Vivos voco — mortuos plango — całość

Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom III

Zawsze ja będę błogosławić ciebie,O nowa zorzo na pochmurnem niebieSmętnych okręgów żywota!Zawsze ja wyjdę na próg naszej chatyPieśnią cię witać, o gościu skrzydlaty,O jutrznio złota!

Krótką ty jesteś i przelotną chwilką,Jednym porywem i westchnieniem tylkoDo przyszłych dni ideału!Lecz kto zdrętwiały żyć musi w ciemnicy,Temu jest słońcem jasność błyskawicy,Moment zapału.

Raz w rok... Jak mało! A przecież jak wiele!Dłoń mi podajcie, drodzy przyjaciele,Którzy czujecie wraz ze mną!Jutrznia, co błyska nad ziemią uśpioną,Niechaj nie będzie dla ducha straconą,Ani daremną!

Przez jeden moment tak wiele czuć można,W płomień wybucha iskierka ta trwożna,Co w piersi tajemnie tleje...W sercu się wzmaga na rok cały bicie,Nowem ogniskiem zajmuje się życie,Krzewią nadzieje!

Ach, gdyby co rok przez jedną godzinęLudzie się w bratnią łączyli drużynę,W wspólne ogniwa łańcuchaI czuli razem swój ból, choć przez chwilę,Ileżby życiu przybyło na sile,Na mocy ducha!

Więc zawsze będę błogosławić ciebie,O nowa zorzo na pochmurnem niebieSmętnych okręgów żywota!Zawsze ja wyjdę na próg naszej chatyPieśnią cię witać, o gościu skrzydlaty,O jutrznio złota!

Wszystkoś nam przyniósł, o roku miniony,Co czas tej smętnej ziemi przynieść może.Ranek twój wstawał różami spłoniony,Twe noce miały gwiaździste zasłonyI ciche zorze.

Nad głową twoją paliło się słońce,Lato szło w pole, na zbóż grając lutni,Miałeś skowronki nadzieją dzwoniące;Przecież, gdyś zwinął już skrzydeł swych końce,Odchodzim smutni.

Odchodzim smutni i patrzym po niebie,Gdzie lecisz w zmierzchy zachodu, jak ptacy,Jakbyśmy wiosny nie wzięli od ciebieI głodni byli po zbóż twoich chlebie,Po naszej pracy.

I tak się skarżym i tak nam sierocoI takie smętne podnoszą się głosy,Jakby nie było w twe ranki wstać po co,Jakbyś nie dawał cichego snu nocą,Ni gwiazd, ni rosy.

O, boś nie przyniósł tej żywej, tej wody,Co martwe serca pobudza do bicia,Boś nam nie przyniósł, o roku, pogody,Co w piękny owoc zamienia kwiat młody,Siły — ni życia!

Dziś w nowe brzaski i w nowych dni zorzeBez uniesienia patrzymy i wiary.I cóż — pytamy — ten rok przynieść możeTym, co w swej doli rozbitej amforzeKwas niosą stary?

Nie przeto jednak zapieram cię w pieśni,O złota jutrznio nad ziemią żałoby!Aleśmy słabi, znużeni, boleśni,Ale nam duchy przetrawia rdza pleśni,Wrastamy w groby.

Niechaj więc spojrzy na nas Bóg w błękicieI niech przypomni, żeśmy także syny!Niechaj nas ze snu przebudzi o świcie,Niech piersiom serca, a sercom da życie,A życiu — czyny!

I porwał mnie Pan i jak Ezechiela,Obwiódł mnie polem pełnem suchych kości,Które nie miały grobu ni mściciela.

I ustał we mnie duch od struchlałości,A oczy moje w ogniach padły na nieI obłąkały się wśród ich białości.

Lecz głos się pański stał, jak wichru wianie,I rzekł: — Co mniemasz? Azaż ożyć mogą,A być zaś w ciele? — Rzekłam: — Ty wiesz, Panie!

A wtem mi ziemia jęknęła pod nogą;Więc wyciągnęłam ręce i tak w nocyStałam wśród pola tego z wielką trwogą.

A zasię rzekł mi Pan: — Starzy prorocyWzbudzali martwe ze snu słowa siłą.Rzeknij, a obacz, czy jesteś w tej mocy. —

A we mnie nagle serce się rzuciło,Całe zalane krwią, i rzekłam: — Panie!Gdy wstaną, wszystkoż będzie tak, jak było?

Żadneż im inne nie wzejdzie zaranieNad to, które tu widzieli ze łzami?Wżdyć ponad żywot ma być zmartwychwstanie!

A gdy Pan milczał: — Zmiłuj się nad nami —Rzekłam — Albowiem wiek przeszedł i drugiJuż nadlatuje czarnemi piórami...

A te pomarłe, to były Twe sługi,Które ufały Tobie, i nędzarze,Co długo cierpiąc — czas żyli niedługi!

A gdy mówiłam, przez one cmentarzeJęk przeszedł cichy i dreszcz, jak po fali,Gdy wiatr nią wstrząśnie i głębię pokaże.

A gwiazda jedna, na wag złotych szaliStojąc, chwiać się poczęła, ruszonaTym jękiem cichym, który szedł z oddali.

Co tedy widząc, podniosłam ramiona,Jak ci, którzy się w gorącości duchaModlą, i rzekłam: — Bądź błogosławiona!

Bo nie została w tobie jasność sucha,Świecąca ziemi, jak na urąganie,Aleś poczuła targnięcie łańcucha!

A pomilczawszy mało, rzekłam: — Panie,Oto nad nami gwiazdy się zaćmiły;Kędyż jest litość Twa a zmiłowanie?

A Pan: — Wywiodłem ciebie na mogiłyPolne i na to śmierci bojowisko:Prorokuj kościom, ażby się ruszyły. —

I rzekłam, mówiąc: — Panie! czas jest blizko,W którym ja sama legnę między niemiI wygaszona będę, jak ognisko...

A nie odejdę z oczyma mokremi,Co się na dom swój oglądać chcą z drogi,Bom jest z żałosnej krainy i ziemi.

A teraz stoję oto, pełna trwogi,I pytam: — Jakoż powrócą i po coDo gniazd swych dawnych i w ojczyste progi?

Oto się ziemia oblokła nam nocą,Łzami polana, chwast rodzi nam rola,Zamilkły pieśnie nad strzechą sierocą...

Lecz jeśli taka, o Panie, Twa wola,Jeśli nie wzejdzie jutrzenka nam złota,Leżcie, o kości suche, w pośród pola,

Bo litościwszą jest śmierć od żywota!

Garść ziemi wezmę i klęknę u progaCmentarnej bramy w dniu onym żałobyI wołać będę: O, proście wy Boga,O wielkie groby!

O, proście Boga nie o te mogiły,Co je bluszcz stroi, a kwiecie oplata,Lecz coby synom i wnukom się śniłyPrzez długie lata.

Proście wy Boga o takie kurhany,Na których orły siadają i kraczą,A wicher po nich jękami przewianyBłądzi tułaczo.

O takie groby proście, nad któremiSine się gwiazdy słaniają i bledną,Z których przechodzień na pierś bierze ziemiChoć grudkę jedną.

O polny kamień, o piasek pod głowę,O pacierz świerków, o brzóz białych cienie,O szumy lasów, o liry zbożowe,O pól westchnienie.

Proście wy Boga o takie mogiły,Które łez nie chcą, ni skarg, ni żałości,Lecz dają sercom moc czynu, zdrój siłyI żar miłości.

I nie o marmur, w napisy poryty,I nie o jasne z palmami anioły,Lecz proście Boga o wolne błękityNad swemi czoły.

Niech polna pliszka tam napój swój bierze,Niechaj was zieleń obrośnie piołunów,Ale niech matki poszyją szkaplerzeZ waszych całunów.

O, proście Boga o łzy rannej rosy,O serc bijących dzwon głośny a żywy,O pieśń skowronka, co leci w niebiosyZ nad żytniej niwy.

Niechaj o grobach waszych mówią starce,Chromą na kuli opierając nogę,I niech to chłopię, co gra na fujarce,Wie do nich drogę.

Umarłych płaczę... Na wielkich dni grobie,Jak brzoza, stoję we łzach i w żałobie,Którą mi nosić, o życie, po tobie!Kości na polu szeroko bieleją,Duchy się niosą wichrową zawieją,Zraniony orzeł nademną kracze...Umarłych płaczę.

Płaczę minionych i ludzi i rzeczy,Płaczę proporców z wiedeńskiej odsieczyI trąb Dnieprowych i szczęków i mieczy.I wiem, że na świat nie wrócą się oneCzasy pradawne, w mogiłach uśpione,Że ani wy ich, ni ja — nie obaczę...Umarłych płaczę.

Do każdej trumny, do każdej mogiłyPoszło pod ziemię coś z pędu i z siłySkrzydeł tych, co nas po świecie nosiły.Pod kurhanami, pod tarczą gdzieś rdzawąŚpi to, co było i życiem i sławą,A coraz rzadziej w dno trumny kołacze...Umarłych płaczę.

Śpijcie, śpijcie w głuchem polu,Pobielałe kości!Kto powraca w dom sierocy,Ginie od żałości.

Wyniszczona, wygorzałaStara wasza strzecha...Z ognisk waszych — ani iskry,Z pieśni — ani echa.

Wyrąbane wasze wrota,Znieważone progi;Rozniósł wicher dobro waszeNa rozstajne drogi.

Rozniósł wicher dobro wasze,Złotą waszą dolę...Zarodziło piołunamiSiane przez was pole.

Pogorzkniały słodkie miodyI białe kołacze,Ponad starem gniazdem waszemKruk nocami kracze...

Zmąciły się jasne zdroje,Płynące do morza,Pospadały gwiazdy z nieba,Pociemniała zorza.

Ranki idą i przechodząBez słońca dla duszy,Wybujały chwasty dzikieW pustce tej a głuszy...

Oj, wie dobrze ziemia-matka,Wie dobrze mogiła,Czemu was tak na sen wiecznyCicho utuliła...

Wiedzą o tem bujne deszcze,Wiedzą białe rosy,Czemu płaczą i żalejąNad wami niebiosy...

I te wichry rozełkaneI te czarne tucze,Co nad chatą waszą wieją,Jako skrzydła krucze.............Śpijcie, śpijcie w głuchem polu,Pobielałe kości!Kto powraca w dom sierocy,Ginie od żałości.

Śpijcie! Na grobach waszych żaden anioł jeszczeW słonecznej zbroi,

Z hasłem, co w trupich próchnach budzi życia dreszcze,Anioł, o którym z dawna prorokują wieszcze,Nie stoi.

Śpijcie! Ten Galilejczyk, co wskrzesza ŁazarzeŚciągnięciem ręki,Jeszcze się trumnom waszym otwierać nie każe,Jeszcze się na wiekowe nie puścił cmentarze,Na pola męki.

Jeszcze gwiazda zaranna, kto wie, jak daleka,I trzecia zorza...Jeszcze ta, co od wieków przez ziemię przecieka,Łez naszych i krwi naszej spłynąć musi rzekaDo morza!

Zaszeptały, zaszumiałyDrzewa w tęskny chór...Przewiał wicher, tułacz stary,Przez ten ciemny bór.Nieobeschłym, dawnym płaczemNabrzmiewają tucze,Płyną chmury ponad chatą,Jako skrzydła krucze...O Dziady! Dziady!

Zakipiały sine tonie,Zamącił się zdrój...Niesie Wisła aż do morzaStary smutek swój;Niesie Wisła aż do morzaStare swoje żale,Z jękiem biją w chatę nasząJej tułacze fale...O Dziady! Dziady!

Osamiały, opuściałyDługie szlaki pól;Leci przez nie jęk stłumiony,Wieje przez nie ból.Gorzki plon wydały siewy,We łzach padające;Wyorane kości białeSuszy na nich słońce.O Dziady! Dziady!

Zatrzeszczały, zaświerkałyNa ognisku skry;Dym gryzący od powałyDobył z oczu łzy.Dym gryzący chatę nasząOczernił żałobą;Nie obaczym, nie dojrzymySłońca ponad sobą.O Dziady! Dziady!

Przede mną wskróś i za mną wzdłużSzeroka, pusta droga...Gdzie ci, co tędy przeszli jużPod okiem Boga?

Dotąd brzmi jeszcze płacz i śmiechZa rojną tą drużyną...Staję i słucham z trwogą ech,Co w łkaniu giną...

Chwilę trwa cisza, jak gdy tońWstecz rzuci się z opoki...Dół kędyś kopie znojna dłoń,Cichy — głęboki...

Lecz się już kroków odgłos znówRozlega w mrocznej dali...Nadchodzą ci, co z bytu snówDopiero wstali.

I leci płacz i leci śmiechPrzed niewidzialną rzeszą;Staję i słucham z trwogą ech,A oni śpieszą.

I rzuca kopacz ziemi mułI raźne słychać kroki;Idą, gdzie na nich czeka dół,Cichy — głęboki...

Modliły się dziś echowe kolumnyŁkaniem swych pieśni i ech swoich płaczemDo archanioła, co stoi u trumnyTego, który tu w życiu był tułaczemI odszedł, gdzie go wiodła smętna gwiazda,Domostwa szukać i wiecznego gniazda.

A usta, które tam w ciszy pałały,Jak pała ogień stłumiony popiołem,Rzekły: »Dopókiż, archaniele biały,W grobowcach mieszkać będziesz bladem czołem,Jako umarły księżyc świecąc ziemi,Cichy, nakryty skrzydły przebitemi?

Oto już harfy, które cię płakały,Zmilkły, jak orły, uśpione na chmurach,I wytracone są z kołczanów strzały,Które duch ciskał, na złotych się piórach

Pieśni unosząc; z serc sypie się próchno...Maluczko jeszcze, a wichry nas zdmuchną...

Oto już słowik, co wołał: »Cezara!«W gotyckich sklepień obłąkał się ciemnie...Oto Przedświtu budząca się maraJutrzenki złote rozpala daremnie...Oto Irydjon sny przespał złowieszcze,A ty nie wznosisz skrzydeł — ty śpisz jeszcze?

O, zmiłuj ty się i nie daj żałowaćTym, co umarłej oddali swe życie;Nie daj im ducha zwątpieniem zepsować,Ale im ukaż tę zorzę w błękicie,Co ma po wiekach zajaśnieć nadzieją,O, zmiłuj ty się, bo serca nam mdleją!«

Lecz wkoło była cisza. Żadne ustaPłonącym owym nie dały odzewu,A wielka nawa, ostygła i pusta,Podobna była umarłemu drzewu,Na którem umilkł śpiew i ptasie szmery,A śmierć zeń ciosa cicho deski cztery...

Odpłynąłeś nam za morze,Za dwoiste morze...Za to jedno, tu na ziemi,Za to drugie — boże.

A na jednem fale biją,Wicher po niem lata;A na drugiem wielka cisza,Cisza z poza świata.

A na jednem w blaskach słońcaŁódź się rankiem chwieje;A na drugiem noc wieczysta,Co nigdy nie dnieje.

A na jednem maszty białeWiatr lekko pogania;A na drugiem czarny żagielWiecznego rozstania.

A na jednem serca biją,Łza powieki mroczy;A na drugiem pielgrzym cichyMa zamknięte oczy...

A to jedno — w ciszy nawet,Pełne głuchej wojny;A to drugie, nawet w burzy,Ocean spokojny.

A to jedno — grób twój dzieliOd ojczystej ziemi;A to drugie łączy ciebieZ duchami bratniemi.

Bywaj, bywaj pożegnany,Miły nasz tułaczu;Na tych obu morzach, gorzkichOd ludzkiego płaczu!

Przeszła i zgasła, jak promień miesiąca,Ta ukochana i ta miłująca;Przeszła i zgasła — i noc po niej głuchaSerca i ducha.Jak złota zorza, gdy mrok da swe hasła,Przeszła i zgasła.

Błogosławiona ścieżka owa cicha,Którą chodziła po wszystkie dnie życia,Woń swą oddając, jak kwiat, co oddycha,Przez serca bicia.Czucia i myśli, ku miłym skłonione,Błogosławione!

Nad jej mogiłą nie płatne pochwały,Nie głośne hymny, nie czcze uwielbienia,Ale łzy żalu gorące padałyI szły westchnienia...I każdą grudkę rzucono tam ziemiDłońmi drżącemi.

A dziś ten dworzec pod cieniem topoli,Co wykołysał ją swoimi szumy,Jęku jest pełen i ech i niedoli,Pełen zadumy...I białe lilje w łzach stoją w ogrodziePo jej zachodzie.

Nigdy już ona nie będzie tam blizkąPrzy piersi męża, nad dziecka kołyską;Ni wspólna radość, ni troska poruszyTej domu duszy...I wzrok jej słodki już łzą się nie zaćmiNad ludźmi-braćmi.

Odeszła cicha i duchem widząca,Że już jej gwiazda w błękitach gdzieś ginie,Ostatnie tchnienie zrodzonej do słońcaDając dziecinie...I życia z sobą nie wzięła — lecz dałaZ ducha — i z ciała.

Ty, coś ją kochał, idź w kraje żałobyI gorzkim wspomnień nasycaj się chlebem!Bo szczęścia twego nie wrócą ci grobyTu, pod tem niebem...I już nie znajdziesz tej perły odjętej,Tej twojej świętej.

W pustce i w cieniu, jak kruk osamiały,Siędziesz ty teraz w tym domu boleści,I będą tobie ściany powiadałyDawne powieści...W pustce i w cieniu, na szczęścia ruinieTwój wiek przeminie.

O wiosno! czemu najbielsze twe różeMdleją i więdną wśród słońca pieszczoty?O słońce! czemu zagasa w lazurzePromień twój złoty?O życie! czemu w rozkwicie twej siłySypiesz mogiły?...

Cisza...

W tej ciszy głos słyszę tajemny,Wieszczący tryumf najwyższy miłości,Co nad śmierć mocna, przenika świat ciemnyNieskończoności...

Cisza...

Szczęśliwy, kto duchem w tej ciszyBoga dosłyszy!

............W obcej gdzieś krainieKamień twój grobowy,Cudze niebo płynieNad snem twojej głowy;Cudze niebo chmurneRankiem grób twój rosi,Cudzy wiatr ci echoCudzej pieśni nosi...

Ani twej mogiłyNasza brzoza strzeże,Ani świerk pochyłySzepce tam pacierze,Ani wierzby naszeŻałosnymi szumyBudzą ciebie nocąZ śmiertelnej zadumy...

Kurhanu twojegoBracia nie sypali,Nasza złota zorzaTobie się nie pali;Nie palą się tobieNasze gwiazdy drżące,Grobu twego naszeNie srebrzą miesiące...

Oj, nie miała matkaSzczęścia w swoich progach,Oj, puściła synówPo rozstajnych drogach!

Oj, żyły tam synyW długiej poniewierce,Oj, oddały matceSwe pęknięte serce.

»Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych«[Ew. Św. Marka 12, 27].Rośnie nasz cmentarz!Gdzie spojrzeć, na oko,Wszerz i wzdłuż świata — niewiele nam ziemi;Ale, o, jakże skopana głębokoGroby naszemi!Gdyby w błękity wznieść je nakształt stoga,Sięgłyby — Boga.

Gwiazda, co tak się, jak perła, rozżarzaIskrami łez tych, co spaść tu nie mogą,Drży i blednieje, gdy stanie nad drogąTego cmentarza...Bo widzi światło w mogiłach tajemne:Gwiazdy — podziemne.

Katakumb Romy siostra, ziemia naszaTętno po tętnie przesącza serc bicieW głąb, gdzie się pustym ruchem nie rozpraszaSiła ni życie...I duchom każe tym, co są gorętsze,Kochać swe wnętrze.

A wie to sam Pan, co ziemią włodarzy,Na co mu moc ta kurhanów a kości,On, co zasiewa wśród wielkich cmentarzyZiarna przyszłości...A wie to sam Pan, co pług swój wiośnianyPuszcza na łany.

A niech nie szuka nikt dróg owych krzywych,Co są rozstajem — śmierci i żywota,Bowiem je łączy nić prosta a złota:»Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych«,A każde drgnięcie skonu ma odbicie,Co krzepi życie.

Więc na tej wielkiej dziś stojąc mogile,Czujmy się w duchu ku rannej gwiazd straży!Niechaj nam serca ta boleść skojarzy,Wzmoże na sile.Biada tym, którym nic nie dają grobyOprócz żałoby!

»Stary Wiszu, woju stary!Włosy miałeś, jak śnieg, białe,Ale młode jeszcze serce,Ale dłonie nie zmartwiałe...«»Stara Baśń«.

Uderzyły wichrem jęki przez całą ziemicę:Już odleciał orzeł siwy między swe ojczyce!

Uderzyły jękiem serca, jak rozgłośne dzwony:Już nie żyje ojciec miły, ojciec nasz rodzony!

Kto podeprze dom nasz stary, ściany mu połata?Komu będzie miłą w biedzie ta ojczysta chata?

Kto okwieci, kto ozłoci zczerniałe powały?Kto słoneczne rzuci blaski na ten dach omszały?

Kto zasiędzie u ogniska prawić Stare Baśnie,Kto rozbudzi, kto zawoła, gdy duch jasny zaśnie?

Kto nam poda chleb braterstwa gorzką łzą zmaczany,Kto tak przezna wszystkie bole, wszystkie nasze rany?...

Oj, schodził on ziemię naszą od końca do końca,Oj, przeżegnał pracą swoją w cztery strony słońca.

A na północ szumią boje, Witoldowe boje,A pod słońce od Wawelu biją żywe zdroje...

A na zachód stoi wieża, Kruświcka strażnica,A na wschodzie jasna zorza od stepu przyświéca.

Słyszę, słyszę, gęśle złote, gęśle jaworoweMilkną, cichną, jak westchnienia, jak skargi echowe...

Zapuściła się jaskółka pod strzechę, niebożę;Skrzydłem bije, gniazda szuka, znaleźć go nie może.

Oj, jaskółko ty czarniawa, żałośliwe ptaszę,Rozburzone gniazdo twoje i ognisko nasze!

»Jeżeli wy bez serc — to moje serceZa was czuwać będzie«.Słowacki.

............Kto cię z nas nie znał? Kto cię nie miłował?Kto duchem twoim, jako chlebem, nie żył?Kto z wątka twego przędzy swej nie snował,Nie płakał z tobą i z tobą nie wierzył?...

Ty, jak pelikan, upadłszy na gniazdo,Głodne i słabe karmiłeś pisklęta,A pierś twa była miłośnie rozciętaI krwi świecąca rubinem — jak gwiazdą.

A zaś pojrzawszy na rzesze te ludu,Co szły za tobą łaknące, ażebySłowo twe słyszeć, zdobyłeś moc cudu —I rozmnożyłeś duchowe swe chleby.

I nikt nie odszedł głodny, kto tę białąHostję twych myśli wziął z rąk twych na dobie;Jeszcze się złomków na przyszłość zostałoDla tych, co rzesze powiodą po tobie.

O miłujące serce! O ty bratnie,Krzywdzonym słodkie, krzywdzicielom twarde!Ty miałeś różne bronie: łzy i wzgardę,Lecz przebaczenie wszem — było ostatnie.

Ty, jak czarodziej, budziłeś po drodzeWieniec mar wdzięcznych, co groby oplata,Sadzałeś na koń pachołki i wodze,A chłopa brałeś w ramiona — jak brata.

Tyś nas nie rzucił w sieć pustych mamideł,Ale żyć uczył i cierpieć na ziemi...I byłeś wzlotem dla wielu tu skrzydeł,Ty — najsilniejszy pomiędzy silnemi!

Stroskane oczy i niepocieszoneBędą się teraz obracać w błękity,Gdy wyjdą pługi na łany zroszoneI nie obaczą — gdzie lemiesz twój wbity...

A tak zostanie to między żywemiMiejsce — po tobie umarłym — nie wzięte...I pokoleniom, co przejdą po ziemi,Jak praojcowskie — tak drogie a święte.

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...W ziemi krzyżów przybył jeszcze jeden czarny krzyż.Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną dziedziną,Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną.

Z dróg tułaczych, z krwawych ścieżek oto wraca jużTen, co z nami brał w pierś gromy wszystkich naszych burz!Wraca oto uciszony oną wielką ciszą,Którą duchy praojcowe synów swych kołyszą.

Już otarty z jego czoła bożych rabów znój,Dobiegł mety biegu swego, przebojował bój;

Przebojował dnie młodości i swe zeszłe lata,Została mu domowina, ta dębowa chata!

W cudzej stronie ją ciosano, z cudzych ziemnych drew,Na sen w niej go nie utulił miły, bratni śpiew...Na pierś brakło grudki ziemi z rodzinnej krainy,Nie żegnał go brzeg wiślany, nie żegnał step siny.

Wichrem pomsty go pędziła obca, twarda dłoń,Jako Syn Człowieczy, nie miał, gdzieby złożył skroń...Dziś powraca po swą schedę do tej matki ziemi,Co obdziela dzieci swoje grobami cichemi.

Opłakaneż to dziedzictwo, opłakany dział!Wyleciały orły młode nakształt złotych strzał,Wyleciały z gniazda w słońce, ponad czarne chmury,A wróciły z krwawą piersią, z złamanemi pióry.

O ty ziemio, ty sieroto, przebogata w kir!Pękły struny szczerozłote twoich srebrnych lir;Pękły serca, które tobie śpiewały i biły,Ludzie w tobie pomaleli, porosły mogiły!

O ty ziemio, o ty wdowo, przebogata w łzy!Wskróś twych łanów i kurhanów idą sine mgły;We mgłach płyną duchy smętne i duchy tułacze,Wiatr niedoli je pogania i jęczy i płacze...

A z czemże my wyjdziem, bracia, na swej ziemi prógWitać tego, co nam wraca z tak dalekich dróg?Jak uczcimy, jak przyjmiemy Starej Baśni piewcę,Karmiciela myśli naszych, uczuć naszych siewcę?

Nie rozkwitły wiosną kwiaty w pośród czarnych pól,Pieśń zgłuszyły jęki dzwonów i zadławił ból...

W ciszy stoim wobec ducha, co idzie z tej trumny,My — pochodnie zagaszone, strzaskane kolumny.

O! zaszumcie, gęste bory, w pogrzebowy chór,O! zapłaczcie, rzeki-płuczki, co pijecie z chmur,O! posypcie łzami, rosy, na ojczyste groby,0! ściśnijcie wy się, dłonie, w tym domu żałoby!

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...W ziemi krzyżów przybył jeszcze jeden czarny krzyż;Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną krainą,Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną!

Nie wszystko smutkiem, nie wszystko żałobą:Jeszcze ty z nami, a my jeszcze z tobą,Nie odumarłaś sierot do ostatka,Ty — nasza matka!

Znów do płodnego przytulasz nas łona,Z ciemnicy mroków w blask słońca wskrzeszona,Znów tchniesz moc swoją w mdlejących serc bicie,Ty — nasze życie!

O karmicielko! O stary nasz domie,Gdzie zniczem gore żywiące nas płomię,Ty rody polne hodujesz i ptasze,O gniazdo nasze!

Pierś twoja ciemna znów bierze kolory,Tajnymi szumy gadają twe bory,Sto rzek pieśń twoją do morza donasza,Ty — harfo nasza!

Skowronki twoje znów lecą w błękity,Szumi żórawi klucz, zorzą nakryty,Chlebem przyszłości twe pola runieją,Nasza nadziejo!

Ucieczko słabych, bezobronnych zbrojo!Nieprzemożeni, przy tobie co stoją...Ciebie wichr burzy, ni grom nie przestrasza,Ty — twierdzo nasza!

O zatajona skarbnico ty ducha,O złoty szybie, skąd życie wybucha!W tobie się iści, co będzie, co było,Ty — nasza siło!1891.

»W ogniach jesteś świętych — idź a świeć«.(Z listu T. L.)

Słowy mnie swemi namaścił z daleka,Jakoby święte wylawszy oliwyNa czoło moje, ten pieśniarz, co czeka,Oparty o swój kij pątniczy, krzywy,Aż łódź tułacza odbije się z brzegaDo ostatniego, cichego noclega.

A sam, pośpieszny będąc w drogi one,Patrzył, komuby swą lirę zostawiłI pieśni, jako gołębie uśpione...A zaś mnie jasną ręką błogosławiłI rzucił na mnie przebłogie swe blaskiI zdał dziedzictwo miłości i łaski.

Słowy mnie swemi namaścił do pieśniI struny zładził na sercu mem drżącem,Jako ci ślepce, co chodzą boleśniPo sinym stepie, po polu grającemOd ech, a ręce na srebrnych piołunachNad mogiłami kładą, jak na strunach.

Aż one zioła gorzkie i żałosneZłotą się gędźbą rozbrzęczą po stepieI poczną wróżyć kurhanom tym wiosnęI szum obudzą w wyschniętym czerepieI kość obwieją na stepie spróchniałąEchem, co niegdyś na szpiku jej grało.

Jako na skałach siedzący orłowie,Wypatrzył lot mój pierzchliwy i nizki,I tchu mi dosłał i mocy w swem słowieI sam się mienić począł w różne błyski,By mnie nauczył, jak z piersi snuć zorzeI wielkie światła jutrzenne a boże.

I pióra zjeżył siwe i pod pióryPiersi pokazał sczerniałe i krwawe,A zaś się lotem wyniósł i wskróś chmuryPrzebił na wielką świetlistą kurzawęI uczył brać się do słońca od ziemi,Bez jęku, skrzydły bijący krwawemi.

I rzekł mi: »W ogniach świętych jesteś oto —Idź, a świeć, bym się na ciebie nie żalił«,I dziwną ducha swojego robotąW jasny mnie płomień objął i zapalił;I wiem, że już mi w ogniach onych chodzić,I żyć płomieniem — i płomienie rodzić.

A nie z rozkoszy próżnej, ni z uciechyTo gorejące wzięłam namaszczenie;

Bo rzadkie w pieśni ziemi tej uśmiechy,A ciężą na niej popioły i cienieRzeczy pomarłych, a praca ta srogaŚpiewać, gdy w piersiach jest ucisk i trwoga...

Ale mi czynić trzeba, co duch zdarzy,A iść za głośnym od mogił podmuchemKu jutrzni onej, co na dzień się żarzy,I za tym wielkim, żórawim łańcuchemPióreczkiem lecieć porwanem od ziemi,Z piosenką cichą i łzami srebrnemi...

Trzy miecze skrzyżujcie, niech zbłysną się w grom,I nieście przed trumną w wieczysty mu dom.W trzy tarcze uderzcie, niech spadnie z nich pleśń,I Bogarodzicy zawiedźcie mu pieśń!

Przyłbicę na marach połóżcie na znak,Z sztandaru niech biały powiewa mu ptak,Na kopiach zniżonych spuszczajcie go w grób,Bo sławie ślubował i strzymał swój ślub!

Nie czciciel potęgi, nie żebrak jej łask,To rycerz odchodzi za czynów swych blask,To rycerz odchodzi, to mężny syn twój,Co wskrzesił, o Polsko, twych sławnych dni bój!

Na duchów strażnicy wódz wielki dziś legł,Co hartu zbroicy i serc hartu strzegł,Stu bitew w świat poniósł huk, wrzawę i pył,Dał moc ci twą uczuć, krwi dolał do żył!

Raz jeszcze z twej piersi odrzucił on preczGrunwaldzkim pogromem krzyżacki ów miecz,I pruski hołd wznowił u skutych twych nógI z klęczek przed tobą nie wstanie już wróg!................................................Nad prochy i dymy i martwych stos ciałZwycięstwo pod Wiedniem on znowu ci dałI złotym łańcuchem na wieki on skułDla gości nielubych piastowy twój stół.

Z troistej ciemnicy, gdzie kaźń i gdzie zgrzyt,On wiódł cię, o Polsko, na dzień i na świtI kamień odwalił stoczony na gróbI ducha tchnął w piersi mdlejące wśród prób.

Dziejowych twych dzierżaw, dziejowych twych prawPrastare pieczęcie wydobył na jaw,Jak Rejtan, na krzywdy położył się prógZ wieczystym protestem: Niech sądzi nas Bóg!

Trzy miecze skrzyżujcie, niech zbłysną się w grom,I nieście przed trumną w wieczysty mu dom;Na tarczach zniżonych spuszczajcie go w grób,Bo sławie ślubował — i strzymał swój ślub.

Pieśniarzu ty nasz miły,Już zmilkła twoja pieśń!

Już głazy cię mogiłyZamknęły w grobu cieśń...Już zgasłeś dla swej ziemi,Jak zachodowe zorze,Już pióry duch srebrnemiUleciał na pokoje boże...

Skąd niosłeś dla nas wieści,Puszczonyś tam przez próg.Zdmuchnięte jest z boleściTwe serce już i z trwóg!Zaświatów toń obłoczna,Gdzie myśl się rwała wrząca,Objęła cię już mroczna,Objęła chłodna i milcząca...

I lirę twą tęczową,Najwiosenniejszą z lir,Z zakrytą anioł głowąPrzewiązał w czarny kirI gałąź ci wawrzynuNa piersi dał i ciernie,O wielki pieśni synu,Coś cierpiał i coś kochał wiernie...

I jasną złożył rękęNa strun twych płacz i śmiechI zaklął twą piosenkęW słowiczych głosy ech,By wiecznym czarem wiosnyNad ciszą twej mogiłyHymn życia brzmiał radosny,Ku życiu by nam serca biły...

Coś kochał, coś wyśpiewał,W czem siły brałeś chrzest,Czem męski duch dojrzewał,To mocą nam dziś jest.

A te, coś użął kłosyNa dziale twego trudu,Promienne w kroplach rosyChleb dadzą dla twojego ludu...

I serca twego kwiecie,Młodzieńczy żar i bólSzeroko Duch pomiecieSkróś naszych łąk i pól...I majem się nadzieiRozkwieci nam na grzędzieI w śnieżny czas zawieiCzarować i upajać będzie...

I toć ci jest ta scheda,Pieśniarza błogi dział,Co zamrzeć ziemi nie da,Maj siejąc dusz i ciał...Iż nigdy nie słyszano,By lud, co pieśń swą śpiewa,Opadał w swoje rano,Z pnia życia i z żywota drzewa...

A pieśniarz, gdy wysieje,Co w sercu ziarna miał,Odchodzi za wierzejePrzez runiejący dział.I na pierś bierze wolnąNagrodę swą ostatnią,Wiązankę kwiecia polną,Rzuconą przez drużynę bratnią...

I tylko po nim wiosnyZostaje w duszach woń,Gdy cichy a żałosnyOjczystą rzuca błoń.I tylko się kołyszeRuń świeża na tym łanie,

Skąd odszedł w wielką ciszę,W głębokie śmierci zadumanie...

Wstań, o dziecię! Idź na pole,Gdzie pot ludu wsiąka w rolę,Gdzie pod jasnem naszem niebemKłosy brzęczą żytnim chlebem,Jako struny szklane...Idź i słuchaj, a w tym szumieMoże serce twe zrozumie,Jakie to tam rosy świecą,Jak masz uczcić dolę kmiecąI zgrzebną sukmanę!

II.

Ucz się, drogie dziecię moje,Nosić wcześnie twarde zbroje,Jak dawni rycerze!Nie z żelaza, nie ze stali,Te, co ludzie wykowali,Hełmy i pancerze;Ale jasną, ale dzielną,Zbroję ducha nieśmiertelną,Co się strzał nie boi,Ale taką tarczę złotą,Co się zowie wolą, cnotą,A za oręż stoi.

III.

Kiedy widzisz skrę, co pryskaZ nakowadła i ogniska,Gdy dłoń widzisz z kielnią, z młotem,Jak nad głową śmiga hardo,

Gdy na twarzy zlanej potem,Odgadujesz dolę twardą:Uchyl czoła, synu miły,Przed tym, co się krwawo znoi;Lud i praca — to są siły,A świat cały niemi stoi!

Szanuj, drogie dziecię moje,W małem ziarnku — przyszłe plony,W małej kropli — przyszłe zdroje,W szelągu — miljony,W każdej myśli — zaród czynu,Życie — w chwilce, co ucieka,A sam w sobie — szanuj, synu,Przyszłego człowieka!

Nie licz wśród burzy na żadną latarnięAni na ziemi, ani też na niebie,Bo kto jej czeka, zatonie ten marnieI będzie dzwonem na własnym pogrzebie.Noc tego tylko w swój płaszcz nie ogarnie,Kto światło swoje wykrzesze sam z siebieI sam na drodze swej zaświeci jasno,Ducha słoneczność roztliwszy — swą własną.

Pod każdą stopą jest poziom jednaki.Góra nie ugnie czoła pod twe nogi,Lecz ty sam musisz uróść duchem w takiSzczyt, co cię widnym uczyni wśród drogi,Kędy iść będą pielgrzymie orszakiPrzyszłych pokoleń, i tak międzybogiJasną kolumną myślową wystrzelić,Nad czas i czasu wielkość w siebie wcielić!

Nie przychodź do mnie w jasny dzień,W poranek róż majowy;Nie przychodź do mnie w jasny dzień,Bo ci na drogę padnie cieńMej cichej, smętnej głowy...

Ale przyjdź do mnie w chmurny czas,W jesienne mroczne rano;Ale przyjdź do mnie w chmurny czas,Niech blade niebo skryje nasW swą płachtę, z mgły utkaną.

Nie przychodź do mnie w szczęścia dnie,W jutrzenne życia zorze;Nie przychodź do mnie w szczęścia dnie,Gdy dłoń i serce kwiaty rwie,A ust puharem — morze.

Ale przyjdź do mnie w zmierzch i w noc,Gdy rosa pada chłodna;Ale przyjdź do mnie w zmierzch i w noc,Kiedy się życia wytli moc,A serce wyschnie do dna.

Ale przyjdź do mnie wpośród dum,W rozmyślań wielką ciszę;Ale przyjdź do mnie wpośród dum,Gdzie czarnych sosen szmer i szumMogiłę mą kołysze...

Comments

Loading comments…