W San Onofrio
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom IV
Kto chwilę ową przeżył, ten ją będzieMiał przed oczyma i zawsze i wszędzie.— Ludzie stanęli sznurem, w długim rzędzie,
Po obu stronach starej, nizkiej nawy.Insi wstąpili na gzymsy, na ławy,U drzwi się naród rozlał nakształt lawy.
Bez ruchu stoją; tak fala głów zbita...A przed ołtarzem półgłosem Mszę czytaWysoki, siwy mnich — Hieronimita.
Msza dziwna! Niby żałobne jej tony,Lud stoi niemy, pobladły, wzruszony,A z Janikulum tryumfem grzmią dzwony.
Msza dziwna! Czarno odziane kolumny,Mar przecież niema, ni kiru, ni trumny,A w oczach ludu blask wielki i dumny.
W kościele cisza aż duszę przenika...W chórze gdzieś kona echowa muzyka,Z sadów Pamfili śpiew słychać słowika...
Wtem u ołtarza, we czterech, po parze,Brać benedykcyę przyklękną murarze;Ksiądz krzyż uczynił i powstać im każe.
Więc ku drzwiom zwrócą krok ciężki, miarowy,A wszystkie ku nim zachwieją się głowy,Śpiew skonał w chórze stłumiony, echowy...
A u drzwi nizkich w tym starym kościeleGrobowa płyta pokornie się ściele,Głaz szary, prosty, biedny, jakich wiele.
Cisza. Przez szyby przeziera dzień złoty,Po fryzach słychać jaskółek trzepoty...A wtem po trzykroć zadźwiękną w głaz młoty.
Lud oddech wstrzymał, a twarze wciąż bledsze,A od serc bicia tak drżące powietrze,Iż się pochodnie trzęsą, jak na wietrze.
Zeszli. Do ciasnej, nizkiej zeszli celiI na kamiennej stojącą podścieliTrumnę niewielką na barki podjęli.
Była tak lekka, tak wolna od ziemi,Że szli z nią prości z głowami wzniosłemi,A dwóch braciszków szło z światłem przed niemi.
Więc gdy ją ujrzał lud, krzyk buchnął głuchy,Krzyk mimowolny, jak pęd zawieruchy;Tak naprężone były wszystkie duchy.
I wyciągnęły się ku niej ramiona,A w każdej ręce gałązka zielona;Tak szła ta trumna nad ludem wzniesiona.
Tak szła wskróś nawy, pomiędzy filary,W bezmownym krzyku tym ogromnej miary,A przed ołtarzem łzy prószył ksiądz stary.
I dał znak ręką i nagle w świątyniWielka się cisza wśród ludu uczyni:Wypadły ćwieki, dzierżące wierzch skrzyni.
A gdy stuknęło o ziemię jej wieko,Echem się trzykroć stuk odbił daleko...Ksiądz głowę schylił z wilgotną powieką.
I długo modlił się... Aż ręce drżąceZapuścił w prochy w tej trumnie leżąceI wyjął czaszkę i podniósł ją w słońce.
I wstała głowa ta umarła z łożaWieków, ta wielka, biała perła boża,Kość sucha, w którą rzuciła się zorza.
A ksiądz tym głosem, co we łzach ugasa:— »Prawdziwie, głowa Torkwata jest Tassa!«Lud ryknął płaczem, jak wicher wśród lasa.
Comments
Loading comments…