniąc się w smudzeZłotego słońca.Nikt się nie modlił, nikt we łzach nie klęczałPrzy tej trumience...Nikt się z tą bladą nie żegnał, nie jęczał,Złamawszy ręce...I tylko Chrystus wyciągał ramionaZ krzyża boleśnie,
I tylko pliszka, z gałązki spłoszona,Nuciła pieśnie...
Nagle z kościółka rozgrzmiały się dzwony,Przeciągłe, łzawe,A las zaszumiał w chór sosen zielonyŚmiertelne »Ave«...Na łąki idąc ze świtem i rosą,Wiejska gromadaStanęła w progu, ten z sierpem, ów z kosą,Jako wypada.Pod przyźbą stoi, oparta pod brodę,Znachorka siwa,Wróżąc sąsiadkom na lny ich pogodę,A deszcz na żniwa...Młode wieśniaczki z oczyma suchemiWzdychają głośno,A dziad zawodzi, zasiadłszy na ziemi,Pieśnię żałosną.Wtem śmiech wybuchnął kaskadą wesołą:To dziatwa wioski,Co się zebrała przed pustą dziś szkołą,Gwarząc bez troski...Śmierć z swym spokojem ustąpić musiałaPrzed życia ruchem...I tak zasnęła ta cicha i białaWśród obcych duchem.
O lesie ciemny! O smutne wy dzwony!Kogo żegnacie?Gdzie jest jej matka? Gdzie ojciec rodzony?Gdzie bracia w chacie?— Rodzona matka — to ziemia, co płowyPlon żyta dała...
— Ojciec rodzony, to lud ten wioskowy...Tak go kochała!— Rodzone siostry i bracia rodzeni,To wiejskie dziatki,Te, które wiodła do światła od cieniZ uczuciem matki.Młoda żniwiarka na wspólnych prac niwieStanęła śmiałoI snop swój ciężki wiązała cierpliwiePrzez dobę całą.Choć nikt zachęty nie ozwał się słowem,Nie dał pomocy,Trwała tak, stojąc, na polu jałowemZ świtu do nocy.I tylko czasem, pobladła, znużona,Z mokrą powieką,Wznosiła swoje mdlejące ramionaW przestrzeń daleką...I tylko czasem szepnęła: »Jak ciemno!Kiedyż zadnieje?«Walcząc z śmiertelną niemocą daremno,Tracąc nadzieję...Ach, ona była, jak tęcza, co ziemięJednoczy z niebem...Była skowronkiem dla wioski, co drzemie,Dla ducha — chlebem...I była rosą, co rzeźwi o świcieZioła mdlejące...Była gwiazdeczką, co czuwa w błękicie,Nim wzejdzie słońce.
Dziś stary cieśla w trumienkę sosnowąZabija ćwiekiI krzyż zakreśla w powietrzu nad głowąW odjazd daleki...Ubogi wózek zaskrzypiał na piaskuSamotną drogą,
Przed nim mgła srebrna, a za nim snop blasku —Więcej nikogo.Tylko sierotka żegnała go małaSmutnem wejrzeniem,Tylko się róża w ogródku rozwiałaOstatniem tchnieniem...Tylko jaskółki za trumną leciały,Szczebiocąc długo...I tylko tuman wstał cichy i białyNad modrą strugą...
Noc się podniosła, cała w mgłach i bieli,I srebrnem tchnieniem owiała stolicęI brylantowych iskier błyskawiceRoztliła w śniegów pościeli.Kto miał ognisko własne i ramiona,Co go czekały, jak pieszczot ponęta,Mówił do nocy tej: »Błogosławiona!«Kto nie miał, mówił: »Przeklęta!«A takich głosów było, ach! — tysiące...A wszystkie z zimna i zwątpienia drżące,A wszystkie dziwnie przeraźliwe w ciszy...O gwiazdy, czy Bóg je słyszy?Patrzycie, blade, i ja patrzę, blada;Wicher się zrywa, śnieg zawiewa drogę...O gwiazdy, jeśli która odpowiada,Ja was dosłyszeć nie mogę!...
O nocy srebrna! O nocy, królowo!Ty masz żelazne dla nędzarzy berło...A mglistą szronów zasłonę nad głowąSpinasz zastygłych łez perłą...O nocy! czyliż gwiazd twych jasnych z niebaPragnie ta ciżba, wybladła i skrzepła?Przez litość, słuchaj! Wszak oni chcą chlebaI tylko troszeczkę ciepła!
Ach! gdybym była tobą, o królowo!Największy brylant, co w lazurach świeci,Dałabym nędznym w tę zamieć śniegowąNa chleb i ogień dla dzieci...I wiem, że niebo nie byłoby bledsze,Gdyby za jedną tę gwiazdę w błękicieJasne źrenice, gdzie znów wskrzesło życie,Świeciły łzami w powietrze...O nocy! Cicha idziesz, lodowata,Nad czołem twojem skrzy śniegów korona,A twoja srebrna, ciężka, długa szataCałunem jest — dla miljona!
Przed bramą, w której płonęły latarnie,Stanął chłopczyna w tę mroźną zawieję...Biedny! on myślał, że mur go przygarnie,Że go ten kamień ogrzeje...Lecz stróż drzwi zamknął na rygle... I narazŁzy się dziecięce, jak perły, rozsnuły...— »Gotów tu zmarznąć, a potem ambaras...Policja... śledztwo... cyrkuły!«Chłopczyna odszedł, płacząc. Tam w oddali,Widać świątyni granitowe mury...A ponad nimi mgła bladych opali,A wyżej lodowe chmuryI krzyż. Sierota uklęknął przed progiem.W powietrzu szronów latały djamenty...Chciał wejść, lecz kościół szczelnie był zamkniętyRazem z litością i z Bogiem.Ach! gdyby Chrystus tu przebywał z nami,Wiem, żeby chodził ciemnemi nocamiI zbierał głodnych, zziębniętych nędzarzyI tulił u swych ołtarzy.
Skostniałe dziecię szklanemi oczymaPatrzyło w niebo, gdzie mleczna lśni droga;
Chciało się skarżyć, lecz matki już nie ma,Mówiło zatem do Boga:— »Ojcze nasz«... Jakto, o synu królewski!Ojca twojego narody zwą Bogiem,A ty, wpatrzony w ten pałac niebieski,Konasz, bez dachu, za progiem?»Ojcze nasz« mówisz... a czyim ty bratem?Czy tych, co w zbytku umarłą tkwią dusząI głośnym pełnych puharów wiwatemGasnące jęki twe głuszą?»Ojcze nasz!...« Boże, czy słyszysz to dziecię,Co usta z nędzy zbielałe otwiera?Ach! ono wierzy, żeś ojcem mu przecie,I z wiarą taką umiera!
Dziecię mówiło pacierz... mgła srebrzystaZ tchnieniem ust jego lekko się rozwiała,Zrazu gorętsza i błękitno-biała,Później — dziwnie przezroczysta,Wreszcie zanikła. W pół otwarte wargiPrzestały szeptać modlitwy i skargi...Wobec ciemnego, milczącego gmachuDziecię skonało bez dachu.
Niechaj będzie pochwalony Chrystus w waszym progu!Czołem, panie gospodarzu! Kto my — nie pytajcie;Pozna Polak swego ziomka po czci danej Bogu...Chleba, soli, dobrej woli i dłoń nam podajcie!
Jeszcze żyją wskroś narodu nasze stare hasła,Jeszcze nasza polska mowa skarby swoje chowa;Jeszcze w dworach staroświeckich gościnność nie zgasła,Jeszcze żyje dziarska młodzież i pieśń narodowa...
Tu pod waszym dachem, Panie, zebrani ochoczo,Z tej spuścizny po praojcach stwórzmy szczęścia chwilę!Niech pod strojem narodowym serca nam zagrzmocą,Niech tradycja wskrześnie stara w całej swojej sile!
Prostak jestem, nieuczony — sołtys mojej wioski;Jeśli rzeknę co nieskładnie, darujcie mi, Panie!
Dość ja miałem turbacyi, mitręgi i troski,Nim się tutaj odważyłem na takie gadanie...
Ale kiedy się już stało — powiem, co się godzi:Hej! panowie z białych dworów, słuchajcie mnie bacznie!Dziś gromada w pańskie progi bawić się przychodzi:Niech ta chwila, jako symbol, nowe życie zacznie. —
Mało ubiór wziąć i piosnkę wspólnego wesela:Dzielcie z ludem jego smutki, ulżyjcie mu w pracy;Niech chłop widzi w panu swoim brata, przyjaciela,A nie powie nikt na świecie, żeśmy »jacy tacy«.
A pójdźcież sam, Krakowiaki! ustawcież się kołem;Niech się wianek z Krakowianek rozwinie spleciony...
Czołem, panie gospodarzu! gospodyni czołem!Niechże będzie na tem miejscu Chrystus pochwalony!
...Lecz jakby dni lepszych świadomy, pamiętny,Na słocie u wjazdu stał chmurny i smętnyI moją bryczuszkę zoczywszy z daleka,Wykrzyknął żałośnie: »I ten mi ucieka!»A dzisiaj mi wtorek feralny wypada...«Więc stanąć kazałem — i zszedłem do dziada —A on już w pół drogi z prośbami spotyka:»A mój dobrodzieju! nie mijaj mej strzechy!»I zasiądź do barszczu za stół samotnika»I zażyj wygody — a dodaj pociechy...»Martyna drwa nieci na wielkim kominie,»I kołacz się znajdzie — i owies szkapinie»I w ciepłym alkierzu wygodne posłanie;»Lecz w noc tę wtorkową nie rzucaj mnie, Panie!«Zdziwiony spojrzałem — skąd szczerość mu taka?Lecz jakaś poczciwość patrzała z szaraka —A tu już noc spada na skrzydłach zamieci.Więc rzeknę mu tylko: »Dziękuję Waszeci!»Przy waszem ognisku rad siędę, bom zmokły —»A szkapy się moje okrutnie też zwlokły,»I barszcz mi się przyda — bom głodny uczciwie!»Więc tu się ogrzeję — przeciągnę — pożywię...«Otwarłem drzwi izby: na podziw chędoga;Bielone jej ściany i czysta podłogaI komin wesoły, co buchał jarzęco,I mała Martynka z twarzyczką dziecięcą,
I astry na stole — podarek jesieni —I barszcz ten z wędliną, co w garnku się pieni,Tak mnie już schwyciły za serce, za oko,Żem czapkę do góry wyrzucił wysoko —I rzekłem z uśmiechem: »Niech będzie pochwalon!«I jużbym nie mieniał tej chaty ubogiejNa wieczór dzisiejszy za pański gdzieś salon,Gdyby mi do niego już tylko kęs drogi...»Na wieki i wieków!« — dziad odrzekł pobożnie;A w chwilę Martynka przyniosła żytniówkiI kręcąc fartuszek, z pod drobnej swej główkiNa gościa patrzyła ciekawie i trwożnie...Gospodarz biegł konie umieścić u żłoba;Serdecznie gościnny — był rad mi widocznie.Lecz czy się zamyśli — czy mówić coś pocznie?Widnieje mu z czoła jakowaś żałoba —I niby zgryzota — i niby czekanieNa jakieś niemiłe czy straszne spotkanie. —Więc rzeknę mu z duszy: »Powiedzcież mi, proszę,»Przez jakie też dziwne fortuny igrzyska»Zaszliście aż tutaj do tego karczmiska,»Gdy z oczu wam patrzy szlachectwo, jak wnoszę?«A dziad się zadumał: »Rodowe wspomnienia»To trumna zbutwiała — pod wiekiem z kamienia.»Więc, Panie, rzecz ciężka poruszać mogiły —»Jam stary i słaby — i nie mam już siły...»I tylko to powiem, żem zaznał od młodu»Tę klątwę wiekową, co cięży nam z rodu...»I tak, jakby owo kto skarbów strzegł mnogich,»Jam tutaj przykuty do ścian tych ubogich...»A w noce bezsenne — i dnie samotnika»Wypłacam się niebu za spokój grzesznika.« —I zamilkł — i głowę pochylił na ręce —Włos siwy mu światło oblało jarzęce —A jam się zasmucił, żem prawie niechcącyPoruszył mu w sercu ból jakiś palący...Wtem misę dymiącą na stół nam podano —
Z alkierza zapachem aż nęci mnie siano...Więc siadam i zjadam — i ruszam co żywoZa małą Martynką, co niosła łuczywo. —W alkierzu ze ściany patrzyła łaskawieNajświętsza Panienka w złocistej oprawie...
Comments
Loading comments…