Z pola i z lasu

Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom III

Kiedy Pan Jezus chodził po ziemiPrzed przedawnemi laty,To się za Jego stopki jasnemiGarnęły wszystkie kwiaty.

Szły polne lilje, niosąc kielichyPrzeczyste, wonne, białe,A tuż za niemi powój szedł cichyI te fiołki małe.

Bratki mu do stóp rzucały liście,Puszyste aksamity,A mak ku Niemu płonął ogniścieW najporanniejsze świty.

Szły za Nim polem, szły za Nim miedząTe rzesze bławatkoweI niezabudki, co w rowach siedzą,Wznosiły modrą głowę.

Stulistnej róży przejasne pąkiWoń Mu roniły swoją,Kobierzec słały te nasze łąki,Co pod rosami stoją.

Biała konwalja wybiegła z boru,Zwołuje leśne kwiatyW sto srebrnych dzwonków do Jego dworuZa wiewem Jego szaty.

Otwarły oczy stokrocie drobne,W miękkiej zieleni śpiące,I te narcyzy gwiazdom podobne,Co je wybiela słońce.

Szły za Nim kwiaty, szły za Nim zioła,Płynęły falą tęczy,A złoty jaskier pochyla czołaI macierzanka klęczy...

A nasz Pan Jezus patrzał miłośnieOczyma przesmutnemiI błogosławił wszystko, co rośnieI kwitnie na tej ziemi.

I takim tłumem szło owo kwiecieŁąkami, polem, lasem,Kiedy Pan Jezus chodził po świeciePrzed najdawniejszym czasem.

Więc dotąd jeszcze, gdy w letniej dobieKwiat gęsto kryje grzędy,To starzy ludzie gadają sobie:Pan Jezus przeszedł tędy!

Kwiatku mój! ty mi jesteś mądrością dziejową,Gdy twa drobna łodyga wśród ciszy i cienia,Nie widząc nawet słońca Bożego nad głową,Nie słysząc nawet pieśni skowronka na niebie,

Z siłą niepowstrzymaną w ziemię się wkorzeniaI nie wątpi o życiu w tym swoim pogrzebie.

Ty tam, gdzie cię nie sięgną wichrów mocnych gwałty,Gdzie nawet twa nadzieja w tajemnicy tonie,Przędziesz skrycie swe barwy i urabiasz kształtyI zwinięty sam w sobie gromadzisz swe wonie,Aż przyjdzie i dla ciebie świt, a gdy zapłonie,Wpośród gminu traw wstaniesz po pracy swej cichéjI otworzysz ku słońcu wiosenne kielichy,Cały jeszcze w łzach znoju, ale już w koronie.

W jutrzennych łunach cała,Wśród czarnych sosen wieńca,Czeka konwalja białaNa swego oblubieńca.Las spłonął — w ogniach drżącaNa trawach rosa stoi;Wychodzi promień słońca,Królewicz w jasnej zbroi.»Czekaj tu na mnie mało,O biały ty mój kwiecie,Bo jeszcze dość zostałoNocy na bożym świecie.Złocisty miecz podniosęNad ziemią tą zaćmioną,Potem pić przyjdę rosęNa białe twoje łono«.Nad lasem chmura stoi,Z zachodu idą burze...Królewicz w złotej zbroiPoszedł — i zagasł w chmurze.»Dalekoż mi, daleko,Słoneczko me, do ciebie!

Już zimne rosy cieką,Już idzie noc po niebie!«We łzach srebrzystych cała,Wśród czarnych sosen wieńca,Czeka konwalja białaSwojego oblubieńca.

Choćbyś najbledszą była, zawsze płoniesz żaremI z głębi śniegów twoich kolory różaneWydajesz, jako tchnienie ogniem malowane,O różo!

A kto ciebie w dłoń weźmie, by poić się czaremChłodnym białości twojej, i zbliży do twarzy,Uczuje płomień, który w łonie twem się żarzyTajemnie.

Tak ja — choć stoję cicha, źrenicą przyćmionąPatrząc na to bezbarwne życie świata, któreZ zapaśników swych ściąga królewską purpuręZapału,

Ogniem mocnej nadziei piersi moje płoną,A ludzie dobrej woli pod moją bladościąOdgadną, że tam gore to, co jest przyszłościąNarodu.

Darmo mi główkę tulisz z pieszczotą,Darmo się pytasz, o czem ja myślę...O czem ja myślę?... Hej! spytaj o toTej wody w Wiśle.

I spytaj wiatru, kiedy od morzaLeci a szumi wieśćmi staremi;

I niech ci powie poranna zorza,Co wstaje z ziemi.

Spytaj sokoła, co skrzydłem zrywaChmury z błękitu, lecąc przez pole,I brzęku kos tych, co kładą w żniwaSnopy na role.

Spytaj tych szumów z czarnego boru,Co nucą pieśni z dziada, pradziada,I zadumanej ciszy wieczoru,Co na świat pada.

Spytaj skowronka, co ginie w zorzy,Strumienia z jaru, mgły sinej z łąki,I niech ci brzoza biała otworzyZamknięte pąki.

O czem ja myślę?... Hej! szczęście moje,Że w piersi kwiatu nie zajrzeć ściśle...Słonko wie tylko, o czem ja roję,O czem ja myślę!

Pod tą cichą, złotą zorząŻórawie leciały,Z tem szerokiem, smutnem polemKrzykiem się żegnały.

— Ty szerokie, puste pole,Ty czarny ugorze!Już my lecim, odlatujemZa to sine morze!

Już my lecim, odlatujemW te powietrzne drogi,

Nie będą nas więcej żywićTwoje chlebne brogi.

Nie będą nas więcej poićWody strumieniące;Nie zakrzykniem już hejnałuNa to ranne słońce!

Nie zakrzykniem już hejnału,Bijący skrzydłami;Nie zaszumią nasze pióraNad temi łąkami.

Nie zaszumią nasze pióraW chorągwiane loty;Nie poniosą twoich pieśniW błękit jasny, złoty!

Hej, szerokie, puste pole,W sinych mgłach stojące!Czekaj ty nas, jak zaświeciTo majowe słońce!

Czekaj ty nas a wyglądajOd zachodniej strony,Jak zapachną trawy twojeI ten gaj zielony.

Czekaj ty nas a wyglądajRankami cichemi,Jak się wiosna rozbłękitniDookoła ziemi!

A my drogi nie zagubimPrzez to morze sine,Po pióreczku rzucać będziemW szumiącą głębinę...

A my drogi nie zagubimZ powrotem do ciebie;Poznamy ją po tej zorzy,Po tem bladem niebie...

Poznamy ją po tej rosie,Co na tobie świeci,Po tych jasnych, lnianych główkachTwoich małych dzieci! —

Lecą, lecą, odlatująŻegnać ich żałosno...— Nie smućże się, puste pole:Wrócą, wrócą z wiosną!...

Już wróciły te żórawie,Co na wyraj poszły ze mną...Śnię po nocach, śnię na jawie,Ale zawsze nadaremno!

Cud po cudzie w oczy bijePrzesłonecznie, przebogato...Przecież nic mi nie zakryjeCiebie, pole — ciebie, chato!

Chodzę, patrzę na te dziwy,Co nie moje, co nie nasze,A dusza mi, jako ptaszę,Na dalekie leci niwy...

Chodzę, patrzę, jakby we śnie,O czemś marzę, o czemś rojęI zaczynam śpiewać pieśnieO was, chaty, pola moje!

Nigdy ja was nie zapomnę,Pola moje przefaliste,Lasy moje przeogromne,Wody moje bystre, czyste!

Droga idzie i ucieka...Gdzie ta chata, gdzie daleka?Gdzie te sady i lewady,Które bielił miesiąc blady?

Gdzie ta ścieżka, wydeptanaWskróś zroszonej trawy z rana?Moje oczy tam patrzyły,Gorzkiej rosy naprószyły...

Droga idzie i ucieka...Nie zawróci w biegu rzeka,Nie zawróci się do proga,Z cudzej miedzy smętna droga!

W oddalonych rzeczy krasie,Jakby wstęga, przewija sięŁan za łanem, gaj za gajemChmurnym szlakiem, smętnym krajem...

W oddalonych rzeczy krasieMiga złoto w modrym pasieOwej strugi, co się winieW oczeretach i wiklinie...

W oddalonych rzeczy krasieBór, jak organ, huczy, zda się,A nadrzeczny tuman dyszyWestchnieniami w nocnej ciszy...

A ja chwytam okiem, uchemOne mary w polu głuchemI źrenicą rozszerzonąNa dalekość patrzę oną...

Aż i oko zarosieje,Aż i tuman się rozwieje,Aż i w pustce się obaczę,Aż i dusza mi zapłacze!

Kiedy zboża łan zakwitnie,Gdy zachrzęsną kłosy żytnie,Kiedy w modrą ranną ciszęPszenny dział się zakołysze,Jako fala poruszonaOd zagona do zagona,To ci duszę załaskotaPobrzęk srebra, podźwięk złota.

Szmer, a szmery... szum, a szumy...Ot, i w oku cień zadumy,Ot, i piosnka gdzieś dalekaEchem goni, łzą ucieka...Z polnej gruszy kwiat opada,Łan, jak żywy, z tobą gada...Słuchasz, dumasz, by sierota,Wpośród tego srebra, złota.

Ziemia czarna, zima długa,Pot zalewa grządziel pługa,

Ani widu, ani słychu,Kto łeb skręci temu lichu...Już, już myślisz: nie dośpieje!Już ci wicher rwie nadzieję,Już ci w duszę rozpacz miotaO te łany srebra, złota...

Alić oto, z młodą wiosną,Duch a siła w piersiach rosną,Kiedy przejdzie się w zieleniMajowego słonka ksieni,Gdy się za nią śladem sunieSmug za smugiem w złotem runie,A z czarnego ziemi żebraTyle złota, tyle srebra...

Jużbyś nie rad z tego łana,Gdzie ci kwiecia po kolana,Gdzie nad tobą ciszę trącaSkowronkowa pieśń dzwoniąca...Jużbyś tylko wodził okiemPo tem polu, po szerokiem,I wydychał dech żywota,Wpośród tego srebra, złota!

Aż do samej, het, jesieniW oczach ci się pole mieni;Co dnia na niem więcej chleba,Co dnia kłosy bliższe nieba,Co dnia miedza ciaśniej świtaBławatami nawskróś żyta,I mak ledwo się migotaZ pośród srebra, z pośród złota...

Aż gdy rankiem brzękną kosy,Wyschną w słońcu łzy i rosy,Przepogodnym się błękitemNiebo śmieje ponad żytem:Już ci serce z smętku wskrześnie,Polem pójdą nowe pieśnie,Już ukoi cię pieszczotąNasze srebro, nasze złoto!

Już ci dusza poniewoliZapomina o złej doli,O złej doli, czarnej roli,O tej ranie, co tak boli...Już tym szumem urzeczonaPłynie, leci wzdłuż zagona,Płynie, leci z swą tęsknotą,Przez to srebro, przez to złoto!

Bogdajże mi takie drogi,Takie drogi, taka zorza,Coby wiodła w chaty progi,Między pola, między zboża!Bogdajże mi rannym świtemPod tym cichym stać błękitem,U własnego z chróstu płota,Wśród naszego srebra, złota!

Gdybym srebrne piórko miała,Tobym w szronie je maczała,W rannym szronie, na tej łące,Gdzie brylanty leżą drżące,Leżą drżące, rozsypane,Bladem słonkiem malowane...Na naszej łące!

Gdybym srebrne piórko miała,Na krysztalebym pisała,Na krysztale, na tej wodzie,Co stanęła w jasnym lodzie,Ani idzie, ani płynie,Tylko duma w swej głębinie...Na naszej wodzie!

Do zimowej bo piosenkiNi mi kwiecia, ni jutrzenki,Ni błękitów tego nieba,Tylko śnieżnych pól mi trzeba,Tylko zmarzłych pereł szronu,Tylko bicia śmierci dzwonu,Tylko łez trzeba!

Wybiegłem świtem z chaty rad,W przeczuciu życia błogiem,Aż tu na śniegu świeży śladPrzed samym leżał progiem.

Spojrzałem, ślad wyraźny tkwiW srebrzystym śnieżnym pyle,Jakby ktoś biegł i u tych drzwiZatrzymał się na chwilę...

Czyj był i jakich rączych nóg? —Nie psułem sobie głowy...Śpieszno mi było przejść przez prógI użyć tej ponowy.

Ślad poszedł zrazu w rączy skok,Ja za nim, bez pamięci,Zwrócony mając pilnie wzrok,Jak zwija się i kręci.

Wolniej, to znów się chyżej kładł,Ledwo znaczony w biegu,I słońcem płonął, cieniem bladłNa suchym, świeżym śniegu...

Nie rwał go żaden rów, ni płot,A choć mi widna chata,Na czole miałem zimny pot,Jakbym biegł długie lata...

I zdjął mnie smutek, zdjął mnie lęk,Szał jakiś i zachwyty,Na ustach miałem śmiech i jęk,A w sercu ból niezbyty...

I chciałem paść i głową tłucO ziemię, tak jak dziecię,I chciałem krzyczeć z całych płuc,Lecz ciągle biegłem przecie!

Aż nagle ślad ten lekkich stópPrzepadł, jak wichrem starty...Spojrzałem — był przede mną grób,Grób pusty i otwarty...

Nowe słonko w niebie stoi,Nowe słonko, nowe lato,Wyszedł na próg dziaduś siwy:— Bóg cię trzymaj, moja chato!

I obrócił się na stronyI wyciągnął obie ręce,Błogosławił krzywym płotom,Krzywym płotom i studzience.

— Bóg was trzymaj, krzywe płoty,Suchym chróstem zaplecione!Chodziły tu różne wichry,Ale poszły w swoją stronę.

Bóg cię żegnaj ręką swoją,Ty studzienko z żytnią wiechą!Napoiłaś ty mnie łzami,Napoiłaś i pociechą!

I obrócił się na zachód,Na to pólko, na te łany:— Bóg cię trzymaj, ziemio moja,Mój zagonie przeorany!

Siedmiorakim ja cię potem,Jako drobnym dżdżem, polewałI za pługiem chodząc miedzą,Jak skowronek — tobiem śpiewał...

Razem z ziarnem krople potu,Razem z potem — pieśnie padłyNa ten chleb naszego jutra,Żeby kruki go nie jadły!

I obrócił się na słońce,Gdzie się łąka rozzielenia,I zamachnął się ogniście,Jakby kosą od ramienia...

— Bóg cię trzymaj, moja łąko,Przesieczona ostrą kosą...Świeciłaś ty znojem naszym,Świeciłaś ty krwawą rosą!

I obrócił się na północ,Na to niebo pochmurzone

I zakreślił krzyż szerokiI ukanął dwie łzy słone.

I zapatrzył się dalekoOmroczonem, zgasłem okiem,Gdzie żórawie krzyczą w chmurachNiewidzialne za obłokiem.

I wyciągnął obie ręceI pierś stara ledwie dyszyI mogiłom zapomnianymBłogosławi dziaduś w ciszy.

W piwnicznej izbie zmrok wczesny pada,Wilgotny a ponury;Mętnemi szyby drobne okienkoNa brudne patrzy mury.

W piwnicznej izbie głos dziecka słychać:To westchnie, to zagada...Ojciec chleb czarny wykuwa młotem,Przy igle matka blada.

— »Moja mateńko! Moja rodzona!Jak też tam na wsi onej?Czy też tam dzieci chodzą w słoneczku,Po trawce, po zielonej?

I nie mieszkają, jak my, w piwnicy?I widzą het... obłoki?«— »Oj, widzą, synku, wszyściutko widzą,Caluśki świat szeroki!

Oj, widzą one pola i lasyI łąki i zagaje;

Widzą, jak słonko idzie do morzaI jak znów rankiem wstaje...

Widzą, jak pługi rzną wiosną skiby,Jak siewacz rzuca ziarna,Jak woły ciągną zębatą bronę,Jak rodzi ziemia czarna...

Oj, widzą one, jak źródła biją,Jak modre rzeki płyną,Jak dzikie gęsi na ugór lecą,Jak staw zarasta trzciną...«

— »A niema takich murów dokoła,Że aż się przegiąć trzeba,Żeby choć skrawek, choć odrobinkęZobaczyć czasem nieba?«

— »Niebo tam, synku, wszystkim otwarte,Z wschodu na zachód wolne,Czy zorza świeci, czy gwiazdy wschodzą,Jako te kwiaty polne«.

— »To i Pan Jezus bliżej być musiI patrzy na te dzieci...A od nas tutaj do Pana BogaI pacierz nie doleci...«............

W piwnicznej izbie jęk zabrzmiał cichy,Matka się po niej krząta...W gęstnącym zmroku głos dziecka słabyZ ciemnego słychać kąta.

— »Moja mateńko, moja rodzona,A jak tam jest w tem polu?«— »W polu to, synku, zboża a zboża,Przetkane w kwiat kąkolu...

Takie ci owsy, takie ci żyta,Że się w nich człowiek schowa!A grusza na nie cień rzuca chłodny,A wkoło woń chlebowa...

Spojrzysz na lewo, spojrzysz na prawo,To kłosy aż się garną,Jakby kto złotą nakrył kurzawąCałą tę ziemię czarną...

A wierzchem takie ci idą szumy,Takie w powietrzu granie,Jak kiedy, na ten przykład, w kościeleZagrają na organie...

Od spodu słoma, jak trzcina, stoi,Ot, gdzie tam do niej tobie!A takie ziarnem pełniuśkie kłosy,Aż kładą się po sobie!

A jęczmień to ci taki wąsaty!A gryka taka miodna!A lny — jak niebo... a grochy w strąkach,Że ich nie przejrzysz do dna.

A tu ci zając z pod miedzy smyrgnie,Przepiórka w głos zadzwoni...A z łąki kędyś po rosie słychaćSpętanych rżenie koni...«............

W piwnicznej izbie zmrok coraz gęstnie,Wilgotne ściany płaczą...Dziecko w ciemności oczy otwiera,Czy czego nie zobaczą...............

— »Moja mateńko! Moja rodzona!A jak tam na tej łące?«— »Na łące, synku, to trawy rosną,W srebrzystej mgle stojące...

A w trawach kwiecie żółte i białe,A bokiem modra struga,A słonko sobie po niebie chodziI złotem okiem mruga...

A po mokradłach bocian szczudłujeI żaby dzióbem bierze...A skowroneczek do Boga leciI śpiewa swe pacierze...

A dziewczę idzie i krówkę pędzi —Chuścina i zapaska...A krówka ryczy a porykuje,A pastuch z bicza trzaska...

Brzeżkiem, nad rowem, złocieniec rośnieI wierzba na fujarki...A siwy kaczor w trzcinach się zrywa,Sznurkuje derkacz szparki...

A po przydrożku, pod leśną ścianą,Kosiarze idą z kosą,A te dziewczątka, jak gąski białe,W dwojakach jeść im niosą...«............

W piwnicznej izbie głos dziecka wzdychaZ wilgotnej, brudnej pleśni...A oczy jego patrzą w okienko,Czy mu się czasem nie śni...............

— »Moja mateńko! Moja rodzona,A jak tam jest w tym lesie?«— »W lesie to, synku, szum się okrutnyPo wielkich sosnach niesie!

I wielkie jakieś dziwy powiadaO starych onych czasach,Co to już o nich wieść tylko lataPo ciemnych, cichych lasach...

A taki zmrok tam zielony, świeży,Że — gdzie!... i ksiądz sam nie maNa Boże Ciało, na procesyi,Takiego baldachima!

Dęby a jodły, jako te wieże,Pod niebo się dźwigają,Że i królowie w złotych pałacachPiękniejszych wież nie mają...

A sosny śmigłe szumią a szumią,A brzozy liściem trzęsą,A dzień się przez nie, jak sitem, siejeI patrzy złotą rzęsą...

Czasem gdzieś gołąb dziki zagrucha,Czasem wiewiórka świśnie,A jarzębiny w koralach stojąI pachną leśne wiśnie...

A jakie to tam gniazda są ptasze,Furkania a szczebioty!A gąszcz ci taki, że słońce ledwoPrzeciśnie smużek złoty!

A co tam żuczków, a muszek brzęku,A co tam jagód krasnych,

A co mchów tkanych, jak aksamity,A co dzwoneczków jasnych!

A owczarz sobie pod lasem stoi,Siwe owieczki pasie,A Kurta szczeka a naszczekuje:A nawróć się! A zasię!...

A z Bożą męką krzyż w macierzankachStarej mogiły strzeże,A kto tam przejdzie, ten sobie westchnieI szepce swe pacierze...

A dech ci taki słodki a mocny,Gdzie stąpisz dookoła...Bo smółki topną i mirrę sączą,I zdrowiem tchną tam zioła...«

— »A to i jabym może, mateńko,Ozdrowiał w onym lesie?A w tej piwnicy, tom jak źdźbło ono,Co się za wiatrem niesie...«

— »Oj, ozdrowiałbyś, synku, nieboże,Mój ty świerszczyku cichy!A tak mi zamrzesz jeszcze przed zimą,Jak ten wróbelek lichy...

Oj, ozdrowiałbyś, synku rodzony,Mój ty robaczku marny!A tak mi przyjdzie twoją główeńkęZakopać w dołek czarny!«............

— »Nie płaczcie, matuś, nie płaczcie ino!Możeć się jeszcze uda...A teraz precz mi rozpowiadajcie,Jakie to tam są cuda?«

— »Oj, są tam cuda, dzieciątko mojeSerdeczne a rodzone!Złociste łany, srebrzyste zdrojeI sady rozkwiecone...

Oj, są tam takie cuda na niebieI na tej bożej ziemi,Że człowiek nie wie, na co ma pierwejOczami patrzeć swemi!«

— »A jaż, mateńko, zobaczę kiedyWszyściuśko, co mówicie?One to ptaki w lasach grające,One zajączki w życie?

A jaż, mateńko, nie taki samyJako te insze dzieci,Co to się dla nich zieleni łąkaI jasne słonko świeci?«............

W piwnicznej izbie ciężkie westchnienieZ ciemnego słychać kąta...Ucichło dziecię na swym barłogu,Matka się we łzach krząta.

W piwnicznej izbie zmierzch zapadł czarny,Jako ta czarna dola...Któż dziecku temu da trochę słońca,Pokaże lasy, pola?

W kamieniu polnym, co grób mój pokryje,Niech mi kamieniarz lireczkę wyryje,Lirę tę swojską, a własną, a oną,Którą to po wsiach za dawna noszono,

Iżby szła z brzękiem skowrończym wśród kmieci,Aż w echo rzuci płacz swój, a odleci.

A pod tą lirą, jeżeli mu wola,Niech żytnie kłosy z naszego da pola,Kłosy ubogie, z chudemi, ot, ziarny,Na chleb powszedni, ościsty, a czarny,Po którym człowiek do ziemi przyrastaI ciągnie pług swój prastary od Piasta.

A potem, chce-li, niech kamień obtoczyPolnym powojem, co modre ma oczy,A niechaj na nim napisu nie kładzieI niech go w rzędzie nie stawia, ni w ładzie,Tylko w zakątku, gdzie brzoza szum niesie...— A można w lesie? — To owszem, niech w lesie!

Wieczór mglisty, wieczór blady,Smętnie kona chmurny dzień;Leśną ścieżką w moje śladyIdzie cichy, nikły cień.

Ni mnie woła, ni mnie nęci,Tylko za nim wszerz i wzdłużSrebrzyścieje kraj pamięci,Błogiem światłem pierwszych zórz...

Ni mnie nęci, ni mnie woła,Lekko słania się bez tchu;Tylko szumy drzew dokołaDawne pieśni budzą z snu...

Pieśń i zorza w pierś mą trącaSkowronkowych drżeniem piór;

Cicha idę, dumająca,A cień za mną idzie w bór.

Idzie wiotki i przejrzyścieNa rozkwitły pada wrzos;W górze szepcą zeschłe liście,W dole świecą krople ros.

Patrzę na dół, w górę patrzę,Szept mam w ustach, w rosach wzrok;Przez rozświty, w gęstwie bladsze,Słyszę lekki, senny krok...............

II.Zagubiona w leśnej ciszy,Ścieżką moją idę wzdłuż,A cień nikły za mną dyszy,A cień nikły za mną tuż.

Ni go szukam, ni chcę rzucić,Tylko w piersi brak mi tchu;Tylko oczu nie śmiem zwrócić,By w oblicze spojrzeć mu.

Nie uciekam, ani gonię,Ani płaczę, ani drżę;Tylko obie moje dłonieZałamują same się...

Tylko coś mnie tajnie wzruszaW ten wieczorny, mglisty czas,I wiem, że to moja duszaIdzie za mną ścieżką w las...............

Aż na skraju tej polany,Co się wrzyna w gąszcz i w mrok,Staję i śmiertelnie smutnyPoza siebie zwracam wzrok.

Lecz nie widzę nic dokoła,Tylko siwy opar mgłyNa zroszone pada zioła,Na zroszone pada mchy...

Tylko ciche się westchnieniePo gałęziach niesie drzew,Tylko w dali się rozpływaNiewidzialnych skrzydeł wiew...

Tylko nawskróś popieliska,Gdzie pastuszy wygasł chróst,Rozdmuchana iskra błyskaNiewidzialnych tchnieniem ust.

Tylko dym się gdzieś rozwiewaOd wioskowych czarnych chat;Tylko sosny głucho szumią,Tylko pachnie leśny kwiat...............

IV.Stoję blada, stoję cicha,Z wzrokiem wbitym w mrok i w cień,Zasłuchana w las, co wzdycha,W las, co wzdycha pełen drżeń.

I nad zgliszczem zimnem siadamI nagły mnie łamie strach,

Gdy tak szukam własnej duszyW niedogasłych ognia skrach.

Gdy jej szukam w dymie onym,Co nad wioską czerni się,I w tym lichym mchu zroszonymI w tej łężnej, lekkiej mgle.

I gorące łzy mi z oczuSypią się na mech i wrzos,A dokoła mi w pomroczuWtórzy cichy lasu głos.

Comments

Loading comments…