Listy
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom III
............Na białą kartę, co przede mną leży,Miesięczna pełnia blaski swoje śnieżyI drży i lekkim cieniem się kołyszeI choć ja dumam tylko — ona pisze,I choć ja marzę tylko — ona zmieniaW gorące zgłoski te moje marzenia,I choć ja milczę — ona mówi biała...I choć ja drżąca jestem — ona pała.A tak się lekko ślizga promień złoty,Że znać wskróś niego spojrzenie tęsknoty;A tak się dziwnie plączą lotne cienie,Że znać w nich nawet tłumione westchnienie.I patrzę, cicha, na głoski i słowa,Które ta jasność skreśliła perłowa,I list ten srebrny posyłam w zadumieI nie wiem, czy kto pismo to zrozumie.
............Nie było dla nas godziny ni chwili,W którejby serce do serca gadało.
Jeśliśmy kiedyś ze sobą mówili,To obojętnie i zimno i małoI tak, jak mówią na drożnej krawędziPrzelotne ptaki, gdy wicher je pędzi.
Ale w powietrzu, z którego twe ustaBrały swój oddech, zostało się drżenie...I już ta przestrzeń nie była mi pusta,Bo w niej utkwiło to nasze milczenieI niosły się w niej, jako kwietne puchy,Niewymówionych słów dźwięki i duchy.
Dziś w tej muzyce zasłuchana stojęNawpół radośnie, a nawpół boleśnie...Znam każdy ton jej, lecz złożyć się bojęZ tonów tych strofy, akordy i pieśnie.Lecz gdy się w sobie ukoję, uciszę,Strofy te czuję i pieśni te słyszę.
Tak harfa, stojąc w samotnej ustroniZ pełnemi struny miłosnej tęsknoty,Nagle się sama wśród ciszy rozdzwoniI wyda z siebie głos i akord złoty.A choć jej promień nie trąci miesiąca,Srebrnymi szmery jest cała drgająca.
............Ty i wieczór letni, cichy,W jeden mi się zwiewa cień...Piją rosę róż kielichy,Co omdlały w skwarny dzień.
W długiej, mrocznej gdzieś aleiWidzę zdala drogi cień...Piją rosę róż kielichy,Co omdlały w skwarny dzień.
Ramię twoje mnie otacza,Jak kotara, spada cień...Piją rosę róż kielichy,Co omdlały w skwarny dzień.
Ust twych chwytam płomień cichy:Tysiąc gwiazd rozbłyska w cień...Piją rosę róż kielichy,Co omdlały w skwarny dzień.
............Śmierci pożądam w tobie,Najcichszy z moich snów!O chłodnym myślę grobieDla utrudzonych głów.
O czarnej myślę ziemiDla serc znużonych już,O nocy ponad niemiBez świtu i bez zórz.
O brzozie tej, co białaŻałosną schyli skroń,Gdy cicho będę spała,Trzymając twoją dłoń.
I czekam tej godziny,W tęsknocie pędząc dni,Bo wtedy, mój jedyny,Mam coś powiedzieć ci.
............Nie znam ruchliwszej fali,Niż oczy twoje,Ni ognia, co tak pali,Jak usta twoje.
Ani gorętszej ciszy,Niż szepty twoje,Ni burzy, co tak dyszy,Jak łono twoje.
Nie znam lotniejszej strzały,Niż myśli twoje,Ni liści, coby drżały,Jak serce twoje.
Nie znam tak ostrych mieczy,Jak słowa twoje,Ani smutniejszej rzeczyNad życie twoje.
............Rozstać się z tobą nie mając dość mocy,Duch ze mnie wyszedł — za ślady twojemiI poszedł, cichy, po ros pełnej ziemiTej letniej nocy.
I tak za twoim obłąkał się cieniem,Że go przywołać nie było sposobu,I będzie już tak z tęsknotą i drżeniemSzedł — aż do grobu.
Jako lunatyk zamknięte źreniceObraca, skąd mu srebrna pełnia świeci,Tak on, w twe oczy i w twe blade licePatrzący — leci...
Wiem, że ty idziesz do wczesnej mogiłyPrzecież się próżną nie skarżę żałobą;Tylko się rozstać nie mając dość siły,Idę za tobą...
............Miłość jest klęską świata...Jej wonie i jej blaskiSłużą, jak niegdyś maskiSłużyły — licom kata.
............I mówię: odejdź! — i wracam się cicha,By spojrzeć jeszcze na stóp twoich ślady,I słucham wiatru, co w dali gdzieś wzdycha,I na kwiat patrzę więdnący i blady,Na jeden z kwiatów tych, co mają duszę —I nie wiem, co mi jest — i płakać muszę.
I mówię: zostań! — i sama odchodzęI drżąca idę w ciemności przed siebie.I czuję ciernie kolące w tej drodzeI słyszę dzwony na serca pogrzebieI widzę czarne snów ludzkich mogiły —I nie wiem, co mi — i iść nie mam siły.
Dwie różne drogi — a jedna tęsknota,Dwie różne drogi — a jedno cierpienie.Na jednej zorza zagasa mi złota,Na drugą schodzi noc i smutków cienie...I późna chwila jest — i rosa pada,I nie wiem, gdzie mi iść — i stoję blada...
............Czy pomnisz, jak wskróś złotych zórzSiedliśmy w łódkę, niemi,
Nadto bzów woni mając już,I nadto mając ziemi...
A łodzią nie chwiał żaden ruch,U brzegu senna stała;A wodą szedł już nocy duchI mgła wionęła biała...
A serce we mnie zcichło tak,Jak tonie te mdlejące;A dusza moja - biały ptak —Zwinęła piór swych końce...
I bezcielesnych marzeń rójObleciał nas dokoła...I ochłódł życia war i znójI zbladły nasze czoła...
Aż nagle jedno z twoich drgnieńZburzyło tę pogodę...Na twarz mi buchnął żar i cień,A wiatr zamącił wodę...
............Dam ci tę gwiazdę, co w oczy nam świeciW wieczornej ciszy...Dam ci tę świeżość, co z łąk ku nam leciI wonią dyszy...Dam ci tę białość, co różom owiewaSchylone czoła,Dam ci te szumy, którymi się drzewaModlą dokoła...Dam ci przezrocza wiosennych dni zmierzchu,Widne w oddali,
Dam ci ros czaszę, kipiącą do wierzchuBlaskiem opali...Dam ci tęsknotę, co wznosi uśpioneZiemi tej łono,I duszę moją dam ci, tak jak one —Niepochwyconą.
............W wielkiej i pustej nawie —Myślę o tobie...W wielkiej i pustej nawieRzuca się blask jaskrawiePrzez szyb gotyckich barwne tłaI na kamiennych taflach drga...— Myślę o tobie.
W łukach mrok drzemie szary —Myślę o tobie...W łukach mrok drzemie szary,Westchnieniem drżą filary...Cisza — co w sobie ma krzyk i jęk —Ból życia, cierpki grobu lęk...— Myślę o tobie.
............Tak mi się zda, że to bajka,Że wskróś złudnych mar i snówWidzę postać tego grajkaI wiosenny wieczór ów...
Zadumani, pochyleni,Ja i ty, jak jeden duch,Nie istnieliśmy w przestrzeni,Ciałem był nam tylko słuch...
Pieśń objęła nas dokoła,Niby przypływ morskich fal...Jedne skrzydła nas aniołaW bezmiar niosły, w modrą dal...
Przecież czuję do dziś jeszczeDłoni twoich chłód i żar;Dotąd idą po mnie dreszcze,Dotąd mnie twój więzi czar...
I wiem, że w tej pieśni dźwiękuByła rozkosz, miłość, szał...Że w niej drżało echo jękuNaszych dusz — i naszych ciał.
............Nie skowronki, nie słowikiPowiadały mi o tobie,Ale wicher smętny, dziki,Co zawodził gdzieś na grobie.
Nie wiosennych świtów różeWieści mi o tobie niosły,Ale błyski, ale burzePrzylatały do mnie w posły...
Nie miłosne rozmarzenieOtworzyło nam ramiona,Ale gorycz i zwątpienie,Lecz tęsknota nieskończona...
Nie rozkoszy, nie pieszczotyNiosę tobie jasne zdroje,Ale puhar śmierci złotySpełniam — cicha — w ręce twoje.
............W miłości niema zdrady:Jest tylko wieczny ruch.Siew życia i zagłady,Jak chce, tak rzuca — duch.
............Jeśli milczenie ma starczyć za słowa,Wierz mi, najwyższej piękności hymn śpiewaNoc nasza, cicha, letnia, księżycowa,Co przez rozkwitłe przesrebrza się drzewa.
I jeśli piękność ma starczyć za słowa,Wierz mi, że pieśnią ogromną w swej mocyJest podniesiona ku niebu twa głowa,Gdy patrzysz, milcząc, w oblicze tej nocy.
I jeśli miłość ma starczyć za słowa,Wierz mi, modlitwą ku tobie w tę ciszęBije mej duszy gorąca wymowa,Kiedy to piszę.
............Nie list, nie słowo, nie skargę tęsknoty,Nie echo westchnień rozwianych po grobie,Lecz uśmiech szczęścia posyłam dziś tobieCichy i złoty.
Dziwisz się, pragniesz zapoznać się z drogą,Którą ten motyl czarowny przylataTym, co się bez ran przecisnąć nie mogąWskróś cierni świata?
Wszak my go próżno szukali we dwojeW przestworach pyły sypanych gwiezdnemi,
A on na usta przyleciał dziś mojeZ tej czarnej ziemi.
Przyleciał do mnie z szerokich pól wiewem,Z szumem brzóz naszych rozchwianych warkoczyI rozbłękitniał wiosennym rozlewemModrych przezroczy.
Skowrończą w serce uderzył mnie pieśnią,Spłonął poranną nad łanem mym zorzą,Zapachniał skibą, gdy pługi noc prześniąI świtem orzą.
Cień jego skrzydeł z czarności padł borówNa czoło moje kojący i błogi;Zaświetniał w łąkach pod tęczą kolorów,W miedzach mej drogi.
Wskróś słonecznego w mej izbie promieniaSpadł mi ich trzepot i ciche ich bicie:I wiesz?... Nie trzeba błędnego marzenia:Rodzi go — życie.
I wiesz?... Nie w górne on nosi się światy,Gdzieśmy patrzyli oczyma łzawemi,Lecz między zboża i zioła i kwiatyLata przy ziemi.
............Mówisz, że nie wiesz, co zrobić z mym darem,Że od uśmiechu odwykło twe lice,Że jest do szczęścia twe serce zbyt starem?
Lecz motyl frunął już! Już go nie chwycę!Już padł słoneczny na twarz twoją drogą,Już iskry rzucił w twe ciemne źrenice.
Co masz z nim robić — nie pytaj nikogo.Weź go na usta, jak święte chryzmaty,I w młodych blaskach uśmiechu żyj błogo.
Wiosna nie pyta, gdzie podziać ma kwiaty,Ale je ludziom po drodze rozdziela,Co idą z pieśnią za wiewem jej szaty.
Nie wiesz, co zrobić z uśmiechem wesela?Umaj nim dom twój od szczytu do progu...Niecił w nim zapachnie kwietniowa niedzielaPolom i chatom i ludziom i Bogu!
Lećcie, kartki ciche, białe,Jak jabłoni kwiecie,Zapukajcie, zastukajcie,Gdzie smutek znajdziecie.
Zapukajcie, zastukajcie,Gdzie milczące wrota:Może pójdzie wam otworzyćJaki duch-sierota.
Może pójdzie wam otworzyć,Może wam odpowie,Może drogi głos przypomniW waszej cichej mowie.
Może drogi głos przypomni,Co zamilkł na wieki,Może głową zakołysze,Zarosi powieki.
Może głową zakołyszeW serdecznej zadumie,
Może westchnie za snem młodym,Może was zrozumie.
Oj, ty wichrze, mocny wichrze,Z skrzydłami mrocznemi,Nie ostoi się przed tobąŻaden sen na ziemi!
Comments
Loading comments…