Na Carignano rankiem
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom IV
Co ranek patrzę w okno meO najwcześniejszej zorzy,Kiedy najpierwszy blask a świtNa morzu się położy.
I widzę łódź na jasnem tleZłotoróżanej fali,Jak lekko płynie, lekko mknie,Jak się jej żagiel pali.
Żagiel pochyły, drobna łódź,Ni wioseł, ni kół zgrzytu,Tylko ją świeży morza dechW świetlistość pędzi świtu.
Żagiel pochyły, drobna łódź,Tak chyżo w brzask ucieka,Jakby ją drogi wołał głos,Głos drogi gdzieś z daleka.
Cały rój potem statków mkniePrzed oknem mojem biały:
Jedne — jak siwe orły te,Inne — jak złote strzały.
Lecz żaden z nich nie płynie takNagle, a lekko, z cicha,Jako ten jeden wczesny ptak,Co ranną zorzą dycha.
Powrotu jego, nie wiem, gdzieSzukać i czekać trzeba...Nie widzę nigdy go na tleZachodniej łuny nieba.
Lecz gdy się zbudzę, on już strażPoranną morza trzyma,I niesie żagiel, pełen róż,Który mu zorza wzdyma.
I patrzę za nim w złoty szlak,W jutrzenny szlak bez końca,I myślę, że to jest mój duch,Co leci na wschód słońca.
I myślę, że to jest mój duch,Co w złoty świt ucieka,I że go woła drogi głos,Głos drogi gdzieś z daleka...
Comments
Loading comments…