A gdyśmy zeszli nieco...

Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom V

A gdyśmy zeszli nieco, rzekła pani:— »Oto jest rozstaj i krzyżowe drogi.Chceszli, wywiodę cię już z tej otchłani,Bo z prędka ciężkie tutaj przyjdą trwogi,Od których więdnie wszelki duch człowieczy,A gorsze od tych są poślednie rzeczy«.

Rzekłem: »O jasna, ty wiesz. Ale ze mnąJest miłość, która daje wielkie siłyI gwiazdą wschodzi tam, gdzie zewsząd ciemno,I życiem dyszy na spodzie mogiłyI na dnie śmierci. A jam zrodzon w płaczuI usta ziemi mówią mi: »Tułaczu«...

A jeśli skrzydło jaskółcze się przetrzeSkróś burzy, tedyć ją i duch przeminie«.A ona, pilno patrząc na powietrze,— »Człowiek tam jeden — rzekła — nędzny ginie,Jak Judasz, wielki ów przedawca Chrysta«.I szła, kwapiąca się i smętkiem mglista.

A ja, nie wiedząc, o czemby mówiła,Za wiewem szat jej szedłem zadumany.A wiodła nas tam ścieżeczka pochyła,W dół spadająca od leśnej polany,Na której łuny gorzały zachodnie,Z wierzchołów sosen zatliwszy pochodnie.

A w dole, jako zroszone mrowisko,Kiedy je oścień podważy od spodu,Czerń widać było i obozowiskoZbrojnego, różnych zawołań narodu,Skąd jak kipiątek z kotła i jak pary,Huk bębna buchał i zmieszane gwary.

I wnet rozległo się przed nami pole,Które w siności onej przedwieczornej,Podobne wodzie wielkiej i jeziornej,Pod oparami stało, a w półkole,Białością płócien bijąc w zachód złoty,Jak wzdęte żagle, bielały namioty.

A tam, gdzie pani moja mnie wywiodła,Wzgórek był, wyspie podobny, nieduży,A na nim w wielkich blaskach stała jodła,Strzaskany mając czub, jak maszt wśród burzy,I bursztynowych żywic pełne wnękiI grube, smolne, z pnia sterczące sęki.

Ledwie objąłem wzrokiem to widzenie,Gdy zabrzmiał hejnał, bo gasło już słońce,I wnet z mrowiska tego wyszły cienieI pod trąb głosem szły roty milczące,Wijąc się zwolna w przeguby ogromne.Stanęli.

...Nigdy tych głów nie zapomnę,Co się odkryły nagle pod jasnością

Grającej zorzy i pod łuną krwawąI zaświeciły wygoloną kościąCzaszek, do których śmierć miała już prawo.Bo z życiem o nie ciągnęła już losyI ustawiła je — pod rozmach kosy.

Cisza przez chwilę, potem bęben. PotemBuchnęła wielka pieśń z olbrzymią siłąI pod tem niebem otwartem i złotemTysiąc się głosów, jako wicher, wzbiłoI tysiąc głosów, jak wicher, opadło.Spojrzałem, słońce zczerniało i zbladło.

I znowu cisza i znów bęben. PoczemZnów się zerwała pieśń i jęk modlitwyZ takiem ogromnem natchnieniem proroczemŚmierci i z taką dziką wrzawą bitwyI z takim płaczem i z taką żałobą,Że słońce łuny zgasiło za sobą.

A wtedy pod tą siną, trupią zorząRozbrzmiało wielkie »amen«, jak grzmot w górach,I zobaczyłem nagle rękę Bożą,Pięciu palcami rozwartą na chmurach,Lecz nie ojcowską i błogosławioną,Tylko gróźb pełną i krwi i czerwoną.

Więc strach uderzył we mnie, jak błysk gromu,I szat mej świętej chwyciłem się z trwogą.A ona: — »Oto idziesz z nieszczęść domuI z domu gniewu idziesz czarną drogą,A jeszcześ nie zwykł i mrużysz powieki:Zaprawdę, ludzki duch — jest duch kaleki«.

A gdy mówiła jeszcze, ono wzgórze,Kędyśmy stali, tłum wielki otoczył,

Ciągnąc człowieka jednego na sznurze.A człowiek miotał się i pianą broczył,A ci, co bliżej byli, rudą błotnąCiskali w niego i mową sromotną.

A kiedy przyszli nawprost onej jodły,Która, drżąc w sobie, dawała szum mały,Poznałem, iż był markietan, człek podły,Jakich za każdym obozem psy gnały;Ale u tego znalazły się sprawyInsze, bo szpieg był i przedawczyk krwawy.

Ohydnie rwał się i rzucał na smyczy,A z członków kręte uczynił gadziny;Lecz choć znać było, że dusza w nim krzyczy,Niemy miał język, zdrętwiały i siny.I to widziałem, że go od powrozaŚmiertelniej dławi strach i trupia zgroza.

A święta moja, cofnąwszy się krokiemI patrząc z wielką litością na tłuszczę,— »Prosiłam — rzecze — lecz Pan się obłokiemPomsty otoczył i rzekł: »Nie odpuszczę!«Straszną ten śmiercią tutaj zginąć musi...Zaprawdę, wojna Boga nawet kusi«.

I szła, spuściwszy głowę, aby onejRzeczy nie widzieć, co się tam czyniła.A była gwieździe podobna zgaszonej,Bo u tych bożych nie zawsze jest siła.A zaraz przypadł wichr i skłębił chmuryI mrok się rzucił nagły...

Comments

Loading comments…