Nokturny rzymskie
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom IV
W wielkiem milczeniu ruiny i nocyDuchowi memu stanęłaś widoma,A było mi tak, jak gdyby prorocyTu byli doma...Że w pustce swojej masz głos, który woła,Że przed twą ciszą schylają się czoła,To jest największa może z twoich mocy,O Roma!
I srebrną urną stanęłaś przedemnąW księżyca bieli, co z marmurów tło ma,A choć pierś miałaś od popiołów ciemną,Prochem znikoma,Słyszałam przecież serca twego bicie...Więc że w popiołach masz pulsy i życie,To najdziwniejszą twą siłą tajemną,O Roma!
I tak stanęłaś mi, jako widzenie,Między błyskami miesięcznymi dwoma,
W nizin twych pchnięta zmierzch i upodlenie,A od wież stroma...Żeś nie podniosła ludzkiego poniżaW światło, co niegdyś buchnęło tu z krzyża,To jest twa nędza, słabość, to twe cienie,O Roma!
W Piotrowej bazylice próbują organy.Mistrz nie tony, lecz echa westchnień z nich dobywa.Zmierzch w pustej nawie. Ciemność ruchoma i żywaPodnosi dzwon kopuły i rozszerza ściany.
Płynie muzyka dziwna, zaświatowa, cicha,Dreszczem idzie w sklepienia, z mrokiem się jednoczy...I nagle widzą moje zadumane oczyKorowód mar wiejących przez nawę, co wzdycha.
Płyną kolory tęczy i srebrzyste lamy,Białe infuły sterczą z mdłych świateł srężogi.Jak astry gwiazd, rozkwitłe nawskróś mlecznej drogi.Idą... Do jakiejś wielkiej, złotej idą bramy.
Coraz wyżej kopuła ucieka pod chmury,Coraz dziwniej, błękitniej, przejrzyściej się czyni.Nie słychać kroków. Cicho po taflach świątyniWloką się fiolety świetne i purpury.
Ludzie, posągi, księgi z złocistemi godłyIdą, płyną — ogromne i potężne mary,I ruszają się z posad obłoczne filary,Tej puszczy marmurowej — cyprysy i jodły.
I ruszają się z posad wysmukłe kolumny,Chwiejąc liść kapitelów, korony swej brzemię;Chcą paść, chcą zimnem czołem uderzyć o ziemię...Do jakiejś wielkiej śpieszą, bezimiennej trumny.
I ciszej pieśń organu ulata za światyI bliżej coraz szemrzą wersety i psalmy...Mozajki, sarkofagi, alabastry, palmySieją na marmur barw swych kolory i kwiaty.
Białość się piór wysoko nad nimi kołysze,Chorągwie, baldachimy wieją i kobierce.Bije dzwon... W spiż uderza mu spiżowe serce,Lecz głosu nie wydaje: bije w wielką ciszę.
Już są blizko. Już widać podniesione głowy,Pysznie sklepione czoła i ascetów twarze,Oczy zamknięte... Wieją złote trybularze,Zbłękitniając postacie w wizyę, w kształt echowy.
W szmerach psalmów, szeptanych ustami martwemi,W obłoku myrry, w mrącej zwiędłych kwiatów woni,Paschały niosąc w mglistej i widmowej dłoni,Idą, odchodzą. Może odchodzą z tej ziemi.
Nie słychać kroków. Cicho po taflach świątyniWloką się fiolety świetne i purpury...Coraz wyżej kopuła ucieka pod chmury,Coraz modrzej, przejrzyściej wskróś nawy się czyni.
I wieją srebrne lilje ołtarzów i freski,I pnie kręconych słupów i lamp złote oczy,
Przepych barw, świateł, kształtów zwiewa się i tłoczyW jakąś dalekość siną i w tuman niebieski.
Nie jak pielgrzymi idą; odchodzą — jak króle,Wlokąc za sobą dziane złotem dalmatyki,W dusznych woniach kadzideł i w echach muzyki,Nad ziemi uniesieni radości i bóle.
Czy żywi, czy umarli idą w zmierzchu chwili,Nie wiem, bo przemijają jak cień i jak mary,A z nimi — jakiś wielki świat przemija stary...Exodus jest: odchodzą ci, co się skończyli.
W ogromny zachód złoty i w ogromne zorzeIdą, a poza Tybrem ugasło już słońceW ametystach Sabińskich gór i róże mrąceLiście swe osypują na liljowe morze.
Coraz dalej łka echo zaświatowej glosyCoraz mgliściej przewija korowód rozwiany...Jeszcze szmer słychać... Jeszcze westchnęły organy...I nic i cisza. Fontan tylko płaczą rosy.
A na ostatnim schodzie, w gasnącym dnia blasku,Gdzie do stóp bazyliki ścielą się marmuryChrystusowi podobny mąż siedział niektóry,Pisząc palcem — Ecclesia!... Ecclesia... — na piasku.
Comments
Loading comments…