W Parmie
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom IV
Nad opactwem San PaoloSieje żarem strop niebieski...— Abbatessa GiovanninaW parlatorium chce mieć freski.
Abbatessę GiovanninęJuż pół wieku habit kryje,Gruby habit z ciemnej wełny,Gruby kaptur — aż po szyję.
Abbatessa GiovanninaPiękną głowę w myślach kłoniI podpiera blade czołoNa wysmukłej, bladej dłoni.
— Z czarodziejstwa swojej sztukiMistrz Correggio w Parmie znany...On swym pędzlem przeczarujeParlatorja nagie ściany!
Mistrz Correggio w swej palecieMa te wszystkie barwy, blaski,
Jakie tylko mogą cieszyćLudzkie oczy z bożej łaski.
Nad opactwem San PaoloGasną w mrokach zorze blade...Abbatessa GiovanninaDługą z mistrzem ma naradę.
Długo zgodzić się nie możeNa wybranie fresków treści,Choć się ciśnie tłum postaciZ świętych legend i powieści.
Z starej biblji, z księgi starejMistrz poddaje obraz, słowo;Abbatessa GioranninaPrzeczy ręką, przeczy głową.
Przykrzy sobie pode drzwiamiNajciekawsza nowicjuszka;Mówią z cicha, szmer zaledwieDolatuje do jej uszka...
Już i pełnia księżycowaBłysła w szyby bladem złotem,Kiedy pojął mistrz Correggio,Co ma fresków być przedmiotem.
Od poranku San PaoloRozebrzmiało pracy wrzawą...Lecz mistrz zamknął się w komnacieZ swem natchnieniem i z swą sławą.
Drobnym krokiem mniszki chodząZe schowaną w kaptur głową,O cudownem malowaniuSzepcą sobie to i owo.
— Co?... Ucieczka do Egiptu?— Co?... Wskrzeszenie Łazarzowe?— Co?... Farao?... Pokłon Magów?...Wąż na puszczy?... Cuda nowe?...
Próżno gubią się w domysłach!Nieme ściany, grube mury...Na »silentium« dzwonek wołaDo »inchiostra«, do klauzury.
Sama tylko abbatessaWstęp ma wolny do komnaty;Często widać cień jej smukły,Często słychać chrzęst jej szaty.
Sama tylko abbatessaNa rusztowań wchodzi deskiI odrzuca kaptur z czoła,Żeby lepiej widzieć freski.
To pochwali, to przygani,Tu myśl nową rzuci śmiele;Do podziwu mądra pani,Na malarskiem zna się dziele!
Aż błysnęły nagie muryZ pod kryjącej je zasłony;Mistrz Correggio pędzle złożył,Fresk przecudny już skończony.
— Na błękitnem tle plafonuW lwim zaprzęgu Eros pędzi,Przed nim lecą drobne »putti«,Siejąc róże po krawędzi.
Amorkowe ciałka świeże,Na lazurów dna rzucone,W hyacyntów i narcyzówŻywą wiją się koronę.
Nad kominkiem Djana bladaOrszak sprawia swój myśliwy;Nimfy wiążą jej sandały,Prężą łuki i cięciwy.
W fryzie tańczą Gracje białe,Bachus z grona sok wysysa,A na głównej ścianie WenusPłacze śmierci Adonisa.
Klaszczą mniszki zachwycone,Przyklaskuje całe miasto...— Prawda, wieki zaczynałyLedwo — wiosnę swą szesnastą!
Comments
Loading comments…