Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom II — całość

W cień owinę się, jak w rąbek,Księżyc przyćmię, gwiazdy zdmuchnę,Skrzydła wezmę dwa bieluchne —I polecę — jak gołąbek!Mój gościniec — mleczna droga;Mój przewodnik, co tam mruga,Gwiazdka jedna, gwiazdka druga,Co się pali u stóp Boga.Tyle smutków przez dzień cały,Tyle troski, tyle nudy...Witaj, witaj, druhu białyCzarodziejskich snów, ułudy!Gdzie polecę, gdzie popłynę,Nim mnie ranek schwyci szary?W step szeroki? W mórz głębinę?Pod błękitnych zórz kotary?Cisza wabi, cisza nęci...O! bodajto, chociaż we śnie,Zbyć się myśli i pamięci,Co udręcza tak boleśnie!Dość, dość skarg tych! Dość tych żalów!Noc tak cicha, pełna woni...Czuję srebrną mgłę na skroni,A w źrenicy błysk opalów!...

Kto tam płacze? Kto tam wzdycha?Precz, ty czasie, z rdzawą kosą!Wznieśmy toast z róż kielicha,Nabranego świeżą rosą!Ktoś się biedzi z dawnym bólem,Ktoś z swą nędzą, ktoś z tęsknotą...Zbudź się, powstań, jesteś królem,Wznosisz czarę szczerozłotą!Czyżby słuchał świat rachunków,Z gorętszego serca drżenia?Co to? — Skargi? — Co? — Westchnienia? —Nie, to szmery pocałunków!Chór majowych dzwonków w lesiePieśń uroków pełną niesie...Któż mi wzbroni na tej ziemi,Noc prześpiewać razem z niemi?Chwilę szczęścia trzeba chwytać,Jak złotego ptaka w locie...Mamże we łzach i w tęsknocieCzekać, aż dzień pocznie świtać?Serce, nie bijże tak głośno...Ty wiesz przecie, że nie wolno!Co? Piosenkę chcesz miłosną?»...Pokochałem różę polną...«Nie, nie! proszę ciszej, ciszej!Sen ucieknie mi ułudny...Nuż się zbudzi, a usłyszyRanek zimny, ranek nudny!Jak namiętnie noc ta pała!Ileż blasków w tej ciemności!Ach, do ciebie, różo biała,Toast szczęścia i miłości!

Radosnym biesiadnikom z uwieńczoną głową,Z piersią pokrytą strojnie chlamidą godową,Dzień słoneczny, co w żarach kąpie swoje oczy,Wino niechaj w kielichy róż szkarłatnych toczy!Błyski słońca nie nużą wesołej źrenicy,Uśmiechy szczęścia lecą, jako strzały złote...Lecz kto w piersiach ma smutek, a w sercu tęsknotę,Ten czeka nocy, jako cichej powiernicy.Łzami zmęczone oko mruży się przed słońcem,Skroń blada, jak kwiat, więdnie pod tchnieniem gorącem,Duch się zwija sam w sobie, jak nocne powoje...Lecz gdy gwiazdy zabłysną w błękitnem przeźroczu,Podobne do spojrzenia ukochanych oczu,Jakże błogo im zwierzać łzy i smutki swoje!

Ach! oszukałaś ty mnie, nocna ciszo!Ach! oszukałaś mnie, ciszo kojąca,W której się róże uśpione kołyszą,W blaskach miesiąca!Wierzyłam tobie, słuchając milczeniaLasów, co do snu bez szumu się kładły,I wód, co swemi srebrnemi zwierciadłyOdbiły gwiazdy bez drżenia.Wierzyłam tobie, patrząc w błękit cichyI w sennych kwiatów zamknięte kielichyI na tę łąkę, od mgieł lekkich jasną...Wierzyłam tobie — ach! i nadaremnie!Bo oto burza zerwała się we mnie...O ciszy nocna! kiedyż duchy zasną?

Jak motyl drżący nad lampy płomieniem,Duch mój uderza w skrzydła i ulata,Gdzie wiekuistość bezsennem spojrzeniemW ciemnościach czuwa nad nędzami świata...I przez rozbitych słońc lotną mgławicę,Co się wskróś nieba rzuca mleczną drogą,Chciałby przeniknąć bytu tajemnicę,Jak ci, co wierzyć chcą, ale — nie mogą!O Panie! przebacz mi! Tyś Bóg, Tyś wielki!Z błysków masz szatę, a z gromów koronę,A stopy Twoje na słońcu są wsparte!Łzy ludzkie, cóż są? — Ach! rosy kropelki,A przecież wszystkie masz je policzone...Co?... policzone? — co? — i nieotarte?

O nocy cicha, o nocy majowa,Korony Boga blada, chłodna perło!Ty, jak tęsknoty bezsennej królowa,Nad ziemią wznosisz srebrne swoje berło...O! miłościwą bądź ty dziś dla ducha,Co w twych przeźroczach tajemniczych tonie,I zadumanej ciszy twojej słuchaI zapomnienia szuka na twem łonie!O miłościwą bądź!... Zarzuć zasłonęNa smutki ziemi tej nieukojone,Na wielką nędzę istnienia!Ja nic nie żądam, ja o nic nie proszę;Za wszystkie sny twe, za wszystkie rozkosze,Cienia chcę tylko... ach, cienia!

W miesięcznych blaskach nocy Twojej stojęI gwiazdom zwierzam tęskne niepokoje,O czuwający! o Boże!Widzisz tę ziemię u nóg Twoich śpiącą,Ufną, bezbronną i we snach się rwącąTam, kędy wzlecieć nie może?Błękitne mary wieją nad jej głową,Razem z jasnością bladą, księżycową,Która palące łzy studzi...Zbrodniarz, skazaniec, nędzarz i sierotaŚni, że się zbliża świt z róż i ze złota,I że do szczęścia go zbudzi!A przecież jutro, Ty wiesz o tem, Panie,Uderzy w niebo płacz i narzekanie,Ockną się krzywdy ludzkości...Czyżby nie lepiej było już na wiekiPołożyć na te zamknięte powiekiŚmiertelną pieczęć nicości?

Usta, co we dnie z rozpaczą bluźniły,Bez głosu, napół otwarte goreją,Jak kwiat spalony, co nie ma już siłyPoić się rosą-nadzieją.Srebrne złudzenia i błękitne mary,Co niegdyś ducha rzeźwiły wśród znoju,Stoją przede mną, jako puste czary,Bez jednej kropli napoju!I próżno wołam: pragnę!... i daremniePodnoszę oczy w gwiaździste błękity,Z których zwątpienie odarło tajemnieCudów zachwyty...

Imię Twe, duchów uciszonych Boże,Zamknąć ust moich płonących nie może,Jak pieczęć złota...I jedno tylko, jak śmierć, smutne słowoRzuca się na nie łuną purpurową:Wieczna tęsknota!

Błogosławiona bądź, o nocy cicha,Miesięczna nocy, bądź błogosławiona!W cieniu twym wolniej, swobodniej oddychaDusza zraniona!Błogosławione bądźcie, o wspomnienia,Co jako kwiaty srebrne, z łez utkane,Wschodzicie na mej drodze zadumane,Roniąc westchnienia!Błogosławiona bądź, o gwiazdo blada,Co patrzysz na mnie oczyma cichemi...Duch się mój smutny przed tobą spowiadaZ bólów tej ziemi!Przez co cierpiałam — i szczęśliwą byłam,Przez co z upojeń złotej czary piłam,Przez co konałam z pragnień i niemocy,Uśmiechy szczęścia i łzy nieliczone,Bądźcie, o bądźcie mi błogosławioneTej cichej nocy!...

Rozsypana perłami po wrzosach na łące,Rozbita w lotne cienie i w błyski mdlejące,Spadasz, nocy majowa, nad bezsenną skroniąChórem pieśni słowiczych i jaśminów wonią.Chceszże ty upojeniem uśpić mego ducha,Co w namiętnych porywach i żalach wybucha?Chceszże w sercu, co w piersi drży smutne i chore,

Uroków zapomnienia dać pełną amforę?O, nigdy! Ja źrenice me niepocieszoneOdwracam od twych czarów, jakby od trucizny,I przez mgły twoje srebrne, na ziemię rzucone,Widzę świeże jej rany i dawne jej bliznyI łzy jej i upadki i więzy i winyI nędzę myśli bożej w posągu tym — z gliny!Ach, próżno mnie chcesz łudzić urokiem twej ciszy!Okrzyk ginących w walce ucho moje słyszy,Przenikliwy, rażący, jak strzała, co leci,By paść kędyś u celu odległych stuleci...O! daj mi w nim zatonąć całą mą istotą!Zgaś nademną te gwiazdy, które igłą złotąHaftują ciemny lazur w lotne arabeski...Spokój twój jest złudzeniem dla tych, którzy drzemią,A całunem śmiertelnym nad pełną łez ziemiąJest ten srebrem utkany cichy strop niebieski.O różo! cofnij usta koralowe swoje!..Precz od piersi z uściskiem, błękitne powoje!Słowicza pieśni, zmilknij! Zwiej się, mgło rozlotna!Wy mi w skrzydła uderzcie, lasów ciemnych szumy,I niechaj ja zostanę wśród mojej zadumyTak, jako zawsze byłam: smutna i samotna.

O gwiazdy złote!Po toż świecicie nocami cichemi,By wrażać w serce uśpionej tej ziemiWieczną tęsknotę?

Ach! kto raz dotknął czary upojenia,Stojąc samotny wśród nieskończoności,Ten nie ukoi już nigdy pragnieniaW zmąconych źródłach nicości!

Ciche przestrzenie!Kiedyż, ach, kiedyż płonące źreniceOdgadną waszą srebrną tajemnicę,Przenikną cienie?Lekka, przejrzysta mgieł waszych zasłona,Co się rozwiewać zdaje z ust mych tchnieniem,Czyż tak na zawsze będzie rozciągnionaPomiędzy prawdą a ludów sumieniem?

Ciemne błękity!Czemuż wschód słońca tak jeszcze daleki?Czy ujrzą kiedy stęsknione powiekiNowych zórz świty?Czy patrzeć mają, wiecznie wytężone,W tę rozjaśnioną lekko wschodu stronę,Kędy przez chmury łez ludów perłoweSłońce podnosi swą głowę?

O nocy smętna!Ty, co uciszasz łkającą pierś świata,Czemu w bezsennych porywach ulataDusza namiętna?Jestże to klątwą, czy dolą jej błogą,Że gdy śpi ziemia, tęsknoty wybuchy,Co niezrodzonych wieków budzą ruchy,Usnąć, ucichnąć nie mogą?

Blaskom twym moje otwieram okienko,Nocy źrenico!

Usta mi płoną wezbrane piosenką,Serce — tęsknicą!W mgliste przestrzenie wyciągam ramiona,Cicha i drżąca...A dusza moja omdlewa i konaBez swego słońca!O życie, czaro upojeń! o życie,Męko pragnienia!Ileż ty w każdym zużywasz zachwycieSiły istnienia!Na żużle w twoich uniesień pożarzeDuch się wypala...Ofiarę ognia biorą twe ołtarze,Jako Baala!Ty umiesz płomień podawać w kielichuBiałych powoi...Spragnionym ustom ty szepcesz po cichu,Że żar napoi...Ty w ogień umiesz zamieniać powietrzeBłękitne, chłodne...I łuny rzucasz na róże najbledsze,W noce pogodne...O życie! twoje kipiące puharyŚmierć mają na dnie!Nieszczęsny, komu pragnienie z twej czaryGasić przypadnie...A jednak — oto ja wyciągam dłonieDo ciebie! OtoDuch się mój trawi pragnieniem i płonieWieczną tęsknotą!I w łez jasności, jak w srebrnej kaskadzie,Skąpana stoję,A noc miesięczna na głowę mi kładzieOdblaski swoje...I pić mi daje z perłowej swej czaryNapój marzenia

I zmienia mgliste, wilgotne oparyW srebrne widzenia...Jakiś świat cichy, promienny i biały,Wstaje — zaklęty...Płomień tężeje w przeźrocze kryształy,A łzy — w djamenty.Obłok tęsknoty, w puch lekki rozbity,Przewiał nad głową,Jak pąk róż białych, rzuconych w błękityZ rosą perłową...Skrzydła swe szerzej i wyżej rozwinął,Wzbił się do góry...I jako orzeł w dal jasną popłynąłSrebrzysto–pióryMajestat ciszy usta mi zamyka...Gdzież wyraz, któryGodnym jest, by mu wtórzyła muzykaSennej natury?O nocy błoga! ty chłodzisz swem tchnieniemSkroń rozpaloną...Ty kryjesz żary przed mojem spojrzeniemBiałą zasłoną...Wszystko, co ziemskie, aż do serca biciaUciszasz we mnieI unoszącym mnie porywom życiaMówisz: »Daremnie!«I tak mnie trzymasz, jakby urzeczoną,W swej srebrnej mocy,Aż duszę moją ukoisz wzburzoną,O cicha nocy!

Kto czuwa ze mną?...W noc cichą, w noc ciemną,Gdy zmrok przejrzysty nad ziemią zapada,Niosąc sny lekkie, z mgły srebrnej utkane,

Gdy tylko gwiazda oczy zadumaneOtwiera, w ciemnych lazurach drżąc blada,Kto czuwa ze mną?Czy ty, o morze, co bezsenne łożePorzucasz, wiecznym parte niepokojem,I czołem bijesz o brzeg dziki, pusty,I skargi gorzkie spienionemi ustyCiskasz pod niebo — i rwiesz się przebojem...Czy ty, o morze?...Czy ty, płonąca pustynio bez końca,Co nad spalonem okiem nie masz powiekI suchą, wiecznie otwartą źrenicą,Z beznadziejnego pragnienia tęsknicą,Patrzysz w niebiosa z rozpaczą, jak — człowiek,Czy ty, płonąca?Czy ty, o ciszo, którą duchy słyszą,Jak w lekkie skrzydła uderzasz nad światemI oblatujesz senne widnokręgiI śpiewasz hymny z gorejącej księgiNocy i szepcesz z białej róży kwiatem...Czy ty, o ciszo?Czy tęskne szumy, które pieśń zadumyPonad lasami uśpionemi niosąI nocą idą, jak tułacze smutni,Co nie zabrali z domu nic, prócz lutni,O strunach pełnych łez, lecących rosą...Czy tęskne szumy?Czy wy, powoje, co kielichy swojePowiewom nocy otwieracie radeI jakby gwiazdy, co na ziemi kwitną,W zmierzchu wschodzie jasnością błękitnąI w srebrnych blaskach chwiejecie się blade...Czy wy, powoje?Czy ty, daleki, co tęskne powiekiSamotny wznosisz w gwiaździste błękity...A lecąc myślą tam, gdzie wszystko świętsze,Czystsze, jaśniejsze, trwalsze i gorętsze,

Chwytasz promyczek z przeszłości odbity...Czy ty, daleki?...

Ciemność żałobny wianek wije ziemiNa blade skronie...Ostatnia gwiazda błyskami mdławemiW pomroce tonie...Wytężam oko — i dojrzeć nie mogęPrzez cieniów morze,Jaką dla świtu wyznaczasz Ty drogę,Światłości Boże!Czy mu przyjść każesz, jak idą piorunyW błyskawic szacie,Wpośród przerażeń i klęsk krwawych łuny.W burz majestacie?I będziesz ludy unosił wichrami,Jak lasów dęby,Nań dalekiemi budując wiekamiSłoneczne zręby?Czy przyjdzie jako wybuchy wulkanów,Z drżeniem złowieszczem,Wstrząsając łkaniem piersi oceanów,A ziemię dreszczem,Aż to, co w bólach i w łzach się stopiłoW płomienne lawy,Z przepaści buchnie z tragiczną w świat siłą,Jako dzień krwawy?Czy wzejdzie cicho w te ciemne przestworza,Nad wieki śpiące,Szląc wszystkim ludom, od morza do morza,Złociste gońce?I błękitniejąc, jak prawda odwieczna,Bez walk, w pokojuWzejdzie nam, jako słoneczność koniecznaW ludów rozwoju?

Jakkolwiek przyjść ma, daj nam go już, Panie!Zaklinam CiebiePrzez tęskność, która przyszłości świtanieNieci na niebie!...I choćby tylko mógł jedną przyjść drogą —Przez serce drżące,Niech śpieszy! niechaj zdepce je swą nogąWschodzące słońce!

Na dwóch skrzydłach zawieszony,Jako złoty ptak się waży...Lewe — gore w tęcz miljonyI w miljony skier się żarzy...Szlakiem ognia, przez niebiosy,Do przyszłego rwie się słońca...Brylantami sypie rosy,Mgły przejrzyste na dół strącaI w purpurze jasnej miga,Jako sztandar na gór wierzchu...Prawe niknie i zastygaW płowych cieniach, w silnym zmierzchu...Konające gwiazdy bladeNa zachodnie strząsa stokiI perłowych piór kaskadęCieniem rzuca na obłoki...

Gdzież obróci lot swój dzielny?Czy się dźwignie przez ogromyZórz słonecznych — nieśmiertelny?Czy zapadnie w cień — znikomy?Waży się, roztacza pióra...Rozperlone drży powietrze...Ze snu wstaje róża biała,W łunach gore wschodni szczyt...Rwie się, wzlata, gdzie purpura

Przepłomienia chmurki bledsze...Pierwsza złota pada strzała...To świt!

Cisza... Świat uśpiony marzyO tej walce, co się toczyPonad jego senną głowąMiędzy światłem a ciemnością...Przez sen bije głos nędzarzy...A zamknięte smutnych oczyPoprzez chmurę łez perłowąPoglądają za przyszłością...Ci, co cierpią, ci, co płaczą,Pierwsi budzą się o świcie,Patrząc, czy też nie obacząNowej zorzy na błękicie...Od jutrzennych snów ludzkościŁuny biją dookoła...Wschód pokoju, wschód miłościPrzepromienia blade czoła...Poza nami już łez morze,Poza nami wieków cienie...Z wyżyn widać już promienieI tlejące nowe zorze!Dalej, dalej, wyżej jeszcze!Choć świat tonie w nędz ogromie,Widzą dzień już duchy wieszcze,Czuwające na wyłomie!Coraz jaśniej nam nad głową...Głuchych cieniów nikną mary...Oto niknie gdzieś w oddaliKonający nocy zgrzyt...Już chorągiew rubinowąSłońce wznosi nad świat stary...Już się wschód jasnością pali...To świt!!

Kto ma wspomnienia — jest panem przeszłościI może szczęście w oddali mdlejąceTchem swym ożywić i wrócić z nicości.

Kto ma nadzieję — ten ogląda słońceNie narodzonych dla świata stuleciI idzie, chociaż padają tysiące.

Kto wierzy — temu wskróś odmętów świeciZrodzona z bólu, jak łza, perła blada,Co w oceanu przepaściach świt nieci. —

Kto ma cel wzniosły — ten chociaż upada,Taką mogiłę zostawia na ziemi,Że przy niej ludzkość z nędz swych się spowiada.

Kto tęskni — leci skrzydły płonącemiAż do najczystszych wyżyn i błękitów,Lecz ślady znaczy łzami gorącemi.

Kto wątpi — w przepaść rzuca się ze szczytów,Aby z rozbitą piersią dać ludzkościBlady promyczek doskonalszych świtów.

Kto kocha — temu dreszcz nieskończonościPrzebiega duszę rozkoszą z zaświata...Bo miłość złotem berłem jest wieczności.

Kto myśleć umie — ten z orłami lataI mgły przebija wzroku błyskawicą,Nad oceanem krążąc, jak fregata.

Kto życie poznał — ten wieczną tęsknicąGoreje pośród nędz i smutków ziemiI poco żyje, jest mu tajemnicą.

Kto cierpi — często oczyma smutnemiSam na świat rzuca kir z swojego proga,Choć słońce płonie blaskami złotemi.

Kto szuka prawdy — ten zwycięża BogaI tajemniczą unosi zasłonęI wypatruje, kędy światom droga.

Kto wytrwa — choćby serce miał zranioneI obie ręce przybite do krzyża,Ten nosi — wprawdzie cierniową koronę.

Kto naprzód idzie — ten przyszłość przybliżaI wylatuje poza czas swój gońcemAż do jutrzenki, jak ptaszyna chyża.

Wielkiego czynu kto zabłyśnie słońcem,Ten w plon zapładnia wokół ziarnka małeI jest imieniem wieku gorejącem.

Kto rzuca słowo, jako złotą strzałę —Niech wie, że echo jego nie przepada,Lecz jutro zrodzi hańbę albo chwałę.

Kto pragnie — ten, jak namiętna kaskada,W otwartą przepaść srebrzystymi szumy,Choć jej nasycić nie może, wciąż spada.

Kto milczy — idzie samotny przez tłumy,Trzymając berło królewskie swobody,A w duszy niosąc świat cichej zadumy.

Kto duchem umie na wieki być młody,Ten w chwili śmierci radosną źrenicąWita przyszłości dzieje i narody.

Kto się udręcza bytu tajemnicą,Ten własne swoje serce rwie w kawały,Aż je przepaście bezdenne pochwycą.

Kto jest na szczycie — stoi, jak cel strzały,Lecz ma na piersi tarczę djamentowąObojętności na gniew tłumów cały.

Kto marzy — tęczę w duszy tka różowąI jak do tęczy, słońca mu potrzeba,Co przez łez chmurkę prześwieca perłową.

Kto dla głodnego ducha łaknie chleba —Pracować musi: raz tylko przez dziejeLudziom w pustyni manna spadła z nieba.

Kto w górę patrzy, ten niekiedy dniejeI prac się dziennych przedwcześnie nie ima.Czekając, aż mu świt zabłękitnieje.

Kto nieskalany sztandar prawdy trzyma,Ten, gdy opadnie z wieku mgła ciemnoty,Nosi w ludzkości nazwisko olbrzyma.

Kto w duszę bierze miljonów tęsknoty,Ten ruchy ziemi tchnieniem nagli swojem,Jako męczennik wplecion w jej obroty.

Kto pada w szrankach, zwyciężony bojem,Ten, jak gladjator, ostatnim swym ruchemWinien okazać zwycięstwo... spokojem.

Kto jest człowiekiem — niech umie być duchem.

Dopóki ziemia pełna łez i bólu,Nie wolno tobie przywdziewać purpury,Człowieku, przyszłość dziedziczący królu!

Dopóki będzie choć jeden duch, któryW słoneczne prawdy okręgi nie wzleci,Nie wolno ci się zwać panem natury.

Dopóki krzywdy minionych stuleciNie wypowiedzą skarg swoich bez końca,Niech milczą w róże zwieńczeni poeci.

Dopóki więcej nocy nam, niż słońca,Niechaj się człowiek zdobyczą światłościNie mieni hardo — wśród ciemnych tysiąca.

Dopóki wielki dług sprawiedliwościNiewypłacony miljonom nędzarzy,Niech nikt nie mówi, że daje z litości.

Póki u prawdy tajemnych ołtarzyDuch myśliciela, jak płomień, ulata,Któż się: »bezbożny« mówić nań odważy?

Dopóki wielkie niedole wśród świataSą, jako węzły, co łączą plemiona,Nie mów: »Jam obcy« — bo wskażę ci brata.

Dopóki jedna łza niepocieszona,Granity żłobiąc, na ziemię upada,Przepaści swego nie zakryją łona.

Dopóki przeszłość, pokutnica blada,Win swych nie zetrze czynami wielkiemi,Idź i rozmyślaj na grobie pradziada!

Jeśli ci dano rozumieć głos ziemi,Padaj nań piersią i słuchaj w milczeniu,Co mówi dziejów echami grzmiącemi.

Dopóki Boga masz w swojem sumieniu,Nie troszcz się o to, gdzie, w jakiej świątnicyI jak oddają cześć Jego imieniu.

Póki przyroda w zamkniętej przyłbicy,Niezwyciężona wobec wiedzy stoi,Nie wolno broni składać, zapaśnicy;

Póki jutrzennych przyszłości podwoiNie wezmą szturmem szlachetni szermierze,Niech każdy wiarą w zwycięstwo się zbroi.

Nieśmiertelności siła jest w ofierze;Ukrzepia prawdę, kto żywot w nią kładzie;Wielki, kto ginąc za nią, woła: »Wierzę!«

W upadku hańba nie leży, lecz w zdradzie;Odstępca ducha, na wieki przeklęty,Powstaje w dziejach, jak upiór w balladzie.

Jeżeli cel twój szlachetnie wytknięty,Idź, choć współcześni obrzucą cię błotem:Wieki zeń przyszłe wykują djamenty.

Idź, chociaż czoło oblewa się potem,Bo on jest rosą dla promieni ducha,Który dojrzewa ludom ziarnem złotem.

Dopóki przyczyn i następstw łańcuchaNie rozplatałeś po jednem ogniwie,Nie mów: »To chaos!« — bo prawo cię słucha.

Dopóki ludzkość w młodzieńczym porywie,Marzy o skrzydłach, by wzlecieć w błękity,Nie wolno wątpić o niej: ona żywie!

I chociaż pada, jak Ikar rozbity,Ślad się zostanie i ognista droga,Po której wieki z zmierzchów przejdą w świty.

Dopóki dojrzyć możesz z swego proguGwiaździsty rąbek niebiosów nad głową,Nie mów, żeś nigdy nie oglądał Boga.

Dopóki jesteś, istniejesz w naturze;Gdy cię już niema, istniejesz w niej jeszcze:Któż wie, skąd wzeszły wiosną białe róże?

Nicość, to słowo straszne i złowieszcze,Dźwiękiem jest tylko; nie zna go przyroda,Wiecznie czująca macierzyństwa dreszcze.

Gdy serce twoje usypia pogoda,Wiedz, że w tej chwili glob drży w swej orbicieI że twój spokój ciszy mu nie doda.

Tchnieniem ust twoich jest własne twe życie;Lecz ty sam tchnieniem jesteś twego wieku.

Póki zwycięzcą nie staniesz na szczycie,Orły są wyżej od ciebie, człowieku!

Odszedł, jak przyszedł — w gromach.— Panie... Panie...Wróć się, odwołaj w błyskach i piorunachOgnistej klątwy gorejące słowo,Które nad moją przerażoną głowąW wichrach przelata — i w płomiennych łunachGrzmi po przepaściach niebios: »Niech się stanie!«Wróć się, o Panie!......Oto się oddalaNa czterech wichrach spętanych, jak konie,W błysk, który w dłoniach dzierży, piorunowy,A za nim chmura, jak czara z korala,Z której ogniste węże piją, płonieOd skier skrzesanych złotemi podkowy...

Ucichło. Tylko pustynia łkającaTarza się w bólach, jako lwica płowa,Co ma porodzić lwa, króla tych piasków...A blade widmo umarłego słońcaW koronie swoich przygaszonych blaskówZ grobu chmur czarnych powstaje...— Jehowa!...

Jehowa!... Wróć się!...Cisza. Z burzy progaPan wstąpił w wiecznych błękitów swych gmachy

I tylko w dali mdlejące przestrachyNiosą tęczowy płaszcz Boga.

A więc to prawda? — Ja, niewysłuchany,Jako niewolnik odepchnięty nogą,Upadam piersią na wrzące te piaski —I darmo błagam litości i łaski...A latające nademną orkany,Jak sępy, które krążą dookołaTrupów, potęgę kradną z mego czoła,A z źrenic moich kradną krwawe blaski,A z piersi moich kradną jęk i łkanieI przepalają mi kości pożogąGniewu twojego!— Panie! Panie! Panie!...A więc to prawda? — Obiecanej ziemi,Do której lud mój wiodłem lat czterdzieściWśród upalenia pustyń i boleści,Pomiędzy bogi cudzemi...Tej ziemi, którą w gwiazd północnej strażyNad uśpionymi czuwając, widziałem,Jak ten, co wielki dzień tryumfu marzyI spać nie może, budzony nadziejąŻycia całego, i biegnie na szczyty,By prędzej dojrzeć zórz jasność i świty,Co mają wiekom przyszłym błogosławić...Tej ziemi, którą czuję w mej źrenicy,We mgłach tych sinych, co tam błękitniejąNad Chanaanu wodami srebrnemi,Wielkiego celu mych prac i tęsknicy,Nigdy nie ujrzę oczyma własnemi!...

A więc to prawda?... Głos, co światy stworzył,I od ciemności odciął jasność dniową,Rozgrzmiał ten wyrok tu, nad moją głowąI piorunową pieczęć mu przyłożył!...To, o com walczył, to, czego pożądam,

Nigdy w żywocie moim nie oglądam!...Dusza się moja umniejszy i skona,Nienakarmiona i nienapojona...

O! bogdajżebym, bracie niewolniku,Nie widział twego grzbietu smaganego!Bodajbym nigdy nie usłyszał krzykuNiedoli ludu mojego!O! bogdaj mi się wśród nocy milczenia,Gdym w srebrne gwiazdy patrzał zadumanyNie śniły krwawe skrzywdzonych kajdanyI uciśnionych jęki i westchnienia!Bogdajbym, zanim stanąłem przed królem,Dziesięciorakich klęsk przyodzian mocą,Strawił się ludów pragnieniem i bólem,Jako mdlejący dzień — nocą!Bogdajbym nigdy w samotnej zadumieOd losu mego nie żądał był znaku,Nie widział Pana w gorejącym krzaku,Ni głosu jego słyszał w wichrów szumie!

Ach! odtąd każdy, co pójdzie przed ludem,By udarować dniem skazańców nocy,Chociażby walczył miłością i cudemI wywiódł jeńce z Faraonów mocyI kładł swą duszę za bóle ludzkości,Nim ujrzy chwilę odkupienia błogą,Przeklęty przez wiek swój — skona!Ani na skraju nowych czasów stanieTą, która drogę wskazywała, nogą...A kości jego zawieja szalonaRozniesie z burzą dziejową,Nim błyśnie jutrznia przyszłości,Nim to, o które walczył, złote słońce,W przyobiecanej krainie swobody,Ludom wzejdzie ponad głową

I łzy osuszy gorące —I opromieni narody!

Oto oczyma ducha widzę, Panie,Szereg posępny, długi, nieskończonyCieniów, szarpanych wichrami skwarnemi...Ja pierwszy pochód otwieram złowrogi,A po mnie — padną miljonyWśród dziejów cierniowej drogi,U bram obiecanej ziemi,Nim dzień tryumfu nastanie!

Pójdź teraz, burzo! Oto moje włosyPowstały na mej czaszce rozwichrzone;A na mem czole stoją krople słoneKrwawego potu; a w moich źrenicachWięcej płomieni, niż w tych błyskawicach!Ja jestem burzą sam!... Wstrząsam niebiosyPotężnym piersi oddechem...A pod mym wzrokiem gaśnie tęcza blada...Wicher się zrywa na moje skinienieI jak gadzina, znów w kłębach opada...Dwa snopy słońca tryskają mi z czoła...W prawicy czuję moc cudu!Duch mój przed siebie przyszłe wieki woła...Idą — i długim powtarzają echemOkrzyk niedoli: »Biada! biada! biada!...«Wznoszę ramiona i z Synai szczytuZbieram na skronie słoneczne promienie,Które zażegłem mym duchem...Z ognia korony rozwieńczam praw górę

I zdzieram szatę mgły srebrnej z błękitu,Gdzie duchom przyszłości droga...I przyoblekam monarszą purpuręZ rubinowej łuny świtu...I patrzę twarzą w twarz Boga —Ja, prawodawca, wódz ludu!

Oto zmącone wichrem pyły bladeWstają ponad moją głowąI lekkim wiążą się ruchemW girlandę szarańczy płową,Którą ja na czoło kładę...Oto laska moja trzymaZawieszone serca bicieU króla — i niewolnika...Oto pod memi oczymaW krew się mienią zdroje wodne...Oto jasność dzienna znika...Straszliwe wstają ciemności,Słońce gasi tajemniczaNoc, ludu przestrachem blada...Na przerażone oblicza,Jak szrony, biały trąd pada...Oto ćmy hufiec skrzydlatyPowstaje z mojego tchnienia...Czerwony Anioł zatratyIdzie po najdroższe życie...Wskróś murów, co strzegą miasta,Wieje śmierci chusta czarna...Przed progiem rzuca niewiastaZasypane zbożem ziarna...Cieszą się matki niepłodne:Oto giną pierworodne...Niema litości,Ni przebaczenia!...

Ha! jaka cisza... to pustynia słuchaPrzelotu ducha!

Powstańcie, wichry, unieście mię z sobą!Zakryj mnie, nocy, cieniów swych żałobą!Niech imię moje, jako szmer daleki,Nienalezionem będzie w przyszłe wieki!Bijcie, pioruny, w czoło moje harde!...Pan mnie opuścił! Pan wydał na wzgardę!Zewlókł mnie z mocy mojej majestatu,Na urąganie i zelżywość światu —I ducha swego precz odjął odemnie!Daremnie wołam i płaczę daremnie...Oto już znika z prawicy mej siła,Co głodne manną poranną żywiła...Oto zamiera w piersiach moich słowo,Co otwierało skałę granitową...Oto cofnięta odemnie moc Boża,Co rozdzielała na dwoje pierś morza...Oto mi z czoła jasność słońca zbiegła,Co w obcowaniu z Panem się zażegła...Oto w noc cieniów uchodzą już blaskiZ przeobrażonej w berło cudów laski...Jestem, jak palma, od burzy strzaskana...W prochu skroń moja u stóp leży Pana...Ani lud zechce liczyć między wodzeTego, co, łkając, padł piersią przy drodze!

Litości, Panie!...Jam zwątpił na chwilę...Lecz kiedyż tacy, co ludy swe wiedliDo celów mglistych, jak kraj ten daleki,Nie upadali w swej wierze i sileI patrząc w przyszłość, nie bledli?Od brzemion cegły, od taczek, od młotów,Szli za mną bracia moi niewolnicy

I ocierali twarz swą z krwawych potów,A łzy z źrenicy!Szli za mną, smętni, posępni, zmęczeni,Wśród spustoszenia krainy niewoli...Hufiec wybladłych szkieletów i cieni,Przez pół wierzący tylko lepszej doli...Jam musiał, jako matka swego syna,Na ręku nosić duszę ich omdlałą...A teraz, teraz, gdy przyszła godzina,Tutaj mam złożyć me ciało?

Litości, Panie!...Synai! Synai!Przemów ty za mną gromów swych językiemI tablic twoich kamienną wymową!Pustynio! przemów jękiem swych bezdroży,Kędy się ranny lew tai!O gwiazdo nocy, przemów za mną słowo!Ludu mój, ludu! ach, zbudź się mym krzykiem!Wołaj do Pana!... Litości! Litości!...Niech się odwróci odemnie gniew boży!Niech na tej ziemi, zdobytej tak drogo,W krainie wielkiej przyszłości,Jako wódz ludu, pierwszy stąpię nogą!

Z sennych namiotów dolata westchnienie...Do stóp mych gwiazda zabłąkana spada...W szumach się orłów porywa gromada...W dali gdzieś łuna gore piorunowa...Oto czuję twoje tchnienie...Idziesz...Jehowa!... Jehowa!...

— Kto tam w moje ciche noce,Jak ptak w pętach, się trzepoceI skrzydłami mdłemi trącaO mojego sierp miesiąca?Kto źrenice pałająceWbija w globy moje drżące?Kto mi gwiazdy budzi moje,Gdy ja na nie dłoń położę?Kto uciszyć się nie możeI zrywa się i znów pada,Jak mdlejących wód kaskada?Czyje to tam niepokojePłoszą moich światów sny?— To my!

Kto tęsknotą swego duchaCzepia się mych gwiazd łańcuchaI o jutrznię moją pyta?Kto tam woła: »Wstań!« na zorzę,Nim nad ziemię i nad morzeDzień mój w blaskach swych zaświta?Czyja to tam skarga drżącaWzywa nocą mego słońca,Zanim orły pióra strzęsąZ sinych zmierzchów niecierpliwe,Nim królewską strząsną grzywę

I zabłysną złotą rzęsąPrzebudzone ludy — lwy!—To my!

Kto śmie ciszę mej zadumyPorywami swymi kłócić?Czyich to tam lasów szumyWiosnę moją chcą zasmucić?Kto to uczy echa mojeTęsknych westchnień, cichej mowy?..Kto w poranek mój majowyUczy szemrać jasne zdroje?Czyje skargi rzeki niosąAż do głębi oceanów?Kto tam płacze z ranną rosąU tych mogił i kurhanów,Pojąc ziemię swemi łzy?— To my!

Kto tam nosi się z wichrami,Jak opadłe liście z drzewa,I chmur kiry westchnieniamiPo błękitach mych przewiewa?Kto błyskawic ducha łunyNa dnia mego rzuca białość?Kto to sięgać po piorunyBurzy mojej ma zuchwałość?Od czyjego cieniów czołaTęczy mojej gasną wstęgi?Kto tam gromów moich wołaI na jasne widnokręgiSmutków swoich rzuca mgły?— To my!

Kto tam z próżnych słów wybuchemWstrząsa nędzy swej łańcuchem?Kto tam nie wie, że w ludzkości

Uróść trzeba całą głowąPonad dolę swą dziejową,By dosięgnąć do przyszłości?Kto nie pomni, że nie skargaLudów moich więzy targa,Ale krople krwi i znojuPrzy wieczystym duchów bojuKruszą pęta jadem rdzy?— To my!

Kocham cię, gwiazdo, w lazury rzuconaZ dala odemnie,Do której próżno wyciągam ramiona,Tęsknię daremnie!Ty jesteś może zagasłym już globem,Pustynią chmurną,Wygnanych duchów ojczyzną i grobem,Strzaskana urną.Może!... Lecz teraz, gdy płoniesz tam, z dalaPochodnią złotą,Duch się mój smętny do ciebie rozpalaCichą tęsknotą!

Kocham cię, kwiecie, co w skalnej szczelinieZakwitasz dziko,Zbudzony z pąka powiewem, co płynieGórską muzyką!Zerwany, zwiądłbyś w gorącej mej dłoniI byłbyś niczem,Oddawszy ducha w przedśmiertnej swej woni,W tchnieniu dziewiczem...Lecz teraz, gdy cię prócz rosy i słońcaNikt nie tknął w świecie,Gdy się otwierasz, jak dusza tęskniąca,Kocham cię, kwiecie!

Kocham cię, duchu samotny, dalekiOd mego cienia,Co swym porywom włożyłeś na wiekiPieczęć milczenia!Ach! gdyby kiedy usta ci otwartySkargi płomienne,Ty byłbyś dla mnie jak anioł umarły,Jak widmo senne...Lecz gdy się bronisz bladością i łzamiOd żądz wybuchu,Gdy taka cisza i jasność jest z nami,Kocham cię, duchu!

Na skrzydłach pieśni dusza moja lataNad okręgami błękitnego świata,Który gdzieś, kiedyś, na ziemi czy w niebie,Bóg musiał stworzyć dla mnie — i dla ciebie.Czuję w powietrzu kwiatów jego tchnienia,Szum jego lasów zadumanych słyszę,Znam jego blaski i jego zaćmienia,I pieśni jego — i ciszę!A przecież nie wiem, czy on jest zjawiskiemSennem, czy może drobnem gniazdkiem ptaszem,Czy nawet tylko uśmiechem, uściskiem,Tęsknotą, pragnieniem naszem?Wiem, że myśl moja tam światłem się poi,Jak ptak, co leci do słońca o świcie...Wiem, że tam kiedyś, u srebrnych podwoi,Ducha twojego spotkałam w błękicie.A przecież nie wiem, kiedy z tobą jestem,Czy się wznosimy, jako dwa płomienie,Czy jak dwie gwiazdy, spadamy z szelestem,W powietrzu lekkie zostawiając drżenie?Wiem, że nie znajdę nigdzie ukojeniaI wieczną będę trawić się tęsknotą,Dopóki żarów mojego pragnieniaTam nie ugaszę czarą szczerozłotą!A przecież — nie wiem, jaka wiedzie drogaW ten świat uroków i ożywczej siły...

Czy wskróś przez słońce, jakoby do Boga,Czy wskróś przez ziemię, jakby do mogiły?Ja tylko czuję, że on gdzieś istnieje! —Jak żeglarz, kiedy odwagę utraca,Na brzeg daleki, co w mgłach gdzieś sinieje,Gasnące oczy obracaI jak rozbitek w uniesionym kwiecieZgaduje blizkość ziemi i zbawienia,Tak ja o naszym tym błękitnym świecieMarzę z jednego słówka i spojrzenia!Gdy na twych piersiach, cicho tuląc głowę,Śnię przyszłych świtów odblaski różowe,Gdy myśl się twoja z moją myślą splata,Wiem, że ta chwilka jest z »naszego świata!«Dusza mi wtedy cała błękitnieje,Jakby w niej gwiazdę rozpalił kto złotą...I znowu płonie nadziemską tęsknotą —I znowu wierzy i znów ma nadzieję!Na ustach gasną żary słów tej ziemi,Myśl się prześwietla blaskami miesiąca...W ramionach twoich, cicha, dumająca,Oczu twych szukam oczyma smutnemi...I wiem, że nie stąd rodem my oboje,Że zgiełk ten próżny, który nas dolata,Namiętne drobnych celów niepokoje,Walki nędz pełne — nie z »naszego świata!«Lecz, gdy ta chwilka przebłyśnie nad głową,My, jakby z raju wygnani na nowo,Na ustach nosim ziemi czcze uśmiechyI łzy jej w oczach — i w sercach jej grzechy!Ach, kiedyż, kiedyż, wolni, jak dwa duchy,Żądz tych i pragnień zerwiemy łańcuchy?...I wyzwoleni będziem od serc biciaI od rumieńców nagłych i — od życia?Idziemy smutni, idziemy znużeniPrzez państwo ognia i bólów i cieni,I tylko cicha tęsknota paląca

Wróży, że kiedyś dojdziemy do końca...Lecz zanim życie z swą nędzą się prześni,Dusza się moja zrywa — i ulataW górę, tam — w górę — do naszego świata,Na skrzydłach pieśni! —

Gajem cichy szum przelata,Brzoza wstrząsa szatę białą,Pierzcha ptasząt czerń skrzydlata...— Co się stało? Co się stało?Przysłoniwszy oczy rzęsą,Słońce patrzy poprzez liście...Szarych mietlic drżące kiścieBrylantowe rosy trzęsą...Rozwichrzyły się srebrzystePasma lekkich, długich cieni...Na mchy rzucił snop promieniArabeski przezroczyste.W pół piosenki przycichł nagleNa gałązce ptaszek szary;Bocian podniósł ciężkie żagleI popłynął na moczary...Wykąpane w wód przeźroczyNiezabudki kupką całąOtworzyły modre oczy...— Co się stało? Co się stało?Uleciały świetlną smugąKryształowych roje muszek...Jakiś psotnik, jakiś duszekZachwiał trzciny ponad strugą...Na wiatr puścił motyl młodyZ barwnej tęczy tkane skrzydła...

Zamąciły jasne wodyPrzeźroczyste malowidła...Dziwne, słodkie rozmarzeniePo gałązkach brzóz przewiało,Niby światła, niby cienie...— Co się stało? Co się stało?Jakieś blaski, jakieś żaryUderzyły przez powietrze...Potem gasły — bledsze — bledsze,Rozwiewając się w opary...Szmer się szerzy, miesza, dzieli,Szybszym ruchem biją tętna,Po liljowej głogów bieliŁuna rzuca się namiętna...Jakieś smutki i tęsknotyZ mgłą padają na świat białą...Czuć w powietrzu szmer pieszczoty...— Co się stało? Co się stało?...Zda się, że ta ustroń cichaDrży z rozkoszy, płonie, żyje...Ach! ktoś szepce... szepce... wzdycha...Ach! to komuś serce bije!Ach! to wiosny słodki trunekUpojenie w piersi sączy...Ach! to pierwszy pocałunekRozkochane usta łączy!

O Psyche! gdyś spłoniona i od pieszczot drżąca,Na sennych ustach niosąc pocałunków żary,Wstała, by schwytać jasność bladego miesiącaI zamknąć ją we wnętrzu kryształowej czary,I z lampą tą, srebrzącą palce twe różowe,Nim błysnął złotem okiem purpurowy ranek,Schylona nad pościelą, gdzie spał twój kochanek,Cicho płonąc, patrzyłaś na drogą tę głowę:Wtedy, z dreszczem rozkoszy i z trwogą tajemną,Ujrzałaś, że ten, który upojeniem błogiemPrzeniknął twą istotę w noc cichą, w noc ciemną,Był — bogiem!Cóż jednak, gdybyś lampę swą zbliżywszy białąDo tych nawpół otwartych i spuszczonych powiek,Spostrzegła, że to piękne i młodzieńcze ciało,To tylko — człowiek?

Jeżeliś cieniem, rozwiej się przedemną,Niech nie wyciągam do Ciebie daremnoRamion z wieczystą tęsknotą!Niechaj pożary nie trawią mi ducha,Gdy noc ta cicha, milcząca i głuchaPochodnię rozpala złotą.Wstań w blaskach słońca, lub wróć się do rdzeniaWiecznych tajemnic! Niech mego pragnieniaNie drażnią zdroje zwodnicze!Czemu, jeżeli poznać Cię nie mogę,Olbrzymia maro, zachodzisz mi drogę,Zakryte mając oblicze?Czem jesteś, powiedz, czem jesteś w swej treści?Czy Ciebie duchy zrodziły w boleści,Jak matka rodzi swe dziecię?Czy nieujęte i mgliste Twe ciałoZ tęsknot, z pożądań, z pragnienia powstało,Z łez tych, co płyną na świecie?Czyś Ty jest złotej jasności odbicieOd smutnych źrenic, utkwionych w błękicie,Jak słońce drżące w łzach rosy?Czy z oceanów podniosłeś się tchnienia,Wielki, a mglisty, jak senne marzenia,Aby zapełnić niebiosy?Czyś powstał z burzą, co gromy swojemiWstrząsała zręby tracącej dech ziemi,Ciskając globy w odmęty?Czy imię Twoje zostało nazwanem,Gdy człowiek kornem uderzył kolanemPrzed zgrozą, wołając: »święty!«Czy cień Twój wtedy opadał na światy,Gdy trysły z pąków wiosennych róż kwiaty,I pierwsze tchnienie miłości,Gdy pierś, wezbrana rozkoszą bez końca,

Własną potęgą rzuciła wskróś słońcaMarzenie nieskończoności?Czyś pierwej był Ty, czy duch ten stęskniony,Co patrząc w światów gwiaździstych miljony,W ciche, błękitne przestworze,Ogarnion dziwem i trwogą i mocą,Rwał się, jak ptaki, co w skrzydła trzepocą,I pierwszy zawołał: »Boże!«O, kto mi powie?... O, kto mi to powie?...Byt wiekuisty, zamkniony w mdłem słowie...Otchłań — w koronie wszechmocy...Cień majaczący kształtami olbrzyma,Co mnie porywa i więzi i trzyma,Drżącą w śmiertelnej niemocy!W ucisku ducha słyszę, jak nad głowąPrzepaście toczą skałę SyzyfowąWiecznych zagadnień istnienia...Wyciągam dłonie w noc głuchą, w noc ciemną...Wkoło mnie, we mnie, pode mną, nade mną,Ty — pełen błysków — i cienia!

Nigdy ja na tej nie stanę wyżynie,Kędy przed wzrokiem, wpatrzonym w wszechświaty,Ziemia z swą nędzą tak blednie i ginie,Jak tęcz mdlejących szkarłaty.Nigdy nie spocznę w błękitnej tej ciszy,Gdzie duch, ukojon oddechem wieczności,Ledwo, że czuje, i ledwo, że słyszy,Namiętne skargi ludzkości.Nigdy łez gorzkich, co płyną gorące,Choćby w nich błękit odbiły niebiosy

I złote strzały złamało w nich słońce,Nie nazwę kroplami rosy.Nigdy mi wiedza tej nie da pociechy,Bym złe i dobre, i ból i uśmiechy,Brała za jedno, co tylko się zmieniaZ punktem naszego widzenia.Nigdy nie dojdę przez śniegi i lodyDo olimpijskich słonecznych tych szczytów,Kędy łez niema i niema zachwytów,Lecz tron wieczystej pogody.Ja będę latać, jako ptak zraniony,Nizko nad ziemią tą, co w bólach kona,Bym mogła objąć z miłością w ramionaSmutnych miljony!I — jak jaskółka — bijąc w skrzydła drżące,Latać ja będę nad nizkie zagrody,Nad pola nasze i lasy szumiące,I modre wody...W miesięczne noce, za mgłami srebrnemiPosłyszę i skargi i rany obaczęI pytać będę uśpionej tej ziemi:Kto tam tak płacze?I choćby wszyscy milczeli, ja przecieBłękity wstrząsać będę mym protestem...I gdy Bóg spyta: »Sąż smutni na świecie?...«Odpowiem: — Jestem!

Czy ty pamiętasz ten wieczór majowy,Gdy w szał ironji wpadliśmy oboje,Nielitosnemi wyśmiewając słowyWłasne tęsknoty, trwogi, niepokoje,I ten błękitny urok, co do głowyPrzewiewa marzeń niepochwytnych rojeI uniesienia i pragnień wybuchy,I wszystko, czem się karmić zwykły duchy?

Czy ty pamiętasz, jak pełni goryczy,Patrząc na siebie oczyma smutnemi,Z łez my szydzili, których nikt nie liczy,I z beznadziejnych wysiłków tej ziemi,I z ducha, który pełza niewolniczy,Lub rwie się w górę skrzydły złamanemi...I z mglistych celów, na które brak miary,Z daremnej pracy — i ułudnej wiary?

I z tych porywów, w niemocy poczętych,Po których ludzkość znów w mroki zapada;Z błogosławionych duchów — i z przeklętych,Co w nicość lecą, jak grzmiąca kaskada...Z nieśmiertelności złudzeń nieujętych,Zrodzonych w zmierzchu, jak dziwna ballada...I z mędrców, którzy czołem zadumanemNapróżno biją przed wielkiem Nieznanem?...

I czy pamiętasz, jak z nagłym wybuchemGorzkiego śmiechu, co duszę rozrania,Staliśmy bez słów, w rozdrażnieniu głuchem,Przed tym olbrzymim znakiem zapytania,Patrząc się okiem błyszczącem i suchemW przepaść Nicości, którą on osłania...Aż tchu nam brakło — i tak, ledwo żywi,Staliśmy, zdjęci zgrozą, nieszczęśliwi!

Tyś krzyknął wreszcie, by chociaż tym krzykiemO rzeczywistość jakąś się zahaczyć...Bośmy nie mogli już zwykłym językiemRozpaczy naszej i bólu tłomaczyć:»Jakto! być wiecznym złudzeń niewolnikiem?Konać — i celu życia nie obaczyć?I być rozbitym w ostatniej godzinie,Jak pusta czara po wypitem winie?...«

Och!... I znów, milcząc, staliśmy tak chwilęW otwartem oknie, tłumiąc serca bicie...

Gwiazdy, jak złote lecące motyle,Roztrzęsły blaski po ciemnym błękicie;Noc w królewskiego majestatu sileCiszy swej sama słuchała w zachwycieI żaden odgłos lekkiemi skrzydłamiNie przewiał między ciszą tą — a nami.

Nie wiem, jak długo zaduma ta trwała.Gdym się ocknęła, na czole twem bladem,W niebo zwróconem, zórz jasność gorzała,Jak nieśmiertelnej potęgi dyadem...Wzrok twój przebijał lazury, jak strzała,Mnie łzy z źrenicy srebrnym biły gradem...Aż wreszcie głosem, co duszę przejmuje,Rzekłeś: »On przecież jest tam!... ja Go czuję!...«

Ty będziesz silnym przez to, w co uwierzysz,Jako w cel życia wzniosły, choć daleki,Przez to, z czem duchem zetrzesz się i zmierzyszI uznasz prawdą na wieki.Ty będziesz silnym przez to, co dla tłumówMarą jest tylko rozwiewną i cieniem,A co się rodzi już wśród orlich szumówPrzyszłości świata wcieleniem...Ty będziesz silnym przez to, co błękitySrebrne do ciebie mówić będą nocą...Przez łzy twe, z których powstaną zórz świty,Co ziemię twoją ozłocą!Ty będziesz silnym przez ciche te szumy,Co biją w skrzydła nad lasy twojemi...Przez każdą płodną godzinę zadumyO nędzy i krzywdach ziemi...Ty będziesz silnym przez moc tę słoneczną,Co z twej miłości i z pragnień twych bije...

Przez to, co w piersi twej rwie się i żyjeTęsknotą wieczną!Przez to, co z złudzeń młodzieńczych rozbiciaZostanie tobie, jak ster nieomylny...Przez to, co prawdzie oddasz z swego życia,Ty będziesz silny!

Szczęśliwym będziesz przez to, co twa duszaUkocha; przez to, na czem spoczniesz twojemSercem, bijącem wiecznym niepokojem,Co pierś ludzkości porusza...Przez to, co oddasz w służbę ideału,Przez żary ducha twego najgorętsze,Przez nieskalane serca twego wnętrze,Przez łzy zapału!Szczęśliwym będziesz przez iskrę tę bladą,Którą twa miłość w narodzie rozdmucha,Aż tryśnie blasków ożywczych kaskadą,Płomieniem ducha.Szczęśliwym będziesz przez ciszę błękitną,Co w piersiach gwiazdy rozpala, jak w niebie...Ach, i przez uśmiech ten, którym zakwitnąNajdroższe usta dla ciebie.Przez twe nadzieje, przez twoje zachwyty,Przez drżenie serca, przez łzy uniesienia,Przez moc porywów, przez siłę natchnienia,Co myśl przekuwa w granity...Przez sferę światła i ciepła i ruchu,Którą twa istność roztoczy dokoła,Przez zmartwychwstanie wskrzeszonych na duchu,Przez każdy promień ich czoła...Przez to, w czem całą potęgą miłościDuch twój rozbłyśnie, wcielony w kształt żywy,Przez ukochanie gorące przyszłości —Będziesz szczęśliwy!

Nie płaczcie, smutni!Ach! czy wy myślicie,Że tam wysoko, w tym cichym błękicie,Jęk wasz, odbity od gwiazd złotych proga,Zakłóci spokojność Boga?Czy wy myślicie, że okrzyk nędzarzy,W srebrne, przejrzyste rzucony powietrze,Wstrząśnie lazury i blaski z nich zetrze,I ciszę niebios znieważy?Czy wy myślicie, że łzy te gorące,Któremi płaczą od wieków tysiące,Zagaszą słońce i cień wiecznej nocyRzucą w oblicze wszechmocy?Że gwiazda, w której wzrok smętny topicie,Zblednie — i zadrży w promiennej orbicie,I przyjdzie otrzeć włosami złotemiZnój z czoła synów tej ziemi?Czy wy myślicie, że ust waszych skargaJakieś marzenie wieczności potarga,I że rozdźwiękiem bić będzie w błękity,Aż Bóg się zbudzi ukryty?Och! świat zbyt wielki! wy na nim — zbyt mali!Choćbyście łzami krwawemi płakali,Nic się nie wzruszy i nic się nie zmieniW wiecznie pogodnej przestrzeni!Krzyk uciśnionych nędzarzy nie sięga,Gdzie nieskończoność globowy ruch słyszy...Żaden głos do was nie ozwie się w ciszy:Milczenie — bogów potęga!Któż wie, czy w wielkiej harmonji stworzenia,Ostatni okrzyk ginących w rozpaczyWięcej coś waży i więcej coś znaczyNad róż mdlejących westchnienia?Któż wie, czy biegnąc po strunach tej lutni,Której dźwięk każdy dostraja Duch duchów,

Jęki boleści i zgrzyty łańcuchówNie tworzą hymnu?...Ach, nie płaczcie, smutni!

O dniu, co jako pątnik, pobladłeś znużonyI sam przed sobą w cieniów kryjesz się zasłony,Powiedz, gdzie ty prowadzisz całą ludzką rzeszę?Gdzie poszły już miljony? Gdzie ja z niemi śpieszę?

Porywam się do lotu, dech tracę w pośpiechu;Nie mam chwili dla szczęścia, dla snów, dla uśmiechu...Jakaś ogromna, ślepa unosi mnie siła...Czuję, że mnie coś woła — śpieszę — to mogiła!

Znikam, tracę kształt, nazwę, ulatniam się, gasnę!To, co było mną wczoraj, dziś nie jest mi własne...I miłość i nienawiść, ster życia przewodni,Zdmuchnięte z mojej duszy, jak płomień z pochodni.

Gdzież jestem? — Czy, rozwianą po rosach na łące,Pałającą źrenicą wypatrzy mnie słońceI wypije mą duszę z kielicha tej róży,Tak, jak pije łzy ludów, łzy mórz i łzy burzy?

Gdzież jestem? — Z mgłą poranną wiatr rozniósł sny moje,Szumią w samotnych lasach ducha niepokoje...Żar piersi mej przechodzi w bijący puls ziemi,A tęsknoty się skarżą nocami cichemi!

O człowieku! gdzie dążysz... — i jakie ciemnościChcesz rozniecić pochodnią wiedzy rozpaloną,Której płomień podsyca gorejące łonoWielkich wybrańców ludzkości?...

Czy wiesz, że tam, gdzie drogi twej jest cel daleki,Nie będzie już nadziei, złudzeń ni wahania...Że staniesz wobec prawdy i wobec poznaniaRozczarowany na wieki...Że nie będziesz mógł wrócić — ni zacząć na nowoSnów błękitnych — ni zdmuchnąć krwawego płomienia,Który oświeci nad twą przerażoną głowąWieczne tajniki istnienia...Że nie będziesz mógł mówić: »wierzę« — już o niczem...Ale: »wiem« — wyrzec musisz, choćbyś miał w tej chwiliPaść trupem ze zmienionem śmiertelnie obliczem,Jak ci, co wszystko stracili. —............Ach, słuchaj! jeśli orla badań twoich drogaMa cię zawieść do trzykroć zamkniętych podwoi,Kędy na błyskawicach utwierdzony stoiTron Stworzyciela i Boga...Jeśli po długich zwątpień i przerażeń nocyDuch twój spocząć ma, ufny, jako drobne dziecię,U stóp tej nieskończonej, wieczystej wszechmocy,Co berło trzyma w wszechświecie,Czemu ty dzisiaj, zaraz, przed końcem podróży,Na twarz w prochu nie padasz — i nie śpiewasz PanuHymnów przed ołtarzami gór — i oceanu —I polnej, znikomej róży?...Czemu ty dzisiaj, zaraz, z czciciela zapałem,Patrząc nocą na ciche, gwiaździste niebiosy,Lub rankiem, na kropelkę roztęczonej rosy.Nie wołasz: »Boga widziałem!...« —............Lecz — jeśli pchnięty w obrót wielkiego łańcucha,Masz, idąc przez ogniwa badań gorejące,Dojść aż tam, kędy rwą się oba jego końce —I nicość panuje głucha —Jeśli pochodnią swoją masz rozniecić jasnoW jakimś urocznym chaosie posępnej przyszłości

Światy, które spadają — słońca, które gasną,I kresy nieskończoności;Jeśli na twojej drodze przepaść się otworzy —I obejmą cię w koło bezbrzeżne otchłanie,Jeśli ci nie odpowie na żadne pytanieAni głos ludzki — ni boży,Jeżeli w twym ostatnim, śmiertelnym okrzyku,Rozpacz się tylko głucha straszliwie obwieści:Czemu dziś twej pochodni z przekleństwem boleściNie rzucisz, blady pątniku? —

Samotna idę wśród nocy tą drogą,Którą łez ludzkich wskazują mi ślady,Ale o hasło nie proszę nikogo!Ach, za promyczek mizerny i blady,Za nędzny odzew żądają zapłatyKrólewskiej: ducha wolności i — zdrady.W prawo i w lewo odrębne dwa światy,Lecz droga moja ni w lewo, ni w prawo:Ja idę prosto do biednej tej chaty,Co nędzą swoją odbija jaskrawoOd głośnych haseł, rozdwojeń i kłótni...Idę, gdzie ziemia pustą jest i łzawą,Gdzie jęczą ludzie skrzywdzeni i smutni,I od nich to się uczą być smutnemiWestchnienia, pieśnią płynące z mej lutni.Gdzie więcej potu, niż chleba na ziemi,Gdzie opuszczeni są, gdzie są tułacze,Tam, jak ptak, lecę skrzydłami drżącemi.Gdzie duch omdlewa — i tęskni — i płacze,Kędy niedola zasiada u proga,Idę — i ślad za sobą pieśnią znaczęI we łzach wołam do Boga.I do was wołam, wy, sercem rozdarci,Między którymi wypadła mi droga! —

Wy — nie anieli dla mnie, ani czarci,Ale, ach! duchy słabe i omylneI ludzie — często też westchnienia warci!Jakoż mi od was przyjść ma to, co silne,Co wskrzesić, podnieść i uskrzydlić może,Jeśli wy sami, jak urny mogilne,Stoicie, — albo bijecie, jak morze,Unosząc wszystko w burz własnych odmęty?Dla mnie, co jasne, słoneczne, to — boże;Lecz nienawiści duch u mnie — przeklęty,A ten, kto niesie krzyż razem z nędzarzemI wierzy w świty przyszłości — ten święty!A każda boleść jest dla mnie ołtarzem,A sprawiedliwość — najczystszą ofiarą!Siła, co jeńców wyzwala z pod jarzem,Jest mi nadzieją, miłością i wiarą;Lecz ta, co ludzkość rozdwaja przez wodze,Klątwą jest naszej małości i karą!

Bez gwiazd, bez słońca drogą tą przechodzę...Dzień bez uśmiechu, noc bez upojenia,Jako cień smutny, przemija w mej drodze...Przecież innego nie żądam promienia,Prócz przeczuwanych odległych tych świtów,Co budzą ludów uśpione sumienia,Prócz cichych wiecznej tęsknoty zachwytów,Prócz brzasków, które duchy wielkie niecą,Prócz miłościwych dla smutku błękitów —I tych łez jasnych, co z oczu mi lecą!

O ludy, zbudźcie wy tego ChrystusaZ marmurów ciszy!Bo oto na świat przychodzi pokusaI otchłań dyszy.

Bo oto słychać spękanej gdzieś strunyJęki i zgrzyty —I wiatr przeciąga — i idą pioruny,By bić w błękity.Do dna zmącone, jako morza fale,Duchy się chwieją...Jakieś rozruchy i skargi i żaleW powietrzu mdleją...Słychać chorego serca głośne bicieW piersiach ludzkości...Siłą zniszczenia wyrywa się życieDo swej przyszłościI rozpłomienia nawałnic oddechemMyśli ogniskaI na mdłych formach, lepionych z pośpiechem,Piętno wyciska!Kto idzie — nie wie, gdzie dąży; kto czeka,Nie wie, dlaczego;Ciemną już, straszną ta droga daleka,Gdzie ludy biegą!Nim słońce wzejdzie nad ziemią zagasłą,Rzesz ludzkich wodzePiorun obrali za znamię i hasłoNa swojej drodze!Zbudźcież wy Tego, co karmi łaknące,Spragnione poi,Niechaj zażegna te fale kipiące,Niech je ukoi!Zbudźcież wy Tego, co nagie okrywaKrajem swej szaty,Bo już się burza rozbłyska i zrywa,By wichrzyć światy!

Czuwaj, strażnico! W ludzkości pochodzieDuchy młodzieńcze niech idą na przodzie!Niech tory biją przed braćmi ciemnemi,Niech będą świtem i jutrznią tej ziemi —I wyciągniętą po światło prawicą...Czuwaj, strażnico!W wieków i ludów i pojęć rozterceTy stój, gdzie bije puls ziemi i serce!Tchnieniem zapału rozgrzewaj ty słońce,Nad małodusznych głowami stygnące,I bądź wiosennej burzy błyskawicą...Czuwaj, strażnico!Czystą ci trzeba w przyszłości wejść progiI strząsnąć pyły nędz ziemskich wśród drogiI z ramion zrzucić żądz nizkich kajdany...Żaden duch wielki nie był pokalany,Kochanek prawdy musi być dziewicą...Czuwaj, strażnico!Wrzącego ducha, co światła jest głodny,Kwiat jednodniowy zaiste nie godny!Skarbów zapału nie rzucaj ty w błoto,Umiej samotnym żyć z swoją tęsknotą,Usta swe czystą napawaj krynicą...Czuwaj strażnico!Dziś samym walczyć nie można zapałem:Myśl — przekuj w słowo, a słowo — zrób ciałem!

Siej za swym pługiem nie mary, lecz czyny,Przyszłości jasne ukochaj dziedzinyI bądź ciśniętą nocy rękawicą ...Czuwaj, strażnico!Jeśli ty, orle połamawszy loty,Pomiędzy płazy upadniesz tu nizko,Jeśli ty ducha zaprzesz się tęsknoty,Miłości bratniej zagasisz ognisko,Jeżeli na tej wpół uśpionej ziemiZastygniesz między duchami martwemi,Jeżeli rzucisz ty berło zapału,Jeśli się zrzekniesz praw do ideału —Świat się zatrzyma w wielkim swoim ruchuI znikczemnieje, zesłabnie na duchuI długiej nocy cienie go pochwycą...Czuwaj, strażnico!Idź, idź, idź naprzód! Ta przyszłość słoneczna,Na którą ludy pracują — istnieje!W mrokach my jeszcze, lecz w górze już dnieje!Przed tobą droga twarda — a konieczna...Ty pierwsza musisz wedrzeć się na szczyty,Pierwsza zwiastować poranne błękity,Wznieść sztandar pracy, wytrwania wśród znojuI być hejnałem świtu i pokoju,W słońce zwróconą ludzkości źrenicą —Czuwaj, strażnico!

Tchnieniem ust twoich przed tobą niesiona,Wzlatam w błękity, jak przędze pajęczeMarzeń, z srebrnego wysnute wrzecionaW zorze i w tęcze.Gdy pierś twa błogim spokojem oddycha,Różaną stopą dotykam się ziemiI staję wtedy przed drzwiami twojemi,Prosta i cicha.I chodzę z tobą po izbach twej chaty,Po twoich polach i po twoich łąkach,I budzę róż twych wiosenne szkarłaty,Drzemiące w pąkach...Chodzę tak blisko, że tylko nas dzieliTych kilka chwilek, co zbiegną do końca,Zanim się zorza różowa wybieliW promieniach słońca.Dobrze mi z tobą — i tobie też ze mną!Nikt z nas w głębiny tajemne nie patrzy,Nikt się z nas troską nie dręczy daremną,Codzień to bladszy.Pókiś ty cichy — i ja nie mam siłyPodnieść się wyżej nad wioski twej dymy,Nad lasów twoich wiekowe olbrzymy,Nad twe mogiły.I tylko czasem, gdy serce się zwierzaZ tajnej tęsknicy, w błękitne obszary

Do gwiazd ulatam, jak słowa pacierza,Pełnego wiary.Lecz kiedy pierś twa rozszerzy się nagle,Gdy płomień ducha twój oddech rozpali,Rozwijam skrzydła z tęczowych opali,Jak lekkie żagle...Zrywam się, wzmagam i lecę za światy,Żarem twych pragnień namiętnych niesiona...Cień mój, daleki od cichej twej chaty,W mgłach sinych kona...Im gorętszemi wzywasz mnie przysięgi,Im dalej goni za mną twa źrenica,Tem szersze, wyższe przepłomieniam kręgi,Jak błyskawica.Gdy konasz z tęsknot i wznosisz ramionaDo dalekiego rozświtu przyszłości,Jam tak daleko, jak mglista zasłonaNieskończoności!Gdziem cię nie wiodła! gdziem z tobą nie była,Ją — twoja słabość, i ja — twoja siła!Gdzieś cię nie rzucał, trawiony pragnieniem,Za moim cieniem!Przed tobą lecąc, jak mgliste pochodnieOgników, świętość oświecam — i zbrodnie,A imię moje, jak piętno się żarzyNa każdej twarzy.W wiecznej pogoni ze szczytów na szczyty,Strącam w przepaści — i wznoszę w błękity —I nad mogiłą rozciągam ramiona —Niepochwycona.

Jest jedno cudne wśród ludu podanie,O którem słysząc, gubiłam w przestrzeniWzrok smutny, jak ci, co napół uśpieni,Wpadają w ciche, błękitne dumanie.I zdało mi się, że widzę w oddaliGóralską wioskę, tę wioskę prostaczą,Co przechowała dawną, żywą wiarę,Co na swych krzyżach chusty wiesza stare,A na obrazach swych sznury koraliI wstęgi kraśne i kwiaty i zioła,A na swych piersiach szkaplerze czerwone,Które je piętnem płomienistem znaczą,A serce swoje trzyma zawieszone —Czyste i jasne — aż na niebios progu,Jak wotum srebrne w ołtarzu kościoła,Prostej roboty, ale dane — Bogu.

Wioska tuliła się w głębokim jarze,Na macierzankach, wrzosach i mchach cała...A widok miała aż na dwa błękity:Na skrawek nieba, gdzie jutrznia różanaBudziła pierwsze liljowe rozświty,Rozpłomieniając, jak złote ołtarze,Występy skalnych ścian i nagie szczyty —I na ten potok, skąd wodę czerpała

Każdego zmierzchu i każdego ranaI kędy także drżał błękit odbity.

Naraz nad wioską zrobiło się czarno...Chmury nadbiegły czeredą niekarnąI ołowiane skrzydła swe rozniosłyPonad wąwozem, jako burzy posły...Ogromnym hukiem zatrzęsły się skałyI jako działa, salwy podawały,A grzmiąc aż w głębi kamiennej posady,Zgrozą płoszyły dzień drżący i blady.

I zdało mi się, że widzę lecącąNa czarnych barkach wielkich nocnych ptaków,Z stalowym biczem skręconej w sznur wody,Ze złotą wstęgą wplecioną we włosy,Burzę upalną, szaloną, kipiącą,Która rzuciwszy z cuglami swe dłonieNa wolę swoich powietrznych rumakówI gdzieś na szczycie skalnym, nad Bieszczadem,Sznur pereł białym rozsypawszy gradem,W jaskrawych błysków królewskiej koroniePrzelatywała strwożone niebiosy,Jak amazonka przyrody.

Dwoma szczytami chwycony i wpartyW sam gardziel jaru, korowód straszliwyMiotał się, jako w ostępie zwierz dziki,Któremu w żebra nóż wbije myśliwy.Wiatry śmigały, jak spuszczone charty,A błyskawice — jak sokoły lotne;A gromy nakształt rogowej muzyki,Niosły pobudkę przez wirchy samotne...Nagle ucichło wszystko. — Burza miewa

Takie omdlenia wściekłości złowieszcze,Po których z siłą zdwojoną wybucha...Przestają wtedy giąć się z szumem drzewa,Srebrnemi skrzydły przestają bić deszcze,Ziemia umilka i bez tchu, drżąc, słucha.

W ciszy tej leci kędyś z biednej wioskiGłos niepokoju, głos trwogi i troski.Niewiasty w chatach, tuląc dziatwę małą,Szepcą pacierze do Marji Dziewicy;I w sinem, trupiem świetle błyskawicySchylają głowy: »A słowo się stało!«

Wtem nagle krzyk się rozległ przeraźliwy!Zmieszane glosy i płacz drobnych dzieciBiją w niebiosy, jakoby dzwon żywy...Góral, co zawisł u skalnej szczeliny,Gdzie ledwo orzeł śmie gniazdo pomieścić,Chwycony siłą gwałtownego prądu,Miota się, wichrem niesiony przez chmury,Wśród kiru niebios i błysków purpuryI huraganu szalonej zamieci,Skręconej w trąbę, na której dzień sąduArchanioł mógłby przepaściom obwieścić —Tak godną była miejsca i godziny!

Napróżno woła i wyciąga ręce,Patrząc na wioskę i na dach swój stary...Próżno się z burzą, jak z wrogiem szamoce...Próżno błyskawic dusi złote wężeI czarne chmury porywa za baryI pięścią wiry huraganu grzmoce...On nigdy, nigdy ziemi nie dosiężeI z wichrem latać będzie w wiecznej męce!

Ostatnie słowa baśni tej nad głowąPrzewiały, jakby echo konające,

Poza ostatnią chmurą piorunową,Kiedy już tęcza rozwiewa wstęg końce...Ja słucham jeszcze — i tonę w zadumie...— Ach! czemuż, burzą tęsknoty porwanaI uniesiona przez wichrów podmuchy,W wiecznej pogoni za widmem znikomem,W namiętnych marzeń i porywów szumie,Jako zaklęte latać muszę duchyPonad tą ziemią, która mi jest domem...I wiecznie pragnąć i wiecznie się smucićI tak się trawić, jak płomień skrzydlaty...Czemu nie mogę spocząć, ani wrócićDo mojej wioski i do mojej chaty?...

W ciszy nocnej szumią drzewa,Łąki pachną dookoła...Wiatr daleką pieśń przywiewa...— Ktoś mnie czeka! Ktoś mnie woła!Czuję dziwne niepokoje...Tajemnicze serca drżenie...Bądźcie zdrowe, łąki, zdroje!Woła na mnie przeznaczenie.

Wschodzi ranek purpurowy,Ptaszka zrywa się wesoła...Fale krwi biją do głowy...— Ktoś mnie czeka! Ktoś mnie woła!Pół z uśmiechem, a pół z troskąDroga mi się śni daleka...Bądź mi zdrowa, moja wiosko!Życie, życie na mnie czeka!

Pąk roztula róża biała,W rosie stoją nizkie zioła...Noc miesięczna drży i pała...— Ktoś mnie czeka! Ktoś mnie woła!Strach mi czegoś... blednę, płonę,W duszy tak mi jakoś rzewno...Bądźcie zdrowe, sny prześnione!Ach, to miłość, miłość pewno!

Opalowa gore tęcza,Mgła opada z lasów czoła...W żyłach tętni krew młodzieńcza...— Ktoś mnie czeka! Ktoś mnie woła!W piersiach kipi, jakby morze...Duch błyskami się napawa...Skrzydła rwą się gdzieś w przestworze...— Ach, to rozkosz... ach, to sława!

Upojenia czara złotaCzyż nasycić mnie nie zdoła?Wiecznąż będzie ma tęsknota?...— Ktoś mnie czeka! Ktoś mnie woła!Gaśnie gwiazda na błękicie,Z echem kona pieśń daleka...Życie! żegnaj mi, o życie!Czarna ziemia na mnie czeka!

2/8 1880.

Nie wam, słowiki, wtórzyć przychodzę,Nie z tobą, różo, kwitnąć przy drodze,Którą przemija smutnych tysiące,Niesionych burzą od wieku...Nie z tobą w blaskach budzić się, słońce,Co świecisz równie cicho i jasno,Czy duchy płoną — czy w walce gasną...Lecz z tobą płakać — człowieku!

W ciszy nocy głos bije aż do niebios progu:— »Dopókiż przestępce ducha,W purpurę form odziani, bluźnić będą Bogu?Pókiż synowie ciemnościBędą wodzami ludów na drodze do słońca?I pókiż rzesza skalanaMiędzy ofiarnikami stać będzie ludzkości,U przenajczystszych ołtarzy?«

W ciszy nocnej głos pomsty bije aż do Pana,A noc w zadumie go słucha,Srebrna od łez, od westchnień ziemi cała drżąca...A nad jej czołem się żarzyGwiazda, jako dyament w szafirów oprawie...— »Zawezwę przed twoje sądyZbrodnie wielkich, co jadem przegryzły obliczeUciśnionej twojej ziemi...Jak śniegiem rozsypane, zaraźliwe trądyPrzed majestat słońca stawię,Po imieniu nazowię i liczbę wyliczęI wypiętnuję nazwiskoJaszczurczego rodzaju, co nieprawość swoję,Jako na brudne śmiecisko,Na dzieło ręki Twojej wytrząsa wzgardliwie...Ty sprawiedliwość czyń z niemi!«

Głos pomsty w ciszy bije aż do niebios proga,Dziwne jakieś niepokojeRozwiewają oddech nocy...Mgły białe, jako duchy, niosą się pierzchliwie,Gnane podmuchem przemocy...Jakaś tęskność, omdlenie i ucisk i trwoga,Ogromną skargę milczeniaRzuca w niebo pełne cienia,Pod którem ziemia leży, jak lutnia strzaskana.

W ciszy nocy głos pomsty bije aż do Pana:— »Oto człowiek, co w dni oweZ potu i łez sług swoich utkane bogatoNosił szaty szkarłatoweI łoże snu swojego przykrywał makatąZ łez i potu sługi swego.A kiedy ten zachorzał i nie mógł, omdlały,Zarobić chleba czarnego,Pan z mizernej zapłaty odliczył grosz mały,Aby się więcej zbogacił,I nędzarzowi grosza tego nie dopłacił.«

Wiatr powiał — i od ziemi poniósł jakieś szumyI nieukojone żale...Lekkich, mglistych oparów rozwichrzone tłumyWstają — i biją, jak fale,O zamknięte podwoje milczącego nieba...Zmieszane słychać wołanie,Jakoby głos pacholąt: »Chleba, ojcze, chleba!..«A w nędznej, zapadłej chacie,U Hjobowego barłoguDrży gromniczny ogarek w miesięcznej poświacie,Krwawe łuny rozwodząc po wilgotnej ścianie...

— »A oto jest człowiek, któryGłosi, iż miłosierdzia Pan chce, nie ofiary...I wielbi mądrość natury,

Co wylała nań hojnie wszystkie swoje dary,A nędzę stworzyła na to,Aby, bóstwu podobny, mógł pełnić na ziemiMiłosierdzie nad biednemi.Lecz gdy o wieczornej porzeZaszła mu krok w ciemności płacząca sierota,Okryta nędzy swej szmatą,Iż żaden głośny chwalca cnoty za garść złotaJałmużny jego nie liczy,Rzecze z szyderstwem krwawem i pełnem goryczy:»Niech cię śmierć rychła wspomoże!« —A wyrzekł to w obliczu natury — i Boga!A gwiazda, ze zgrozy zbladła,Widziała, jak sierota, chwiejąc się, upadła...

Głos pomsty bije w ciszy aż do niebios proga...A noc stroskana go słucha,Dyademu swojego gasząc blaski drżące,Aby o śmierć tego duchaNie pytała jej zorza, świt biały i słońce.

Ucichło w powietrzu łkanie,Jako piersi zmęczonej długim, ciężkim płaczem,Opadły lekkiej mgły szarfy,Głos pól i chat w westchnieniu rozwiał się echowem.A pokąd cisza ta trwała,Ludzie senni marzyli o wiecznym pokojuI o obfitości ciałaI mówili: »Spokój nam, iżeśmy dożyliTej błogiej spoczynku chwili,Iż umilkły jęczących skargi już na wieki«I zamykali powieki.Lecz przyszedł wicher mocny i zatrząsł świat, zaczemPowstało w górach wołanie,Jakoby ducha, co się obwołuje słowem,Na wiecznych lodów strażnicy.I uderzyły morza w srebrne swoje harfy

I zakipiała mórz piana...I porwały się rzeki skrzydłami mokremi,Każda ze swojego zdroju,Aby szły, płacząc łzami, po łanach tej ziemi...A jako głos nawałnicy,Co bije w organ, pełen skrzydlatych płomieni,Podniósł się wskróś nocnych cieniGłos pomsty — i uderzył o tron niebios Pana.

Gdy sądy boże, jak wichry, powstały,By kości nasze rozmiatać po świecie,Sierocy sztandar wielkości i chwałyBóg oddał w ręce poecie.Wziął go wieszcz, w blaskach słonecznych rozwinął,Jako ofiary i nadziei znamię;Ściągnął nad ludem potężne swe ramięI jak wódz — na duchy skinął.Poczuł się w sobie hufiec, rozproszonyPo krwawych ziemi całej polach bitwy;Pieśń się zerwała nad łany Korony,Nad puszcze sinej w mgłach Litwy.I w sercach ludu szukając oddźwięku,Wiązała w klęskach potargane struny,Nawykłe zdawna do klątwy bez jęku,Kiedy w nie biły pioruny.Długo my byli jak lutnia strzaskana,Niezdolna wydać nic więcej, prócz zgrzytu,Na której wichry od rana do ranaTargały ciszę błękitu.Długo my byli, jak trup porzucony,Co się nocami przebudza cichemiI idzie — bladym upiorem wskrzeszony,By ssać krew własnej swej ziemi.

Aż tknięci słowem nieśmiertelnem mistrza,Hymn my ofiary podnieśli z mogiły...Odtąd harmonja wciąż czystsza i czystszaWzmaga nam ducha i siły.Wieszcz wskrzesił serce narodu mdlejąceW marnych wysiłkach śmiertelnej rozpaczy...On dla rozbitków, dla nędznych tułaczyBył, jako ziemia i słońce.On z pieśni swojej uczynił ogniskoObozu duchów, przy którem się grzejeNaród zmartwiały, nim zorza zadnieje,Bóg wie... daleko czy blizko!On z pieśni swojej uczynił nam hasło,Po którem, bracia, na duchów strażnicyPoznać się możem nad ziemią zagasłąW martwej zwątpienia ciemnicy.On nam z niej słowa uczynił pacierza,Hymn narodowy nadziei i wiary,Puhar krzepiący i arkę przymierza,Co strzeże duchów ofiary.Jak zawołanie wspólnego nam rodu,Pieśń jego poszła po całej tej ziemi...I była chlebem wśród suszy i głodu,Zdrojami była żywemi.A budząc sennych z długiego uśpienia,Jak blask poranny, co bije wskróś powiek,Dla zbrodni — była okrzykiem sumienia,Dla słabych — hasłem: »Tyś człowiek!«Drżący ją starzec powtarzał o świcie,Patrząc w słoneczność wschodzącej jutrzenki;Dusza młodzieńcza swój zapał i życieZ jednej czerpała piosenki.Pieśń ta uwiła królewski dyadem,W którym łez naszych zabłysły kropelki,Nad czołem dumnem, spokojnem, choć bladem,Kobiety-obywatelki.

I zarzuciła płaszcz drogi, utkanyZ żywej tajemnych uczuć naszych przędzy,Na ziemię ojców, na krwawe jej rany,Na nagość i wstyd jej nędzy.Gdy biła w skrzydła anielskie nad ludem,Nawet bluźnierca uginał kolana...A w oku jego wzbierała, jak cudem,Łza wrząca, dawno nie znana.O bracia moi! ja wam nie uczynięKrzywdy, wołając o pomnik Adama;Wiem, że ta ziemia poruszy się samaI wyda z siebie świątynię.Wiem, że się zwiną puszcze starej LitwyNa wieniec godny śpiewaka swojego;Wiem, że z ich szumem, jak z głosem modlitwy,Rzeki do morza pobiegą.Wiem, że zniesiemy rękami własnemiZ nad brzegów Niemna i z równin KoronyChoćby po grudce ojczystych pól ziemiTemu, co czuł za miljony.

O konający na krzyżu, o Chryste!Bądź pozdrowiony przez męczeństwo duchów,Co idą smutne, milczące i czyste,Wśród walki życia wybuchów...I podniesione są w ciche błękity,Jak białe hostje ludzkości,Albo jak kielichy krwaweOkupu naszej przyszłości...I przed rozbłyskiem nowej gasną zorzy,Jak Ty, do krzyża przybity,Baranku Boży...Ave!

O! bądź pozdrowion, ginący z pragnienia,Przez te płomienne tęsknoty i żary,Co pierś naszego trawią pokolenia,Które w rozbite swe czaryNabrać nie może z żywych źródeł wody...Przez płomień walk, co ulataNad ciemnym okręgiem świata,Ogniem go dzieląc pomiędzy narody...Przez głuchych porywów lawę,Co nurtuje łono ziemi,Przez gorzki kielich zwątpienia,Co nas truje swymi jady...

Bądź pozdrowion cichy, blady,Męczenniku Ty pragnienia,Co między orły rzymskiemiKonasz wśród niebios zaćmienia...Ave!

O! bądź pozdrowion w opuszczeniu TwojemOd słońca, ludu własnego — i Boga,Przez tęskność duchów, co idą przebojem,Kędy do światła im droga...A przecież nieraz, gdy nikt ich nie słyszy,Patrząc na ciemnych tłumów senne morze,Które im rzuca mętną pianę — sławę,Skarżą się wśród nocnej ciszy:»Czemuś nas opuścił, Boże?...«Chryste, co przed tłumem dzikiem,W splotach cierniowej koronyKonasz ze skargi okrzykiem,Przez wszystkie zwątpienia ziemi,Wśród których niebo nie błyskaCudem żadnego zjawiskaPonad ludami smętnemi,Bądź pozdrowiony!...Ave!

Jeśli chcesz, droga, bym zapomniał ciebie,To pogaś pierwej te gwiazdy na niebie,Które świeciły nam w noce majowe...To, jako lampę wytloną nad ranem,Zdmuchnij ten księżyc z licem zadumanemI rozsyp z rosą blaski jego płowe...To przed jutrzenką wstań, biała, z pościeliI zagaś świt ten, co brzask szary bieli,Płosząc słowika, trwożnego kochanka...To nocy ciemnej, wiszącej nad ziemią,Proś, niech nie budzi zórz sennych, co drzemiąNakształt róż w pąkach zwiniętego wianka...— Lecz jestże pewnem, że gdy księżyc bladyZetrze z błękitów srebrzyste swe śladyI gdy ostatnia gwiazda już zagaśnie,Jestże dość pewnem, że dla zbłąkanegoWśród tej ciemności i chaosu tegoJedynem światłem nie będziesz — ty właśnie?

Zmierzch przejrzysty, zmierzch liljowyObłękitnił świat...Cisza bije mi do głowyPieśnią pól i chat...Słyszę, słyszę gdzieś w przestrzeniTajnych haseł ruch...Łzy otrzyjcie, uciśnieni:Oto idzie duch!...

Zórz przeźrocze, sny prorocze,Nowy wieszczą dzień...Świt gdzieś w różach się trzepoce,Choć go więzi cień...Spocznij, spocznij, serce drżące,Ból się skończy ten...Oto w zmierzchach gaśnie słońce,Idzie cichy sen!

Nędze ziemi nad smutnemiKrótko mają moc...Oto skrzydły gwiaździstemiLetnia spada noc...Przez mgły kędyś, przez tumany,Słychać wiejski dzwon...

Spocznij, ludu spracowany,Przyjdzie, przyjdzie skon!

Pójdę ja, pójdę drogą daleką,Po górach wichrem, po niźnach rzeką,Po chatach pieśnią, po polach ciszą,Gdzie się na roli zboża kołyszą.

Pójdę ja, pójdę szumem po boru,Jasnością we dnie, cieniem z wieczoru;Po łąkach pójdę przędzą pajęczą,W pogodę zorzą, po deszczu tęczą...

Pójdę ja, pójdę po miastach onych,Co stoją w potu kroplach czerwonych,I jako szare, znajome ptaszę,Oblecę każde nędzne poddasze...

Po sercach pójdę snami cichemi,Po myślach gwiazdą, co w dali mruga...I tak po całej obejdę ziemi,Jako szeroka i jako długa...

I łzy pozbieram, jak gorzką rosę,I w obu dłoniach pełnych poniosęDo tych dalekich świtu promieni,Co się to od nich wschód rankiem mieni.

Może mnie dojrzy przyszłych dni słońce,Nad mogiłami w dali wschodzące;Może wypije łzy jasność cichaZ rąk mych, jak rosę z kwiatów kielicha!

A żebyś ty, jasne słonko,Wiedziało,Co na ziemi jeszcze cieniówZostało,Nie padałobyś tak rychłoZa góry,Za te lasy, w płaszczu tkanymZ purpury!

Krótki dzionek do wieczoraOd wschodu...Nie roztaje pierś zakrzepłaNarodu...Nie nabiorą światłem myśliCzłowieka,Kiedy słonko tak nam prędkoUcieka!

Oj, żeby to już nad ludźmiSmutnemiUderzyła jasność duchaPo ziemi!Żeby w światło się podniosłyPowiekiI przyszłości dzień już nastałNa wieki!

A kiedy odchodzi leciuchną swą nogą,To gasi za sobą słoneczko nad drogą,I skrzydły unosi w posępne te mrokiWiosenne marzenia, wiosenne uroki...I woła do ciebie:»Skończony twój dzień!

Pożegnaj ty młodość,Idź w cień! idź w cień!«Ach! gdzież znajdziesz drogę, wśród zmierzchu i mgły?— Już rosa opada... To łzy! to łzy!

A kiedy odchodzi, raz jeszcze ramionaWyciąga do ciebie z ostatnim uściskiem...Co w życiu najdroższem, co było ci blizkiem,Omdlewa w pomroce — i gaśnie — i kona —I woła do ciebie:»Skończony twój dzień!Pożegnaj ty miłość,Idź w cień! idź w cień!...«Ach! czemże żyć będziesz ? Czem karmić twe sny ?— Już rosa opada... To łzy! to łzy!

A kiedy odchodzi, zamiera świat całyI robi się dziwnie posępny i cichy...I serce zamyka ten powój, ten biały,Co ustom gorącym otwierał kielichy...I woła do ciebie:— »Skończony twój dzień!Pożegnaj ty szczęście,Idź w cień! idź w cień!«Ach! gdzież się przytulisz? Ach, gdzież spoczniesz ty?— Już rosa opada... To łzy! to łzy!

A kto ciebie będzie złotem,Wiosko, odziewał?I tęczowem wód rzeszotemBlaski przelewał na strudze,Blaski przelewał?...Kto ci będzie słał pod nogiJasne kolory,

Gdy zapada dzionek błogiZa lasy, bory, het! cudze,Za lasy, bory?

A kto w twoich krzywych kosachIskry rozżarzy?Kto po łąkach i po wrzosachZbudzi kosarzy o świcie,Zbudzi kosarzy?...Przyjdzie tobie stać tak w cieniuTej czarnej roli...I zagłuchnąć w krzywd milczeniu,W długiej niedoli, jak życie,W długiej niedoli!

Przyjdzie tobie nocką onąStać we łzach rosy,Gdy nad łąką wysrebrzonąMgła strząsa włosy w ciemności,Mgła strząsa włosy...I nie będzie dnia dla ciebiePrzez lat tysiące...Aż na ziemi i na niebieZapłonie słońce wolności,Zapłonie słońce!

Czemuż ty mi, życie,Nie dało do rękiSrebrzystego sierpa,A w usta piosenki?Czemuż ja nie wstałamZ zorzami rannemi,By żąć nasze żytoNa czarnej tej ziemi?

Czemuż z mego czołaPot nie spłynął rosą?Czemu ja dziś nie z tych,Co te snopy niosą?Gdy słonko zapadnie,Żniwiarka schylonaOstatnią garść wiąże,Wyciągnie ramionaI razem z tym sierpemPorzuci na ziemięProstego żywotaTrud cały — i brzemię.............A kiedyż ja rzucęTo krwawych łez pole,Gdzie stanąć mi przyszłoNa dolę, niedolę?...Nie żęłam ja żyta,Nie żęłam pszenicy:A niosę snop ciężkiWieczystej tęsknicy!O zmroku go dźwigamI dźwigam o świcie...Ach, kiedyż ty duchomDasz spocząć, o życie?...

Jeżeli kochasz, nie wołaj mnie z sobą!Pomiędzy nami jest przepaść głęboka,Co nas rozdziela swych cieniów żałobąNa wieki!Próżno oczyma poglądasz smutnemiI próżno drogie wyciągasz ramiona...Ty będziesz dla mnie tak zawsze na ziemiDaleki!Od ciebie do mnie, odemnie do ciebieWolno przelatać promieniom księżyca,Co w zmierzchy letnie całuje na niebieLazury...I szumom lasów i ciszy pieszczotom,Pieśni słowiczych wyznaniom namiętnymI pełnym pragnień wieczystym tęsknotomNatury.Ale my sami tak trwajmy, bez słowa,Bez łzy, bez skargi, jak cienie dwa blade...Ból nasz niech tylko milczenia wymowaTłómaczy.Rozkosz?... Czy myślisz, że chwile zachwytuDuch twój — sam sobie, obojgu nam — życie,A twym porywom konieczność przesytuPrzebaczy?My tak zostańmy na długo, na zawsze!Płonące usta śmierć niechaj ochłodzi...

Mnie szczęście inne, pełniejsze, jaskrawsze,Przeraża...Żadnych uniesień i żadnych wybuchów!Mojemu sercu daj spalić się w ciszy,U beznadziejnych pożądań wszech duchówOłtarza...My nie z tych, coby umieli róż kwiatemZarzucić przepaść, dzielącą dwie dole,I przejść królewskim rozkoszy szkarłatemGłębinę...Ja wiem, że jeśli zawołasz mnie w ciszyImieniem, które na ustach ci płonie,Dusza cię moja stęskniona usłyszyI zginę!I to, co miało mi źródłem być mocy,Będzie omdleniem potęgi istnienia...Co było światłem, to stanie się nocyŻałobą...O patrz! ta przepaść tak pełna jest trwogi...Dusza się moja wyrywa do ciebie...Jeśli więc kochasz, nie wołaj mnie, drogi,Ze sobą!

Jak orchideje, co gwiazdą błękitnąTleją w powietrzu, nie tknąwszy się ziemi,I na sam zapach dalekiej gdzieś wodyW pąki grubieją, pękają i kwitną,Tak wy, o duchów marzących narody,Nie wkorzenione siłami żywemiW ojczyste pola i lasy i chaty,Wznosicie w błękit, łudzący was, cichy,Nadziei swoich otwarte kielichy,Które też więdną — jak kwiaty!

Ja się nie skarżę, Boże! ja nie płaczę,Choć wiatr roznosi jękami głuchemiChmury łez pełne, westchnienia tułacze,Po całej smutnej tej ziemi!Ja się nie skarżę, chód jasność dnia blada,Zaledwo słońca promieniem draśnięta,W cień i zmierzch nocy wieczystej zapadaNieznana, często — przeklęta!Ja się nie skarżę, choć kwiat nierozwity,W pąku zdeptany, bezpłodnie umiera...Ja się nie skarżę, choć prawdy błękityBurza piorunem otwiera...Choć po dolinach mgły ciemne się wloką,Chociaż szczyt każdy bezduszną opoką,Choć po przepaściach zwątpienia jest drogaMyślicielowi — do Boga;Choć wiekuistej harmonji twej tonyMilkną, wśród dzikich rozdźwięku wybuchów,Chociaż stworzywszy ciał całe miljony,Tak mało dałeś nam duchów!Ja się nie skarżę, choć Twoje narodyIdą, nie wiedząc, skąd, kędy i po co,I bijąc w siebie, jak morskich fal wody,Pracę stuleci druzgocą;Choć hasła wieku, jak błędne ogniki,W strasznej nicości prowadzą nas bagno,

Choć próżno biją w niebiosa okrzykiTych, co konają i pragną!Ja się nie skarżę, choć Twoje ołtarzeNie płoną wiecznej jasności pochodnią,Choć synom twoim na imię »nędzarze«,A nędza, tak często — zbrodnią!Ja się nie skarżę, choć serce człowiekaZ porywów marnych wykułeś, nie z siły;Choć smutnym droga tak bardzo dalekaDo ukojenia — mogiły!Chociaż ideał, na cząstki rozbity,Wspólnego duchom nie tworzy ogniska;Choć przez najczystszych uniesień zachwytyPłomień żądz ziemskich przebłyska.Ja się nie skarżę, choć słońce nie świeciW chacie nędzarza, w skazańca ciemnicy;Choć pokolenia posępnych stuleciMarnieją w gnuśnej tęsknicy!Choć tyle smutków i łez na tej ziemi,Tyle niedoli, ach! i tyle winy...Choć ponad ludów tłumami blademiBiją okropne godziny...Ja się nie skarżę! Cóż światu pomoże,Choćbym go skarg mych wstrzęsła huraganem?...— Smutno mi tylko, żeś Ty, wielki Boże,Całej tej nędzy jest — panem!

O kobieto, co z płochą, rozbawioną zgrająZ salonu do salonu świetne wozisz strojeI jesteś, jak te nocne mdłych powojów kwiaty,Co wtedy otwierają zamknięte kielichy,Kiedy błękit gwiaździsty snem otula światy,A przy każdem ognisku anioł staje cichyI studzi trosk życiowych wrzące niepokojeI zadumanym czołom pieszczotę snu daje —Ty, której puste serce gorącej uderzaTylko na dźwięk muzyki i widok tancerza,Powiedz mi, co tam w domu robi — dziecię twoje?

Jak braciom, co po długich niewidzenia latachPadli sobie w objęcia, od łez rwie się mowa,Tak nam, gdy stajem w waszych poddaszach i chatach,Niełatwo przed wzruszeniem serca przyjść do słowa.

Gdzie my od was odbiegli?... Gdzieście wy zostali?...Czemu nie razem, w górę, poszła nasza droga?Czemu my dzisiaj — wielcy? — a wy — czemu mali?Kto z nas za to odpowie przed sądem u Boga?

O bracia! jeśli sobie przebaczyć co mamy,Zróbmy to zaraz, dzisiaj! Dość żalów, dość kłótni...Otwórzcie nam ramiona: to my — was szukamy,Bośmy może winniejsi... ach! i bardziej smutni!

Wyjdę z chaty pod figurę,Będę Boga błagać, prosić,By mnie zmienił w czarną chmuręI rozkazał wichrom nosić...

Jak bliźnięcy my tułaczePolecimy, het!... na wolę...Cóż mi dole?... Co niedole?...Duch mój rwie się! Duch mój płacze!

Oj, ty wietrze, ptaku mglisty,Przez błękitną leć głębinę...Niechaj w cichych szumach płynę,Jak mdlejąca pieśń lutnisty...

Oj, nie do was, wy stolice,W blaskach złota i w purpurze,Bo płonęłabym, jak burze,Ciskające błyskawice!

Ale do was, nędzne chaty,Pola smętne i jałowe,Ale do was, leśne kwiaty,Wysrebrzone w rosy płowe...

Ale do was, bory ciemne,Co poicie mnie muzyką,

Jak ja, smętną, jak ja, dziką,Zdradzającą łzy tajemne!

Ale do was, wy mogiły,Krwią pojonej ziemi kwiaty...Tam zaczerpnie tchu i siłyDuch mój, jeniec ten skrzydlaty!

Ach! co tęsknot, ach! co żalu!Co gorących łez z opalu,Co błękitnych snów...Co upojeń cichych duszyWydać może flet pastuszyW pieśni swej bez słów!Cicho... ciszej... oto trącaW brylantynowy sierp miesiąca,W struny mlecznych dróg...Potem niżej, niżej spada,Jak mglejących wód kaskada,Aż pod chaty próg...Kto zmieszanych wrażeń dźwiękiZłoży w strofy — i w piosenki?Kto im ciało da?Kto w rozlotnem, cichem echuŁzę odróżni od uśmiechu,Gdy w uśmiechu — łza? —............Noc majowa, serca drżenie...Tęskność duszy... gwiazdy bladość..Długie smutki... krótka radość...Zapach łąki... lasów cienie...

Życie twarde nieskończenie,Bez promyka, bez rozświtu...Tajemniczy cień błękitu...Dzwon kościółka... chata stara...Poryw ducha uskrzydlony...Boleść cicha... żywa wiara...Blask księżyca... dębów szumy...Rozwinięta róża młoda...Szczebiot ptaszy, echa sielskie...Wymarzona gdzieś swoboda...Coraz cichsze, cichsze tony,Przez pół ludzkie, pół anielskie...Łzy — i skargi — i westchnienie...Beznadziejna noc zadumy...Nienazwane dusz pragnienie,Co się zrywa aż do nieba...Ciebie, ciebie tutaj trzeba,O Szopenie! o Szopenie!...............Pieśń miłosna, pieśń słowicza,Uścisk długo pożądany...Troska serca tajemnicza,Czy kochany? — czy czekany? —Krwi młodzieńczej żywe tętna...Prośba cicha i namiętna...Ogień w żyłach gorejący,Przyśpieszony oddech wrzący...Śluby kwiatów o księżycu...Rozchylonych ust korale...Srebrnej rosy czarów trunek...Pulsujące w skroniach fale,Żary w piersi, bladość w licu,Długi, cichy pocałunek...Ptak na gniazdo spada parką,Gdzie do rana miłość prześni...Jeleń łamie się z olszyny,

Chrzęst gałęzi łanię płoszy...W dali słychać śmiech dziewczyny...Noc miesięczna drży z rozkoszy...Jakże blade są twe pieśni,O Petrarko! o Petrarko! —

A czemuż wy, chłodne rosy,Padacie,Gdym ja nagi, gdym ja bosy,Głód w chacie?...Czy nie dosyć, że człek płaczeNa ziemi?Co ta nocka sypie łzamiSrebrnemi?

Oj, żebym ja poszedł inoPrzez poleI policzył łzy, co płynąNa rolę...Strachby było, z tego siewuŻąć żniwo,Boby snopy były krwaweNa dziwo!

Przyjdzie słonko na niebiosyWschodząceI wypije bujne rosyNa łące...Ale żeby wyschło naszychŁez morze,Chyba cały świat zapalisz,Mój Boże!

Rozlegnijże się,Głosie, po lesie,Po zielonej, szumiącej dąbrowie!Otrząśnij z rosyTrawy i kłosy,I te głogi, co kwitną w parowie!...

Przez pole, przez wieś,Rozgłosem się nieś,Aż do drogi, co idzie w kraj świata...Niech się zasłuchaMoja dziewucha,Wodna trzcina — i łąka — i chata...

Hej! głos dokoła!Cości mnie woła,Cości z piersi zabiera mi duszę...Żebym jeno chciał,Pół światabym miał,Tylko tyle, że konie paść muszę...

Jasność miesiącaW strudze odtrącaPłatki srebrne i złote, i sine...Żebym jeno chciał,To złotobym miał!Tylko sięgnąć w tę modrą głębinę...

I żal i miło,Jakby się śniło...Po gałęziach coś szepce, coś gada...W sercu kołacze,Śmieje się, płaczeI chce porwać i samo przepada!

Hej, dziwnaż to noc!Jakiś dech i mocIdzie na mnie od nieba, od ziemi...Żebym jeno chciałW górębym się rwał,Jak skowronek skrzydłami szaremi!

Oj, matusiu, lny nam kwitną,Jako niebo, tak błękitno!Pielcież zagon wedle krzyża,Bo się na mnie czas przybliża...Hej!...

A łzami go polewajcie,A na słonku suszyć dajcie...Niech go ciepły wiatr przewiewa,A skowronek niech ośpiewa...Hej!...

A rwijcież go w nockę jasną,Nim za borem zorze zgasną;A rwijcież go poniewoliZ naszej czarnej, chłopskiej roli...Hej!...

A zwiążcież go powrósłami,Jak mnie dziewczę rączętami...— Próżno, darmo, bój się Boga!Ja iść muszę, kędy droga,Hej!...

Uprządźcież mi cienkie płótno,Wybielcież je na wygonie...— Mocny Boże! toć tam smutno,Toć tam ciężko w cudzej stronie!Hej!...

Uszyjcież mi koszulinęW połudeńko, w progu chaty,Nie żałujcież zgrzebnej szmaty!Albo wrócę, albo zginę...Hej!...

Jak dostanę w piersi kulę,Jeśli taki wyrok boski,Niech na sercu mam koszulęZ lnu naszego, z naszej wioski!..Hej!...

Jakże cię mam brać, dziewczyno,Jakże cię mam brać,Kiedy mi cię z białej chatyNie chcą ojce dać?...

Anim ja nie ptak skrzydlaty,Anim ja nie ptak,Żebym z tobą leciał w góręPrzez ten modry szlak!

Anim ja nie duch, najmilsza,Anim ja nie duch,Żebym ciebie zdmuchnął z ziemi,Jako z kwiecia puch!

Anim ja nie mgła z nad łąki,Anim ja nie mgła,Żebym ciebie skrył tumanemPrzed jasnością dnia!

Anim ja nie grób, dziewczyno,Anim ja nie grób,

Żebym z tobą poniewoliDostał wieczny ślub!

Oj, padają łzy z wierzbiny,Oj, padają łzy!...A kiedyż ty, słonko moje,Będziesz świecić mi?

A czy też urok jaki,Czy mi tak na śnie stanie,Że mnie ktoś nocką woła:— »A wstawajże, hułanie!«Miesięcznaż bo noc!...

Ja konia duchem z łąki...Stronami ognie świecą...A za mną czarne wronkiOd boru, kracząc, lecą...Miesięcznaż bo noc!...

Trąbkę gdzieś słychać w dali...Psy we wsi czegoś wyją...A we mnie serce wali,I wdziewam ferezyją...Miesięcznaż bo noc!...

A tu ci już gromadaI tatuś przede progiem...Ja czapkę ciskam w górę:— Ostańcież z panem Bogiem!...Miesięcznaż bo noc!...

W lot furczą chorągiewki,Pode mną konik skacze...U krzyża na rozstajuZosienka czegoś płacze...Miesięcznaż bo noc!...

Oj, płacze, lamentuje,Cości przez dwie niedziele...A w trzecią idzie prosićSąsiady na wesele!Miesięcznaż bo noc!...

Z pod lasu tuman wstaje...Rży siwy, coś się lęka...A cóż ja temu winien,Że mi się śni wojenka?..Miesięcznaż bo noc!...

A czegóż rżysz po rosie,Koniku ty mój siwy?Nie będę ja ci w jedwabZaplatał długiej grzywy!Hej, długiej grzywy!

Nie będę ja cię wodziłNa uździe z karmazynu;W parciankach będziesz chodził,U pługa, chłopski synu!Hej, chłopski synu!

Nie będziesz ty się pysznił,Pod siodłem, pod czerwonem;Łeb jeno zwiesisz smutnieNad czarnym tym wygonem...Hej, nad wygonem!

Zębatą ciągnąc bronę,Spotniejesz białą rosą,Ani cię wiatry oneW kraj świata nie poniosą...Hej, nie poniosą!

Ani ja nie dam ciebieW złociste kuć podkowy,Cobyś tak stąpał z góry,Jakoby nasz karbowy...Hej, jak karbowy!

Nie będą drobną sieczkąKarmiły ciebie panny;Nie padniesz w krwawem polu,Świszczącą kulką ranny...Hej, kulką ranny!

Na piasku, na ugorze,Gospodarz cię ostawi,A rosa oczy wyżre,A słońce kości strawi...Hej, kości strawi!

Nie będą tobie grałyMuzyki, ni trębacze,Wiatr jeno cię pogrzebie,A deszczyk cię zapłacze...Hej, deszcz zapłacze!

— A kto ciebie, ty wierzbino, wychował?A kto twoje fujareczki czarował?...— Wychował ci mnie mój rodzic,Ciemny las,

Kędy stoję w chłodnej rosieAż po pas!

Wykarmiła mnie ta ziemia, ta matka,Płakiwała ze mną brzoza, sąsiadka...Czarna rola podawałaChleb i sól,Wykołysał wiatr szumiącyZ łąk i pól.

Latał ci on miesięcznemi nockamiNad sennemi wioski naszej chatami...W srebrnej strudze maczał skrzydła,Jako ptak,I roztulał dzikie głogi,Polny mak.

Z starych mogił zbierał skargi i żale...I otrząsał po kalinach korale...I uderzał grzmiącą piersiąW czarny bór,Aż się ozwał siwych dębówGłośny chór!

Tęskność, smutek, łzy sieroce, jak białyTuman z łąki, za nim w ślady leciały...Wiatr gałązki moje gibkieCałował,Na fujarki je urzekał,Czarował!...

Albo mi ptaszkowieSwoje skrzydła dajcie,Albo mi przed chatąNocką nie śpiewajcie!...

Ani ja w tęsknicyWytrwać sercem mogę...Ani z wami leciećW oną ciemną drogę!

Oj, nie tak się trzymaWłasny cień człowieka,Jako smutek tego,Co przed nim ucieka!...

Chodziłem za pługiem,Chodziłem za broną...A wszędy poniosłemDuszę zasmuconą.

Żebym takie miejsceWiedział na tej ziemi,Gdzie tęskność nie trafiZe łzami swojemi,

Tobym choć przez latoSzedł tam pasać konie,I wesołe pieśnieŚpiewać na wygonie...Hej!...

Wsiałem ci ja w czarną rolęNa wiosnęDwie głowiny chłopiąt moichŻałosne,Co daremnie poglądałyOczyma,Czy w komorze kęsa chlebaGdzie niéma?...

A i cóż mam z tego siewuZa plony?Jeno krzyżyk na cmentarzuZielony...Jeno gorzkie te piołunyNa grobie...I tarniny czarnej krzakiW żałobie!

Oj, ty ziemio, ziemio stara,Rodzico!Darmo ty się karmisz nasząKrwawicą...Darmo kośćmi naszych dziatek,Nieboże,Kiedy chleb twój nas wyżywićNie może!

Świecą gwiazdy, świecąNa wysokiem niebie...Jeno nie myśl chłopie,Że to i dla ciebie!...

Ta jasna z tysiąca,Co wschodzi od boru,Jako skrawek słońca —To pana ze dworu...

A niżej ta drugaZe złota szczerego,Co nad stawem mruga —Proboszcza naszego...

A trzecia, co w pobokRzuca snop ognisty,

Jako srebrną kądziel —Gwiazda organisty...

Wszystkie przed oczymaPalą się jak zorze...Tylko twojej niéma,Chłopie ty, nieboże!

Powiadają ludzie,Że z dawnej dawnościPan Bóg wszystkie gwiazdyZapalił w równości...

Ni chłopa, ni panaNie było na niebie,Każdy człek swą własnąGwiazdę miał dla siebie...

Ale jak się zacząłKurczyć lud ubogi,Poszły gwiazdy z niebaNa rozstajne drogi...

A te pańskie świecą,Jako talar biały,A te chłopskie w rolę,Jak łzy, pospadały!

Oj, zaszumiały brzozy płacząceW dąbrowie...Bywajcie zdrowi, siwe gołąbki,Ojcowie!Pójdę ja z kosą dalekim krajem,Dunajem...

Może mnie wezmą kędy do żniwaZa najem!Pójdę ja, pójdę, sierocą drogąPo świecie...A kędyż wy mnie, czarne jaskółki,Najdziecie?Albo na polu w krwawej robocieI w pyle...Albo przy onej rozstajnej drodze,W mogile!Jedna duszyczka z chaty bielonejUbędzie...Jeno ci o niej wichry nieść będąOrędzie...Jeno żórawie, co ciągną górą,Od rzeki,Na bystrych piórach głos mój poniosąDaleki...Jeno ta woda, co idzie modraW kraj świata,Braciom słóweczko tęskliwe podaOd brata!..

Pójdę ja, pójdę, w cudzą krainę,Tułaczą...Ani mnie kiedy te gwiazdy sineObaczą!A nie pytajcie, jakie tam rosyPerłowe,Boby o ścianę tatuś swą siwąTłukł głowę!...A nie pytajcie, jakie tam sznuryKoralu?Boby matusi pękło serdeńkoOd żalu...Ani pytajcie, jakie tam pieśnieA dzwony,

Boby mnie głośno las ten zapłakałZielony!

Zaświadczże mi, nocko jasna,Gwiazdy swojemi, swojemi,Żem ja się nie skarżył w smutkuLudziom na ziemi!

Ni sąsiadom, ni wójtowi,Ni panu w dworze, oj, w dworze,Jeno wiatrom, co kołysząWody w jeziorze!

Jeno temu zadumaniu,Co z rosą płynie, oj, płynie,Jeno onej gwiaździe bożejW cichej godzinie!

Jeno onym dziwnym szumomZ czarnego boru, oj, boru,Jeno sinym tym tumanom,We mgłach wieczoru!

Anim w dzień wyrzekał kiedyPrzed chaty progiem, oj progiem,Jenom z tobą, nocko, płakałW cieniu, przed Bogiem!

W chacie u mego siedzę okienka,Cieniuchną nitkę wysnuwa ręka;Przedemną kądziel siwa, brodata,A oczy — lecą na koniec świata!

Z mego okienka widać niemało,Byle się tylko patrzeć umiało,Byle tchem ciepłym od wnętrza chatyOdchuchać srebrne na szybach kwiaty...

W lewo i w prawo widać szmat niebaI tylko oczy podnieść potrzeba,Żeby zobaczyć wśród gwiazd tysiącaCości wielkiego... cości bez końca!..

Choć w szybce otwór taki malutki,Choć mgła się nad nim wiesza, jak smutki,Choć rosa stoi w perłach, jak łezki,Widać het!.. cały pałac niebieski!

A kiedy wiosną kogut zapieje,Kiedy w słoneczku wioska odnieje,To taka jasność uderzy potem,Jakby kto chatę potrząsnął złotem...

I widać wtedy z mego okienka,Jak się u brzegu chwieją czółenka,

Jak ta Wisełka, ta modra, nasza,Flisów do drogi z sobą zaprasza...

Wiosce tam wielkiej wody nie trzeba;Młynek na strudze dość zmiele chleba...A nieraz przecie myślę: Moc boża,Że nasza Wisła idzie do morza!

Idzie i szumem po świecie gada,Jak się tu u nas sprawia gromada...I niesie — Bóg sam wie, jak daleko,Tratwy i pieśnie i łzy, co cieką...

Z mego okienka widać na lewoOgromne, stare, spróchniałe drzewo,Co, powiadają, zakwitnie wtedy,Jak już na świecie nie będzie biedy,

Ni ludzkiej krzywdy, ni poniewierki,Ani wojenki, ani żołnierki,Gdy każdy w własnej chacie zasiędzieI wszystkich braćmi nazywać będzie...

Jaćbym tam temu nie była krzywa!Chce się zwać bratem — niech się nazywa...Byleby tylko Jaśka w DąbrowieDali inaczej wołać ojcowie!...

A tam na prawo, gdzie boża męka,Widać het pole z mego okienka...Po miedzy tatuś w zamysłach chodzi:Czy też zarodzi?.. czy nie zarodzi?..

Oj, głód — to straszna jest kara nieba...Ojcze nasz, daj nam czarnego chleba!Zapal nam słonko najświętszą rękąI rzuć promyczek w każde okienko!

Dzwon! dzwon na trwogę!...To w bratniej gdzieś stronie!Widać... o! widać zorzę purpurową...— Czechy, ratujcie! rodzinny dom płonie!Dach wam się wali nad głową!Gore! kto żywie, kto w piersiach ma ducha,Śpiesz, śpiesz z pomocą! Już pożar na szczycieRojem skrzydlatych płomieni wybuchaI szuka drogi w błękicie!Śpiesz! Już ogniste jaskółki obsiadłyRzeźbione fryzy, od dołu do wierzchu...Już się rozwiodła krwawemi widziadłyŁuna w wieczornych zórz zmierzchu!Już syczą węże płomienne, już w kłębyWzdłuż ścian się wspięły ohydnym pierścieniem...Już duch zagłady opasał te zrębyTragicznem swojem ramieniem!Gore! ach gore! snop iskier wylata,Jak pszczół płonących czerwone roisko...Gryzące dymy, jak zgieł brudna szmata,Po ziemi wloką się nizko.

Wody, Wełtawo! Hej, fale wy szumne,Wstrzymajcie swoje srebrzyste pochody!Tu, w górę wznieście potężną kolumnę,W serce płomieni! Hej, wody!...Bij, orle, skrzydłem na trwogę w mgły sine!Zbudź góry czeskie, las czeski zielony!Niechaj uderzą przez całą krainęWszystkie wieżyce we dzwony!Niechaj kto śpieszy znanemi ścieżkami,Niech z Białej Góry garść ziemi kto poda!Może z niej tryśnie żywymi zdrojamiKrew bohaterów, łez woda!Piersią zasłonić te mury! — Gdzie synyW siwiźnie klęsk swych stojącego grodu?Gdzie lud tej głośnej z swych nieszczęść krainy?Gdzie bracia tego narodu?Na pomoc śpieszcie! na pomoc! ja sama —Puśćcie mnie tylko — nie lękam się żaru...— Ach! już runęło! otwarta już bramaDo płonącego Tartaru! —Ach! już runęło! już niema nadziei!W gruzy się skarbiec rozpadł narodowy! —Kędyż ty, »słowo«, wśród wichrów zawieiSierocej nakłonisz głowy?Gdzie się przytulisz, o czeska ty lutni?Duchu praojców, gdzie będziesz uczczony?Zgorzał już dom twój, a my stoim smutniZ załamanemi ramiony!Będziesz ty chyba, jak gołąb ów siwy.Latać po lasach i po drzewach siadać,

I cichym rankiem los swój nieszczęśliwyDębom starym rozpowiadać.Będziesz ty chyba, jak duchy pokutne,Nad Białą Górą we mgłach wstawać nocą,Na harfie wichrów grać pieśni swe smutne,Rozwodzić skargę sierocą!Idź, idź, wygnańcze z rodzinnej twej ziemi!Zwalił się dach twój, strzaskany od gromu...Głownie dziś sterczą nad mury twojemi...Idź, idź! ty nie masz już domu! —Poszedł... wiatr powiał i poniósł wzdłuż krajuIskry i dymy i płacz i westchnienia,Poszedł — jak Adam, wygnany precz z rajuOgnistym mieczem płomienia!I wróci w cichą pogodę majowąSłowik — i pieśni w dąbrowie zanuci;A ten duch-tułacz, bez dachu nad głową,Kiedyż, o bracia, powróci?!...

Ojczyzno dzielnych! o sławna ty Prago,Stara chrzcielnico narodów, do pracy!Powstańcie męże, powstańcie junacy —Połowa czynu — odwagą!Zebrać te gruzy! — Gmach nowy tu stanie;Dalej do pracy pospołu!Wszak życiem świata — ciągłe zmartwychwstanieI odrodzenie z popiołu! —

Szare ptaszyny, szare ptaszynyW łunie zachodu lecą!...Ostatnie złote słońca kruszynyNa ich skrzydełkach świecą...Za sine morze, jak czarna chmurka,W kraj świata mkną, daleko!..A w locie gubią pstre swoje piórkaNad oną modrą rzeką...Oj, wy ptaszyny! pewno nie znacie,Naszej bielonej chaty,Ani ogródka mego przy chacie,Gdzie kwitną krasne kwiaty...Pewno nie znacie mego dziadula,Co z lipy łyżki struże...I plastry miodu wybiera z ula,Ot, takie słodkie, duże...Pewno nie znacie tej dzikiej gruszy,Szumiącej w drobne liście...Ani Stasieńka, co gra od duszy,Tęskliwie, a ogniście...Pewno nie znacie mgieł tych, co zranaPo łąkach tak się wloką,Że trzeba w srebrze brnąć po kolana,Jak tylko zajrzy oko...Ani tej tęczy, co ziemi sięgaNa pańskim, het, folwarku,

Jak najognistsza w kolory wstęga,Kupiona na jarmarku...Ani tej sosny, co rośnie krzywaW niezdartej swej opończyI jeno z wiatrem gałęźmi kiwaI białą smółkę sączy...Ani tej naszej grobli nad rzeką,Huczącą, gdyby żarna,Gdy z niej po żwirach kropelki cieką,Jak rozsypane ziarna...Ani tej łąki, gdzie pachnie siano,Grabione przede żniwy...Ani ugoru, gdzie gna co ranoOwieczki owczarz siwy...Ani tych dymów, co się tam ścielą,Jesienną wróżąc słotę...Ani taneczka z huczną kapelą,Ludziskom na ochotę...Ani tej zorzy, co het, za górką,Na wyścig ze mną wstaje...A tak się śpieszy przyjść na podwórko,Aż mnie matusia łaje...Ani miesiączka tego jasnego,Co się tak patrzy blady,Aż się coś dzieje w sercu dziwnego,Choć płakać!... ani rady!Pewno nie znacie tego przełazka,Kędy po wodę chodzę,A Stacho do mnie, jak do obrazka,Modli się tam przy drodze...Ani tych dzwonów z kościelnej wieży,Co we mgłach kędyś toną...Ani mogiłki, gdzie tatuś leży,Pod darnią, pod zieloną...Ani tej pieśni, co płynie rzewnaPrzy krosnach, u ogniska,

Kiedy łuczywo z smolnego drewnaIskrami w koło pryska...Ani tej nocki, co wstaje biała,W złocistych gwiazd koroniePatrzeć, czy rosa już rozsypałaSznur pereł po zagonie...Ani tej ciszy, co w chaty proguZ palcem na ustach siadaI słucha, kto się poleca Bogu,Kto krzyż na czoło wkłada...Ani świerszczyka, co przy kominieĆwierka, schowany w dachu...Ani snów dziwnych o rozmarynie,O drużkach... to o Stachu...Bo gdzieżby wam też, mocny mój Boże!Na głody, chłody, troski,Za siódmą górę, za siódme morzeOd takiej lecieć wioski!

Rozbłysły oczy moje wśród zieleniLasów szumiących...I napiły się błękitu strumieniSrebrem ciekących...Jako jaskółki nad łąką, latałyZa błyskiem kosy...I tak się mgliły, jak obłok ten biały,Kroplami rosy.Za falą kłosów, co chwieją się w wietrze,Szły dumające...I wypatrzyły jutrzenki najbledsze,Nim wzeszło słońce...W łunach zachodu, w odblaskach purpuryZiemię widziałyI do gwiazd srebrnych przez ciemne lazuryBiegły, jak strzały...

A przecież znowu smutne są i tonąW cieniach tęsknoty,Choć oglądały tę wioskę zielonąI plon jej złoty...Bo przez róż świeżych otwarte kielichy,Pól barwnych szatyUjrzały lud mój posępny i cichyI nędzne chaty!...

Mgła przejrzyste tkanki przędzie,Sny z nich zwija, sny tumany...Idzie wieczór zadumany...Co to będzie?.. co to będzie?...Ojciec z pola wraca smutno,Nie zrodziły nam się żyta...Matka z łąki zbiera płótno,A mnie tęskność jakaś chwyta.

Płyną chmurki, jak łabędziePo głębokim, modrym stawie...Kruczą kędyś w nich żórawie...Co to będzie?.. Co to będzie?...We dnie smutek płoszy praca,Słonko z oczu rosę pije...Ale nocką serce bijeI tęsknica znów powraca.

Z kołowrotkiem matka siędzie,Ojciec zdrzemnie przy kominie...Pieśń od boru z wiatrem płynie...Co to będzie? Co to będzie?...Czegoś pragnę, czemś się trwożę...Coś drży we mnie, coś się pali...Za dziesiąte szłabym morze,Żeby tylko matuś dali!...

Hej, mruga na mnie, mrugaSzumiąca, chłodna struga...

Hej! szepce coś do ucha,Aż serce samo słucha...Z nad łąki wstają mgły...

W chałupie żona stęka,Aż jęczy cała chata...Za poły jakaś rękaWyciąga mnie ze świata— Czas, chłopie, spocząć ci!

Jak też ten miesiąc świeci...Ach, ratuj Matko Boża!..W barłogu głodne dzieci,W stodole niema zboża...Dał Pan Bóg ciężkie dni!

A cóż ja im pomogę?...Hej, w drogę! w srebrną drogę!Na spodzie piasek złotyOpłucze krwawe poty,Obmyje krwawe łzy...

Na strudze młynek huczy,Pod lasem cień się włóczy...Oj! słonko nie dobudziŚwitaniem wszystkich ludzi...Kto usnął, niechaj śpi!

Za górką bledną zorze...Przybliża się godzina...Ha!... w imię Ojca... Syna...Co za szum!... Mocny Boże,Bądź miłościw mi!...

Idzie cichy wiatr przez pole,Kołysze się falą żyto...

— Hej, cyganko! hej, wróżbito!Wywróżże mi moją dolę.A wróż mi ją z gwiazdy onej,Co nad chatą naszą świeci...Z tego szumu, co tam leciOd dąbrowy, od zielonej.A wróż mi ją z prawej ręki,Z prawej ręki żywicielki...Ze źródełka u grobelki,Co zaklęte gra piosenki!...A wróż mi ją z dobrem słowem,Z onej tęczy, z onej wstęgi,A wróż mi ją pismem owem,Co to stare piszą księgi! —

— Doli twojej niema w księdze,Ni na wodzie, ni na niebie,Jeno w czarnym twoim chlebie,Jeno w siwej twej siermiędze.Ani z gwiazd złotego snopa,Ani z szumu u grobelki,Tylko z ręki żywicielki,Wróżyć mogę dolę chłopa!...Oj, będziesz ty, będziesz panem,Ni to królem, ni hetmanem...Twoje państwo, jak świat długi,Zaorany twymi pługi...Będziesz chodził ty w czerwieniPotu swego krwawej rosy...W złocie, w srebrze tych promieni,Co padają od twej kosy...Wykopiesz ty skarb bogaty,Gdzie ta rola zaorana,I talary i dukaty,Nie dla siebie, lecz — dla pana...Umiłuje cię królowa,Co się odrzec siebie nie da

I aż na śmierć ci dochowaŚlubnej wiary... krwawa bieda!Nocką uśpi, nocką zbudzi,Strzec zasiędzie twego proga;Ani tobie z nią do ludzi,Ani tobie z nią do Boga...Jak się wiosną ruszą kwiatkiI roztają rzeki z lodu,Uśpi ona twoje dziatkiPieśnią płaczu, pieśnią głodu...A i ciebie droga czeka:Nie szeroka, nie wysoka,Ale w ziemię, het!... głęboka...Ale w górę, het!... daleka...A będą cię prowadziłyOną drogą woły siweI te dzwony żałośliwe,Na pokoje — do mogiły!

Przeorały raz i drugiZiemię naszą ciężkie pługi;A po każdym skiba czarnaCzeka siewu, czeka ziarna.Hej, siewacze, błogi czas!Czemuż dotąd nie ma was?Burze wstrząsły ziemi łonem,Wiatr przeleciał nad zagonem,Spadły z nieba żyzne deszcze,A was dotąd niema jeszcze!Hej, siewacze, na wasz trudCzeka ziemia, czeka lud!Kości ojców, ich mogiły,Pola nasze użyźniły;Słonko wschodzi nam powoli,Białe rosy drżą na roli...

Hej, siewacze, błogi czas!Stara ziemia czeka was!

»Kołysz mi się, kołysz,Kołysko lipowa!...«Niechaj cię, Jasieńku,Pan Jezus zachowa!Zachowa cię roczek,Zachowa cię drugi...A potem cię wezmąDo dworskiej posługi.

»Kołysz mi się, kołysz,Kołysko pleciona...«Póki nie wysnujęNiteczki z wrzeciona...Wysnuję ją długą,Jak te pańskie pola,A taką ci szarą,Jako chłopska dola!

»Kołysz mi się, kołysz,Kołyseczko z łyka...«Na gościńcu tuman,Z wiatrem gra muzyka...Oj, grają ci, grająZłociste trębacze...Jasieńko się żegna,Matka w progu płacze!

»Kołysz mi się, kołysz,Kołyseczko biała...«A ja sobie pójdę,Gdzie ja będę chciała...

Nie pójdę dalekoOd dzieciątka mego,Jeno na on cmentarzDo dołu czarnego!

Temu tylko pług a socha,Kto tę czarną ziemię kocha,Kto ten zagon zna do głębi,Kogo rosa ta nie ziębi,Kto rodzinnych swoich pólZna wymowę — łzy i ból!

Temu tylko ostra brona,Na kurhanach wyszczerbiona,Kto ukochał lud w siermiędze,Kto zna twardej doli nędze,Kto wyciągnął, jako brat,Dwoje ramion do tych chat!

Temu tylko kosa krzywa,Kto w przyszłości wierzy żniwa...Kto po nocach cichych słuchaPrzyjścia zorzy, tchnienia ducha,Komu lemiesz, to dziś — miecz...A wy, zimni, z pól tych — precz!

— A czy po tobie wichry nie chodzą,Ścieżyno,Nie biją burze, deszczów potokiNie płyną?Czy słonko swoich jasnych promieniNie ściele,

Że się po tobie tak bujnie rzucaZłe ziele?...

— Oj, chodzą po mnie wichry szumiąceSkrzydłami...Oj, biją burze i deszcze płynąStrugami...I słonko rzuca pęki promieniZ daleka,Tylko brak śladu stopy dobregoCzłowieka!

— A czy ty wiedziesz między odmieńceA wrogi,Żeś tak, ścieżyno, w tarnie porosłaI w głogi?...A czy ty wiedziesz do cudzej, obcejGdzieś ziemi,Żeś tak porosła cierniem i chwastyDzikiemi?...

— Ani ja wiodę w obcą i cudząKrainę,Ni między wrogi, za szumne morze,Za sine,Ani ja wiodę między odmieńceDo boru,Jeno do onej zapadłej chatyZe dworu!

Przyjdzie zorzeńka do mojej chaty,Znikomy sen odgania:»Wstań, wstań do kosy! Już wschód się mieniOd łuny, od świtania!«

Na grzbiet, siermięgo! Nie oschłaś z potuPrzez krótką noc czerwcową...Do ręki koso, ty bojownico,Na łąkę za dąbrową!

Przyjdzie południe do mojej chaty,U twardej siędzie ławy...I patrzy — jasne — na moją dziatwę,Bladą od lichej strawy...I rozłamuje czarny kęs chlebaDrżącemi ot, rękami...A co poniesie do ust kruszynę,To się zaleje łzami!

A przyjdzie nocka do mojej chaty,Podeprze głowę rękąI w dumach, dumkach, siedząc na progu,Rozlega się piosenką...A serce w piersiach ptakiem się zrywaI drży ta chata licha,Gdy pieśń tęskliwą o chłopskiej roliŚpiewa ta nocka cicha!

Chodziły tu Niemce,Chodziły odmieńce:»Sprzedaj, chłopie, rolę,Będziesz miał czerwieńce!Zapłacimy chatę,Zapłacimy pole...Będziesz miał talarówNa caluśkim stole!«— A mój Niemcze miły,Idźże, kędy raczysz!Ale mojej roliRówno nie obaczysz!

Schowaj se czerwieńceI białe talary...Kto przedaje ziemię,Nie naszej ten wiary!Bogatyś ty, Niemcze,I trzos twój chędogi,Ale na tę ziemięJeszcześ za ubogi!Pójdą twe talaryZa rolę, za płoty;A kto mi zapłaciTen miesiączek złoty?A kto mi zapłaciZa tę jasność bożą,Co w moje okienkoIdzie z każdą zorzą?Za ten dach słomiany,Co mi głowy strzeże?Za ten dzwon, co dzwoniRankiem na pacierze?Za te lasów szumy,Za te polne kwiaty,Za ten krzyż pochyły,Co mi strzeże chaty?A kto mi zapłaciZa te jasne rosy,Co się srebrem sypiąNa łąki, na wrzosy?Za wiosenny klekotNaszego bociana?Za tę pieśń z pod lasu:»Oj dana!... oj, dana!...«A kto mi zapłaci,Za tę modrą wodę?Za ciepło słoneczne,Za cichą pogodę?

Za ten piasek biały,Gdzie się trzpioczą dzieci?Za tego skowronka,Co nad głową leci?Za ten wiatr, co wieje,Za fujarki granie?Za tego świerszczyka,Co tam świerka w ścianie?Za palmę, co pękaW kwietniową niedzielę?Za gruszę tę polną,Co długi cień ściele?A kto mi zapłaciZa słodkość tę miodu,Co pszczoły ją niosąDo ula z ogrodu?Za cmentarz rozkwitłyW głóg dziki, jak sady,Gdzie leżą w mogiłkachOjcowie i dziady?A toćże i mnie tamGospody potrzeba,Gdy Pan Bóg zawoła:— »Chodź, chłopie, do nieba!«A toćby mi dzieciPo nocach tęskniły,Nie wiedząc, gdzie szukaćOjcowej mogiły!Nie sprzedam ci roli...Weź, Niemcze, talary...Kto ziemię przedaje,Nie naszej ten wiary!

Trzy ścieżki idą z chatyNa dolę i niedolę...

Ta jedna idzie przed się,Gdzie orzą pańskie pole,Ta druga idzie w lewo,Gdzie biała karczma stoi,A trzecia na ten cmentarz,Gdzie leżą wszyscy swoi...

Od znojnej pracy potuNa jednej stoi rosa;Na drugiej — z ojca, z matki,Śmieje się dziatwa bosa;Na trzeciej konik polnyW poranki strzyże parneI brzoza biała płacze,I krzyże stoją czarne...

Po dróżkach onych chodząW siermięgach ludzie bladzi...A któż im wskaże taką,Co w ducha świat prowadzi?...

Zaszumiał las, zaszumiał las,Od płaczu mojej pieśni...Po szczytach drzew ruszył się śpiew,Ptaszkowie łkają leśni...

Zakipiał zdrój, zakipiał zdrójOd tęsknot moich żaru,I sine mgły i srebrne łzyRozbłysły w cieniach jaru...

Zerwał się wiatr, zerwał się wiatr,Echem mych skarg zbudzony,I poniósł szum żałosnych dumW dalekie, cudze strony...

Uderzył dzwon, uderzył dzwon,Jak serce me, na trwogę,A sennych chat, gdzie lud, gdzie brat,Rozbudzić dziś nie mogę!

Szczęśliwa stokroć i błogosławiona,Gdy to, co kochasz, tak siebie masz blizkiem,Że dość ci tylko wyciągnąć ramiona,By świat swój objąć uściskiem!

Niepokój ducha, tęsknota palącaNie woła ciebie w te mgliste otchłanie,Gdzie, nim obaczysz dni przyszłych wschód słońca,I życia — i łez nie stanie!

Wierz mi, rzecz smutna kochać się w błękicie,W dalekich świtach i w gwiazdach i w burzy;Bo, jak męczarnia, miłość taka nużyI z piersi wykrada życie.

Nie zazdrość nigdy tym, co w ducha męceU drzwi przyszłości krwawią sobie ręce.By odejść od nich, gdy zabraknie siły,Do zapomnianej mogiły.

Ty, dziecię, kochaj twój dom, twoich braci,Dzieje i pieśni i kwiaty twej ziemi;Ta ci się miłość stokrotnie opłaciSkarbami szczęścia żywemi!

Warszawa, 15 grudnia 1881 r.

Pójdź ze mną!... Słuchaj! Jest świat, w którym duchyDo słońca lecą, jak zbudzone ptaki,I praw odwiecznych oglądają ruchyI widzą ustaw wiekuistych szlakiI rozwieńczają gwiazdy z ich promieni,Ważą mgławice i w świetlnej przestrzeniZłotą kometę chwytają za włosyI słyszą drżące sfer błękitnych głosy...Tam ja iść pragnę! Lecz wśród słońc mi ciemnoBez błysków myśli twojej... O, pójdź ze mną!

Pójdź ze mną!... Słuchaj, wiem, że jest potęga,Która oblicza oddech lilji cichyI pulsów trawki znikomej dosięgaI mierzy białe konwalji kielichyI jedną kroplą rosy je obdziela...Wiem, że jest siła, która z siebie wcielaŻycie w pęd młody powiewnej leszczynyI zwija palmie nad czołem koronę...Chlebem napełnia kłosy i kruszynySwej obfitości w mchy kryje zielone...Żar słońca waży — i wilgoć podziemną,Tka nerwy listków, róż przędzie szkarłaty...Ale bez ciebie milczą dla mnie kwiatyI lasy milczą dla mnie... O, pójdź ze mną

Pójdź ze mną!... Cicho nad księgą schyleni,Zaklniemy w ciało mglisty szereg cieniWieków ubiegłych, przyjrzymy się walceZnikłych pokoleń i spuściźnie krwawejMiljonów ludzi... przyłożymy palceDo ran głębokich ludzkości i sławyObelisk biały obejdziem dokoła...Dojrzymy skryte prądy wśród zamieciI słupem ognia przodujące czołaI usłyszymy wołania stuleciI hasła dziejów i wrzawę tajemnąKu wielkim celom idących szermierzy...Lecz, gdy mi serce nad księgą uderzy,Ty myśl rozjaśnij moją... O, pójdź ze mną!

Pójdź ze mną!... Słuchaj, wiem, że ideałyMożna widomie sprowadzić na ziemię,Że można wiedzą przeniknąć świat cały,Że można ulżyć pracującym brzemię,Że można drobne utulić dzieciny,Rozbudzić ducha, myśli dać chleb zdrowy,Umocnić słabych i odpuścić winy,I tam plon zbierać, gdzie dziś step jałowy,I w czynie — prawa odzwierciedlić Boga...Wiem, że trud życia tak leży przedemną,Jak nieodzowna przed wędrowcem droga...Lecz siły moje mdleją... O, pójdź ze mną!

Pójdź ze mną!... Wyżej, o, dalej od ziemi!Niech mnie i ciebie pył jej nie znieważa...My, jako duchy, skrzydłami białemiLećmy w krainę cichą i pogodną,Gdzie nikt uroków nie zburzy ołtarza,Gdzie milkną żądze i krwi fale chłodną,Gdzie się płomieniem nie zajmują lica,Gdzie wzrok głębiny duchowe odkrywa,

Gdzie myśl się karmi potęgą wzajemną,Gdzie tylko cicha, bezwiedna tęsknicaWspomina ziemi ostatnie ogniwa...Tam chcę być z tobą, z tobą!... O, pójdź ze mną!...

13/1 1878.

Hej, śpiewaku, hej, ptakuZ zgubionego gdzieś szlaku,Od kurhanów, od mogił przybłędo!Brząknij w struny twe rdzawe,Wspomnij dawnych lat sławę,Młodzi słuchać zasiędą...

Już my dawno nie mieliCzarodziejskiej kapeli,Co to na nią zgodliwie się składa:Bicie serca słuchaczy,Śpiew stepowy, junaczy,I łza, co z oczu pada...

Wiatr zapomniał już wtóru,Las nie szumi do chóru,Poginęły gdzieś echa w zawiei...Gość serdeczny, skrzydlaty —Pieśń — od chaty do chatyJuż nie lata, nie budzi nadziei...

Już nie idzie narodem,Górą w blaskach, a spodemWestchnieniami kurhanów rozbita...Już nie wróży, nie woła,

Nie podnosi nam czoła,Gdzie od wschodu słoneczny brzask świta.

Cóż, że śpiewa ktoś sobie,Jakiejś mglistej żałobie,Jakiejś drobnej nadziei miłości?Pieśń się taka nie przetrzePrzez szerokie powietrze,Do krwi ludu, do kości!

Hej, śpiewaku ty stary!Spojrzyj w pola i w jaryI posłuchaj, co gwarzą mogiły...Uderz w struny — a grzmotem,Nie słowiczym szczebiotem,Bo nie łez nam potrzeba — lecz siły!

O wielki wieku! o wieku ty chwały,Gdy myśli Boże, jak srebrny siew rosy,Na duchy ludów zbudzonych padały,By wydać słoneczne kłosy...O wieku, w którym tęsknoty, zachwytyI uniesienia i gorzkie łzy winySkrzydłem płomieni leciały w błękity,Zaklęte w pieśń Palestryny...W którym Rafael ramieniem dosięgaWiecznej piękności, by świat jej bił czołem;W którym, jak wulkan, wybucha potęga,Zwana Michałem Aniołem...Wieku, coś widział, jak w ranki majoweWzlatały strofy Arjosta motyle,Coś splatał wieńce tragiczne na głowęTassa — blednącą w mogile...

Wieku natchnienia, coś stworzył rozrzutnieDucha Szekspira i pieśń LuizjadyJakąż ty chwałą wsławiłeś nam lutnię,Wśród wielkiej duchów biesiady?Cóż nam przypadło w tej dobie rozśwituI odrodzenia piękności ołtarzy?Czyż my nie mieli własnego błękitu,Słońc własnych, własnych pieśniarzy?

Cicho!... o ciszej!... Z dalekiej przeszłości,Kędy próchnieją zbroice i kościNaddziadów naszych, w mogiłach gdzieś śpiące;Z przeszłości, która dziś jeszcze się mieniOgromnym blaskiem dziejowych promieni,Choć nad nią dawno zagasłe już słońce;Z onej przeszłości, co dysze i żywieW spuściźnie duchów, w miłości ogniwie,W dźwiękach naszego starego imienia,W tem, co najdroższe — i w tem, co najświętsze,W krwi najognistsze, we łzach najgorętsze,Najbardziej dumne z swych walk i cierpienia,Wśród szumów lipy głos wielki się zrywa,Potężnej miary, innego snać czasu...To nasza lutnia! to pieśń nasza żywa!To stary wieszcz z Czarnolasu!

— »Kto mi dał skrzydła? Kto mię odział pióryI tak wysoko postawił, że z góryWszystek świat widzę, a sam, jako trzeba,Tykam się nieba?«

»...Już mi skóra chropawa padnie na goleni...Już mi w ptaka białego wierzch głowy się mieni,Po palcach wszędy nowe piórka się puszczają,A z ramion — sążeniste skrzydła wyrastają!. ..«Leć, orle, w górę! — Słowiańskiej blask lutniNiechaj uderzy wskróś całej krainy!We łzach my dzisiaj i w cieniu i smutni,Lecz starej chwały my syny!Leć, orle, w górę! — Te mgły, co tam drzemią,Ni serc, ni oczu naszych nie ustraszą!...Słońce, co zaszło — znów wzejdzie nad ziemią,A przyszłość duchów — jest naszą!

Lecz oto klękły tatrzańskie pagóry,Umilkły lasy, załkały kurhany,W błękit ulata pieśń bystremi pióryDo tronu Pana nad Pany.W organ uderzcie! — To harfa SyonuWodzi swe pienia po siedmiu strun tęczy...To nad wodami siedząc Babilonu,Lud w jeństwie płacze i jęczy...To Pan króluje!... »a wkoło go chwałaObeszła«... »jasność, jak płaszcz go odziała...«»Chmury — wóz jego; konie — wiatry nieścignione;Duchy — posłańcy; słudzy — gromy zapalone!«

Cicho!... o ciszej!... Głos drżący dolata,Starzec podnosi zagasłą powiekę...

Uścisnął syna — syn poszedł w kraj świata...Czy wróci? — »Kto się w opiekę...«Nad białym dworem kometa się krwawi,Rżą kędyś konie w wiosennej pól ciszy...A w progu siwy ojciec błogosławi:»...Kto się w opiekę!...« — Bóg słyszy!

Spokój wam, spokój, wy smętni tułacze,Co mogił w obcej szukacie gdzieś ziemi..Oto za wami przed Panem pieśń płacze,Skrzydły was tuli drżącemi!O! już nie będzie łez bez pocieszenia,Ni ramion zgiętych beznadziejnym trudem,Mogił bez jutra, bez świtu róż — cienia,Ni wiecznej nocy nad ludem!O! już nie będzie!... Jak rosa poranna,Spadły te pieśni wśród skwarnej posuchy...I zaszumiały srebrzyste »hosanna«!I napoiły mdłe duchy!I żaden naród, krom ludu, co chowaHarfę Dawida — nie śpiewał u progaDomu Pańskiego w pełniejsze łez słowa,Ni pieśnią godniejszą Boga!

Chwała ci, wieszczu! i chwała ci, staryWieku Zygmuntów, coś tętna kipiąceW narodzie ujął — skrysztalił je w słońceI wydał poetę wiary!

Mógłże ten, który jak orzeł skrzydłami,Bił w gwiazdy — ludu nadzieją i bólem,Pomiędzy pstrymi dworaków tłumamiZginać kolano przed królem?Cóż mu ta świetność? co słówka te wdzięczne,Pańskich uśmiechów łakome słodycze?

— Oto nad lipą drżą blaski miesięczne,Tryskają pieśni słowicze...Oto mu cisza podaje swe czary,Upojeń pełne... noc błoga, noc letniaOtula łąki w srebrzyste opary...Pod lasem tęskna gra fletnia...Oto wiatr leci na skrzydłach swobody...W dali gdzieś szumią zielone dąbrowy...Nie! — nigdy serca nie ugnie ni głowyOjczystej śpiewak przyrody!Śmiało on w progach monarszych powstanie,Z pogardą spojrzy na pochlebców głodnych,I — »co największy tytuł u swobodnych« —Do króla przemówi: »Panie!«I pocznie liczyć głośne one męże,Co dali żywot »prze ojczyznę miłą,«I krzywd wspomnieniem wyostrzy orężeI natchnie serca lwią siłą!A gdy w obliczach zapłonie żar sromu,Gdy ogniem w żyłach sarmacka krew wskrześnie,Do ziemiańskiego zaś wróci się domu,By śpiewać pieśnie.

I lecieć będą pieśnie jego łzamiI srebrzyć struny jego smętnej liry,I nieśmiertelnej piękności kwiatamiPokryją mogilne kiry.I rozpłaczą się te lasy i bory,I mgły i tęcze, co wiszą na chmurze...I w złotych wieńcach chodzące wieczory —I świtów błękitne róże...I poczną skarżyć się tej lipy szumy,Z mgieł wstaną smutki drużyną obłoczną,

Po starym dworcu posępnych mar tłumyZ łkaniem przechodzić się poczną...

»...Moja wdzięczna Orszulko! bodaj ty mnie byłaAlbo nie umierała, lub się nie rodziła!...«»...Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubioryMojej najmilszej córy!...Po co me smutne oczy za sobą ciągniecie,Żalu mi przydajecie?...Już ona swych członeczków wami nie odzieje —Niemasz, niemasz nadzieje!...«

Słuchaj, to z Czarnolasu echa biją smutnieO słońca wschodzie, o słońca zachodzie!Nad ziemią duchy drżą, jak mgliste lutnie;To wieszcz twój płacze — narodzie!Ach! i ty zapłacz! I srebrny hołd łzamiZłóż mu, o ludu, co też żyjesz bólem...Na ziemi mogił, pomiędzy wieszczami,Śpiewak boleści — jest królem!Ach! i ty zapłacz! i w szatach żałobyPójdź, a oglądaj posępne twe dzieje...Boś ty też zamknął niejedno w te groby,Dla których — »niemasz nadzieje!«

Hej! w górę serca! Ojczystej łzy lutniW męskiej źrenicy zapału nie zgaszą!Dziś my z jasności wyzuci — i smutni,Lecz przyszłość duchów — jest naszą!Ten, kto ran własnych ukoić chce żary,Niech dłoń położy na sercu ludzkości;Niech tkwi w narodzie, jak wieszcz ten nasz stary,Krew z krwi — i kość z naszych kości!

...Gęśl kędyś pieśnią pod lasem podzwania,Wysoko płomień wybucha w ognisku...Choć przez noc jednę, do zorzy zarania,Przetrwajmy w wspólnym uścisku!Hej! dłoń mi podaj stwardniałą na kosie,Bracie w siermiędze! Gęśl wzywa nas stara:Zawiedźmy pieśnię lecącą po rosie...Sobótka płonie... Hej! wiara!

Wieszczu! cześć tobie!... Tyś ludu sumieniem,Tobie w stuleciu jutrzenki jest danemŚwiadomej siły być pierwszem natchnieniem,Piękności pierwszym kapłanem!Wzruszeniom, które przez serce i głowęSzły nieujęte, dróg swoich niepewne,Ty dałeś ciało, i duszę — i mowęI szaty dałeś im śpiewne.Tyś mistrzem, który niekształtne narzędziePierwszy nawiązał w ojczystych słów struny,By na ich pieśni wynizać łabędzie,Lub budzić lwy i pioruny!Tyś wiosny uśmiech! Na twojej się lirzeZłoty rój pszczółek, co miód niosą — krząta...Ty na róż listkach, na wonnym zefirzeGrasz pieśni Anakreonta...W białym marmurze ty dłutem swem lekkiemRzeźbisz posągi pod chłodnem twem niebem...Na uczcie sławy — ty łamiesz się chlebemZe starym Grekiem.Na onych dźwięcznych strunach z CzarnolasuBrzmią wszystkie życia akordy i szmery...Od »wieśnej« ciszy »pożytków i wczasu«Do narodowych prac sfery!

Pieśń twoja płodna i błogosławiona!Ty uskrzydliłeś narodu ramiona,Że rwał się w górę, jak cherub ognisty,I został zawsze tęskniący — i czysty —I wrzącym duchem w błękity podanyI bojujący i niepokonany,I tyle tylko biorący z tej ziemi,Ile potrzeba, by stopę postawić,Wyciągnąć ramię — i ideę zbawićI legnąć między obcemi!— I ty się pytasz, kto odział cię pióry?Kto ci dał skrzydła?...Pieśniarzu nasz stary!Cud to miłości, cud żywej tej wiary,Co rwie się w słońce, do góry!...— Kto ci dał skrzydła?To lipy twej szumy,To lasy twoje — i łąki — i wody...To pól ojczystych wieczorne zadumy,To ukochane swobody!To miłość ludu, to dział twój ziemiański,To ta tęsknota, co nocą — świt marzy...To w błyskach gromów lecący duch Pański,Co nad twą lutnią się waży!

O, chwała tobie!... Pod twymi sztandaryNaród wyrastał, potężniał, dojrzewał,Szedł naprzód, bił się, zwyciężał i śpiewałNajczystsze hymny ofiary!O, chwała tobie!I ty godzien chwały,Narodzie, który u wieków ołtarzaCzcisz przeszłość swoją i swe ideałyW pamięci swego pieśniarza!

Strumieniste jary,Głębokie ruczaje...Jak ci śpiewać, ziemio,Kiedy tchu nie staje,Kiedy pierś ściśniętaPowietrza nie chwyta,Kiedy okrzyk bratniPieśni nie powita?

Hej, czy mi kto TatryZwalił na ramiona?Czyli mnie przygniotłaMogiła zielona?Czy mnie Wisła srebrnąŚcisnęła obręczą?Czy chmura związałaMokrą od łez tęczą?

— Ani Tatry sineZ posad się ruszyły,Ani mnie przygniotłyZielone mogiły,Ani modra WisłaRzuca się z wybrzeży:Tylko dola naszaNa sercu mi leży!

Otrzyj czoło, wiosko licha,Dosyć potu już!Nocka idzie, nocka cichaW wianku białych róż na głowie,W wianku białych róż!

Rzędem stoją jasne kosy,Na nich ćmią się łzy...Albo może z łąk tych rosy,Albo oddech mgły w parowie,Albo oddech mgły.

Hej! sukmaną wyszarzanąOtrzyj, chłopie, stal!Nie świeć ludziom łzą przelaną,Ty się Bogu żal w złej doli,Ty się Bogu żal!

Dosyć się łez starło połąZgrzebnej szmaty tej!I te wsiąkną... Hej, wesołoHuknij pieśnią! Hej, po roliHuknij pieśnią... Hej!...

A obsiądźcież w krąg ognisko,Płomień buchnie wnet!Bóg daleko — nędza blizko,A dola gdzieś het, za górą...A dola gdzieś — het!

Kto mi druhem, kto mi kumem,Niech mi poda wtór:Serca — biciem, lasy — szumem,I ten ciemny bór — wichurą,I ten ciemny bór!

Ścieżyna się wije przez orane pole...— Oj, nieś mnie, mój koniu, na wolę, niewolę!Oj, nieś mnie, ty siwy, gdzie mnie ponieść raczysz:Za kluczem żórawi, kędy je obaczysz,Za skrzydłem jaskółki, co leci z daleka,Za strugą w olszynie, co modra ucieka,Za słonkiem, co idzie wykąpać się w morzu,Za białym powojem, co pełznie w rozdrożu,Za rosy zapachem, gdzie zmierzch pada siny —Tylko mnie nie zanoś do cudzej krainy!

Ścieżyna się wije przez łąki i pola...— A cóż co to, koniu, była za niewola?Czy ciebie spłoszyły płomieniste łuny,Czy nocą po drogach bijące pioruny?Czy cię poganiały jęki latające?Czy ty masz zaklęte podkowy-miesiące,Że ani do wioski, ani do rodziny,Tylko mnie poniosłeś do cudzej krainy?...Bogdaj ciebie, koniu, za mnie, za młodego,Że ja nie obaczę ojca rodzonego!...Bogdajżeś ty złamał w dróżce prawą nogę,Że ja do mej chaty powrócić nie mogę!Bogdaj ciebie chłodna noc ziębiła rosą,Że ja już nie brzęknę na otawie kosą!Bogdaj ciebie, koniu, wichry czarne biły,Że ja w mojej ziemi nie znajdę mogiły!

Idzie lirnik, w lirę trąca,Budzi senny blask miesiąca,Srebrzącego mgły...

Lirnik siwy, lirnik staryW świecie został nie do pary:On — i pieśń — i łzy.

— »Wstańże, wstańże, druhu miły!Pójdziem razem na mogiły,Z lirą pełną dum...Już powietrze się rozpieśnia,Białem kwiatem drży czereśnia,Lasem idzie szum...

Niechaj, kto chce, noc przemarni;My dziś, stróże dwaj cmentarni,Pójdziem trzymać straż...Gdy w mogile duch zagada,Dziad mu pieśnią odpowiada...To ordynans nasz!

Sny i wróżby cichą nocąNa powietrzu się trzepocą,Jak więziony ptak...Ja je schwycę, ja dosłyszę,W lirze mojej ukołyszę,Jak nadziei znak!

Słowik w olchach klaszcze, dzwoni...Grzmi od stepów tabun koni,Ukrainny duch!...Komu noc — niech cicho zaśnie:A mnie widno, a mnie jaśnie,A mnie chwyta ruch!

Z rozwianymi idę włosy,Oczy pełne gorzkiej rosy,Piersi pełne łkań...

Po kurhanach okiem wodzę,Dzwonię w lirę mą po drodze —Kto ją słyszysz — wstań!

Cicho, cicho, wioska drzemie...Sen ogarnął całą ziemię,Długi, ciężki sen...My się tylko, my zostali,Oba srebrni, oba biali —Ja — i miesiąc ten!

Niech nam teraz do zaraniaPieśń słowicza tu podzwaniaW rozgorzały słuch...Cały w przeszłość wzięty, stojęW tę miesięczną odzian zbroję,Na kurhanie — duch!

A z perłowem zórz świtaniemStrząśniem rosy, z mogił wstaniem,Rozjaśnieni w cud...I znów pójdziem po tej ziemiZ duchy, w pieśni zaklętemi,Pójdziem między lud!...«

Idzie lirnik, w lirę trąca,Budzi senny blask miesiąca,Srebrzącego mgły...— »Wstańże, wstańże, druhu miły!Pójdziem razem na mogiłyJa — i pieśń — i ty!«

Przez pola puste, przez czarne te role,Ponad któremi dzień wschodzi przyszłości,Idę — i rzucam siew bratniej miłościDla tych, co słabi, i dla tych, co prości,Dla tych, co twardą, ciężką mają dolę.I duszę własną wylewam, jak czaszę,Łez srebrnych pełną, by z nich, jako z rosy,Brały swą plenność jutrzejszych dni kłosy,Dni, w których nędzarz, dziś nagi i bosy,Ukocha cele i nadzieje nasze.Ja sieję ciszę, ja sieję pogodęW sercach tych, co są maluczcy u świata,Bo znam w nędzarzu człowieka i brata,Bo miłość — tylko miłości zapłata,A w nienawiści wzgarda za nagrodę.Lecz jeśli dreszcze uczuwa kto strachuNa widok ramion tulących uściskiem,Co odepchniętem jest — i to, co nizkiem:Ten winowajcą jest snać — i z rozbłyskiemŚwitu drży, sądząc, że pożar na dachu.Ja ciepło sieję, by z niego, jak z ziarna,Światło na myśli błysnęło nam niwie;Drobne iskierki ja krzeszę cierpliwie,Własnem je tchnieniem zasilam i żywię,Zanim noc pierzchnie, noc głucha i czarna.

Bo w słońcu tylko dojrzewa plon błogi;A kto dnia gwiazdę zadmuchnąć chce złotą,Ten — albo sam jest rażony ślepotą,Albo dłoń chciwą wyciąga już otoPo zdobycz łatwą wśród zmierzchu i trwogi.Ja ducha mego, ja krew moją sieję;Ja pieśnią wstrząsam tę ziemię zoraną,Jak grzmot wiosenny — aż jutro z niej wstanąLudzie, godniejsi piastować to miano:W tę ja pracuję, w tę żyję nadzieję!Pójdźcie, obaczcie, kto jestem i jakiSiew rzucam w rolę przyszłości! Zaiste,Ziarno me zdrowe i płodne i czyste:Tak mi dopomóż w tym siewie, o Chryste,I niech w dzień żniwa snop plonu mam taki!A ja wam mówię: mój kamień mogilnyMieć będzie napis: »braterstwo i zgoda«.I wzejdzie nad tą mogiłą pogodaI brat tam bratu z miłością dłoń poda —I pójdą razem — i słaby — i silny.Lecz teraz — jeszcze rozterki jest pora;Więc smutna jestem i pełna goryczyI słowa moje, jak świst giętkich biczy,Rażą tym uszy, co w spokój zwodniczyChcą ukołysać sumienie-upiora.Tak! biczem jestem na serca, w tłustościWłasnej osiadłe i skrzepłe bezruchem!I jednych chłoszczę i wstrząsam łańcuchemDrugich — a wszystkich chcę porwać mym duchemKu dnia rozświtom, ku wielkiej przyszłości!Kto tam iść nie chce, niech kopie mogiłę,Niech się zawczasu w grób ciemny położy;Bo przyjdzie w słońca promieniach duch BożyI przyszłość ludom narozcież otworzy...Ja wam to mówię — ja mówić mam siłę!A w dniu tym razem z mrokami nocnemi,Z krzywdą, z niedolą i z hańbą i z nędzą

Duchy światłości — obłudnych rozpędzą,A pająk własną udusi się przędzą,I spokój będzie i miłość na ziemi!

A teraz rzućcie, gdy chcecie, kamieniem.Ale zaprawdę, jeżeli ja wzruszęPieśnią choć jedną zakrzepłą w lód duszę,Jeśli choć jedną łzę bratnią osuszę,Kamień — u nóg mych upadnie ze drżeniem!

Polko słyszałam lasów twoich mowę —Były to pieśni olbrzymie, echowe,Lecące ponad świerków piramidy,Jak hufiec duchów, w mgieł zbroje zakuty,Co szturmem bierze chmur czarnych redutyI hasło zwycięstw w miesięczne gra rogi...I były pieśni te, jako Druidy,Bijące w tysiąc harf, gdy przed swe bogiNiosą wiosennych tajemnic objaty:Złote żywice i konwalji kwiaty...I miały pieśni owe tysiąc tonów:Gotyckie hymny katedr, jęki dzwonów,Szumy chorągwi rozpuszczonych, któreZ zachodu brały i z wschodu purpurę...To znów buchały pieśni te, jak kotłyI trąby, ponad smolne sosen miotły,Co w piorunowej burzy błyskawicePo skrajach lasu stoją, jak gromnice,I świecą swoim potępionym blaskiemDębom, co z hukiem walą się i trzaskiem...Aż się w westchnienia, w poszepty rozwiodłyNad wianki kalin i nad czarne jodły,Jakoby skarga ogromna, dziejowa...Poznałam, że to była nasza mowa!

Polko! słyszałam zbożowych lir szumy:Jak łan był długi i jak był szeroki,Za tchnieniem wiatru, srebrnymi potokiPłynęły pieśni i echa i dumy,Pełne łez, które wzbierały, jak fala,Kołysząc maków płomyki z korala,I opadały mdlejące, jak rosy,Na modre kwiecie i na złote kłosy.A w pieśniach owych słyszałam rój pszczelny,Jako z kapelą na łąki wylata,W chórze poranku rozgłośny, naczelny...Słyszałam, jako w przednowek drży chataOd pisku dziatwy głodnej i od łkaniaKukułek i od słowiczej piosenki...Słyszałam jakieś płacze, jakieś jękiFletni, co z piersi chłopiąt biorą głosy,I zawodzące od fujarek graniaDąbrowy mokre i pochrzęsty kosyI oddech ziemi tej, co się oblekaW białość róż, w gazy błękitne strumieniI tak się wschodem jutrzenki rumieni,Jak gdyby na niej nie było człowiekaI łez, i — echo porywa mi słowa —Poznałam, że to była nasza mowa!

Polko! słyszałam nocy twojej ciszę...— Dziś jeszcze chwytam ją uchem i słyszę,I wiem, że choćby ziemi całej gwaryPrzyszły ogłuszyć mnie, ja w serca głębiOdróżnię szmery miesięcznej kotary,Przez którą gwiazdy, jak stado głębi,Nakrytych siecią z srebrnych nici, drżały,Lub przebijały się, jak złote strzały...Słyszałam w ciszy tej, jako do morzaSzły rzeki nasze i nasze strumienie,Jako nad niemi leciało westchnienie —I drżała jakby wielka litość boża...

Słyszałam pieśni dziwne, pieśni senne,Nierozbudzonych żywiołów tych ducha,Co wypełniają otchłanie bezdenneI są jak wulkan, co grozi i bucha.Słyszałam zorzy mdlejącej hejnały...Słyszałam, jak się powój zwijał biały,Jako pękają róż pączki dziewicze,Jak głos dziecięcia wyrazy pacierzaZa siwym dziadkiem o kuli powtarza,Jak w niebo płomień młodości uderza,Jako sny tkają prządki tajemnicze.Słyszałam skargę tych grobów cmentarza,Gdzie bezimiennych bólów krzyż zatknięto,I noc, skrzydłami cicho rozciągniętąNad światem, palec na ustach kładącąI o jutrzenkach przebudzenia śniącą —Jako przez czary zaklęta królowa...Poznałam, że to nasza była mowa!

Lecz kiedym ciebie, o Polko, słyszała,Siostro płaczącej brzozy tej, co białaNa grobach stoi — ciebie, której głowyStrzeże swym cieniem las stary, dębowy,Co może jeszcze dni Piasta pamiętaI szumi jakby rzecz żywa i święta;Ciebie, co kładziesz dziecinkę jedynąW białą kolebkę, pachnącą lipiną;Ciebie, coś wzrosła na pól naszych chlebie,Co w jasne włosy zaplatasz róż kwiaty,Na słonku naszem rozkwitnione — ciebie,Na którą w pocie pracują te chaty,Która się poisz zdrojami, co trysłyU źródeł Warty i Wilji i Wisły,Gdym usłyszała ciebie, siostro, któraMusisz też skrzydeł swych rozwijać pióraW tę nocną ciszę i także mieć ducha,Co uniesiony jest ku niej — i słucha:

Było mi w duszy tak — a nawet smutniéj,Jakby na naszej narodowej lutniGrom zerwał strunę złotą!... Bądź mi zdrowa!Ta mowa twoja — to nie nasza mowa!

Boże! Boże! daj Ty nam, jakie zechcesz, miano!Niech ludy nas zowią kolumną strzaskaną,Niech nas zowią pochodnią przez dzieje zdmuchniętą,Ziemią łez i narzekań, krainą przeklętą,Cmentarzem, gdzie się włóczą dusz rzesze pokutne,Stepem, gdzie rosną kwiaty mogilne i smutne,Własnej przeszłości naszej potępionym cieniem,Nędzarzami bez domu, bez jutra istnieniem,Niechaj zowią nas tłumem rozbitków posępnych,Dziedzicami marzenia, co duchy uciska,Niech nawet nam wszelkiego odmówią nazwiska,Ale ochroń nas, Boże, od miana występnych!

Zeszlij nam, Panie, z czarnego klęsk dworu,Zamykanego na rdzą krwawe klucze,Raczej sinego anioła pomoru,Co ma u zwiędłych ramion skrzydła kruczeI jak nietoperz, albo nocne ptaki,Lata nad ziemię lotami cichemi,Bladych upiorów werbując orszakiI psy wyć ucząc, gdy chaty oniemi…

Zeszlij nam raczej z przepaści twych głębiDucha, co trzyma związane rzek końce,Jak trzepocących się skrzydła gołębi,A gdy je puści, to lecą, szumiące,I piór swych bystrych srebrzyste całunyWloką przez pola, kurhany, piołuny,Chrzcząc je straszliwym chrztem — i bez imienia,Lub dając imię — pustki i zniszczenia…Zeszlij nam raczej mglistego anioła,Co dmucha w kłosy puste, jak we fletnie,I w ziemię kładzie dziatki małoletnieI — »chleba!« — skrzypem komór pustych wołaI we łzach macza każdą łyżkę strawyI nie jest z jasnych aniołów, lecz — krwawy…Zeszlij nam raczej pełnego skier ducha,Co z trzaskiem w cichem powietrzu wybucha,Jak pękająca meteorów raca,A potem cały dziwnie się wyzłacaI z włosów strząsa gorące popiołyI jak ptak siada płonący na drzewaI w czarne pióra dymu się odziewaI leci, jako strącone anioły,W gruzów i ruin i rozwalisk prochy,Dziwnymi jęki zawodząc i szlochy…Zeszlij nam raczej wszystkie Twoje klęski,Niechaj tu chodzim, jak hufiec męczeński,Bladzi od płaczu — i od smutków mgliści:Lecz odejm od nas — ducha nienawiści!

Jeśli, o Boże! za mało dla ziemiChodzić w jednego z słońc twoich rozświcie,Zapal nam drugie! Niech skrzydły czarnemiCiemność nie chwyta tych, co są drżącemiI w zmierzchach idą przez życie.

A cóż Ci światło? Czyż na Twe skinienieZórz tulipany nie błysną polarne?Czyż się nie zwiną księżyców pierścienie?Czyż sto słońc nowych nie rzuci się w cienie,By groby oświecić czarne?

A cóż Ci światło? Czyż duch Twój nie możeWzbudzić przyszłości jasnego wieszczbiarza,Co wschodzi ludom, jak wodze dnia, zorze,I jak pochodnie prowadzi je bożeDo ideałów ołtarza?

A cóż Ci światło? Czyż tęcz Twoich łunyNie grają w chmurach? Czyż większym jest cudemZapalać w ciszy czerwone piorunyI harf powietrznych, spękanych rwać struny —Czy jasność wzbudzić nad ludem?

26 grudnia 1881 r.

Ustaby moje milczały, jak trumna,Gdyby o skargi chodziło mi własne;Bo ja też umiem stać cicha i dumnaI pod wiatr czoło mieć jasne.Z życiem przywykłam rachować się twardoI własną dolę odrzucać z tej szali,Na której serce miljonów się paliI drży, zdeptane pogardą.I wiem, że teraz jest pora ciemności,W której się duchy wzajemnie druzgocą,Nim światło wejdzie i spokój przyszłościNad walką świata i nocą.Ale mam w sercu miłość i ból taki,Co w piersi mojej płomienie zażega;Więc biję w skrzydła i wzlatam, jak ptaki,I krzyk z ust moich wybiega.Zbudzićbym chciała i rozgrzać tym krzykiemTych, co zasnęli, zastygli wśród drogi:Mniejsza, że nikt mnie nie nazwie słowikiem,Lecz ptakiem burzy i trwogi.Nie przyszłam po to, by pieścić wam uszyI z kwiatów składać wiązankę różową,Lecz by niedoli milczącej dać słowoI sięgnąć do waszej duszy!

Głos mój — wiem — wzleci i zniknie w tym gwarzeWieku, co huczy, jak wicher na ziemi;Lecz kiedyś przecie powiedzą nędzarze:»Płakał ktoś łzami naszemi!«

W słoneczność my patrzmy, w słoneczność tę bożą,Co z przyszłych dni wschodem zabłyśnie na ziemi!Skrzydłami się do niej zrywajmy orlemi,A niech nas zaćmienia nie trwożą!Od brzegów przeszłości odbijmy ochoczo,Żegnając dni stare — kto pieśnią, kto łzami...Błękity nad głową — a ziemia przed nami,Choć burze się wkoło szamoczą.Hej, rozpiąć tam żagle! Już brzeg stary znika,Już cichym nas szeptem żegnają mogiły...Do pracy! do pracy! Wytężmy dziś siły!Cel wielki — to rozkaz sternika!O gwiazdo ty drżąca, o gwiazdo zbłąkana,Co rzucasz się nocą błyskami krwawemi!Nie naszym ty wodzem, nie słońcem tej ziemi,Co czeka na wschód swój do rana!Na cichych my wodach posnęli leniwie,A muły nas brudne obeszły, jak sidła...Hej! w górę tam żagle!... hej! w górę tam skrzydła!Do wioseł! do wioseł, kto żywie!Nie zdradzim my hasła, jak nędzni korsarze,Co chyłkiem czyhają na zdobycz nikczemną;Przebędziem bez trwogi noc burzy, noc ciemną,Aż słońce nam ziemię ukaże!

Ach, wschodzi! Ach, idzie srebrzystych pian wałem...Ach, ściele się w przyszłość jaśniejsza nam droga!Hej! w górę tam serca! Niech duchów załogaPorannym w świat zabrzmi hejnałem!

Jeślim zgrzeszyła — spowiadam się Tobie,Tobie jednemu, coś w duszy mej głębieZlatał, jak one strwożone gołębie,Co widząc chmurę, stojącą w żałobieBurz i piorunów nad stawu błękitemI rzucającą swój cień na kryształy,Lecą — i w obłok zwinąwszy się biały,Otchniony jasnym z pod piór drżącym świtem,Biją w wód szybę srebrnemi skrzydłami,Chcąc rozbić ciemność, co napój im plami.

Jeślim zgrzeszyła — zgrzeszyłam przed Tobą!Przed Tobą samym! I rękę też TwojąChcę mieć na głowie w tym sądzie! — Za sobąNie żądam prośby — ni żadnej obrony.Każ, niech się głosy obce uspokoją!Niechaj się cofną odemnie precz krokiemCi, co przed Twoim chcąc zakryć mnie wzrokiemWłasny mi płaszcz swój rzucają — zbłocony!Ciebie — co wszystko wiesz — ja się nie boję:Sam zostań ze mną — i zamknij podwoje!Ja wobec Ciebie mam dosyć odwagiStanąć — jak posąg przed mistrzem swym — nagi.

Jeślim zgrzeszyła — Ty sam wiesz, o Panie!Że serce moje, nakształt harf pękniętych,

Łez zawsze pełne — i jęków — i krzyków —I zaduszonych wiosennych słowików,Po których w gajach rozchodzi się łkanie,I róż zdeptanych — i gwiazd zadmuchniętych —I żrących dymów z mogilnych pochodni —I łun, co biją w nie od ludzkich zbrodni...I że to serce — ja, co też mam siłęTylko na jedno życie, muszę nosićW piersiach, jak wiecznie skrzypiącą tam piłę,Której zgrzytowi nie mogę rzec: Dosyć!

Ach! Ty sam widzisz, Ty znasz, Ty to czujesz;Ty, co noc ciemną i parną malujeszW gwiazd białe róże... Ty wiesz, ile marzeńZbudzić się może i wylądz z tęsknoty!Jakie ułudy i jakie pieszczotySzeptać do ucha sen umie zwodniczy,Po którym — któż się blasków swych doliczy?Ty wiesz sam, ile okropnych przerażeńBije na ducha w zwątpienia ciemnicy,Jaki szturm nagłej życia nawałnicyDuch znosić musi — i tulić swe pióra,Żeby ich w strzępy nie zdarła wichura!

Ach! Ty sam widzisz, jak ciężko, jak dusznoŻyć w tej ciemnicy, gdzie duchy się męczą!Jak trudno prawom ziemi być posłuszną,Co nas osnuły tkaniną pajęcząI z wolnych, w błękit zapatrzonych dzieciZrobiły muchy, brzęczące w tej sieci!Na cóż mi wola? Gdzie pójdę — uderzęW mur jakiś głową i czoło zakrwawię...Ja, Panie, prawom Twoim — błogosławię!Lecz niech przeklęte będą te pręgierze,Pod które ciemnych i bezbronnych wloką,By nędzę bratnią postawić na oko!

Jeślim skarżyła się — to taką mową,Co zakrwawiona jest w serdecznej ranie!Ogniem mu usta paliło to słowo,Którem rzucała — na wiatrów rozwianie,Na utonięcie w tej ciszy bez końca,Co nas oddziela od Ciebie — i słońca!I łzy się moje — tu, do mnie wracały,Jak nie mający gdzie spocząć ptak biały!

Jeślim skarżyła się — to nie za siebie!Krzywdy ja własnej nie liczę, nie pomnę,Choć wiem, że także mam Ojca na niebie,Co ma dziedzictwo jasności ogromne —I mógłby dziecku, co płacze pocichu,Dać trochę słońca w konwalji kielichu...Alem rzucona jest w ziemię duchów,Rozbitych w locie — i na ziemię ciemną,Gdzie ludzie dróg swych szukają daremno,Gdzie lasy pełne szumów i rozruchów,Gdzie w każdej rzece, jak w Dnieprowej fali,Pieśń utopiona rankami się żali,Gdzie się zlatują słowików tysiące,Jako westchnienia wśród róż latające,Gdzie kwiaty polne po nocach łzy ronią...Więc smutna jestem — i zlękniona o niąI skargą pieśni bijąca w niebiosy,Póki słowiki płaczą — i drżą rosy.

I nie wiem nawet, czy Ty sam, o Boże!Gdybyś na chwilę porzucił błękityI ujrzał chaty te — i zgrzebne śwityI w karki wrosłe niedoli obrożeI twarze blade i serca złamaneI w każdej ludzkiej piersi jakąś ranę

I w każdem oku jakąś łzę tajemną...I gdybyś ujrzał, jak nam tu jest ciemno,Chłodno i głodno na biednej tej ziemiI ile smutków przed każdym jest progiem:Tobyś zapłakał sam łzami krwawemi,Ty, któryś przecież jest — Bogiem!

Więc i nade mną sąd uczyń litosny!Bom pełna żalów — i trosk — i tęsknicy...I serce moje, nakształt błyskawicy,Co rozpromienia ciche noce wiosny,Pali się — gaśnie — i w zmrokach ciemnieje —I leży w piersiach, jak kamień na grobie...I znów się zrywa, jak ptaszę, i mdleje,Samo dla siebie ma nieraz pogardę,Lecz wobec ludzi — jest dumne i hardeI tylko w ciszy spowiada się — Tobie!

Z blizka widziałam łzy wasze i troski,Z blizka waszego serca czułam bicie;Z blizka znam nędze i miasta i wioskiI rany wasze i życie.

Z blizka znam sny te, co się nam prześniły,Tęsknoty, żale i klątwy i zgrzyty,I z blizka także wiem, że brak nam siłyZ przepaści wzbić się na szczyty.

Z blizka słabości znam nasze i winyI te złudzenia, co czynią z nas śpiąceWśród ruchu wielkiej przebudzeń godziny,Choć dawno wzeszło już słońce!

Na to, co dzieli nas i łamie w dwojeI od wspólnego odtrąca ogniska,Na nienawiści i na niepokojePatrzałam długo — i z blizka.

A teraz oczy moje są zmęczoneOd łez — i droga moja w mgły ucieka...Idę odpocząć w nieznaną gdzieś stronęI patrzeć na was — z daleka.

Ischl, 29 lipca.

Gdzie ptak, co tutaj śpiewać się ośmieliI mącić swemi rozwianemi pióryKryształ strumieni, lecących z tej góry?Gdzie jest ten powój, co chciałby w swej bieliNad tą przepaścią zawisnąć i cichyOtwierać nocą samotne kielichy? —Gdzie promień słońca, co się tu odważyW srebrne mgły rzucać rubiny i zorze?Cisza — u chmurnych taboru ołtarzySkały się modlą...Boże! Boże! Boże!

Dajcie mi skrzydła! rozwiążcie mi pióra!Niechaj polecę daleko od ziemi —Tam, gdzie w perłowem powietrzu ta góraWstaje szczytami nagiemi!Niech rzucę okrzyk, łez pełny i żarówNieukojonych w tę noc i w tę ciszę,Co się po zrębach skał czarnych kołysze!Na mchy wilgotne, wśród mglistych oparówNiech padnę piersią — i niech gorącemiSłowy samotną duszę mą otworzę!...Cisza — jęk słyszę we wnętrznościach ziemiI łkanie wieków...Boże! Boże! Boże!

Godzina ducha wybija w wieczności,Lecz ziemia jeszcze dźwięków tych nie słyszy.Kiedyż, o Panie! potęgą miłościTak jej zmężnieją ramiona, że w ciszyNocy powstanie — i z oną tęsknotąNajwyższych pragnień, która cuda czyni,Góry, co słabych i maluczkich gniotą,Zdejmie z ich piersi? — A jako w świątyniZawiesza jeniec, wolności oddany,

Te, co mu ręce przegryzły, kajdany —Tak ona z gór tych uczyni podnożeSprawiedliwości?...Boże! Boże! Boże!

Rettenbach, 3 sierpnia [1882].

Szumiące zdroje, przepaściste zdroje,Co z głośną skargą niesiecie swe brzemię,I nienawiści i gorycze swojeZ pianą wściekłości ciskacie o ziemię,Szumiące zdroje, o, jakże wam błogoRzucać się w kaskad namiętne wybuchyI przelatywać po szczytach, jak duchy,Które nie mają nad sobą nikogo!

Jakże wam błogo! Lecz jest kraj daleki,Gdzie cicho płyną potoki i rzekiI nurty swoje, niby łzy tajone,Toczą milczące, smętne, przerażone...Tęskne ich szumy, ich szepty tułaczeSłyszą tam ludzie przez sen, przez przeczucie,I własne bóle zgadują w tej nucieStłumionej, która u brzegów gdzieś płacze...

Rettenbach.

Nieraz pytam się w duszy: czy ja kocham ludzi?I długo się zamyślam — i nie śmiem wznieść powiek.— O, tak! kocham ich. — Przecież, jeżeli się zdarzy,Że mnie ktoś zmęczy, zgorszy, zasmuci i znudzi,Rumieniec zawstydzenia wybije na twarzy,Odbierze wiarę w przyszłość, sny spłoszy różowe,

Słowa pełne łez wrzących nauczy kłaść w mowęI serce mi nakarmi jadami gorzkiemi:To nie ptak ten, co leci, i nie kwiat z tej ziemi,Nie żaden kamień nawet — ale zawsze człowiek!

Wildnis, 4 sierpnia [1882].

Ty tutaj słonko? A kto tam świeciNad wioską naszą lichą?Kto ze snu budzi kwiaty i dzieciW poranną zorzę cichą?Kto rzuca w naszą strugę na łące,Co płynie wstęgą siną,Złote iskierki, lekko tańcząceMiędzy zieloną trzciną?Kto ciche światło sieje po lesiePrzez szmaragdowe sita?Kto nad sierotą promyczek niesie,Kiedy o drogę pyta?Kto tam na polu wyzłaca kłosy?Kto lny u płotów suszy?Kto pije z białych powojów rosy,A smutek z chłopskiej duszy?Kto tam, o słonko moje, za ciebieNad biedą naszą świeci?Kto tam na wiejskim, cichym pogrzebiePochodnie darmo nieci?Kto na te krzyże i na mogiłyJasne promienie kładnie,Gdzie już łzy z oczu — rosy wypiły,W wilgotnej ziemi, na dnie?Kto tam na krosna, pomiędzy lnianeWłókienka złoto ciska,Że jak się wpatrzysz w chłopską sukmanęTo ci z niej słonkiem błyska?

Kto w one ciche ranki na łąceWybiela zgrzebne płótno,Kiedy pod lasem echo tęskniąceNiesie piosenkę smutną?O słonko moje! kto tam o świcieRozwija skrzydła ptasze?Kto nam maluje bławatki w życie?Patrzy w okienka nasze?Kto na jabłoni owoc zapala,Roztula jaskry złote?Kto o zachodzie serca rozżalaW przedsennych dum tęsknotę?Kto złoci siwą dziadusia głowę,Gdy dawne czasy roi?Kto z mgły wilgotnej budzi dąbrowę?Kto nam fujarki stroi?Kto iskry krzesze ogniste w stali,Kiedy chłop śmiga kosą?Kto się przegląda w sznurach korali,Gdy Kasia idzie boso?Kto w pawiem piórku oczko rozżarzaU czapki Jaśka mego?Kto jest jedynem złotem nędzarza,Jedynem światłem jego?

O słonko moje! wracaj po niebieDo miłej naszej wioski!Bo tam jej przyjdzie zmarnieć bez ciebieOd tęsknot i od troski.

Ischl [1882].

Jako ten jeleń, co lecąc do zdrojaZ djamentów rosy otrząsa krzew młody,Do żywych źródeł tęskni dusza moja,Do żywej wody!

Pragnę i jestem, jak trawa mdlejąca,Na posieczysku skwarnem rozesłana,Którą źrenica rozogniona słońcaPali od rana.

A gdzie strumienie, a gdzie są te rzeki,Co mnie napoją w porannych zórz ciszy?Jako huk morza, tak huk ich dalekiUcho me słyszy!

Z gór wielkich spłyną, jak płaszcze błękitu,Przybiorą z jarów i źródlisk tajemnychI w pierwszych blaskach nowego rozśwituNapoją ciemnych.

I srebnem skrzydłem uderzą o gmachySpróchniałe w sobie, stojące bez duszy,I pójdą dreszczem po ludach przestrachyI grom je ruszy.

A zaś na pola i łąki uderzą,Gdzie siew przyszłości przysuły mdłe pyły;I zielonością rozkwitną nam świeżąStare mogiły.

I precz poniosą, aż w ocean siny,Fale łez ludzkich — i krwi ludzkiej rzeki;I nowe światy powstaną z głębinyI nowe wieki.

Rettenbach.

Wejdź! wejdź wyżej!...— Tam, gdzie słońcePatrzeć nie śmie w zmierzch ten siny,

Stoją w cichą noc zaklęteZamki duchów i ruiny.Wiosna sieje tu w szczelinachDzwonki polne i sasanki —I zarzuca lekkie bluszczeNa zwalonych sal krużganki.A zimowa zawieruchaMrocznem skrzydłem w przepaść strącaSypkie żwiry z onej baszty,Co w las patrzy dumająca.Trzeszczą wtedy w sobie głazy —I wychodzą z pionu mury;A po wałach, w mgły kapturze,Chodzi ruin duch ponury.Lecz w noc cichą, w noc miesięczną,Dawne tu się budzi życie,A w orszaku mar powiewnychSłyszeć można serca bicie.Na krużgankach ognie płoną,Sine ognie — cmentarnikiI zmieszane biją głosy,I westchnienia i okrzyki.Tam, gdzie we dnie brzoza stała,Gdzie szumiały świerki czarne,Strojne damy i rycerzeRozhowory wiodą gwarne.Na mchów mokrych gobelinachKlęczą pazie jasnowłose —I z powojów białych lejąW złote czasze srebrną rosę.Pod balkonem — pieśń miłosnąRozkochany gra lutnista;Na promieniach księżycowychLeży ręka jego mglista.A nad gankiem cicho wiejeŚnieżnym rąbkiem chmurka biała,

Tam, gdzie piękna KunegundaRycerzowi uścisk dała.W samym środku wielkiej sali,Upojony uczty gwaremStoi stary lew, graf Henryk,Z pełnym ludzkich łez puharem.Właśnie wkroczył na pokojeŚwietny goniec od cesarza,Który pierś rycerza dzielnąZłotym krzyżem dziś obdarza.U wrót kędyś, na łańcuchu,Mglisty brytan rwie się, wyje...Przez powietrze idzie łkanie...Nie wiem dotąd — nie wiem, czyje!Z chat mizernych, co tu stały,Niema nawet dzisiaj prochu!Został tylko pień przegniłyI rdza na nim w pańskim lochu.I jęk ludzki i psa wyciePrzeleciały cichą falą...Na krużgankach gra muzykaI haubice z strażnic walą.Grzmią toasty: Salve! salve!Cały dwór stoi w paradzie,A miesięczny blask na basztachBaltazara zgłoski kładzie.Karzeł-trefniś, w skokach cały,Bawi damy i rycerze...Wróconemu z lochów chłopuKrwawe szmaty żona pierze.Zaszumiały tęskno liście,Wiatr przeleciał nad doliną...Cicho! Pieśni grzmią biesiadne...Cicho! Jęki ludu płyną!Księżyc skłania głowę bladą,Z jarów mgły powstają parne;

W środku sali — białej brzozieŚwierki się kłaniają czarne.

Wildstein [1882].

Wieczorny dzwon, wieczorny dzwonPochwycił duszę mojąI uniósł ją do lubych stron,Gdzie gwiazdy we łzach stoją!Tam z łąk i pól, tam z łąk i pólWestchnienie ciche leciI piersi żar i męski bólW mokrych źrenicach świeci...Rozwiał się czar, rozwiał się czar,Co trzymał mnie w zachwycieU stóp tych skał, olbrzymich mar,Stojących w mgły błękicie!Wskróś rzek i gór, wskróś rzek i górCzuję cię, wiosko droga!I słyszę twój szumiący bórI widzę krzyż u progaI łzy i znój, i łzy i znój,Co cię od wieków poją...O kraju mój, o kraju mój!Znów jestem twoją, twoją!...

Aussee [1882].

Zgubionej w cichym i samotnym lesie,O! jakże mi się wydają nędznemiWalki, rozterki i burze tej ziemi,Które tam w dole wiatr niesie!

Sprzeczne dnia hasła ni o jedno tętnoNie przyśpieszają serca mego bicia;Falą przedsenną, falą beznamiętnąUderza we mnie puls życia.

Nad leśnym kwiatem schylam się, marząca,I wywróconych dębów depcę tronyI słucham pieśni, którą ptak natchnionyW błękitach śpiewa dla słońca.

Na ścieżce mojej tańczą iskry złoteWśród szmaragdowych mchów; różowe wrzosy,Trącone stopą, strząsają deszcz rosy —W powietrzu czuję tęsknotę.

Czy są gdzie ludzie — nie wiem i nie pomnęNi ich miłości, ni ich nienawiści.W świątynie ciszy wstępuję ogromneZ zielonych bluszczów i liści...

Samotność żarem na lica mi bije...Po drzewach idą szelesty i dreszcze...Ach! czy ja żyłam dotychczas? Czy żyję?Czy będę kiedy żyć jeszcze?

Za cichem szczęściem wyciągam ramiona...Czyż zawsze, zawsze mam tęsknić daremno?Przez liście olszy dnia jasność przyćmionaRzuca się łuną tajemną...

Nigdyż ustami nie dotknę tej czary,Skąd wzrokiem tylko chwyciłam płomienia?Cisza — w paprociach szmer słyszę i gwaryI drżę — od liści tych drżenia.

Dusza się moja westchnieniem rozwiewaW ulotne błyski i mroki i dźwięki...

— Stój! słyszę nutę znajomej piosenki...Nie! to las szumi, to drzewa!

Wildnis.

Księżyc przyszedł u stóp mych obalić te skałyDługim i przejrzystym cieniem,I ściąć w srebro lecące wód żywych kryształyI świecić ziemi — spojrzeniem.W alabastry zaklęte spłonęły gór grzbietyW cichej miesięcznej poświacie;I wstała noc w piękności swojej majestacieI wzięła lutnię poety —I na duszy mej strunach naciągniętych grałaPieśń wielkości i swobody;I słuchały jej lasy milczące i wody,I wielką była jej chwała.A na królewskim płaszczu śpiewającej nocy,Nakształt wielkiej czarnej chmury,Rozciągnął skrzydła swoje duch wieku ponury,Co ziemię trzyma w swej mocy.I wziął mnie — i postawił mnie na góry szczycie,A góra była wyniosła,Stopami w las odwieczny, pełny mroków, wrosła,A czołem stała w błękicie.I rzekł mi duch: »Czy widzisz ten zamek w dolinie,Z jasnych kryształów ulany?Strumień pereł w parowie brzęczy tam i płynie,A złotym kłosem drżą łany.Ja ciebie tym strumieniem i zamkiem obdarzę,Lecz śpiewaj mi pieśń wesołą«.I rzekłam: »A nędzarze, panie? a nędzarze?« —I spuścił duch chmurne czoło.I na skrzydła mnie swoje wziąwszy, nad świątynięUniósł mnie duch marmurową

I rzekł mi: »Chcesz? Kapłanką wielkich cię uczynię,Złotem zważę każde słowo,I powiodę cię w chwale przez życie — i w mocy,Lecz ty mi oddaj objaty!« —I rzekłam: »A te chaty? — a te czarne chaty?« —I zaszedł duch cieniem nocy.I zaś mnie chwycił swemi potężnemi pióryI ukazał wielkie słońce,Gmachom tylko wspaniałym i mocnym wschodzące,Przeciw ustawie natury.I rzekł mi: »Oto światło dla moich stuleci,Skrzesane z szczerego złota;Patrz, jak potężne blaski na marmury miota,Jak na alabastrach świeci!Dam ci z niego pochodnię, abyś szła bez trudu;Lecz ucisz pieśni płaczące«.I rzekłam mu: »O Panie! a ciemnota ludu?...«I zagasł duch — a z nim słońce.I pochwycił mnie wichrem i poniósł mnie w strony,Gdzie męże wznieśli puharyI pili za swe szczęście i za swe zamiary,A z boku — stały miljony.I rzekł mi duch: »Nie jestem zdradą — lecz miłością:Patrz, jako zapalam dusze!Gdy zechcę, martwe kości w mogiłach poruszę —Bom jest twej ziemi przyszłością.Uwierz mi, a obaczysz, co jutro się stanie —I dożyjesz dnia zbawienia!«I rzekłam: »A lud kędy? a kędy lud, panie?...«I rozwiał się duch wśród cieniaI zagasła na górach mgła — i zorza wstałaI zapłonęła świtaniem;A ja — z płaczem na ziemię upadłam i z łkaniem,I zbudziłam się — w łzach cała.

Ktoby mi to dał, o Boże!Ktoby mi to dał,Aby pieśni moje byłyNakształt złotych strzał!I leciały w dal błękitnąI leciały w dal,Gdzie bławatki modre kwitnąW pośród żytnich fal!Nad ten ciemny bór szumiący,Nad ten ciemny bór,Gdzie te chaty stoją czarneI ten biały dwór!Jedną chwyci noc i ciemność,Jedną chwyci noc,Druga stępi o mur twardyOstrza swego moc...Może chociaż ta ostatnia,Może chociaż ta,Co mi w piersiach drży i płaczeI po nocach łka,Wpośród naszych pól zoranych,Wpośród naszych pólUtkwi w ziemi, by z niej dobyćŻycia krzyk i ból!

O poranku szumią drzewa:— Gdzie jest twoja wioska, gdzie?Jaki teraz ptak tam śpiewa,Jaki kwiat swe wonie tchnie?Jaka bieda w oczy kole,Jaką troskę przyniósł czas?Czy już koszą nasze pole,Czy po drzewo jadą w las?...

Jak się dymy z chaty wiją,Jak w ognisku trzeszczą skry?Jak tam ludzie czują, żyją?Czy już oschły rosy, łzy?O poranku szumią drzewa:— Hej! dalekoż do tych żniw,Co to o nich piosnka śpiewa,Na tęsknotę i na dziw!Do tych żniw błogiego lata,Kiedy słońce wzejdzie namKiedy razem dwór i chataNa zagonie staną tam...Hej! dalekoż mi, daleko!Kto wyśpiewa taki dzień?...Jasne rosy z nieba cieką,Krzyż przydrożny rzuca cień...O poranku szumią drzewa:— Kmieciu boży, kędyś ty?Oto żniwo już dojrzewa,Naostrzona kosa lśni,A Piastowy duch pustkowiemPo zagonach chodzi wzdłużI zarzyna srebrnym nowiemPierwsze garście naszych zbóż...Hej, do żniwa tam! do żniwaNiech wylegnie cała wieś,Niechaj stare pieśni śpiewa!Nieś je tutaj, wietrze, nieś!O poranku szumią drzewa:— Gdzie jest twoja wioska, gdzie?...Echo w dali się rozwiewa,Toną mary w srebrnej mgle.

O niezmierzone! o morze!Na twojej srebrnej harfie nie śmiem złożyć dłoni,A pochwycona czarem, jak pieść twa roni,W milczeniu ducha się korzę!Z zamglonych wieczności progówIdziesz, jak idą czasy, konieczne, niezmienne;A fale twe, lecące, jak ptaki bezsenne,Widzą skon ludów i bogów.Tragiczne strofy twej pieśniSłyszane były w wieków konających łkaniuI znów będą słyszane w stuleci zaraniu,Gdy ziemia noc swoją prześni.Od dzikich gwałtów okrzykuDo mglistych westchnień lutni pod ręką Bajrona,Ludzkość, tysiącem nędz swych smagana i lżona,Skarży się w twoim języku.Pieśni twej — kto zna poczęcie?I kto będzie dość wieczny, by czekać jej końca?Na okręgach księżyca i na jądrze słońcaPołożył Pan jej pieczęcie,O, jakże gorzkie jej słowo!Gdyby ludy, słuchając, pojęły jej dźwięki,

Jak przy skończeniu świata, powstałyby jękiMuzyką Jozafatową!Bo nie przeminął od wiekaAni jeden z tych słabych, co krzywdy doznali,Żeby jego wołanie nie grzmiało w tej fali,Jako ślad nędzy człowieka.Lecz teraz jest to zakrytem,Dla małości dusz naszych, które chcą spocznieniaI usypiają, nędzne, pośród krwi i cienia,Jako pod jasnym błękitem.A gdy się czas ten dokona,I sprawiedliwość weźmie berło swe na ziemi,Pójdzie dreszcz sądów bożych falami morskiemiI otworzą się wód łona.Wtedy pieśń twoja, o morze,Z przeraźliwą jasnością w słuch ludów uderzy...I zdumieją się ludy u pójdzie wiew świeżyPo ziemi całej przestworze,Po ciemnych głębiach żywota.I nazwie ziemia pieśń tę — spowiedzią stuleci.I podniosą się narodyWiekuistym przypływem ducha-wskrzesiciela,I ucichną twe jęki i pieśni weselaW błękit podniosą twe wody.Lecz dziś, o morze! twe szumyNieukojone płaczą nad nędzą ludzkości!I ja płaczę wraz z nimi.....................

CHÓR.Ponad wodami babilońskiej ziemiSiedzim i płaczem łzami gorącemi;Na wierzbach lutnie nasze się kołyszą,W ciszy bolejem i skarżym się ciszą!

GŁOS.A którzy nas przywiedli w krainę wygnania,Rzekli nam: »Co milczycie, mężowie boleśni?Oto wiatr wam w muzyckie naczynia podzwania:Wstańcie, śpiewając pieśnię z syońskich swych pieśni«!

CHÓR.Biada! Nie dla nas już pieśni Syonu!My — las wyrwany z libańskich gór trzonu,My — zdrój bezwodny, domostwo bez panaI płacz bez głosu i struna zerwana!

GŁOS.A jakoż mamy śpiewać pieśń na obcej ziemi?Jak wyznawać jej słowo przed ludźmi cudzemi?W zelżywość oto rzucił Pan syońską córęI stargnął jej z ramienia królewską purpurę...

CHÓR.Za szyje nasze gnali nas trapieniem,Dusza nam zaszła pomierzchem a cieniem,Napój ust naszych zmieszany ze łzamiNad Babilonu cudzemi wodami.....................................

NABI.Więc ja mam głos! Więc ja wam śpiewać pocznę!Ja płomień tchnę w te smutki wasze mroczneI pieśnią wam przyśpieszę serca bicieNa nowy bój, na nowe, męskie życie!Więc ja mam głos! Ja, ptak spętanych skrzydeł,Zerwanych strun narodu lira brzmiąca...Na wichrach pieśń uniosę z nocy sidełI gniazdo jej położę w blaskach słońca!Więc ja mam głos! Pobitych krzyk jest we mnie,I łuny miast i winnic spustoszenie...I miecza ostrz przenika mnie tajemnie,I cisną mnie zelżywych pęt rzemienie..................

GŁOS.Trwoga na trwogę bije w żywot utrapiony,Wzruszeniem wielkiem Syon został rozruszony.A niech się cudze echa nie gonią przez poleZa pieśnią niewolnika, co śpiewa swą dolę!

CHÓR.Patrzym na góry, a one się chwieją...Ptak ulatuje z ostatnią nadzieją...

Ojcowie nasi pomarli w niewoli...Zasnąć nam dajcie! Zapomnieć, co boli! —.................

(Słychać przygrywkę lutni)..................

NABI.Jeruzalem! O, jeślibym ja ciebieNie pomnieć miał od zmierzchu zórz do rana,Niechaj mnie Pan zapomni też na niebie,Prawica ma niech będzie zapomniana!Jeruzalem! O święty ojców grodzie!Jeślibym ja nie sławił cię z imienia,Niech język mój w pragnieniu i o głodziePrzyschnie, jak liść, do mego podniebienia..................

(Przygrywka lutni)..................

A któż to jest, pobita i zburzona,Co wyrwał cię, jak cedr, z wybornej roli?A któż to jest, co spętał twe ramionaI zawiódł cię w ten cudzy dom niewoli?.................

(Przygrywka lutni)..................

Nędznico ty! O babilońska córo!Przeklęta bądź do kości twego ciała!Sławion ten mąż, co odda ci ponurąNagrodę twą, którąś ty nam zdziałała!Sławion ten mąż, co naprożników trojeI węgły twe zatrzęsie ręką krwawąI z wierzchu skał roztrąci dziatki twojeI grody twe posieje polną trawą!

O Panie! daj dziś mówić duszy mej przed Tobą!Nie o wszelkim człowieku, który sąd Twój czyni,Ale o ludu Twoim, co z swoją żałobą —Nędzarz wzgardzony — błądzi po życia pustyni!Ale o Twem dziedzictwie, dla którego płaczę,Ale o domu ojców, dla których boleję,Ale o pokoleniu, co stopy tułaczePo obcych krwawi drogach, goniąc swe nadzieje.

Ty zasię mierzysz czasy, a Twoje źreniceNa powietrze wzniesione i na wysokości...A z rąk swych puszczasz wieki, jako gołębice,A straż Twoja w płomieniu i w wichrów chyżości.Rozkazanie Twe mocne, a ład Twój straszliwy...Trwająca jest Twa powieść i prędkie Twe sądy...Spojrzenie Twe wysusza mórz głębie, a lądyRozpuszcza w oceanach, co niosą fal grzywy..................

Ty wybierasz narody i dajesz im zbroje,I stawiasz je, jak wodze, przed hufce stuleciI patrzysz, jak się wzmaga i jako się świeciTwój orzeł podsłoneczny, lecący na boje...I do nóg jego rzucasz zastępy i tronyI miecz zapalasz gromem — i ściągasz go zasieI gasisz, jak pochodnię, i porzucasz w czasie,Jako proch osypany i popiół wzgardzony.

Lecz ducha tego, który w piersiach jego żywie,Jako mgłę srebrną, puszczasz i jako dym siny,W tajny wątek żywota i w ludów zaczynyI siejesz, jako ziarno zbożowe na niwie.A nie nalezion będzie między umarłemi

Żaden z tych, którzy tchnęli pod Twoje błękity...I wzbudzisz z nocy śmierci — jutrzenki i świty,I dębom powalonym wstać każesz na ziemi...................

Lecz teraz w rozdzieleniu czasów żywot pędzęI na rozstajnych drogach sądów Twoich stoję;Przeto wołam i ludu wyznawam Ci nędzę,Co, jak robak, w źrenicy zakrwawia łzy moje.....................

Przeczżeś rozproszył, Panie, jedynaczka swegoI drapieżnym go wielu dałeś na zginienie?Przeczżeś go Ty porzucił w pył drożny i w cienie,Iż depcą po nim konni i ci, którzy biegą?...Przeczżeś zdmuchnął nad głową maluczkich swą zorzęI nakarmił jastrzębie polnemi ptaszęty?Azaż ziemia moc swoją z krwi tylko brać może?Azaliż zwyciężony — przed Tobą przeklęty?.....................

Lecz mowa o tych rzeczach trzęsie się i łamieI drży w sobie, zgwałconym zaparta językiem,A wołaniem przed Tobą — wzniesione to ramię,A milczenie skrzywdzonych — przed Tobą jest krzykiem!

Ave, Caesar!... Witaj, nowyWładco świata, nowy panie!Oto chyląc kornie głowy,Lud, Spartakus ten dziejowy,Szle ci powitanie!Ave, Caesar!... Roma całaKlaszcze tobie w obie dłonie...Jaki blask ci w oku pała!Jaka szata twoja biała!Jakie rącze konie!Wonią wieńce i amfory,Róże z Pestum lecą krwawe,

Grają światła i kolory,Idą ludy-gladjatory —Ave, Caesar!... ave!...I jak posąg, każdy stajePrzed słonecznym twoim tronemI przedśmiertną cześć ci daje...Nędzne, ciemne, podłe zgrajeZ czołem pochylonem.Ave, Caesar!... Jak nam błogo,Że tak jasne masz oblicze!Że nam karki depcesz nogą,Że w arenach biją trwogąEcha tajemnicze!Jak dzień wstajesz rubinowyW chmurze łez i w krwi oparze!Nad jasnością twojej głowyLata orzeł kwirytowy,O boski Cezarze!Na twej drodze gaśnie słońce,Na twej drodze rzeki krwawe...Oto usta konająceSzepcą tobie sine, drżące:Ave, Caesar!... Ave!...

Na wozie hańby, lecz nie zawstydzeni,Podnieśmy, bracia, i serca i skronie!Oto ostatni świt nam się rumieni,Oto ostatnie słońce dla nas płonie.Jeden nam tylko przenieść jeszcze trud...Niech żyje Francja! Niechaj żyje lud!

Kto, walcząc, ginie na progu swobody,Kto ją pozdrawia usty milknącemi,Temu po wiekach cześć dadzą narody,Tego się imię zostanie na ziemiI w sercach synów zbudzi męstwa cud...Niech żyje Francja! Niechaj żyje lud!

Za miłość moją pójdę w wielkie boje,Za wiarę w przyszłość oddam rękę prawą,Za sprawiedliwość i za dobro twoje,O mój narodzie, zginę śmiercią krwawą...I wołać będę, czując ostrza chłód —Niech żyje Francja! Niechaj żyje lud!

Żegnaj, o słońce! żegnaj, kraju miły!I ty mi żegnaj, złorzeczący tłumie!Na krwawy szafot, na nasze mogiłyLud rzuci kwiaty, kiedy nas zrozumie.Oto już stoim u przyszłości wrót...Niech żyje Francja! Niechaj żyje lud!

Nie mogę mówić do was, jakbym chciała,Ani do głębi serca wam otworzyć...Ale wy wiecie, jak drży i jak pałaSłowo to, które pragnę tu położyćI stanąć przed niem z pochyloną głową —Wielkie, zaklęcia pełne, ciche słowo.

Kto je odgadnie, łza zwilży mu oczyI serce w piersiach gorąco uderzyI tęcza duchów jasnych go otoczyBłyskawicami stalowych pancerzyI tarcz, co przeto tylko były siłą,Że poza niemi także serce biło.

Kto je odgadnie, uczuje, jak pióraZ ramion mu rosną do górnych polotów,Jak zeń trosk drobnych opada wichura,Jako z duchami jest i jak jest gotówWybłysnąć, niby ciosowa kolumna,Silna — bo w gmachu, że gmach dźwiga — dumna.

Kto je odgadnie, ten pójdzie na poleSłuchać wiosennych świergotów skowronka

I stanie cichy i wpatrzy się w rolę,Jak siewy wschodzą na ziarno do słonkaI wybiją mu myśli tajemniczeNa podniesione w błękity oblicze.

A potem wróci i zbudzi się nocą,O gwiazdy oprze oczy zadumaneI będzie się czuł ogarnion tą mocą,Co do gniazd pędzi ptaki obłąkaneI ludy pędzi pod zorzę jutrzennąI jest tęsknotą wielką i bezsenną.

Lecz teraz mówić tu z wami nie mogęTak, jako czuję i jakobym chciała,Bo smętność czasów zachodzi mi drogę,Wiatr chwyta słowa, a nocna mgła białaChce rozproszona wpierw być i rozbita,Nim pieśni wstaną, nim dzień nam zaświta.

Więc z dala tylko stoję i milczącaMówię dziś do was zamkniętych ust cisząI czołem w brzaski zwróconem do słońca...I wiem to, że mnie te serca usłyszą,Które nawykły samotnem swem biciemGadać z tęsknotą, z nadzieją i z życiem.

W starości swojej ziemia mnie wydała,Jak późną parość dąb próchnem stoczony.Brakło już gliny dziewiczej na ciała,A dech żywota — wytchniony.Prochy pokoleń, co życie klnąc, marły,Łzy nieoschnięte, krew świeża, co dymi,To dziś jest warsztat, to zaczyn olbrzymi,

Z którego ulepia — karły.O straszna praca! O posępne dzieło!Niemowląt płaczem napełniać kostniceI dawać temu, co w mękach zginęło,Wzbudzone mąk tych dziedzice!Na całej ziemi i na całem niebieNiema, czegoby choć myślą nie tknięto...Ludzkość swe dzieje spożywa w swym chlebie,A strawa jej jest przeklętą!Czemże żyć będę? Czy złudą nadziei,Którą otrute stulecia — konały?Czy tym puharem, co obszedł z koleiPragnień i żądzy świat cały?Powiemże: miłość? — Pod stopy mojemiZadrży proch serc tych, co czuły i biły.Powiem: nienawiść? — Pół mórz i pół ziemiOtworzy swoje mogiły.Wyciągnę ramię do czynu? — AliściMgliste się dłonie podniosą przedemną,Jako zwichrzonych jesienią rój liści,Które opadły daremno...Drogi ku szczytom i w przepaście drogiTragicznym śladem zarówno zdeptane.Gdzież spocznę? Kędyż miejsce dla mej nogi?Gdzie życiem odetchnąć stanę?Od własnych myśli i uczuć i woliOdwracam głowę z boleścią i wstrętem...Krwawego siewu i cmentarnej roliCzuję się ziarnem przeklętem.

O wy, co cierpieć umiecie w pokorze,Wy, co nosicie krzywd waszych łańcuchy,Jako wrośniętą w kark krwawą obrożę,Słabe, poddania pełne, bierne duchy —Wy, co chowacie swój ból oswojony,

Jako gadzinę, gdy wyrwą jej jady,I wieńcem kwiatów umiecie kryć śladyCierniowej życia korony —Co się zwyciężać dajecie bez boju,Gotowi zrzec się dziedzictwa światłości,Byle was tylko z gnuśnego spokojuNie wyrwał okrzyk przyszłości —Wy, co biegając w palącym się gmachuZ wygryzionemi od dymu oczyma,W kąt się chowacie z nędznego przestrachu,Zamiast wyjść krokiem olbrzyma —Wy, co nie macie dość serca i mocyHańbę zwać hańbą, a nędzę zwać nędzą —Wy, których losy biczują i pędząPo starych przepaściach nocy,Co czasom gromów, rażeni od trwogi,Dajecie pozór spokoju zwodniczy —Was przyszłość minie, a jutra świt błogiW szereg żyjących nie wliczy!Męże i ludy los taki tu biorą,Jakiego w sercu swem znają się godne...Wielkością czynu, nie martwą pokorą,Dzieje ludzkości są płodne.

Do zwartych bram uderzcie szturmem, duchy!Niech pękną te, co dzierżą je, łańcuchy!Dość długo noc nad ziemią berło miała:Niech przyjdzie moc, niech przyjdzie słońca chwała!Niedoli kres gdzieś musi istnieć przecie,Lecz z poza łez nie widać go na świecie...Otrzyjcież wy spłakane te powieki,By ujrzeć dzień konieczny, choć daleki.Królestwo swe nie tym, co płaczą, jęczą,Bóg oddać chce z spokoju jasną tęczą,

Lecz tym, co śmią przygwałcić je ku ziemiPotęgą lwią i czyny ogromnemi.Przyszłość to trud. Nie zejdzie ona z niebaPrzez żaden cud, lecz zdobyć ją potrzebaI w służbę jej dać lata te zapału,Co serca rwą w krainę ideału.Kto czeka — ten na syna swego ramięSpycha ten krzyż, pod którym sam się łamie,I żądać śmie, by przyszłe pokoleniaZnów stary bój podjęły i cierpienia.O, dosyć już oglądać się na syny!Im wieńce z róż — nam ciernie i wawrzyny.Nam bój i śmierć w pielgrzymstwie pełnem trwogi —Im błogi świt i jasne, ciche drogi!

W gorzkiej zadumie na tę ziemię patrzęI na jej pola patrzę spustoszone;I widzę nad nią gwiazdy coraz bladszeI widzę słońca gasnącą koronęW mgłach, które smętną przyoblokły nocąWszystko, co światłem jest i co jest mocą.

Kwiaty się nasze skarżą łez swych rosą,Że woń ich z wiatrem wiejącym ucieka,Że wiosny nasze nic z sobą nie niosą,Że od żniw naszych nikt chleba nie czeka...Kwiaty się nasze skarżą... Ja je słyszę,Gdy myślą w zmierzchy zapadnę i w ciszę.

I coraz więcej słabości i drżenia,Marnych porywów i marnych przestrachówCzuję, dłoń kładąc na serc uderzenia...I stoję cicha wśród pustki tych gmachów,

Gdzie w prochu leżą strzaskane filary,I myślę: jaki świat smutny i stary!

Węże, co idą w wilgotne swe nory,Odmieniać z grzbietów skóry twardniejące,Na starych dębach popękane kory,Które wiatr łupie, a wysusza słońce —Mniej strupieszałe są i mniej mogilne,Niż ty, o serce wieku! o bezsilne!

Nawet motyla nie spłoszysz swem biciem,Nie stargasz nawet i pajęczej przędzy...Jedna z fal morza, co zowie się życiem,Już cię ogłusza — drzemiące w swej nędzy...I jeden oddech szerokiej przestrzeniPrzeraża ciebie, iż krew twą rumieni!

O, wiem już teraz, jaką daje karęBóg w ziemskich piekieł najgłębszej głębinie!— On czyni ludy zastygłe i stare,Siedzące w zmierzchach na własnej ruinie;On ich spojrzeniem wstrzymuje zagasłemCzas, by nie buchnął okrzykiem ni hasłem.

O, wiem już teraz, jak Bóg dzieje piszeTym, co ich stworzyć nie mają dość siły!— On żywych wtrąca w grobowych snów ciszę,W własnej niemocy pogrąża mogiłyI rozsypuje ich kości na pole,Wziąwszy im duszę życia — życia wolę.

Życie — jak woda. Kto z cichego zdrojuDrobną czareczką nabiera napoju,Temu ust żary słodki gasi trunek,Jako błękitów pełen pocałunek.

Lecz kto zapragnie choć raz pić z głębiny,Kogo porywa huk morza, zmierzch siny,Potężne wzloty i nagłe omdleniaI czar przepaści i wiry i drżenia,Kto całą piersią, gdy ogień ją pali,Chce do burzliwej, jak sam, przylgnąć faliI pić otchłani napój tajemniczy,Ten pian ma pełne usta i goryczy.

O, płytkie wieku i powszednie zdroje!Płomień pragnienia pali wargi moje,A przecież od was odwracam ja głowęI rzucam wasze ochłody perłowe...Ty, głębio życia, ty pój mnie na ziemiPrzepaści twoich wodami gorzkiemi!Dla ust, spalonych tajemnym pożarem,Otchłań niech będzie kipiącym puharem!Słona łez fala o pierś niech mi bije...Niech piję gorycz — lecz z morza niech piję!

Połóż rękę na sercu, a jeśli ci onoGnuśnym i sennym ruchem w piersiach się kołysze,Jeśli się lęka przerwać wywczasów twych ciszę,A zamiast grzmieć i tętnić — usypia ci łono,Jeśli uderzeń swoich przyśpieszyć nie może,Ani buchnąć płomieniem rozpaczy i wzgardy,Jeśli w piersiach ci leży, jak kamień ów twardy,Którego pług nie ruszy, lecz w chwastach oborze:Zaprzyj się tego serca i słowy gorzkiemiKlnij tych, co ci je dali małem i robaczem,I płacz — jeżeli możesz — rzęsistych łez płaczem,Boś nędzny, najnędzniejszy z nędzarzów tej ziemi!

Serca, co się tchem wieku, jak iskra, zapala,Jako płomień, wybucha, a jak piorun, gaśnie,

Serca, przez które płynie gorącej krwi fala,Serca, co pęknąć zdolne — potrzeba ci właśnie!Jeśli takiego nie masz, z schylonem obliczemIdź a szukaj w bezcześci gnuśnego ukryciaI miejsca, gdzieby wolno nazywać się — niczem,Oddychać bez powietrza i istnieć — bez życia!

O, wiem, my słońca nie zdejmiemy z nieba,By rozwiać cienie po przepaściach nocy,Nie rozmnożymy, jako Chrystus, chleba...O, wiem, nie wszystko jest tu w ludzkiej mocy,A najmniej — w naszej......Jedno przecieKażdy z nas zrobić powinien — więc może.Może za rękę wziąć chłopskie to dziecię,Co stoi przed nim w służalczej pokorze,I poprowadzić je na ciche pola,Gdy ranek bije smugami złotemi,I ciepłem słowem przemówić o ziemi,Którą uprawiać przypadła mu dola,O jutrze, które wyorać nam trzeba,Łzami i potem skrapiając te łany,Gdzie każdy kłosek na przyszły kęs chlebaW wspólnej nadziei ma być zasiewany,Bo tylko takiej przyszłości nasionaWzejdą i chwast ich złośliwy nie zaćmi,A potem w syna swojego ramionaPopchnąć to dziecię i rzec: Wyście braćmi!

Kiedy wspominasz, to dusza twa wołaRzeczy, co poszła, by rozwiać się cicha,Do umarłego podobna anioła,A fala czasu, co cień jej odpycha

Ku brzegom mglistym i smętnym, daremnoGłos twój unosi w noc głuchą i ciemną.Co przeszło — przeszło. Duch nigdy nie wracaPo swych płomiennych śladach; jego droga,Jak tęcza, za nim zwija się i skracaNa kołowrotach, co tkwią u stóp Boga.

O! gdybyś wszystkie tęsknoty swej siły,Co próżno mdleją u każdej mogiły,Wytężył w przyszłość, gdzie życia moc pała...O! gdybyś podniósł ramiona i oczyTam, skąd już bije blask świtu proroczy,Co duchy z nędzy wyjarzmi i ciała...I gdybyś trwał tak, ku jutru zwrócony:Ty, o mój bracie, i ja i miljonyTych, którzy płaczą i życia klną brzemię,Ujrzelibyśmy, iż przyszłość ta czekaNa pożądanie gorące człowieka,By wstrząsnąć pióra — i wzlecieć nad ziemię!

Z długiej się nocy ku światłu obrócić —Wiem, jak jest ciężką pracą, a jak twardą.Bo nam się trzeba, jak płomień, wyrzucićW górę z ogromną siłą i ze wzgardąDla tej małości, co nas chce zawrócićI zdjąć nam z czoła ostatnią myśl hardą,Myśl, co się blasków paliła koronąNad każdą głową wielką — a zelżoną,

Do tych błękitów, co stoją nad nami,Tak uciszone i tak obojętne,Z Jakóbowymi drabiny szczeblami,

Nie widzą oczy moje, we łzach mętne.Nam trzeba wzbić się własnemi skrzydłami,Gdy nas odbiegły gdzieś anioły smętne,I krwawe pióra na zorzę kłaść złotą,Jak ptaki, gnane ku słońcu tęsknotą.

Niechaj obaczy Bóg, gdy szarfy tęczyZawieszać będzie w chmurach, niech obaczy,Że w tem powietrzu uciszonem jęczyJakiś głos smętny, żałosny, tułaczy...I niech pomyśli, nim ziemi zaręczySpokój i łukiem go swoim naznaczy,Niechaj pomyśli — czy można zwać cisząCzasy, w których się takie skargi słyszą?...

A ja wam mówię, że Bóg też ma noceBezsenne, w których na gwiazdach oparty,Swe piorunowe gubi kędyś moceI patrzy cichy na świat ten rozdartyI wie, gdzie wróbel bez gniazda świegoceI jakie księżyc odprawia tu wartyNad mogiłami w rosach — duch pokutny —I patrzy na to wszystko — i jest smutny.

A ja wam mówię, że Bogu też szkodaRóży, gdy z liści osypie się cichaI drży i w błękit już nigdy nie podaWydmuchniętego z zórz jasnych kielicha...Że mu żal struny pękniętej rapsoda,Gdy łez i pieśni zdrój na niej wysycha,I zadumany jest nad ziemską bryłą,Że się tak trupio toczy z tem — co było.

Bo nie o takich marzył nędznych skonachDla róż i pieśni, dla ludów i duchówOn, co dał ziemi królewskość w koronachGwiazd i tęsknotę wiosennych podmuchów,

On, co sam morze kołysał w ramionach,Ucząc je hymnu wichrów i wybuchów,Co pulsy życia zamknął w pierś granituI moc istnienia zrównał — z żądzą bytu.

Bo nie o takich marzył on mogiłach,Co rosną zwolna, zimne i milczące...On, co rozbija światy w złotych pyłachI potrąceniem stopy gasi słońceI jednem tchnieniem ścina w globu żyłachPłomiennych żarów obiegi tętniąceI puszcze wali przy piorunów biciuI wielkiej śmierci chce — po wielkiem życiu.

Poco śpiewać? Poco targać smutnieStruny, które ozwać się nie mogą?Idź, poeto! strzaskaj swoją lutnię!Porzuć szczęty nad rozstajną drogą...

Niech ptak polny śpiewa na tej ziemi,Niechaj wichry zawodzą tu w nocy,A pieśniarze niechaj chodzą niemi,Rozbrojeni z czarodziejskiej mocy.

Niech odmieńce wśród życia biesiadyDla wesela swoją lirę stroją,Jak z wyrwanem żądłem liche gady,Co się w tańcu za piszczałką roją...

Ich to święto! Piersiami pełnemiNiech okrzykną toast znikczemnienia;

Wy odejdźcie, o pieśniarze niemi,Pełni ogniów wzgardy i serc drżenia.

Kiedy usta milczeniem zawarte,Gdy głos mężów stłumiony i cichy,Dzieje wtedy piszą wielką kartę...Kwiatów jutra pękają kielichy...

Stare proroki! stare Izajasze,Pieśń nam swą dajcie płomienną, wichrową,Niechaj zaszumi, jak orzeł nad głową,Niech burzę duchów rozbudzi gromową,Niech iskrę rzuci w popielisko nasze...Stare proroki!Na naszych polach, jak za Ezechiela,Wielkie się mnóstwo bieli suchych kości.Kto zbudzi słowem pośnięte w żałości?Kto je postawi na szlakach przyszłości?Kto tchem ich piersi trupie poobdzielaNa naszych polach? —O! wiejcie wichry z dalekich mórz brzegu!Niech w waszych szumach przyleci duch BożyI martwe usta tej ziemi otworzyI tęczę skrzydeł na serca położyI rzuci szkarłat zórz na białość śniegu...O, wiejcie, wichry!...O! lećcie, rzeki, z dalekich gór czoła!Harfy, co w strunach macie jęk i łkanie —Niechaj w wód huku głos Pański się stanie,Niech nam błękitów swych da zmiłowanie,Miecz archanielski — i zbroję anioła.O, lećcie rzeki!...Obnaż swe czoło z motylich barw tęczy,Pieśni, co latasz wśród róż i cyprysów!

Nakryj się starych żeleźcem kirysów,Ucz się swej nuty z mogilnych napisów,Weź sobie echo, co płacze i jęczy...Obnaż swe czoło!Wstań, niewolnico! Od starych prorokówUcz się grzmieć słowem, co błyska i pali...Słyszysz wśród nocy daleki huk fali?To los tej ziemi, rzucony na szali,To echo ciężkich przeznaczenia kroków...Wstań, niewolnico!

A choćbyście wrośli w ziemiSiłami wszystkiemi,Choćby wszystkich dżdżów obłokiPoszły wam na soki:Nie wzniesiecie w górę czoła,Gdy wiosna zawoła,Nie wydacie duchem kwiatuNi sobie, ni światu —Bez miłości, bez zapału,Bez czci ideału!

A choćbyście przeszli morzaBłękitne przestworza,Choćby góry całej ziemiZ skarbami wszystkiemi:Powrócicie, jak żebracy,Z waszych dróg i pracy,Załamiecie próżne ręce,W strasznej głodu męce —Bez miłości, bez zapału,Bez czci ideału!

I choćbyście wyszli w poleZ piorunem na czole,

Choćby z stali były męże,A z gromów oręże:Pójdą w jeństwo wasze rotyPopod cudze płoty,Wasze boje będą klęską,Wasza śmierć niemęską —Bez miłości, bez zapału,Bez czci ideału!

I choćby wam trąby grałyNowych dni hejnały,Choćby cały świat z mogiłyWstawał pełen siły:Wy się z trupich waszych pleśniNie dźwigniecie w pieśniI w zmartwychwstań wielkiej dobieZostaniecie w grobie —Bez miłości, bez zapału,Bez czci ideału!

Tęskno mi! Do tych pieśni tęskno mi urwanych,Którym wolno na usta wybiedz przez połowę...I w słowach, wpół stłumionych i wpół okowanych,Z najbliższymi prowadzić daleką rozmowę.Tęskno mi! Do cichego tęskno mi westchnienia,Co upada mdlejące na uśpione róże,A pod myśli dotknięciem w wicher się zamieniaI budzi w bratnich duchach piorunowe burze.

Tęskno mi! Do serc waszych, jak do żywej lutni,Wyciągam drżące dłonie, chcę ich dotknąć z blizka...Chcę grać na nich pieśń nową, smutną — bo wy smutni,Pełną bólu — bo wam też ból piersi uciska.Nie znam was, nie widziałam — i wy mnie nie znacie,A przecież jam nie obca i związana z wami.

Tak brzoza, zasadzona przy wieśniaczej chacie,Dźwięczy piosenką chaty i płacze jej łzami...

Gdyby nam tyle tylko do dnia było,Żeby się znalazł głos, co świt obwieści,Każdaby brzoza biała nad mogiłą,Gdy w harfy swoje wiatrzane szeleści,I każde ptaszę polneby wróżyłoKres długiej nocy i długiej boleściI każde ziarno pól naszych wschodząceByłoby hasłem, że idzie już słońce.

Ale do naszych przebudzeń i brzaskówPotrzeba czegoś więcej, niż hejnału;Nam piorunowych trzeba drgnień i blaskówI gorejących puszcz trzeba zapału,Kiedy wśród iskier walą się i trzasków,I w samo serce trzeba nam postrzału,Żeby nas podniósł z snu — i przetarł oczyBryzgiem krwi jasnej, gdy pierś nam ubroczy.

Cóż pieśń! Z skowronkiem idź budzić zbóż łany,Smętny lirniku, gdy śpiewać ci wola...Może tam wstanie wiatr jękiem przewiany,Może z zadumy swej ruszą się pola,Może się we mgłach podniosą kurhany,Które tam niegdyś sypała niedola,Może głaz na nich prędzej się poruszyNiż my — żyjące trupy, bo bez — duszy!

O, czemuż dęby nasze starodawneNie od pioruna poległy w swej sile...Czemu korony nie spadły im sławneNa jakiejś wielkiej mogile!

Po liściu oto, po jednej gałęziOdarł je wicher z wiosennej ich krasy,A pierś ich cisza obumarła więziI milczą pola nasze, milczą lasy...

Przeklęty los błyskawic, co się palą w ciszyI osypują w ciszy fosforycznym kwiatem!Przeklęty, gdy za niemi grom żaden nie dyszy,By zatrząść zestarzałym i bezwładnym światem!

I grom ten jest przeklęty, co bez śmierci bije,Po którym nie drżą ludy i nie płoną lasy...Uderza — przecież cała stara nędza żyjeI w starej pleśni drzemią starych bezpraw czasy.

Przeklęty los! I jedno i drugie się spaliI padnie w nic i w ciemność i w głuchotę wieku,I niczem nie zaważy na tej sądnej szali,Na którą krzywdy swoje kładziesz — o człowieku!

Wiosno, tyś hymnem, co piersi rozżarzaU młodzieńczego przyrody ołtarza,A strofy twoje wzlatują nad światemPieśni skowronka marzeniem skrzydlatemI opadają — wśród ciszy i woni —Kwieciem róż białych i puchem jabłoni.

Błogosławiony, kto czarów twych czeka,Kto przyjścia twego wygląda z dalekaI czuje w sobie ten dreszcz, co przenikaKielich powoju i piersi słowikaI w starych dębach przyśpiesza krwi bicie...Błogosławiony! bo on kocha — życie.

Jego nie trwożą te skrzydła przyszłości,Których kwiat polny motylom zazdrości;On się nie lęka tej siły, co żywaKu rozkwitowi i słońcu się zrywa;On wie, że wszechlot ku jutru — to droga,Jaką istnieniom naznacza myśl Boga.

O, pójdźcie wszyscy, co pleśnią zimowąZmrozić nam chcecie błękity nad głową,Wy, co na własnej zasiadłszy ruinie,

Drżycie, gdy powiew przyszłości przepłynieI tchnieniem życia poruszy proch cichyI dzikim głogom otworzy kielichy...

O, pójdźcie wszyscy i słuchajcie!... Duch świataSkrzydłem wieczystej młodości ulataI ku jutrzenkom jest cały podany —I gorejący i niepowstrzymany!...Co? — wy mu pióra wiążecie pętami?— On wzleci mimo was — a nawet z wami!

O, zmartwychwstanie wszystkiemu, co mękęŚmierci przebyło i grobu ciemnice!Oto już słychać słowiczą piosenkę,Oto się letnie palą błyskawice,Oto z błękitów zlatują nam blaskiDnia majowego, przebudzeń i łaskiI słychać w ciszy jęczące otchłanieI grzmot wiosenny słychać...Zmartwychwstanie!

O, zmartwychwstanie tym ziarnom, co w roliPrzebyły zimę wiekowej niewoli!O, zmartwychwstanie posiewom tym ducha,Które więziła noc ślepa i głucha,Wam, czarne lasy, i wam, mokre łąkiI zioła polne i szare skowronki,I wam, zagony leżące odłogiem,I tobie, gruszo stojąca przed progiem,I wam, dąbrowy i gaje i kwiaty,I tobie, strzecho zczerniała tej chaty...Pęka już wierzba, słychać fletni granieI szum lecących skrzydeł...Zmartwychwstanie!

O, zmartwychwstanie wszystkiemu, co mdleje,Co traci ducha i moc i nadzieję...O, zmartwychwstanie Łazarzom i Hjobom,Pękniętym sercom, zapomnianym grobom,Światłom gasnącym w ucisku stuleci,Gwiaździe, co spadła — i w błocie gdzieś świeci...Temu, co dobre i wielkie i piękne,I co ku wzlotom najwyższym napięte,Przecież zdeptane jest — i jest wyklęte......Pójdę, w zieleni pól naszych uklęknęI z lasów szumem w pieśniach się uniosęI ziemi mojej dam łez moich rosę...

Kto policzył, ile siłyZużył polny kwiat ten lichy,By się wydrzeć z swej mogiły,Aby przebić grób swój cichyW zmartwychwstania dzień,I rozpłonąć drobną głowąW barwę świtu purpurowąPonad noc i cień?

Kto wie, jakich pragnień żaryPrzepaliły pień ten stary,Zanim puścił pędy młodeNa wiosennych tchnień swobodę,Na poświsty burz?Kto policzył tętna bicieW drobnym krzewie, kiedy skrycieWiąże pąki róż?

Kto zaprzeczyć się odważy,Że rzucone ziarno marzyO przyszłości plonu żniwa?

Że się własnym rzutem zrywaI podźwiga w kłos?Kto mi powie, jak łan długi,Co tu łask, a co zasługi,Ile łez, a ros?

O, zaprawdę! wiosna pukaDo wrót tylko tych cmentarzy,Gdzie się ciepłych tchnień doszuka,Gdzie pod ziemią życie gwarzy,Gdzie jest puls i ruch...I tam tylko zmarłe wskrzesza,Gdzie na ustach się zawieszaNiewystygły duch!

O, zaprawdę! bez pragnieniaBytu, bez prac dobrej woliNie powróci wiosna tchnieniaJednej trawce z czarnej roli,Nie w jej mocy cud!Ona tylko tam zakwita,Gdzie od dębu do źdźbła żytaCzuje żywy trud.

A gdzie zbraknie takiej siły,Co rozżarza proch mogiły,Co z iskierki jednej duchaPłomień wskrzesi i rozdmuchaNa ognisko dusz:Nie przylecą tam kometyNa popiołach wić bukietyGorejących róż.

Gdzie zabraknie takiej mocy,Coby słońce wykrzesałaZ czarnych włosów cichej nocy,

Gdy na gwiazdach stoi białaW pośród mlecznych dróg:Tam nie przyjdzie żadna zorzaNi z za góry, ni z za morzaPrzez srebrzysty próg.

Gdzie zamilkło żywe słowo,Co służyło jako hasło,Aby w długą noc zimowąSerce w piersiach nie zagasło,Nie straciło tchu:Tam nie przyjdzie żadna wiosna!Pieśń zwycięska, pieśń radosnaNie rozbudzi snu!

Przeciw nadziei, co stoi na chmurzeŁez, prędkim wichrom rzuciwszy kotwicę,I obrócony wzrok trzyma na burzeI nawałnice,W niezgasłe gwiazdy ufam wśród zawieiPrzeciw nadziei.

Tak pieśniarz ślepy, gdy go noc otoczy,Choć wie, że rankiem nie wzejdzie mu słońce,Podnosi w niebo obłąkane oczyI dłonie drżąceI mroki pije źrenicą zagasłą,Wierząc w dnia hasło.

Wiem, odleciały te ptaki daleko,Co nam na skrzydłach niosły chwały zorze,I z rzek już naszych te wody nie cieką,Które szły w morze...I syn się karmi kłosami gorzkiemiZ ojców swych ziemi.

Sam Bóg zagasił nad nami pochodnięI na mogiły strząsnął jej popioły.Idziem, jak idą bezdomne przechodnie,Z zwiędłemi czoły,A stopy naszej zasypuje śladyWicher zagłady...

Wiem, niech mi smętne echo nie powtarzaTego, co wstydem pali i co boli.Bom ja też rodem z wielkiego cmentarzaI z krwawej roli...I ja też lecę, jak ptak obłąkanyI wichrem gnany.

Przecież o zmierzchy skrzydłami bijącaI piekieł naszych ogarniona sferą,Oczyma szukam dnia blasków i słońcaContra spem — spero...I z mogił głębi czuję życia dreszczeI ufam jeszcze...

Przeciw nadziei i przeciw pewnościWystygłych duchów i śmierci wróżbitówWierzę w wskrzeszenie popiołów i kości,W jutrznię błękitów...I w gwiazdę ludów wierzę wśród zawiei,Przeciw nadziei!

Rzucajmy piękna siew!Niech wschodzą kwiaty,Jak cudnych marzeń rój,Lekki, skrzydlaty...

Za kwiatem przyjdzie namI owoc boży,I urok piękna samDobro wytworzy.

Cóż kwiatek? — Barwny puch,Oczu ułuda...Lecz w pięknie żyje duch,Co tworzy cuda.

Zaprawdę życia tenNie strwonił marnie,Kto kwiecie swoich niwZ miłością garnie...

I w ludów wiosny dzieńStanie ten śmiało,Kto rzucił ziemi swejChoć różę białą...

Bracie śpiewaku! Więc ci już tak wcześniePorzucić przyszło i lutnię i pieśnie?Więc ci tak rychło przyszło skrzydła zwinąćI na dnia jasność twarz zgasłą obrócićI taką cichość w sobie mieć i rzucićZiemię i lecieć precz i we mgłach zginąć?...Więc już tak wcześnie?...

Z żórawianego oderwany stada,Coraz to jeden ptak z błękitu spada...Bo ciężka rzecz jest pod wichry się zrywaćI wyłamane pióra nieść do góryI mieć na czole znak wieku ponuryI duszę pełną łez — a przecież śpiewać,Jak ptak, co spada...

I oto dzisiaj matka UkrainaStepowem echem nie dowoła synaI nie doliczy między sokołamiTego, co latał w zmierzch letni i cichyDo Perepiaty i Perepiatychy

I w skrzydła smętny bił nad mogiłami,Gdzie zorza sina...

A ja — cóż powiem? I jakiemi słowyKwiat ci śmiertelny porzucę u głowy,Kiedym jest sama harfą, co ma tony,Zmieszane z płaczem, i skarg pełne dźwiękiI nie znam żadnej tak cichej piosenki,Przez którą mógłbyś błogo być uśpionyW ten sen grobowy...

Nie porzuciłeś, bracie, dla mogiłyDomu wesela, ani domu siły,Ale odszedłeś z cichą, białą twarząOd chaty, której węgły są ruszone,I kędy sprzeczne wichry gospodarzą,I sprzeczne siły...

A gdyśmy w chacie tej siedzieli smutni,Tyś takie struny nawiązał na lutni,Co wieczną wzruszeń moc nad sercem mają...Przez pół westchnienia, a przez pół uśmiechy,Niby to żale i niby pociechy,Co w szumach brzozy tej płaczącej grają,Tej srebrnej lutni...

A teraz, cóż ci wyniesiem z tej chaty,Gdyś już w odlocie od nas — duch skrzydlaty —I jak cię żegnać będziem, bracie miły?...Ach, dla śpiewaka, co żył między swemi,Nie mamy więcej niż nad garstkę ziemi,Nad wielką ciszę i spokój mogiłyI łzy i kwiaty...

Witaj zdrowy, roku nowy,Nowej pracy dniu!Choć nie zdejmiesz troski z głowy,Nie przysporzysz snu;Choć się człowiek nie dopytaW nowe gody te,Czy mu na chleb starczy żyta,Czy go minie złe...Choć nie będzie lżej bić młotem,Ani ciągnąć pił,Chociaż musi krwawym potemSpotnieć, aby żył:Przecież sercu jego miłoWitać nowy rokI w świat boży z nową siłąPodnieść jasny wzrok.Bo jest w piersiach u człowiekaTaka dziwna moc,Że z nadzieją słońca czeka,Choć na ziemi noc...Bo w nim żyje siła taka,Taki pęd w nim tkwi,Że się zrywa lotem ptakaDo jutrzejszych dni.Hej! niech życzy, kto życzliwy,Uściśnijmy dłoń...

Jedność bratnia skarb prawdziwy;Tego skarbu broń!Jak się człowiek po gromadzieSpojrzy w ciężki czas,To na sercu rękę kładzie:Jeszczeć kupa nas!

Stare szyderstwo, stare bogów prawo,W przepaściach wieków słyszę śmiech histrjona!Czy człowiek kocha, czy pędzi za sławą,Czy wiedzy szuka, czy cierpi... czy kona,Zawsze on widzi maskę jakąś krwawą,Co stoi nad nim dziwnie wykrzywiona,Jakby tam, w górze, Olimp rozpasanyCzynił z nas sobie wieczne Atellany.

Darmo uciekam na wyżyny duchaI staję — cała w gwiazdy opłynięta...Nade mną straszny śmiech jakiś wybucha,W rękach mi brzęczą niewoli mej pęta,Jakaś źrenica okropna i sucha,Co płaczu nie zna — i łez nie pamięta,Jaskrawo za mną po ciemnościach chodziI szydzi z dziecka — zanim się narodzi!

O, bądź miłościw i na małą chwilęZakryj mnie dłonią, jak ptaka bez pierza;

Niech odrobiną prawdy się posilę...Niechaj dokończę mojego pacierza...Niech kwiat zasiany wzejdzie na mogile...Niechaj podsłucham, jak serce uderza...Niechaj lot wezmę przez okręg słoneczny...Ty możesz czekać! Ty — Ty jesteś — wieczny!

Szalony, kto chce na morskiej głębiGasić pragnienie, co mu krew kłębi.Kto do szerokiej przylgnąwszy fali,Z nią się podnosi i w przepaść wali.Szalony!... Życie, wielki piwniczy,Poda mu puhar pełen goryczy...Morza i bez nas w przepaście płyną —Niech żyje wino!...

My tyle właśnie mamy zapału,Ile go mieści czara z kryształu;Tyle uniesień, co pian w tej czarze,I tyle ognia, co w tym puharze.Płomień z Helotów piersi nie bucha...Brzęk szkła tak bawi, jak brzęk łańcucha...Wielkich klęsk — wielkie serca przyczyną —Niech żyje wino!...

Ludy się kędyś prą falą mętną,Szumem ich wzbiera dziejowe tętno,Nad żaglem trzeszczą maszty przegniłe...To tylko żyje, co żyć ma siłę!A nam tymczasem młynek na strudzeObraca plewy swoje i cudze...Górą mielizny! Na głębiach — giną.Niech żyje wino!...

Do ołtarza miłości pielgrzymuję cicha,Płomień niosąc na ustach, a w sercu tęsknotę;Na drogę moją słońce rzuca róże złote,W młodocianych winnicach przelotny wiatr wzdycha:— O Giulia!

Z daleka idę. Brzozy te białe, co stojąI płaczą w kraju moim, szeptały o tobie,A słowik, co dziś śpiewa tu, na twoim grobie,Namiętne pieśni rzucał w bezsenną noc moją,— O Giulia!

Drogę do ciebie serca wskazało mi drżenieI szmery pocałunków w powietrzu uśpionemI róża ta, co płonie rozchylonem łonem,I od skrzydeł gołębich padające cienie,— O Giulia!...

Więc tutaj, jak zraniony ptak, tęsknymi lotyDążyłam, by o kamień oprzeć senną głowęI śnić wonie jaśminów, noce księżycoweI czuć dreszcze i żary tajemnej pieszczoty,— O Giulia!...

Lecz błagam, chciej przebaczyć samotnej pątnicy,Że zamiast kwiecia, zamiast weselnego pieniaDo grobu twego niosę zadumę milczeniaI czoło pochylone i żar łez w źrenicy...— O Giulia!...

Ojcze! Słyszycie, jak UkrainaHuka a klaszcze a woła syna...Jak odhukują głosem kurhany...— A gdzie nasz śpiewak? A gdzie wybrany?

Czym mu nie dała nad stepem mocy?Ciszy w poranek? Harf srebrnych w nocy?Czym nie karmiła kwieciem a mlekiem —I starej sławy echem dalekiem?

Czylim nie przędła z blasków miesiącaStrun, w które dumka serdeczna trąca?Czylim nie tchnęła w teorban ducha?Czy Dniepr mój siny pieśni nie słucha?

Rusałkiż moje nie dosyć wdzięczne?Nie dośćże ciche noce miesięczne?Nie dośćże złota słomiana strzecha?Czy brakło w stepie na rozhuk — echa?...

Cóż to, że wzgardził swobodą naszą?Ej, czary ty mu zadałaś, Laszo!

Ty mi uniosłaś na łzy, goryczePrześpiewne ptaszę moje słowicze...

Ej, czary ty mu zadałaś! OtoGwiazdy mi mdleją długą tęsknotą,Za owych dumek i szumek rojem,Co się w powietrzu goniły mojem.

Pod Iwanhorą step buja głuchy,Po nocach tęsknią praojców duchy,A bezdziedziczna i zapomnianaRdzawieje we łzach gęśla Bojana...

Roś i Rosawa milkną, ej, głuchną!Z hetmańskich mogił sypie się próchno,A niemasz, niema rozbudzić komuŻycia w sierocym i pustym domu!

Gdzież to mój śpiewak?... Ojcze, słyszycie?Uderzcie w struny! Tchnijcie w nas życie,Niechaj »podzwonim«, słabi i mali,Ku wielkim ojcom w szable ze stali!

Pomiędzy zmierzchem naszym a świtem»Most kalinowy« rzućcie błękitem

I niechaj po nim kroki grzmiącemiDo obiecanej lud wejdzie ziemi!

Na Ukrainie i na Koronie,Jako na strunach, połóżcie dłonie;Niech burzą duchów zagrzmi pieśń nowa,Aż jej dwa morza podadzą słowa.

Grzmijcie nam w struny śpiew Tyrteusza,Co martwych wskrzesza, co zimnych wzrusza,Niechaj poczuje naród, że jeszczeWiodą go w chwałę lutnie i wieszcze.

Byłem tam z nimi — niech mnie nikt nie pyta,Czy duchem we śnie, czy na jawie ciałem —Byłem tam z nimi i sam ich widziałem.A kiedy myślę o tem, płacz mnie chwytaI staję przed tym długim, trupim wałem,A dusza we mnie, jak harfa rozbita.

Ogień mam dotąd w piersi i w źrenicyOd wrzących piasków tych, na których padliProstą i wązką linją — ci wybladli,Których grobowa nazwa — męczennicy.Ogień mam dotąd w piersi... Tak się kładliU Termopilów Sparty wojownicy.

Za szańcem trupów garstka żywych stała,Dwunastu ludzi było — garstka marna!A już ich kryła dymów chmura biała,A ziemia była dysząca i parnaI bicia serc tych ostatnich słuchała,Wielka umarłych matka, wdowa czarna.

Do strzału wszyscy stanęli złożeni,A Christophoris sam stoi u czoła.

On wie, że wodzem jest trupów i cieni,Że tu nikt śmierci wydrzeć się nie zdoła;Zachwycił wzrokiem słonecznych promieni:— Cześć tym, co legli! Prezentuj broń! — woła.

I pod strzał piersią zwróciwszy się hardą,Śmierć salutuje przed garścią żołnierzy.Stanęli frontem, ujęli broń twardo,I — »Cześć umarłym!« po ustach im bieży.Więc wróg, zdumiony tą życia pogardą,Pod cynglem trzyma ich i długo mierzy.

Błysnęło. Świat się hukiem zatrząsł. Dym sinyBuchnął i wzleciał kłębami białemi...A kiedy opadł, już z mężnej drużynyNie został żaden pomiędzy żywemi;Wszyscy odeszli do cichej krainy,Gdzie wojen niema, ni ran, ni nędz ziemi.

I u Dogali stoków tak, jak staliPod tą komendą śmierci, tak polegliW tej afrykańskiej, czerwonej batalji,Z drzewca chorągiew zdarłszy, której strzegli,Broń prezentując, z imieniem ItaljiNa ustach, w której ognisk swych odbiegli.

O słońce! Jeśliś ty widziało z góryTen wielki, cichy skon, te skwarne piaskiI nie zczerniało kirem żadnej chmury,Lecz na te trupy rzuciło swe blaski,Jeśli to prawda, to wskroś tej naturyNic niema oprócz zimnej, pustej maski!

Słyszę wołanie twoje. Szeroko po świecieLeci głos trwożny matki, zlęknionej o dziecię.Serce w nim bije, w dzwon go spiżowy zamienia..,Słyszę cię, wskróś własnego bólu i milczenia.

Lecz złą obierasz drogę. O, nie do szczęśliwychWołaj! O, nie do matek wołaj synów żywych!Nie do tych, co głów drogich chciwem okiem strzegąI trosce twojej mówią: Co mi? Ja mam swego!

Ty idź po wielkich, smutnych, opuściałych drogach,W domostwa czarne wstępuj i siadaj na progachKtóre anioł w noc klęski, znak kładąc, pomijał,Gdy synów pierworodnych mór matkom zabijał.

Ty idź do głośnej jękiem skróświekowym RamyI górę przekrocz trupa i stań u tej bramy,Którą syny umarłe wynoszą Racheli...Tam wołaj, tam zaklinaj przez kość, co się bieli!...

Ty idź na bujne łąki, stojące w łez rosie,Gdzie kosi śmierć i kładzie pokos na pokosie...

Gniazd szukaj, z których jastrząb słowiki wybiera,Idź w bór ludzki, gdzie rąbie odwieczna siekiera.

Na stare idź cmentarze, co grobów, twą nogąDeptanych, w rowach swoich pomieścić nie mogą;Tam pomiędzy postacie, które wiatr ugina,Patrz pilnie — szukaj matki umarłego syna.

Poznasz ją: stoi cicha, drżąca, bez podpory,Na twarz jej zgasłą biją mogilne koloryZiemi, gdzie zakopaną ma nadzieję swoją...Poznasz ją: czarne sosny tak w wyrębach stoją.

Ona ciebie zrozumie; ją pochwyć za szatęI prowadź ją w poddasze twoje, czy komnatęI mów jej słowa ciche, nagłe i gorące...Mów szeptem, bo się zbudzi dziecię twoje śpiące.

Czekajcie mnie, czekajcie mnie,Aż spadną jasne śniegi!...Może ja wrócę w mroźnej mgleNa własne, ciche brzegi...

Może w gwiaździstych szronów nocZ stygnącem w piersi tchnieniem,Przez długich tęsknot gnany moc,Przylecę choćby cieniem...

I stanę wpośród białych ścianPod jarzącymi błyski,Nie czując starych moich ran,Wskrzeszony przez uściski...

I naszych sosen wetchnę wońZ jasnej choinki dziatek...I zwiędłą, wyschłą moją dłońWyciągnę po opłatek...

O! gdzie ten dom, gdzie jest ten próg,Wysoki a lipowy,Gdziem słyszał kiedyś: »Prowadź Bóg!«Gdziem słyszał: »Bywaj zdrowy!«

Tam w śnieżnych wichrach ziemi szmat,A nad nią strzecha świeci...Słomiana strzecha naszych chat,Gdzie dusza moja leci...

O, długież noce, długie dnieMojej tułaczej jazdy!...Czekajcie mnie! Czekajcie mnie,Aż błysną pierwsze gwiazdy...

Maro swych gości po uczcie prowadzi,Gdzie zakupieni wczora niewolnicyNa zgniłej słomie, wpółnadzy i bladzi,Wypoczywają, zamknięci w piwnicy.Maro — to znawca; on swoje oboleWie, na co wydać, krwi dobrej zna cenę:Jak Amor każde u niego pacholę,A mąż — gladjator, choć dzisiaj w arenę!

Ot, pierwszy: Numid, nabytek wspaniały!Tors, jakby z bronzu, a włos, jak lwie grzywy,Rzut oka, zda się, przekuć można w strzały,Nerwy drgające wyciągać w cięciwy!Przepyszny towar! Gdy Maro go nogąKopnął, wołając: »Wstań, bydlę!« twarz dzikaSpłonęła jakąś ognistą pożogąI ryknął wściekle: »Nie budź niewolnika!«Co za głos! Wstrząsła się podziemna cisza...Lentulus w strachu zgubił wieniec róży...Wielcy bogowie!... Na brodę Jowisza,Zda się, jak gdyby wołał: »Nie budź burzy!«Słychać, jak kędyś powstaje bezładniePomsta, co kiedyś nad światem zapadnie...Warczącą przepaść zgrozy słychać zdala...Drżyjcie, to Romę niewolnik obala!Oto powstają wraz z klątwy tej echemGromy strasznego stuleciom wybuchu...Goście pobledli, a Maro z uśmiechemRzekł: »Przez Herkula! wszak on na łańcuchu!«Lecz biesiadnicy cofali się żywo...Maro ich tedy ku innej wiódł stronie,Gdzie, jak łuk zgięty w pyszną linię krzywą,Stał Grek młodzieńczy, ukrywszy twarz w dłonie,I płakał. Biada, kto płacze w niewoli!Łza, jak rdza, męską moc ducha przejada...Kto w więzach słabnie, jest godzien swej doli...Rozpaczającym niewolnikom — biada!On rodzinnego nie ujrzy już nieba,Ni na igrzysku nie chwyci w lot dzidy,Rzuconej ręką gibkiego efeba...Łańcuch rwą tylko lwy, albo Numidy!Łzy — to zbyt wiele, i łzy — to zbyt mało...

Goście milczeli. Z zapałem artystyWskazywał Maro, jak piękne to ciałoOkreśla kontur pogodny i czysty.Wtem z boku nuta wesoła dolata...To »sclavus saltans«, Słowianin wpół dziki;Wszędy mu dobrze — i wszędy mu chata,Byle miał pląsy i trochę muzyki!Z młodzieńczej wierzby naciąwszy gałęzi,Uczynił sobie grające narzędzie,Skacząc, zapomniał, że łańcuch go więzi...— Och! niewolnikiem ten był, jest i — będzie!

Między stosami tłuczonych kamieni,Na których ludzkie łzy drżały, czy rosa,Szła wązkim rąbkiem przydrożnej zieleniBłękitnooka i złocistowłosa.Drobne serduszko pod nędzną odzieżąTak się trzepało, jak ptaszek ukryty;Szła i wznosiła oczęta w błękity,Jak ci, co smutni są, a przecież wierzą.Za nią została z dymami czarnemiWioska rodzinna i puste jej polaI wiatr, co lata ze świstem nad niemiI zda się jęczeć i wołać: »Niedola!«Za nią zostały te szmery kojące,Którymi cisza usypia tęsknotę,I szumy lasów i kwiatki te złote,Co pierwsze wschodzą w przednowek na łące,I młyn, co huczy i straszy i gderze,I rozbryzgana w jutrzenki i tęczeRzeczka, co szepce wieczorne pacierze,A nocą przędzie mgły srebrne, pajęcze...Za nią została rodzinna jej chata,Z której ją bieda wypchnęła za progi,I szmatek ziemi jałowy, ubogi,Co rodzi żyto raz w każde trzy lata,I mały Jasiek, co w zgrzebnej koszuliNosi wczorajsze zgłąbiałe ziemniaki,

I Burek, co się tak łasi i tuli,I wierzby krzywe nad rowem i krzakiI krzyż spróchniały i stare mogiłyI zapomniana socha na ugorze,Przy której ojciec padł kiedyś bez siły,Czując, że dzieciom chleba nie wyorze...Wszystko zostało! Aż w piersiach coś boliI takie krwawe to niebo wieczorne...Matka trzydniówką odrabia komorne,A ty, sieroto, idź, szukaj swej doli!Hej, mocny Boże! Hej, mocny Ty Boże!...Iść ciężko... ciężej umierać od głodu!

Podniosła oczy. Tam, w łunach zachodu,Stolica gore i kipi, jak morze,Zda się, że od niej żar bucha i parzy...Jakieś wołania i śmiechy i jęki...U spodu ciemne mrowisko nędzarzy,A nad niem nuta rozpustnej piosenki...Dech przyśpieszony w powietrze uderza,Zmieszane tłumy prą naprzód i śpieszą...Na bok, kto nie masz złotego puklerza:Zgniotą cię, zdepcą, a potem — ośmieszą!

O miasto! wielki żądz steku i brudu,Co zwodnym blaskiem przywabiasz z daleka,Powiedz, co spotka i co tutaj czekaTo ufne, czyste dziecię twego ludu?Czy pójdzie ono, jak poszło tysiące,Spodlone, w gorzką poniewierkę losu,Tak, że ni oczu obrócić na słońce,Ni się ośmieli podnieść w niebo głosu?Czy znajdzie w tobie ciche przytulenie,Jako sierota w braterskiej drużynie?O miasto wielkie! na swoje sumienieBierzesz to dziecię!... Czy zginie?

W ubogiej izbie gość zjawił się błogi:Słoneczny promień wiosenny, majowy!Wszedł przez okienko z szybami drobnemiI jasnym snopem rzucił się po ziemi,Jak złota strzała padł na stół sosnowy,Na deski starej, spaczonej podłogi,Na tapczan nędzny, zasłany barłogiem,Na komin pusty, zimny, bez ogniska,Na obraz, który jaskrawie wybłyskaZłocistą glorją w poddaszu nędzarza,Tak, jakby mógł Ten, co biednych jest BogiemI miłosierdziem i smutnych odwagą,Gromadzić skarby u swego ołtarzaI stać w purpury blaskach i kamieni,Gdy ludzie głodni, nędzni, opuszczeni,Korząc się przed nim, biją w pierś swą — nagą!

Był to niedzielny poranek wiośniany.W izbie wyrobnik siedział z zgasłą twarząU pociemniałej i wilgotnej ściany,Po której zamróz kroplami ociekał...Aż z dum swych ciepłym zbudzony promieniem,Posłyszał wróble, co na dachu gwarzą;Spojrzał po izbie okiem smętnem, mgławem,Potem na jasność tę ożywczą słońca

I szepnął z cichem, stłumionem westchnieniem:»Jaś nie doczekał!«I otarł grubej koszuli rękawemŁzę, co po twarzy toczyła się, drżącaI taka mętna i ciężka i wielka,Jakby to wody nie była kropelka,Lecz kamień, który wyrzucony z duszy,Padnie w głębiny i ziemię poruszy.

Zima ta ciężka była. Śnieżne duchyPomiędzy ziemią latały a niebem,Białemi skrzydły zakrywszy błękity,A mroźne wichrów północnych podmuchyDreszczem wstrząsały ubogie te ściany,Wśród których nędzarz tak rzadko jest sytyTwardym i czarnym niedoli swej chlebem;Tak biedne nosi na grzbiecie łachmany,Tak ciężko musi pracować na dzieci,Wśród skrzących mrozów i wietrznej zamieci!Zima ta ciężka była. Na kominieOgień nie co dnia rozniecał się lichy,Nie co dnia ciepłą gotowano strawę.Ojciec przychodził wieczorem bez siły,Nie mogąc dźwignąć siekiery, ni piły,I padał spocząć, jak martwy, na ławę...A Jaś tymczasem, w nędznej koszulinie,Coraz to bledszy, coraz bardziej cichy,Nakształt mdlejącej lampy lub pochodniZjadał kęs chleba — i siadał na ziemi,Patrząc na ojca oczyma smutnemi,Jak ci, co mówić nie śmią, że są głodni!

Wreszcie z tapczana nie podniósł się wcale,Ojca witając z daleka — uśmiechem...Przeląkł się nędzarz, chwycił go w ramiona,W piersiach mu grały i łkania i żale...Noc całą dziecko zagrzewał oddechem...

Bo mu się zdało, że stygnie, że kona...Modlił się, płakał, o ściany tłukł głowę,A ściany skrzyły się, jak djamentowe...Bo zima na nie rzuciła płaszcz biały,Łzy na nich marzły — i jak perły, stały.

Rankiem wyrobnik zastawił swą piłę,Porąbał stołek, rozpalił ognisko,Przyzwał lekarza. Lekarz, człowiek młody,Oświadczył, że tu jest powietrze zgniłe,Że straszna wilgoć ma tutaj siedlisko,Że dziecku trzeba dać lepsze wygody,Izbę obszerną, jasną i ogrzaną,Ciepłe okrycie, a przytem co ranoPosiłek lekki, pożywny, gorący.Zapewnił nadto, że jeśli chłopczynaWiosny doczeka, to wzmocni go słońce.Wreszcie oświadczył, że mróz — trzaskający!I wyszedł. — Ojciec stanął, jak zmartwiały,We drzwi wlepiwszy źrenice błyszczące...A wiatr tymczasem rozmiatał z kominaIskry i dymy i w szyby tak siekał,Jakby brał szturmem tę izbę ubogą.Blada twarz chłopca zrobiła się sina...Do ojca sztywne wyciągnął rączęta,Rzucił się... wargi drobne mu zadrgały...A śmierć, srebrzystą szatą owinięta,Wzięła go z sobą tajemniczą drogą...Promienia słońca Jaś już nie doczekał!

W mogiłce leży i nigdy mu duszyŻadne już światło nie zbudzi, nie wzruszy...Nigdy nie wzniesie pogodnych swych powiekNa wielkie cuda tworzącej przyrodyI nigdy zapał do wiedzy, swobodyNie drgnie mu w piersi okrzykiem: »Tyś człowiek!«

Ach, ileż takich mogił jest na ziemiI jakże smutne są takie mogiły!Ludzkość żyć winna siłami wszystkiemi,A nędza codzień odbiera jej siły...Ten szereg drobnych grobów wśród cmentarza,Co myśliciela smętnego przeraża,To siew bez plonu, rzucony na marno,Kwiat bez owocu — i stracone ziarno.Poprzez mogiły, gdzie śpią te dziecinyW milczeniu śmierci przeraźliwem, głuchem,Ludzkość, uboższa ramieniem i duchem,Idzie tak wolno, jakby cel się zwlekał!O bracia, czy w nas wcale niema winy,Że słonka Jaś nie doczekał?

W starej arkadzie, pod zczerniałą bramą,Lekko draśnięte skośnym błyskiem słońca,Głębokie cienie nagle się rzucały,Jak noc, zraniona ostrzem złotej strzały.Na tem flamadzkiem tle, objęta ramąGrubych występów muru i akantów,Niby obrazek godny dyletantów,Stała dzieweczka drobna, złotowłosa,Kształtów znikomych, wybladła i drżąca,Nędznym łachmanem odziana i bosa.

Dziecko to jeszcze było wiekiem; przecieW jej zadumanej, zmąconej źrenicyI w ustach bladych, które bez uśmiechuLekko otwarte drgały, w osłupieniu,Z jakiem się naprzód pochyliła cała,Znać było, że już nie ma na tym świecieDla tego dziecka żadnej tajemnicy...Że zna pokusy i nędzy i grzechuI odrętwienie ciemnoty i winy,Głodu i chłodu posępne godzinyI łzy i krzywdy i płomień ponury,Co plami czoła i przegryza ciała,

I czarne piętna wypala w sumieniu...Że zna już błoto, w którem dusza biała,Nie mogąc skrzydeł rozwinąć do góry,Z dawna już szaty swoje pokalała...I nie jest prostą już, ani dziecinną,Ale zdeptaną, zabitą — i winną.

A przed nią w wielkim koszu, wśród zieleni,Wiosenny towar, pełen barw i rosy:Blade narcyzy, stokrocie puszyste,Ogromne bratki, w fioletach całe,Dzwoneczki modre, jak jasne niebiosy,Róże, szkarłatne jedne, drugie białe,Konwalje smukłe, wonne i śnieżyste,I tulipanów kielichy z płomieni...

Kwiaty te, ledwo wyniknęły z ziemi,Znalazły światła i ciepła dostatekI napój rosy, ożywczy, perłowy,I w górę jasne podnosiły głowyWśród blasków słońca, wschodzących nad niemi...A tak ich strzegły ogrody i lasy,Że pory swojej i barw cudnych krasyZwinięty w pączku doszedł każdy kwiatek.

Ale dzieweczkę tę, co stoi biała,Nędza zrodziła i nędza chowała,Ulica była jej szorstką mistrzynią...Życie bezwstydne jest wobec nędzarzy!Bez łun rumieńca, bez osłon na twarzy,W swem obnażeniu i w ranach swych stoiU pierwszych wrażeń przejrzystych podwoiTak bezpośrednio, jaskrawie i blizko,Że dziecko, co się rozstało z kołyską,Wie już, co starcy znieprawieni czynią,I po imieniu zwać złe się nie boi,

I świat dla niego nie jest już świątynią,Ni serce ludzkie najczystszym z ołtarzy...

Myślicielowi, co w ranek majowySzedł tam, milczący, samotny, surowy,Ważąc łez ciężar, co ziemię przyciska,Te dwa tak różne, zbliżone zjawiska,Te dwa odrębne, a pokrewne światy,Dziecko to zwiędłe i świeże te kwiatyDawały widok smętny i żałosny...Spojrzał z boleścią — i szepnął:»Dwie wiosny!«

Przed dworskim gankiem stanęło ich czworo,Główki na mrozie odkrywszy z pokorą,Zwyczajnie, dzieci, z maleńka już karne,Wiedzą, że dwór jest rzecz pańska, wielmożna,Nie to, co chaty ich nędzne i czarne,Gdzie ledwo śnieżnej zamieci ujść można!Nie wiem, czy które z tych biednych usłyszyKiedy w swem życiu, co godnem jest cześci;Nie wiem, czy przyjdzie kto, by w chaty ciszyZasiąść do wielkiej lat dawnych powieści;Czy im kto powie, jak kochać potrzebaZagon ojczysty, co daje kęs chleba,Jak cudze prawa szanować, jak żywemPoczuć się w wielkim łańcuchu ogniwem.Lecz wiem, że z dawna uczono batogiemOdkrywać głowę przed pańskim tym progiem.Stanęły zbite w gromadkę; nad niemiJaskrawa gwiazda na żerdzi wybłyska,Ścieląc snop światła krwawego po ziemi...Kometa drżąca, dziwna, bez nazwiska,Co raz do roku zjawia się i świeciPonad głowami bosych, chłopskich dzieci...Drżące od zimna podniosły się głosyI uderzyły po śnieżnej przestrzeni,A noc słuchała, smętna, a niebiosyPełne się zdały iskier i płomieni

I ech żałosnych, zmieszanych w rozdźwięki,I w jakieś ciche westchnienia i w jęki.

Najmłodszy, dziecko drobne, co z drugiemiStał w pośród jasnej okien dworskich łuny,Odziany w łachman, z stopami bosemi,Umilknął nagle, jak rwące się struny...I ponad gwiazdą, klejoną z tektury,Wielkie i smutne oczy wzniósł do góryI myślał sobie: »Czemu to, mój Boże,Choć Chrystus przyszedł, tak źle jest na świecieI czarnej mąki garść tylko w komorze?I niema ciepłej sukmanki na grzbiecie?I tatuś, taki pijany z wieczora,Matulę bije, choć płacze i chora?...Czemu to ludzie w przednowek tak bladnąI jakby cienie, po drogach się włóczą?A dzieci we wsi z maleńka już kradną?A jego dotąd na książce nie uczą?Choć radby wiedzieć, co jest tam daleko,Het, het, za lasem, za młynem, za rzeką!...Widać dla chłopów nie przyszedł Bóg może?Wszakże, choć co rok do dworu chłopiętaIdą z kolędą i z szopką w tej porze,On przecie nigdy, jak żyw, nie pamięta,Żeby kto z dworu do chaty przychodziłI mówił: »Bracia, Chrystus się narodził!«Czemu?« —O dziecię! mgła nocy zasłaniaDzień, co odpowie na twoje pytania...Och! oby tylko nie wzeszedł on sądemKlęsk ostatecznych nad morzem i lądem!Och! oby tylko wiekowi przyszłemuGrom pomsty twego nie powtórzył: »Czemu?!«

Tam, skąd anioły odlatują stróże,Oczy zakrywszy skrzydłami białemi,Gdzie jest najkrwawsza z ran krwawych tej ziemi,Gdzie w żarach więdną jednodniowe róże,Gdzie hańba ściera na upadku proguZ czół młodocianych jasne ducha piętna,Gdzie jest noc zawsze, noc ciężka, noc smętna,W którą nikt nie śni o świcie, o Bogu —W jaskrawym blasku, co rzuca się złotyNa wstrętne ściany i ohydne sprzętyI drży, jak gdyby przerażeniem zjęty,Nędzne, nieszczęsne, zeszły się istoty.

Wpośród nich stanął grajek ślepy, siwy,Co miał wesoło przygrywać do balu...Córka mu dzisiaj skonała w szpitalu,W oczach miał ogień i krew... NieszczęśliwyTak się w tej swojej pogrążył boleści,Że gdy strun zeschła dotknęła się ręka,Pełna łez, żalów i westchnień piosenka,Jak ptak, wzleciała w tem miejscu bezcześciI wielkim duszy rozległa się krzykiem,Wstrząsając ściany te z ogromną siłą,I przemówiła boleści językiem,Jakoby skarga nad świeżą mogiłą...tak rozniosła się, jak wichrów szumy

I jako grzmiące w świątyni ograny,I znowu cichła wśród smętnej zadumy,Jako tęsknoty jęk powstrzymywany...I rozsypała się srebrnymi tony,Jak rosa, która polne róże poi...I zaszumiała, jako las zielony,Co we mgłach kędyś zadumany stoi...I tak, jak strumień popłynęła cichy,Co niesie łąkom łzy swoje perłowe...I zadzwoniła, jak białe kielichyLeśnej konwalji w poranki majowe...Cisza... Nikt nie śmie przerwać dziwnej pieśni...Piersi westchnieniem podnoszą się głuchem;Tak więzień wstrząsa przez sen swym łańcuchem,Gdy śni swobodę wśród więziennej pleśni.Jakieś wzruszenie, dawno niezaznane,Przyśpiesza serc tych obumarłych bicia...Co utracone, co było kochane,Budzi się w piersiach i wstaje do życia.Na ustach niema sztucznego uśmiechu,Który tam widniał, jak znak potępienia...Wzrok, co przed chwilą miał zuchwalstwo grzechu,W spuszczonych rzęsach szuka sobie cienia...Cisza... Pieśń leci, jak odgłos nędz ziemi,W westchnienia, jęki i skargi rozbity,I wstrząsa ciche i senne błękityI płacze, jakby łzami gorącemi,I gaśnie, niby konające tchnienia,W coraz to cichsze rozłamana dźwięki.

Wtem naraz, wpośród smętnego milczenia,Zabrzmiała nuta znajomej piosenki...Lud ją nasz śpiewa w biednych swoich chatach,Powiewy wiosny roznoszą jej echa,Matka się przy niej do dziecka uśmiecha,Skowronki gubią ją na polnych kwiatach...Piosenka prosta, znana. Nieszczęśliwe,

Ślepego grajka otoczyły kołem,A głosy, ciche zrazu i trwożliwe,W chór się złączyły i uniosły społem...Nędzne śpiewaczki, wzruszone i drżące,Znów odzyskały na jedną godzinęNiewinność serca i dom i rodzinęI spokój duszy i Boga i słońce!

W pośrodku sali stało dziewczę blade,W tył przechyliwszy drobną swą głowę,A włosy bujne, rozwiane i płowe,Obejmowały ją w złotą kaskadę.Przymknęła oczy, jak ptaszę zmęczone,W nucie piosenki utopiona cała...— Ach! to jej strony, jej strony rodzone!Wioska pod lasem i chata w niej biała...I siwy ojciec, żołnierz kościuszkowski,I matka stara, co lny przędąc cienkie,Głosem, złamanym przez lata i troski,Tę samą niegdyś śpiewała piosenkę...To zapach siana, to kwiecie tarniny,To na rozstaju pod borem mogiła...To dym nad chatą wijący się, siny...Studnia z żórawiem, skąd wodę nosiła...Pole i miedza i struga i gruszaI polne maki, jaskrawo kwitnące...I staw, jak modry pierścień, w pośród ziela...To dzwon niedzielny, to wiejska kapela...Ach, to jej Janek! To druga jej dusza! —Śpiewa... W pamięci błyska, jak cień krwawy,Panicz-sokolik z białego tam dworu...I las i łąki, pachnące otawyI pocałunków szmer... i szept wieczoru...I chłodna nocka... i taka woń świeża...

Z przymkniętych oczu łzy lecą gorące...Ktoś wszedł. Do balu podano wnet hasło.

Wstrzęsło się dziewczę; śmiech ostry i suchyZ drobnych ust wybiegł... zwinęła w kłąb włosyRuchem bachantki... widzenie zagasło...Umilkły w piersiach śpiewające głosy,I wszystkie dobre rzuciły ją duchy...I pierwsza padła w objęcia tancerza.

W tłumie, na mrozie stanęła pod ścianą,Okryta starą, mężowską sukmaną.

Posępna rzecz jest ta siwa siermięga,Przesiąkła potem i łzami i zdarta,Na zgiętym w pracy i niedoli grzbiecieNędzarza, który nigdy z ciemności nie sięgaDo światła żadną ożywczą nadzieją...I smętna rzecz jest i zadumy wartaI sama w sobie taka żałośliwa,Jakby nie łachman, ale rana żywaNa narodowem ciele się krwawiąca...Kiedyś, gdy wichry i burze przewiejąI rozbłękitni się w sobie wiek słońca,O tej siermiędze mówić będą w świecieI zwać jej dzieje ludu epopeją...I może wtedy nawet my, my samiWśród narodowych skarbów i pamiątekTen nędzny, zgrzebny, poszarpany szczątekChować będziemy — i oblewać łzami!

Pół dnia już stała tak, nieporuszona,Bezwładnie oba zwiesiwszy ramiona,Patrząc upornie na gmach, kędy w saliRekrutów strzygli i mundurowali,W ręku ubogi węzełek trzymała —

Chudoba syna, mizerna i licha...Twarz jej wygasła, pożółkła, zmartwiała,Jak pustka, była posępna i cicha,I tylko usta zacięte, drgające,Jakiś krzyk duszy zdradzały ogromny,Co mógł wybuchnąć dziki, nieprzytomny,I bić w niebiosa i wstrząsać to słońce,Co bezpromienną i zimną swą głowęUkryło kędyś za chmury śniegowe.

Sąsiad przemówił do niej: »Pochwalony!«Odrzekła na to jękiem jakimś głuchym...Pierś jej w śmiertelnej podniosła się męceI znowu wzrokiem błyszczącym i suchymPatrzyła na drzwi zamknięte, przed siebie.

O, pochwalony! O, błogosławionyBądź Ty mi, Chryste, co przebite ręceRozciągasz ponad wieśniacze zagonyZ przydrożnych krzyżów! Tyś jest Bóg nędzarzy!Ty liczysz kędyś w błękitnem swem niebieWszystkie gryzące łzy troski i bólu,Co żłobią brózdy wśród zwiędłych tych twarzy...O! pochwalony bądź, boleści Królu!

Z trzaskiem otwarto drzwi sali: w natłokuOn jeden tylko jest widny jej oku...Jej Jasiek!... Dziwne spostrzega odmiany:Jakieś odblaski tragiczne, surowe,Padły już na tę obnażoną głowę,Którą dziś jeszcze ocieniał włos lniany...Klasnęła w dłonie i w oczy mu patrzy.Podszedł w milczeniu. Był gibszy i bladszy,A łzy, co kędyś pod sercem zaległy,Wielkie i słone po licach mu zbiegły...— »O matko!« — »Nie płacz! Pan Jezus przemieni...Tyś głodny; weź to, posil się na drogę«...

Chleb mu podała; wyjął nóż z kieszeni,Odkroił kęsek i szepnął: »Nie mogę!Nie mogę, matko, sam!« Jak chusta, zbladła,Lecz rozłamała chleb — i z synem jadła.

A wtem wydano ostatnie rozkazy.Marsz zabrzmiał. Jakieś zmieszane obrazyŁąk, pól i lasów i chaty i wioskiPowiały razem z dźwiękami tej nuty...— Hej!... nie zobaczyć już tego w żołnierce! —Powstał zgiełk, lament... Jaśka tylko matkaBez łzy, bez skargi trwała do ostatka,Zwróciwszy oczy smutne, pełne troski,Na drogę, którą iść miały rekruty...Nagle, jak gdyby zawiodła ją siła,Syna rękoma za piersi chwyciła...— »Dziecko!...« krzyknęła raz tylko i zbladła,I zatoczyła się — i martwa padła...Mówiono, że jej pękło chłopskie serce.

,I jak wulkan ziejące dalekie przyczyny,Co skutków płomienistą wybuchają lawą,I duszą orły w locie mogilną kurzawą‘ A, Pdr.

,Milcz, ty burzo,Co mnie zagłuszasz, jak zwierz, swoim rykiem!Milczcie pioruny, co złotym językiemLiżecie niebiosów ołowiane łono!Oślepnij, pełna przeraźliwych blasków,Ty błyskawico, gromów krwawa różo,Co rzucasz wkoło źrenicą czerwoną!Ja Pana wołam!Oto się oddala!‘

,Na krańce wschodu rydwan piorunowy,Którym kierują nawałnicy dłonie...Ostatnia chmura, jak czara korala,W której ogniste węże piją, płonieOd przeraźliwych, oczy żrących blasków!‘ Pdr.

,I tutaj legnę i własnem mem ciałemPostawię gniewu twego pomnik blady,Mówiący ziemi: »Pan mści się nad tobą!«‘ A, Pdr.

,O com ja walczył i czegom pożądał,Nigdy w mem życiu nie będę oglądał‘ Pdr.

,Bogdajbym nigdy nad brzegami rzekiCudzej nie słyszał przekleństw ani krzyku‘ A.

,Bogdajbym Pana nie oglądał w krzakuOgnistym — ni w wichrów szumie‘ A.

,Panie... jam burzą sam! — i twe niebiosyWstrząsam potężnym piersi mych oddechem‘ A.

,Zmienione w szarańczę płową,Co polom niesie zagładę‘ Pdr.

,Przez które nie widać Ciebie,Panie, w twem błękitnem niebie‘ A.

,W którym nie było męstwa nawet tyle,Aby się poczuć w swej sile‘ Pdr.

,O bracia moi, zbudźcie się mym krzykiem,Wołajcie: Panie, litości, litości‘ Pdr.

,I nad ojczyzną mego ludu nowąObaczę szczęścia jutrzenkę różową‘ Pdr.

,Nim zabłysną złotą rzęsąI królewską wstrząsną grzywą‘ Pdr.

,Plamiąc moje polne różeGorącemi swemi łzy‘ Pdr.

(,Ach, kiedyż, kiedyż dojdziemy obojeZdala od zgiełku, co (z ziemi) do nas dolata,Tam, kędy milkną wszystkie niepokoje(Namiętnej żądzy) Nędz i burz pełne — do naszego świata)‘ A.

,Znowu na ustach (ziemi) czcze uśmiechy,My jakby z raju wygnani (na nowo) za grzechyI łzy jej w oczach błahe (w sumieniu) i jej grzechy‘ A.

,Kiedyż od pragnień wolni, jak dwa duchy‘ A;,Ach kiedyż wolni od pragnień, jak duchy‘ Pdr.

,Zerwiemy wreszcie żądz wszystkich łańcuchy‘ A, Pdr.

,Jak(o) obło(k)czek (z kadzielnicy) opalowy,Woń się wzniosła z róży kwiatu,Dzięciół uniósł ciężkiej głowyOd koronek swych warsztatu‘ A;tu następują w A str. 36 w. 17—20.

,(Z mgłą przewiały ponad głową)Razem z mgłą się wznoszą białą‘ A.

,I wnet, pod białą piersią zadrżało z tęsknotySerce, co dotąd biło miłością namiętną...A na ustach poczułaś nieśmiertelne piętnoDucha pieszczoty...W błyskawicznem widzeniu, przy świetle tem bladem,Co (w dłoni twej) chwiało się mglejące wśród nocnej ciemności,Ujrzałaś nad tem czołem (błękitny) słoneczny dyademNieskończoności...A pijąc wzrokiem promień od bóstwa odbity,Poczułaś, że ramiona te, drżące rozkoszą,Nie spychają cię w przepaść — lecz z sobą unosząW błękity...Że w piersiach twych, na których on głowę swą złożył,Jakieś głębie nieznane nagle się odkryłyI że duch ten dotknięciem nieśmiertelnej siłyCiebie (ziemiankę) też w duchu przetworzył.Ach! wiedziałaś już odtąd, że choćby (od ciebie) wschód słońca

Kochanka twego uniósł, jako obłok blady —Ty wstąpisz w jego srebrne na błękitach śladyTęskniąca...Ach, wiedziałaś już odtąd, że jak cień za ciałem,Zwracać się będziesz za nim czołem swojem białemI myślą rozbudzoną wzlecisz w te wyżyny,Gdzie twój jedyny...I w ciszy, której tylko noc gwiaździsta słuchaI którą tylko oddech (ust) ukochanych płoszy,Szepnęłaś, drżąc z nieziemskiej najwyższej rozkoszy,Zaślubiam ducha...‘ A.

Ramion z wieczyst(ą)ym (tęsknotą) (otchłanią) zachwytem(Niech ducha mego nie trawią pożary)Niechaj niszczące dla ducha pożaryBezbrzeżnych (zwątpień) tęsknot (miłości) (trującej) niszczącej niewiaryDla urojenia, dla nazwy, dla mary,Jeśli(ś) nie (bytem) jesteś istotą,Co gwiazdą miga mi złotą‘ A.

,Przez głębię myśli, co nigdy nie blednie,Ni wobec szczytów ni wobec odmętu,Ty szaty ludzkiej słabości powszednieZmienisz na zbroję z djamentu‘ Pdr, A.

,(Przez (samotności twej spokój mogilny) ster przekonań twoich nieomylny,Przez żary ducha twego najgorętsze,Przez nieskalane serca twego wnętrzeTy będziesz silny)Przez głębię myśli i t. d.‘ A.

,Szczęśliwym będziesz przez to, co do słońcaUniesiesz z sobą ze zmierzchów tej ziemi,Co na twych piersiach pod skrzydł(ami)y tw(e)ojemiUleci w błękit bez końca‘ A.

,Przyszłość ta, którą zdobywać ci trzeba,Nie jest użyciem ni ciała — ni chleba,Nie jest rozkoszy szumiącym puharem,Ni żądz, ni pomsty, nie gniewu pożarem,Lecz na klucz wiedzy zamkniętą świątnicą,Czuwaj, strażnico‘ A.

,Tobie wejść trzeba najczystszą w te progi,Żądz ziemskich pyły strząsnąwszy wśród drogi‘ A.

,Jako wiosenne pędy naszych dębów,Tkwiąc w pniu ojczystym, z słońca czerpią siły,Ty, budownico nowych świata zrębów,Cześcią synowską otaczaj mogiły,Niechaj się tobą ojce siwe szczycą,Czuwaj strażnico‘ A.

,Nieskończoności ukochaj dziedziny,W przyszłość zasiewaj nie mary, lecz czyny‘ A.

,Ach, wiem, niełatwą jest dziś twoja droga,Sieroto złudzeń, bez wiary, bez Boga...Wiem, wrzące serce unosi cię snadnoW mętnych porywów przepaści aż na dno...Wiem, że się trawisz namiętną tęsknicą,Młoda strażnico‘ A

,I być okrzykiem świtu i przysięgą,Że kiedyś wszyscy do światła dosięgą‘ A.

,Musisz być białą chorągwią pokoju,Sztandarem pracy (narodów) wytrwania i znoju‘ A.

,Której błysk prawdy choć nie (z)razi, nie mruży,Musisz (być wieku swego przodownicą) narodu swego być skarbnicą‘ A.

,Ja dłonie kładę na duchy mdlejąceW zwątpieniu życia i tulę i koję.Wstań, wstań. Idź naprzód! Ta ziemia, to słońce,To wszystko twoje‘ Pdr.

,I jeden tylko, mówią, jest ratunek,Dla nieszczęsnego porwanego ducha:Nie pacierz matki, nie zaklęcie druha,Nie ust kochanych nawet pocałunek...Lecz niech mąż silny weźmie poświęcanyNóż — i nim w wiry skręcone uderzy —I gdy zobaczy krople krwi, ślad świeżyZadanej w serce latawcowi rany,Niech nóż ten wbije przed progiem świetlicy...A jeśli prawda, co mówi podanie,Bólem odklęty z czarów nawałnicy,»Porwany wichrem« znów na ziemi stanie. —................albo: Ostatnie słowa baśni tej nad głowąPrzewiały, jakby echo konającePoza ostatnią chmurą piorunową,Gdy tęcza wstęg swych rozwiewa już końce...— Ja słucham jeszcze — i tonę w zadumieO tych nieszczęsnych, o tych smutnych duchach,Których nad ziemią latają tysiące,W szalonych dążeń i porywów szumieI w marzycielskich wybuchach...O tych, co burzą wieku pochwyceni,Lecą zniszczenia i zagłady drogą,

I nigdy w pustej, zwichrzonej przestrzeniZiemi dosięgnąć nie mogą...Co oślepieni błyskawic jasnością,Którą pioruny poza sobą niecą,Myślą nieszczęśni, że do słońca lecąPrzed bolejącą ludzkością...Co z wszelkich podstaw społecznych wyrwani,Wykolejeni z porządku przyrody,Powietrzne gmachy budują w otchłani,Jako świątynię swobody...Aż potargawszy energji swej siłyW marnej pogoni za widmem znikomem,Giną gdzieś w chmurach, które są ich domemI z śniegów mają mogiły. —.................Ach, jak ich odkląć?... ach, jak ich wybawić?I jakiem słowem — czy ludzkiem — czy bożem?Trzebaż, by serce ból im przeszył nożem,Na piersi znacząc purpurowy kwiatek?Trzebaż, by nóż ten, przed chatą ich wbity,Progi domowe musiał aż okrwawić —I tkwił tak w jasne zwrócony błękity,Jak skarga ojców — i (mglejących) matek‘ — A.

,I chociaż w piersi m(oj)ej tkwi nóż — (i) choć ranaTak jest głęboka, tak ciężko zadana‘ A.

,(Grób mnie woła, grób mnie czeka)Nieskończoność na mnie czeka‘ A.Nieskończoność na mnie czeka‘ A, P.

,Ale do was, blade zorze,Wy, wróżbity! wy, tumany!Lecz do ciebie, sine morze,Rozbryzgane w srebrne piany.

Ale do was, Tatrów szczyty,Co, upadłszy na kolana,Z jutrzenkowych róż rozbity,Unosicie namiot Pana‘ Pdr.

,Że całą chatę potrzęsie złotem‘ A.

,(Kto ma byt dobry a kto sierocy)Jak się tu u nas sprawia gromada‘ A.

,(Rodziło co rok złociste kwiaty)Jak już na świecie nie będzie biedy‘ A.

,Kiedy już żadna sieroca skargaLecąc do nieba, mgły nie roztarga‘ A.

,(A tam na prawo, gdzie boża męka,Widać kłosiste łany z okienka,Widać, jak modrak jasno zakwita,Jakby kto gwiazdek nasuł do żyta)A tam na prawo i t. d.‘ A.

,Ani starego, ślepego dziada,Co mu się żebrać godzi,A takie straszne dziwy powiada,Aż mróz po kościach chodzi‘ Pdr.

,Miljonów ludzi i przyłożym palce‘ A;,Błędów dziejowych i przyłożym palce‘ Pdr.

,A na głos jej żar prawdy w ludach się roznieci,Jak słońca pochodnia złota‘ Pdr.

,Słuchaj! to serce gorące i młode,Które drży, kocha — i gardzi i pała,Z prochów rozwianych w jesienną pogodęPrzyroda kędyś zabrała...Ten pocałunek, co usta ci pali,Skonał wśród dźwięków nieznanej ci mowyObcego ludu — co przepadł wśród faliCzasów jak kamień grobowy‘ Al.

,Na ustach, które chcą życiem oddychać,Wiesza się oddech umarłej przeszłości.Ciasno nam, cienie przychodzą nas spychaćZe swoich strażnic i włości‘ Pdr.

,Powiemże miłość? Poświata grobowaPadnie na usta od serc tych, co biły.Powiem nienawiść? Na klucz tego słowaZwarte — powstaną mogiły‘ Al.

,Drogi upadku i wielkości drogi‘ Al.,Drogi wielkości i upadku drogi‘ Pdr.

,Choćby wasza ziemia czarnaSame miała ziarna‘ Pdr.

,I wam, o brzozy, stojące na strażyZapadłych mogił nieznanych nędzarzy‘ Pdr.

,Co pchnięcie włóczni dostało w pierś żywą,Co się poiło z kielicha goryczy,A teraz jako pęknięte ogniwoDo wspólnej pracy i sił się nie liczy‘ Pdr.

,Zdeptanym trawom i przedwczesnym grobom,Myślom gasnącym w bezduchu stuleci‘ Pdr.

,Oto już słychać w błękitach wołanieI polot duchów słychać...Zmartwychwstanie!‘ Pdr.

,I stać w purpurze i w blaskach kamieni‘ A.,I stać w purpurze, stać w blaskach kamieni‘ Pdr.

,W okienko spojrzał okiem swojem mgławem,Obaczył wróble, co na dachu gwarzą‘ Pdr.

,I błogą jasność wiosennego słońcaZacisnął dłonie i z głuchem westchnieniem‘ Pdr.

,To siew bez plonu, który ziemia czarnaTak pochłonęła, jak niewzeszłe ziarna‘ Pdr.

Comments

Loading comments…