Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom V — całość

Nie kocham jeszcze, a już mi jest drogi;Nie kocham jeszcze, a już drżę i płonęI duszę pełną o niego mam trwogiI myśli moje już tam, w jego progiLecą stęsknione...I ponad dachem jego się trzepocąMiesięczną nocą...

Nie kocham jeszcze, a ranki już mojeO snach mych dziwnie wstają zadumane;Już chodzą za mną jakieś niepokoje,Już czegoś pragnę i czegoś się bojęW noce niespane...I już na ustach ślad noszę płomieniaJego imienia...

Nie kocham jeszcze, a już mi się zdaje,Że nam gdzieś lecieć, rozpłynąć się trzebaW jakieś czarowne dziedziny i kraje...Już mi się marzą słowicze wyrajeDo tego nieba,Które gdzieś czeka, aż nas ukołyszeW błękitną ciszę.

............Do nocy tęsknię, do srebrnego cienia,Coby mi nakrył źrenice płonąceI dał wpółsenną chwilkę upojenia...

Do nocy tęsknię i przeklinam słońce,Które swe wszystkie blaski rzuca we mnie,By mi pokazać więzy nas dzielące.

Wiem, że napróżno, i wiem, że daremnieTen sen mię cichy kołysać przylata,Co twoje imię szepce mi tajemnie...

Wiem, że się nigdy nie zejdą wśród świataTakie dwie drogi i takie dwa duchy,Które raz życie — jak nasze — rozbrata.

Wiem, że to sen jest, sen wiotki i kruchy,W który się oczy moje zapatrzyły,I że do śmierci mam dźwigać łańcuchy,

A zaś mieć zimne, dalekie mogiły.

...Mateńka moja w chacie sumuje,Mateńka moja tęskni a płacze...Wstanę, taj nockę jedną znocuję,Moją rodzoną chociaż zobaczę...

Oj, nie tak jęczą zielone knieje,Kiedy zazula kuka nad niemi,Jako mateńka moja żaleje,Że mnie oddała tej czarnej ziemi...

Oj, nie tak gorzkie piołuny siwe,Nie taka rzęsna ruta na grobie,Jako mateńki łzy żałośliwe,Gdy swe sieroctwo rozpomni sobie...

Na tę mogiłkę z żółtego piasku,Kamieniem każda łza jej upada...Wstanę, taj pójdę w miesięcznym blasku,Może posłyszy... może zagada...

Ogieniek jakiś w piersiach mi tleje,Żywy dech nawskróś przewiewa kości;

Nim świat oświtnie, nim dzień odnieje,Wstanę, taj pójdę w onej jasności...............

Jaki świat widny! Jaka noc cicha!Jak krzyże skrzypią, skrzypią, a jęczą...Jak macierzanka po grobach dycha...Jak mgła się winie przędzą pajęczą...

Na tych lipowych wiórach w trumienceStargałam sobie splecione włosy,Ścierpły mi nóżki, skostniały ręce,A oczy pełne gryzącej rosy...

Giezłeczko mi się lniane powija,Surowa ziemia ciąży mi na niem...Wynikłam z grobu, niby lilija,Wyblechowana tem długiem spaniem!

Oj, spanie, spanie, ciężkie powstanieZ tych czterech desek, z zimnej pościeli......Wstanę, taj pójdę cieniem po ścianie,Gdzie matuś płacze u swej kądzieli!............

To i Zaduszki! W Imię Ojca, Syna...Ot, u mnie teraz codzień takie święta! —Poszła już moja złocista dziewczyna...Już przeminęła, jak trawa pożęta,Jak ta kalina kwitnąca i biała,Jako ten kłosek jasny...— Nie uśpiałaAni lnu doprząść, ani przędzy zwinąć...Jak tej jagodzie, tak przyszło jej zginąć,Jak tej jagodzie leśnej...Dolo, dolo!Nie płyniesz morzem, nie idziesz ty lądem,Ale po ludziach idziesz boskim sądem,Ale się kopiesz, jak kret, krwawą roląNawskróś przez serce...— A jaka noc głucha,Ani żywego tchu! A miesiąc stoiW samem okienku... W Imię Ojca, Ducha...Czy drzwi skrzypnęły, czy mi się tak roiZ onej żałości?(nasłuchuje chwilę, potem przędzie)....Sen mara, Bóg wiara.Wiń się, wrzeciono, wiń, nitko ty szara...

Łzami ja ciebie poleję gorzkiemi,Wybielę ciebie na czarnej tej ziemi,Potem zgło utkam, nakryję niem ławęI siądę na niej i oczy te krwaweWypłaczę z głowy...

(sen ją zdejmuje).

DZIEWCZYNA.Mateńko, mateńko!To ja!... Marychna... Maryś...

MATKA(usypiając).BieluteńkoDziewczynęm moją do trumny odziała...Trumna lipowa, giezłeczko cieniuchne,A onaż sama, jak śnieżek ten, biała...I tak ją w bieli układłam, jak druchnę...Jakby do ślubu... Warkoczki jej płowePięknie uplotłam... Wianuszek na głowę,Na piersiach wiązka ziela, a u nóżekSnop jaskrów złotych i modrych ostróżek.A co jej z tego?... Ot, matki głupota!Wzięli trumienkę... wynieśli za wrota...Och! od kamienia cięższa ja sierota!

(usypia).

DZIEWCZYNA.Mateńko, spojrzyj na mnie! Przemów słowo!

MATKA(we śnie).Och!... Och!... Och!...

DZIEWCZYNA.Trumnę rzuciłam lipową,Z pod ciężkiej tu się wyrwałam mogiły...

Pan Jezus pomógł... Pan Jezus dał siły...Mateńko moja!...

MATKA(we śnie).Jakbym się patrzałaNa nią, na Maryś moją! Taka biała,Jak ten opłatek... A rączki złożone,Jak do pacierza... O dziecko rodzone!...Marychna...

DZIEWCZYNA.Ja tu, mateńko! Tutaj!... Tu mnie macie!...Przy was, tu... blizko... Mateńko jedyna!...

MATKA(budzi się).Wszelki duch!... Ot, sen!... A wiatr od kominaJęczy, jakby kto płakał... A po chacieJakby kto chodził...— W Imię Ojca, Syna...Jak ten pies zawył!... O Jezu Ty Chryste,Jak ten pies zawył... Światło wiekuisteNiechaj im świeci! Wieczne odpocznienie!...Jak po tych kątach ruszają się cienie...Ot, sen!...

(przędzie).Już chyba latoś nie oprzędęPacześnych pakuł. Co stanę, co siędę,To i zadrzemnę... Ot, starość!... Ni śpiewki,Ni to wesela... Indziej, to tam dziewkiPieśni wywodzą... A tu... Niemasz doni!Cichość ci taka, aż w uszach coś dzwoni...

(przędzie).

DZIEWCZYNA(śpiewa, śpiew echowy).W gaju, na rozstaju, zakwitła kalina,U mateńki w chacie młodziutka dziewczyna...Och!...

MATKA.Jezu, Marya! Co to? Izba całaPełna śpiewania... Tak, jakbym słyszałaMarychnę moją! Ten głosek jej szklany...Skowrończy głosek...

(nasłuchuje)Ot, pewno z za ściany...

DZIEWCZYNA(śpiewa).Zabielił się ranek kwitnącą kaliną,Cieszyła się matka córuchną jedyną...Och!...

MATKA.Aż w sercu boli, takie to śpiewanieŻałosne!... Jakby nóż obracał w ranie...

DZIEWCZYNA(śpiewa).Przyleciał zły wicher, połamał kalinę,Pochowała matka młodziutką dziewczynę,Och!...

MATKA(płacze).Och! Och! Och!... Nędznaż, nędzna moja głowaTak odleciałaś, jak gołąb ze strzechy!A któż mię teraz, sierotę, pochowa?

Kto rozweseli, kto doda pociechy?Kto i zapłacze razem? Och!...

(Głos echowy).Och!...

MATKA.ŚcianyGadać się ato ze mną nauczyły,Z sierotą starą, co nijakiej mowyNie ma dziś z ludźmi... jak ten kłos jałowy,Albo ten kamień w polu oborany,Albo pień zeschły, co go burze zbiły...

(przędzie).Tak mi na oczach stoi, jakby żywa...W onym wełniaczku modrym, w tej chustczynie...To się, bywało, po izbie uwinie,Przyniesie wody, nałupie łuczywa,Poza obrazy bożego ci drzewkaNatknie... to chlebek, jak słonko, zaczyni...Oj, coby to z niej wyrosła za dziewka!Coby to była z niej za gospodyni!

(przędzie)Drugi raz człek i zaspał na pościeli,A ona z ławy fyrk... jak ten skowronek!Ledwo się zorza w okienku zabieli,Ledwo że kury zapieją na dzionek,Splecie warkoczyk i już u kądzieli...Jak ten pajączek przędła cieniuteńko!A w mowie swojej taką słodkość miała,Jak miód. Mateńko, mówi mi...

(Głos echowy).Mateńko!...

MATKA.Jezu, Marya! Jakbym ją słyszała...Czy mi co w duszy gada? Czy z miesiąca

Idzie tak światłość wielka i grającaNa ten świat Boży?

(słychać dzwony)A ot, w dzwony bijąZa dusze zmarłych... Oj, dzwony, wy, dzwony!...Nie pójdzie głos wasz w cztery świata strony,Nie ruszy płacz wasz wszystkiego, co żyje,Bo nie matczyne serce u was bije,Ale żelazne!

(przędzie)Ot, ledwo się zwijaNić w starych palcach...

(modli się szeptem)A zdrowaś Marya,A łaskiś pełna...Ot, oczy się kleją...

DZIEWCZYNA.Pan z tobą...

MATKA.Jakby głosy jakieś wiejąW izbie... coś szepta...

DZIEWCZYNA.I błogosławionyOwoc żywota...

MATKA.(usypiając).Dawniej Maryś mojaMawiała ze mną wieczorne pacierze...A przyjdź królestwo... A bądź wola twoja...Het, precz wszyściutko, Ojcze nasz i Wierzę...I dziesięcioro... O moje miljony!Moje dzieciątko! (zasypia).(we śnie) ...Daleko... daleko...Za trzecią górą, za siódmą gdzieś rzeką,

Dziewczyna moja w mogiłce swej leży...A na mogiłce miesiączek się śnieży,Niby szron ranny...A krzyże, taj krzyże!Co ich odejdę, to znów się przybliżę...Jeno czernieją w tej sinej jasności,Co ją ta nocka na ziemię przesiewaPrzez srebrne sito... A cichość aż śpiewa...Aż brzękiem idzie...A Anioł ten Pański,Co go to na wsi pod zorzę już dzwoniąI w polach mówią klęczący na rosie,Z kosą, z grabiami, zwyczajnie, jak prości,Otwiera groby...A słowo stało się!Och! oczy moje, oczy!... Groby ronią,Jakby gwiazdeczki modre!... ŚwiętojańskiRobaczek pełga świetliście na piasku...Jeden... dwa... dziesięć...Co blasku, co blasku!Niby motyle, a niby dziewanny,Trzęsące liściem polnym... Chryste Panie!Jakie to światło i brzęk nieustanny!Jasność aż ślepi...A niech mi się stanie!...Toć to duszyczki one! To dzieciątkaDo matek lecą, a lecą, a płyną...Każda bieluśka taka, jak ta łątka...Jezu!... Marychna!... A mojaż dziewczynoZłocista!...Tutaj, tutaj... Tu do chaty!Jezu, jak leci! Ogieniek skrzydlaty!Ptaszyna moja złota!... Drzwi otworzę...O słonko moje!...

DZIEWCZYNA.O matko!... Mateńko!...Do nóg ja twoich...

MATKA.Boże Ty mój, Boże!Dziecko ty moje!...A jaka ty biała!A jaka zimna!Ot, to się wyspała!A stara matka przędzie tu a przędzie,I z każdym zmierzchem i z każdą jutrzenkąDuma, a duma, co było, co będzie...A ot, ty znowu tutaj!...Miłosierny,O, miłosierny jest Bóg ten nad nami...A stańże mi tu, wprost szybki!Ot, blada!A mój ty lichy robaczku mizerny,Ze złożonemi na piersiach rączkami!Ot, tak mi postój, ot, tak! Łuna padaOd tych obrazów jasna i różanaI liczko krasi...

DZIEWCZYNA.O matuś kochana!...

MATKA.I jakże ci tam?

DZIEWCZYNA.Oj, dobrze, matuchno!Chłodno, a chłodno, a cicho, cichuchno,Że ani serce w piersiach zakołata...

MATKA.A śni ci się też coniebądź?...

DZIEWCZYNA.Śni... chata!...

............I odeszła, rozpłynionaW blaski księżycowe...Na powietrzu jej ramiona,Jasna kosa rozplecionaOpromienia głowę...

Płynie polem, płynie siołem,Nie dotyka ziemi...Miesiąc srebrnem śnieży kołemNad jej cichem, martwem czołem,Nad szatki lnianemi...

Modre oczy jej zamknięteWidzą wnętrze chaty...Obie rączki wniebowzięteJakieś moce biorą święteZ miesięcznej poświaty...

Przed nią mgła srebrzysta płynie,Za nią tuman siny...Otwierają się dziewczynieLazurowe wskróś pustynie...Przebłogie dziedziny...

Nim oświtnie, nim odnieje,Zamknie ją mogiła...Ale teraz promienieje,Bo nie płacze, nie żalejeJej mateńka miła!

Z pian na piany, z tęcz na tęcze,Przez rozbitych wód obręcze,Przez odmęty falŁódź się ślizga, chwieje, suniePo śnieżystem, srebrnem runieW szumy, w echa, w dal.

Ren odrzuca ją i chwyta;To w błękity leci wzbita,Jak na skrzydłach ptak...To ją złoto-modre pyły,Jak delfina łuską, skryłyI cisnęły wznak.

Więc zaprzęga fal łabędzie,Sznury pereł przez krawędzie,Wkoło biały puch...Nagle skała kłami błyska,W otchłań pędzi, w mrok ją ciska,W beznadziejny ruch.

Opłyniona snów powodzią,Nie dbam, co się dzieje z łodzią,Nie wiem, gdzie jej ster...Z szumem, z pluskiem przez głębinęLotem lecę, pławem płynęWskróś błękitnych sfer!

Na skale, w którą bije RenOtchłannym, ślepym gniewem,Kołysze się, jak biały sen,Kwiat biały z wiatru wiewem.

Ani się troszczy, ani wie,Że śmierć i przepaść dyszyTuż pod tą grudką ziemi, gdzieChwieje się w rannej ciszy.

I nie wie, że jest żywym tchemZaklętej w skale duszy,Którą daremnie srebrnym kłemOd wieku fala kruszy,

Że póki skała zdolna kwiatZ szarości swej wywinąć,Póki ma oddech w słońce, w świat,Nie może paść i zginąć.

I bije grom i huczy RenI warczy przepaść głucha,A skała śni swój biały senI kwitnie kwieciem ducha.

Uderzył we mnie huk i szumNiepowstrzymaną mocą,Chwycona stoję mrocznym dniemI widną na wskróś nocą.

Jasność mi szronów bije twarzI śniegi skrawych puchów,A wkoło czuję lot i wiewPędzonych w wieczność duchów.

Na drodze stoję, którą wichrPrzestrzenny je rozmiataI w gwiezdny, skrzący zbija pyłNa przyszły posiew świata.

Bronią się duchy... Słyszę krzykChłostanych srebrnym biczem...Dosyć już mają śmiechu, łez,Chcą spocząć, zostać niczem...

Dosyć już mają żądz i walk,Miłości i nadziei;Chcąc ujść, chcąc paść, chcą wyrwać sięZ żywota czarnej kniei...

Darmo! Chwycone w bytu sieć,Rozerwać jej nie mogą

I z życia w życie, z jęku w jękWichrową pędzą drogą.

W powietrzu świszczy srebrny bicz,Po skałach mdleją echa,A mnie wskróś piersi idzie dreszcz,A otchłań się uśmiecha...

Fala, w pyły rozbita,Przez szklanne leci sita,Przepaść do dna odkryta...

W powietrznym łodzi pędzie,Schylona przez krawędzie,Widzę, co jest i będzie...

W świątyni mrocznej klęczę,Pęknięte gwiazd obręcze,Zczerniałe gasną tęcze...

Przepaść w niebo rzucona,Rozwiązane brzemiona,Do zórz droga wyśniona...

Morza rozbite w pyły,Wzburzone ziemi żyły,Wichrowe nowe siły...

Fal tłumnych biją głosy,Łez wniebowziętych rosyLecą na pól pokosy...

Rozkryte tajemnice,W kolorach — śmierci lice,Zrzucone z gwiazd przyłbice...

Proch grobowy odklęty,W ruch puszczone djamenty,Skrysztalone dusz męty...

Kotwic ruszonych zgrzyty,Łodzie rwane w błękity,A wkoło świty... świty...

Z głazu na głaz, stanęłam na wiązaniu kruchem,Co dzień od nocy dzieli i od śmierci życie,Nad ogromnym spienionej przepaści wybuchem...Pode mną huk i mrocznych skrzydeł nocy bicie.

Przez mchowych gobelinów wilgotne poszycieOtchłań warczy i wstrząsa, jak brytan, łańcuchem...U stóp moich jej piany, jej gniewy, jej wycie...Depcę je, chłoszczę wzrokiem... Jestem tylko — duchem.

Z głazu na głaz, zstąpiłam pod wściekłym nawałemWód, pędzących na głowę i mnie i otchłani,Ogłuszona dział śmierci stukrotnym wystrzałem.

I nagle ptaszym piórkiem uczułam się małem,Daleko uniesionym od cichej przystani,I drżąc, zakryłam oczy... Byłam tylko — ciałem.

Ocieram czoło z bryzgów. Patrzę, szalejącaWód nawała tabunem grzmi przez skalne szczyty,Djamentowy pył krzesze jasnemi kopytyI grzywy mleczne miecie i w śnieg je roztrąca.

Gościniec wód zawrotny, perłami wybity,Malowany bladością srebrnego miesiąca,Rzuca się... Mleczna droga w otchłań spadająca...Tabun pędzi, w ślad za nim pędzą jasne świty.

Wiem! To jeździec tragiczny, pianami okryty,Przelatuje wskróś ziemię, od końca do końca,I przez noc czasów ciska jutrzenne dziryty!

Wiem! Prometeusz czekał na takiego gońca,Do skały kaźni swojej łańcuchem przybity...Białość grzyw jego widział, lecz nie ujrzał słońca!

Szum i pęd mnie ogłuszył, stu harf słyszę granie!Huk wojny, walka; z wałów srebrnych biją działa...Krater pękł i lawina śniegów się wylała,Pęd orłów... po imieniu wabią się otchłanie.

Wielka symfonia! Fuga ogromna, wspaniała!Echo stworzenne głosu: — »I niech się tak stanie« —Śnił ją Mozart o tobie myśląc, Don Juanie,I »Requiem« nasłuchując, gdy mu je śmierć grała.

Dziw! Wskróś tego chorału przepaści i bezdnaSłyszę w dali stłumione, echowe odgłosy,Jakie niesie ze sobą noc cicha i gwiezdna...

Słyszę, jak szepcą trawy w łąkach nawskróś rosy,Jak pod wozem żniwiarzy skrzypi droga jezdna,Jak wiatrem rozechwiane na łanie drżą kłosy...

Znam cię, falo, pod niebo zuchwale rzuconaI spadająca w otchłań wieczystej niemocy!Z pian twoich widne dla mnie miljonów ramionaI pęd duchów ku słońcu i zwycięstwo nocy!

I w huku twoim słyszę ogromne imiona:Prometej, Grach, Spartakus — narodów prorocy,Mężowie czuciem wielcy i myślą wysocy...Imię nad ziemią zabrzmi okrzykiem i kona.

Lucifer! I twych skrzydeł pęd słyszę ogromny,Po przepaściach lecący, na hymny rozbity,I widzę potępione promienie twej głowy!

Jehowa chciałby zasnąć, uciszyć błękity,Lecz ty, strącony, światłem walisz się przez szczyty,W locie swym i w swej klęsce wiecznie świeży, nowy.Szafuza, 1891 r.

W zachodu złotą płyniem tońPo rubinowej fali,Nad łodzią naszą ogniem zórzWielka się łuna pali.

Ogromny słońca płonie stosNa samej nieb krawędzi,A taka cisza, że bez tchuŁódź nasza w ogień pędzi.

Z pod róż ucieka, co w jej śladMdlejące sypią liście,I w płomień leci, leci w żar,Co bucha tam ogniście.

Jeżeli na niej gości duch,Z tych ogniów wyjdzie cało;Zginie w płomieniach, jeśli nie,Jeśli ma tylko ciało! —

U rudla stoję, wiosło meW toń przeźroczystą trąca;I nie wiem, czy tak serce me,Czy fala bije drżąca?

I czekam na ten Boży sąd,Na objawienie ducha...A łódź cichemi pióry mknie,A stos ogniami bucha.

Na brzegu strojny, gwarny tłumRoi się w słońca blasku,Szerokiej fali miękki szumNa złotym kona piasku.

Wabiące słówka, młody śmiechNad wodą lecą sinąI z pluskiem, z szumem nawskróś echW powietrzu modrem giną.

Na każdej piersi kwiecia puch,Na każdej fali słońce,A pierś i falę w jeden ruchPodnosi życie wrzące.

Zdmuchnięta z rannej zorzy mgłaSrebrzyste gazy winie,A z najdalszego kędyś tłaMilcząca barka płynie.

Płynie i ciężko idzie w toń,Do burtów, do krawędzi...Ściągnięty żagiel, silna dłońWiosłem ją tylko pędzi.

Dziwny ładunek dziś na lądDo brzegu cicho niesie:

Głaz w niej przy głazie sterczy w rząd,Jak pnie w zrąbanym lesie.

Z kamieniołomu, z skalnych ław,Pod jedną cięte miarę,Grobowe płyty niesie wpław,Surowe, proste, szare...

Odarty wioślarz barkę pchaPowoli, ciężko, żmudnie...A róże pachną, a śnieg drga,A żarem tchnie południe...

I zwraca barka tępy biegZ ładunkiem swym cmentarnymWprost na słoneczny, kwietny brzeg,Szumiący tłumem gwarnym.

Chwieją się główki pięknych damNa lewo i na prawo:Chcą dojrzeć, co też płynie tamTą ciężką, płaską nawą?...

I na paluszki drobnych stópWspinają się boginie,A wiosło rzuca cienia słup,A barka cicho płynie...

Gdyby odmuchnął lekką mgłę,Uwianą na błękicie,Każdyby własne imię sweNa szarej dojrzał płycie.

I gdyby posłał słuch, jak grot,Daleko tam, daleko,Mógłby usłyszeć, jak mu młotDo trumny zbija wieko...

Lecz któż o śmierci myśleć maW rozkosznej tej godzinie?W płonących różach życie drga,A barka cicho płynie...

I kopie wiosło grzbiety falW głębokie, czarne rowy,I z pluskiem jego leci w dalMiłosny śmiech perłowy.

A wiatr z głębiny zerwał się,Zakręcił czarne wiryI na śmiejące usta tchnieKościelnej zapach miry.

I nagły na pierś powiał chłódUroczych dam drużynie,I dziwny cień padł nawskróś wód...A barka cicho płynie...

U starej tamy zgięci w łękOd długiej, ciężkiej pracy,Od żrących pyłów ślepi wpół,Mocują się biedacy.

Zapadła pierś ich ledwo tchnie,Pot im zalewa oczy;Gną się kolana wyschłych nóg,A każdy głaz swój toczy...

Trzęsą się czaszki łysych główMdłym, beznadziejnym ruchem,W schylonych grzbietach trzeszczy kośćWiązaniem twardem, suchem...

Każdy z nich dźwiga tyleż lat,Co i ta stara tama;Jak dawno żyją — tego śmierćNie pomni nawet sama.

I ciągną taczki, pęki lin,Dębowe ciągną tramy,Umocnić muszą wątły murTej starej, starej tamy...

Lecz próżno sypią gruz i żwirI próżno walą kłody;

Z pod rąk im chwyta wartki wirZapory i zagrody.

Chwieje się belka, pęka sznur,Staczają skał odłamy;Potężna fala rwie się w murTej starej, starej tamy...

A wtedy stają, patrzą w dalSwym osłupiałym wzrokiemZa tą ogromną siłą fal,Za tchnieniem wód szerokiem.

Zwiędłe im wargi jakiś dziwI jakiś lęk otwiera;I patrzą, patrzą, jak z pod nógWoda im ląd wydziera.

Ani w nich skargi, ani słów,Tylko milczenie samoI zadziwione chwianie główNad starą, starą tamą...

Zeszły już z toni oczy me,Rybitwy dwie tułacze,Co o wód modrość biły sięW nieukojonych lotów śnie,A fala płacze...

I już ściągnęłam myśli me,Więcierze te rybacze,Co idą ślepo gdzieś po dnieI ostrym żwirem ranią się,A fala płacze...

I płynę cicha, i tam, gdzieNawietrzny orlik kracze,Szukam mej drogi, wracać chcę,Choć nigdzie nikt nie czeka mnie,A fala płacze...

Ani się śpieszę, ani drżę,Że cudzy brzeg obaczę,I w szarej, cichej płynę mgle,Przez szare, ciche wody te,A fala płacze... płacze...

Przejrzysty letniej nocy cieńPada na cmentarz stary,Mdlejących kwiatów słodką wońMogilne tchną opary.

Strawiła ziemia proch i kośćI ukojeniem dyszy,A wkoło słychać szepty brzóz,Co pacierz mówią w ciszy...

Miesięczna pełnia drżący blaskPo starych grobach śnieżyI srebrnym snopem u mych nógNa wązkiej ścieżce leży...

Splątanych liści błędna siećWskróś jasnej pada smugi,A na jej białość rzuca sięCień krzyżów czarny, długi...

Jeden przy drugim stają w rządNad senną ścieżką razem,I skrzypią, jakby skarżąc się,Wyżartem rdzą żelazem...

I leci skrzyp ten, leci zgrzytI wstrząsa groby lękiem,

I brzmi, jak dziwny jakiś śmiech,Urwany nagłym jękiem.

— »Te czarne krzyże, jest ich sześć —Stara mi babka prawi —Na grobach stoją sześciu żon,Niech Bóg ich dusze zbawi!

Rycerz tu jeden sławny żył,Co roku sprawiał gody;Jedna po drugiej, żon miał sześć,A zwał się Sinobrody.

Gadają ludzie tak i tak —Boże, zachowaj grzechu! —A to wiadomo, że na śmierćŁaskotał je do śmiechu.

Na ślubne łoże panią wiódłI szyjkę gładził białą;Całował usta, trefił włos,Aż wszystko się w niej śmiało.

Więc się jej do stóp giął, jak wąż,Łaskocząc nóżki bose;Pani się śmiała, śmiała wciąż,A w oczach miała rosę.

I coraz głośniej buchał śmiech,Zwyczajnie, jak w kochaniu...Aż rankiem leżał świeży trupNa łożu, na posłaniu.

Jednę po drugiej, sześć ich miał —Boże, uchowaj grzechu! —A każdą w pierwszą ślubną nocNa śmierć łaskotał w śmiechu.

Różnie tam o tem prawił lud,I wtenczas i za laty,Aż wszystko wydał młody paź,Co sypiał u komnaty«.

Mówi, a z jej bezzębnych ustCichy się śmiech odzywa,I z głębi czarnych, wdowich chustChwieje się głowa siwa.

W zapadłych oczach płomyk tli,Twarz jej się barwi blada;Sto lat już ma, lecz śmierci tejByłaby jeszcze rada.

I śmieje się i patrzy w dalI wyschłą czaszką trzęsie;I jakiś dawny, dawny żalDrży łzami na jej rzęsie...

A stary cmentarz mogił tchemNa twarz jej zwiędłą dyszy,A u wrót szkielet kosę swąWydłuża ku niej w ciszy...

Na grobie rycerz z dawnych latZ wzniesioną głową stoi;Na czole hełm, na ręku tarcz,A pierś zamknięta w zbroi.

Wróżbę on kiedyś taką miałZa dni swych, za żywota,Że kiedy kośbę skończy śmierć,Ozwie się trąba złota.

I czeka rycerz wiek i dwa,Wśród śmierci stojąc żniwa,I słucha w dzień i słucha w noc,Czy trąba się odzywa.

I rdza mogilna zjadła mieczI hełm wyżarły deszczeI w tarczę bije wiatr i śnieg,A rycerz czeka jeszcze...

I słońce mu wypiło wzrokI mchy wyrosły z zbroi,I pierś pęknięta sypie proch,A rycerz ciągle stoi...

I słucha w dzień i słucha w noc,Kamienne czoło wznosi,A śmierć tuż przy nim chodzi wzdłużI kosi... kosi... kosi...Salzburg.

Nie w domu szczęścia i nie w domu ciszy,Ale na Patmos i w ducha uciskuJan orłów miewał za swych towarzyszyI objawienie przyszłości w zabłysku.

Który ma złoty klucz od jasnej zorzy,Który zawiera, a nikt nie otwiera,Który otwiera, a nikt nie zawiera,Wrota jutrzenki nad światem roztworzy.

I spyta: — »Którzyż są przed drzwiami memi?Skąd przyszli? W jakie obleczeni zbroje?Są-ż to setniki i namiestne moje,Którem za siebie postawił na ziemi?« —

Lecz ujrzy rzesze ciche, jak łan żyta,I nie odziane żelazem ni złotem,Rzesze, co we lnach chodzą, zlane potem,I zadumieje w sobie — który pyta.

I puści światło i onym otworzy,Co oczy wznoszą do jutrzni rozbłyskuA żyją chlebem swojego ucisku...Który ma złoty klucz od jasnej zorzy.

Zachowaj słowo cierpliwości moje:— Jam ten, co wilki i jastrzębie poję,A patrzę, jako rwą jagnięta w dwoje...

Ten, co ujmuje ginącym od głodu,A mnoży skarby możnego od roduI przeciw słabym umacnia mur grodu...

Ten, co niziny zatapia wylewem,Co płód niedoszły powala wraz z drzewem,Co groby karmi żywota posiewem...

Jam ten, co patrzy bez błysku i gromuNa znieważony cichego próg domu,Na głowy zwiędłe wśród krzywdy i sromu...

Jam ten, co słońcem ozłaca blask mieczy,Co kłamiącemu moc bożą — nie przeczy...— A niech się uczy ze mnie syn człowieczy!

Kto krzywdę płodzi, niech jeszcze ją płodzi,A który płacze, ten jeszcze niech płacze.Noc się przesila i dzień już przychodzi:— Obaczę!

Kto ucisk mnoży, niech jeszcze go mnoży,A który milczy, niech chowa swą ciszę.Rychło się błękit nad światem otworzy —— Usłyszę!

Kto cięży ziemi, niech jeszcze jej cięży,Kto pomsty żąda, niech wstrzyma swą żądzę:Rychło się szala u wagi natęży:— Rozsądzę!

Gdybym ze złota powstał, mógłbym się tem smucić,Że w proch i w glinę ziemi mam się zaś obrócić;Mógłbym, nakrywszy głowę, ze skargą siąść w progu,Przeciw śmierci głos podnieść i przeciwko Bogu.

I gdybym z złota powstał, mógłbym mieć za zmianę,Że w popiół się rozsypię i prochem zostanę,Że zgasną moje blaski i jasność się zetrze,Kiedy rosa mię zgryzie, a zczeznę na wietrze.

Alem ja z prochu tego, z tej wzięty jest ziemi,Dokąd się zaś powrócę za laty mojemi,Po co mi skargi szerzyć, że stanę się pyłem?Do domu mego wrócę i będę, czem byłem.

Gniew Barankowy straszniejszy jest w sobie,Niż gniew lwa, z rykiem gdy puszczę oblata,A kości wtedy poruszą się w grobie,Gdy ten, co gładzi od wieków grzech świata,Strząśnie swe runo z krzywd obcych i z winy...— Zaprawdę, sąd się zacznie tej godziny!

A ci, co giną w boju, niechaj się nie smucą,Że do nędzy swych ognisk i smutków nie wrócą;Bo kiedy na boisku śmierć kosić ich będzie,Życie wejdzie w ich domy i w progu usiędzie.

A ci, co idą z boju, niechaj się nie cieszą,Bo do nędzy żywota i smutku się śpieszą;Śmierć na boisku swoje stępiła narzędzieI wejdzie w dom zwycięzcy i ostrzyć je będzie.

W piekle mąk długich i w okręgach ciemnych,Kędy nadziei nie wschodzą już zorze,Wśród próżnych jęków, wśród skarg nadaremnychKto Cię wyznawać będzie, wielki Boże?

Na dno przepaści i w czeluść zepchnięci,Azaliż hymnem napełnią otchłanie?Przemówiąż z grobów: Bądź wola Twa, Panie,A niech się imię Twe święci?

Siewcą Ty życia i żywych Ty Bogiem,A ludy niesiesz, jak ziarno w swej szacie...Lecz w zgubie wiecznej i za śmierci progiemKto wspomni na Cię?

Niechaj się ludy nie trwożą, nie smucą,Że im proroka wielkiego nie stało!Bo to, co polne ptaszęta im nucą,Też jest tem słowem, co zmieni się w ciało...I nie z dżdżem wielkim, lecz z rosą to siemięPada, co chlebem nakarmić ma ziemię.

Gdzie jest ten grom, co przyjdzie a na prochy zetrzeJesienne drzewo ludów, trzęsące się w wietrze,I nowe latorózgi dobędzie z korzeniI żywym majem starą ziemię uzieleni?

Jeszcze odkładam mówić o tych rzeczach,Które Pan prostym sługom swoim jawi...On, co swą prawdę nie zawsze na mieczachArchaniołowych niesie, lecz żórawiWędrownych liczy za swe apostoły,Z błękitów iść mi każąc między sioły.

A jako z główki gorczycznej nasienie,Tak strząsa rankiem nad ziemią tą duchyI pyłem kwietnym a zbożnym je żenie,Iż ponad polem tam i sam, jak puchy,Latają przed nim i jak motylowieBiali, na służbie jego trwają i na słowie.

A dzień przychodzi, w którym orły rączeZawściąga, skrzydła zbarczywszy im silne,A puszcza z gniazda pisklęta skowrończeW drogi dalekie i w ziemie mogilne,Iż dźwięczy ludom piosenka ich złota,Jako wieść dobra nowego żywota.

Na Twej mi szacie daj kroplą być rosy!Nie, iżbym w sobie odbiła niebiosy,Lecz, abym drżąca, przed stopy TwojemiŁzą ubłagalną była dla tej ziemi...

De coelo auditum fecisti iudicium;terra tremuit et quievit.Ps. 75, 9.

Upadł, jest słaby, twej uległ namowie.Lecz mu jest danaMoc postawienia stopy na twej głowie,Moc, co jest gwałtem, a prawem się zowie,Moc — pana.

Upokorzona, skalana bez winy,Wyjdziesz za progiDomu twojego i twojej rodziny,By nosić brzemię i panu dać synyWśród drogi.

Podległą będziesz mężowi na ziemiPrzez dnie żywota,Choćby się czyny pohańbił nędznemi,Choćby nad tobą i dziećmi twojemiBył jak sromota.

Stokroć on zaprze i czynem i słowem,Żeś i ty człowiek.Staniesz się jemu zdobyczą i łowem,

Sen będzie trzymał w swem jeństwie surowemTwych powiek.

Ty — choćby silna — podlegniesz niemocy,Choćby duch — glinie.Na świetle dni twych, na cieniu twych nocyUczujesz jarzma zgrzyt i pięść przemocyW każdej godzinie.

Jego się śladów dzierż i jego cienia,Choć gnana biczem.Wszystko mu oddaj, do tchu, do imienia,On będzie osią twojego istnienia,Ty — niczem.

Idź! Próżno patrzysz, gdzie brama zamkniętaŹrenicą łzawą.Idź! Sama szyję podawaj w te pęta,Idź, niewolnico, przed panem swym zgięta:— To prawo.

I mówi mocny Manu: »Pies CzandalaNie będzie, pijąc, mącił czystej wody,Co z gór się toczy i w źródła wkrysztala,Ani tej, którą dla miłej ochłodyZ rzek modrych, z jezior, z sadzawek, z cysternyKonwią i dzbanem czerpie lud mój wierny,A jeśli jego wyschła gardziel pragnie,Jeśli się język popadał przeklęty,Niech pije z wody tej, co stoi w bagnie,Albo ze śladów racicy i piętyBydlęcia, w których deszcz naronił rosy,A pijąc, na twarz niech zapuści włosy«.

I mówi Manu dalej: »A nie będzieNosił odzieży on, ni jego sprosnaNiewiasta ze lnu, który prządka sprzędzie,A tkacz nawinie na cewki u krosna.

Ni z wełny owiec, ciągnionej na włókna,Nie kupi w kramie wełnicy ni sukna.Lecz zgłem, co z trupa spadnie, gdy zetlejeSkóra, kość się rozwiedzie skruszała,Gniazdo swych szczeniąt Czandala odziejeI nagość bioder opasze i ciała,Bowiem i tak jest ran pełen i trądu.A to się będzie dziać aż do dnia sądu«.

I mówi mądry Manu: »W garniec nowyNie będzie warzy kładł, ni strawy chował,Ni doju zlewał od kozy i krowy,Ni stawiał misy pisanej na pował,Ni wieszał tykwy na plecach w podróży:Statek ten czysty jest i czystym służy.Ale na miejskich śmieci pójdzie kupyI zbierze garnków stłuczonych oszczętyI u ogniska postawi skorupyI jeść z nich będzie Czandala przeklęty.A gdyby w dobrej glinie miał co dane,Naczynie będzie o kamień strzaskane«.

I mówi Manu, mąż boży: »CzandalaNie będzie czytał w Wedach, jak człek święty,Nad którym Brahma swe blaski rozpala.Bowiem nieczysty jest i jest wyjętyZe zboru mężów, którym się odkrywaNajwyższa miłość i mądrość prawdziwa.A gdyby pisał wieść czy obietnicę,Ustąpi z światła i w zmierzchach usiądzieI weźmie pióro czy trzcinę w lewicęI z prawej w lewą stronę pisać będzie.A pismu jego nie doda sąd wiary,Bowiem fałszebnik jest i kłamca stary«.

I mówi Manu czysty: »Gdy się modli,Nie wzniesie oczu do nieba i słońca,On i ród jego; albowiem są podli.Ni patrzeć będzie na pełnię miesiąca,Ni imię Brahmy wziąć waży się w usta,Bo klątwa nad nim jest i czarna chusta.Lecz gdy sen spocznie na wiernych źrenicy,Czandala zejdzie na miejsca bezwodneI wołać będzie do ducha ciemnicyI do tych duchów, co jęku są głodne,I duchom złego, co rządzą otchłanie,Modlić się będzie. A niech się tak stanie!«

I jeszcze mówi Manu: »Gdy na drogęPrzechodzącego cień padnie Czandali,Niech wierny stanie a wstrzyma swą nogę,Póki się słońce do zorzy dopaliI rosy drogę zmyją i noc zetrze,Bo grunt nieczysty jest i złe powietrze.A gdy się rodzi płód i chce do świata,Czy to w dzień jasny, czy w burzę i w nocy,Jeśli Czandala do drzwi twych kołata,Zasuniesz wrzeciądz a nie dasz pomocy.Bo nim zrodzony jest, jest już przeklęty«.............Tak mówi Manu, mądry mąż i święty.

— Przymierze z tobą — Pan mówi — uczynięNa wieków wieki.W bezbrzeżną ciebie wywiodę pustynię,Bez cienia palmy i bez chłodu rzeki.Aż gdy duch zgaśnie, a czas twój przeminie,Cel tobie we mgłach ukażę daleki,Iżbyś ku niemu szedł i siał swe kościNa wielkich, pustych drogach, bez przyszłości.

Jako mórz piaski, rozrodzę tak ciebieW nędzy bez końca,I tak rozmnożę, jak gwiazdy na niebie,Ja, pan twych ojców i rodu obrońca!A potem jako mrowisko rozgrzebięNa cztery wichry i na strony słońcaI z pokolenia twojego wyniańczęObmierzłą ludziom i wiekom szarańczę.

I dam ci prawo, które sprawiedliwySiedemkroć łamie.

A łuku mego nie spuszczę cięciwy,Ani się w pomście zatrzyma me ramię,Aż wyjdzie z ciebie dech i płomień żywy.I każdej myśli przewiny dam znamię,Aż skamienieją źrenice twe senne,Wpatrzone w wielkie tablice kamienne.............Przymierze z tobą — Pan mówi — uczynięNa wieków wieki.Rozwalę tron twój, rozburzę świątynię,Pluć na cię będą Rzymiany i Greki.Ziemia ci kłosa płodnego nie zwinie,Pszczoła do twojej nie wleci pasieki,Nie będzie ptasząt ni kwiecia twej wiośnieI tylko pieniądz do rąk ci przyrośnie.

Lud ty mój będziesz wśród innych wybrany,Wyjęty z prawa.Dom twój — za murem, na śmieciach kurhany,U progów będzie sądowych twa ława.Innym da blaski swe Ukrzyżowany,Na ciebie z krzyża ciemność padnie krwawa;Świat ci się w Ghetto zamieni olbrzymie,Ty znienawidzon w miłości wszech imię!

Proroków tobie dam, co w prochu siędą,Worem nakryci,I prorokować zagładę ci będą,Klęski pokuty i łez twych niesyci,Aż z piersi twoich jęk taki dobędą,Co ziemię wstrząśnie i ludy zachwyci,I wezmą ludy jęk twój i na lirzeSwojej rozepną i zaklną go w spiże.

Nadzieję twoją na ziemi ośmieszę,Wieczny tułaczu!

Mglistego wodza wypuszczę przed rzeszę,By biegły za nim wśród krzyku i płaczu,Chustę ci śmierci na grzbiecie zawieszę,Mór z ciebie wezmę w potrójnym haraczu,Na raba ciebie naznaczę z powiciaI żądzę życia dam, a nie dam — życia.............

Przymierze z tobą — Pan mówi — uczynięNa wieków wieki.Na Haceldamy posadzę cię glinie,Światło ci czasu wyłupię z powieki,Rdzę krwi zostawię w twych chlebów rozczynie,Jak liszkę, puszczę w narodów zasieki,Zamiast ojczyzny i ziemi dam — księgę.............Rzekł Pan i swoją uiszcza przysięgę.

Rzekłby kto:— Pójdę do Ojca mojego,Który jest w niebie...I szukać będę w tęskności mej TegoKtóry jest w niebie...Jak ptak, ulecę bezdrożnym błękitem,Ducha się mego sterując rozświtem,Poniosę skrzydła za słońcem ukrytem,Które jest w niebie!— Dróg mi deptanych przez ludzi nie trzeba,Ni przewodnika, ni uczuć tłomacza.Ja do mojego sam trafić chcę nieba,Bóg zna mą słabość, On mi ją przebacza...Zaliż nad człeka człek świętszym się mniema?— Est anathema! —

I rzekłby który:— Myśl puszczę na zwiady,Przez dzieła boże...Ducha mojego wypalę wskróś ślady,

Przez dzieła boże...Nie chcę dla źrenic ułudnej opaski,Choćby mi oczy wytlały w dnia blaski.Światło chcę zdobyć, nie z cudzej mieć łaski,Na dzieła boże!Cześć Stwórcy oddam nie ślepym podziwemRaba, zgiętego pod jarzmo, co boli,Ale natchnieniem ogromnem i żywem,Lecz hołdem własnej, swobodnej mej woli.Prawdę chcę ująć rękoma obiema!...— Est anathema. —

A zaśby rzekł kto:— Zbuduję świątynięW prawdzie i w duchu...Niepojętemu ołtarze uczynięW prawdzie i w duchu...I padnie na nie wieczysta poświataKrólestwa, które nie z tego jest świata,I miłą będzie ta Bogu objataW prawdzie i w duchu!A wy, co kupczyć świętością umiecie,Baczcie! Czas idzie, gdy w swoim kościeleChrystus bicz wzniesie i kram wasz wymiecie,Siły i potęg doczesnych czciciele.Duch a świat — dwoje: przymierza w nich niema!— Est anathema. —

Rzym.

Roztęczone na zjawiska,W miljon kształtów życie błyska,W miljon dźwięków drga...Choć za niemi noc się broczy,Przecież wszystkie biegną oczy,Gdzie jej cień i mgła.

Iskrą czucia, myśli wiewemZa marzoną linią, śpiewemLeci tęskny duch.Czarodziejski kształt ulata,Echo dzwoni gdzieś z za świata —

Dalej w wieczny ruch!

Wiejcie więc znowu, bujne wichry owe,Coście mi skrzydła wznosiły na loty;Wiejcie więc znowu, o głosy echowe,W bezmierny obszar tęsknoty!

Ten, kto się poczuł raz w wolnym przestworze,Wiecznie już dyszeć będzie za swobodą,I choć na skały wyrzuci go morze,Łódź swoją znów puści z wodą.

Pieśń, chociaż stanie na zegarze życia,Tchu nie utraci, jej moc nie przeminie,I znów zaczyna swoje głośne biciaO wielkiej duchów godzinie.

Pieśń, choć jak ptaszę więzione, omdlewa,Nigdy swojego nie zrzeknie się lotu,Puszczona wolno, znów leci i śpiewaW wielkiej godzinie powrotu.

I choćbyś przebił tak serce pieśniarzaKołem osiki, jak serce upiora,On się z swojego podniesie cmentarza,Gdy duchów nadejdzie pora.

Siła mi smutków, ziemio, przyszło z ciebieZa wiatru wianiem, za szumem twych borów,Za temi chmury posępnych kolorówNa twojem niebie...Siła mi przyszło i łez i żałobyZa twymi groby.

Miłość mi twoja nie dała pociechy,Ani słodyczy nie wzięłam z kochania;Stałaś mi zawsze z smętnymi uśmiechyWśród zbóż twych grania...I jękiem szły mi przez twoje szafirySkowronków liry.

Kwiaty łąk twoich dyszały tęsknicą,Powietrze pełne łez było i rosy;Wśród ciszy twojej, jak przed nawałnicą,Szły gromów głosy...I wielkie wichry o serce mi biłyZ każdej mogiły.

Od stepów twoich krakały orlice,Z gniazd rozburzonych unosząc swe pióra;Miesiąc twój płonął, jak ciche gromnice,A na nim chmura...

Krwawemi smugi padały twe zorzeZa wielkie morze.

Jak cień, szły za mna przez twoje zagonySmętność twa stara i czarna twa dolaI żal przewiewał w tumanach zroszonyPrzez twoje pola...Z lip twoich miodnych padały mi szumyCiężkiej zadumy.

Za biegiem rzek twych, za wód twoich graniemPieśń ma leciała skrzydłami bijąca,A harfy twoje wtórzyły jej łkaniemO wschodzie słońca...A o zachodzie szły z wielkim swym płaczemEchem tułaczem...

Poiłaś ty mnie z gorzkiego kielichaI gorzkim chlebem karmiłaś od młodu,Bo zewsząd na mnie patrzyła twarz cichaMojego rodu...I w noc i we dnie z bladością swą ciemnąStała przedemną.

Proch twój mi w piersi szedł z każdym oddechem,A kość się we mnie poczęła z tych kości,Co pod słonecznym bieliły się blechemNa twej czarności...Krwią, wsiąkłą w ciebie, wskróś serca mi biły,Tętna a żyły.

Ale dziedzictwem nadałaś mnie smętnemI dział wytknęłaś posępny i dziki;I pieśń mą tknęłaś zadumy tej piętnemI tej muzyki,Co z dni minionych i z przyszłych spraw duchaOgniem wybucha.

Nie przeto, matko, złorzeczyć ci będę,Ni serce tobie odejmę sieroce,Ale dni twoje tęczami oprzędę,A srebrem noce;A jeśli we mnie co jest ku ozdobie,Oddam to — tobie!

Boś mi moc swoją tajemną rozwarła,Gdzie kujesz życia wieczyste ogniwa,A kiedy inni mówili: »Umarła«,Mnie byłaś żywa!Więc na pierś twoją upadłszy wśród ciszy,Czułam — jak dyszy...

Lipy kwitną... Woń przesłodka dyszy,Puch się kwietny sypie poprzez płoty;Wskróś szerokiej, wskróś porannej ciszyBrzęczy w słońcu pszczelny rój nasz złoty!

Lipy kwitną... Złoty rój nasz brzęczy,Miodem pachnie prastara pasieka,Malowany kolorami tęczyTuman siny wieje gdzieś z daleka.

Lipy kwitną... W sinym wskróś tumanieCiche, senne, w zorzach widać chaty,A do każdej światła zwiastowanieJasną stopą niesie duch skrzydlaty.

Lipy kwitną... Idą w gości duchy,Do chat czarnych, do nizkiej zagrody,A wskróś drogi polatują puchy,A wskróś drogi pachną białe miody.

Lipy kwitną... Oto przypominaStara chata przedwiekowe dzieje...

Oto bije przejrzenia godzina,Oto blask się ciemnym oczom sieje...

Lipy kwitną... Wieją wonie miodu,Prastarego wieją wonie cudu...W słońce spojrzał ślepy syn narodu,W słońce spojrzał duch mojego ludu!

Lipy kwitną... Woń przesłodka dyszy,Kwietne puchy lecą poprzez płoty,Wskróś szerokiej, wskróś porannej ciszyBrzęczy w słońcu stary rój nasz złoty!

II.Już lipa roztulaSłoneczny swój puch,A dalej tam z ulaNa pracę, na ruch!A dalej tam z ulaNa pole, na znój!...Piastowe my pszczoły,Piastowy my rój!

Ta stara pasiekaNa plon czeka nasz,My lecim od wiekaZ łąk kwietnych i z pasz...My lecim od wiekaI trud niesiem swój...Piastowe my pszczoły,Piastowy my rój!

I brzęczy i radziZłocisty nasz wiec,

Jak bożej czeladziPracować, jak ledz,Jak bożej czeladziW ten bratni iść strój...Piastowe my pszczoły,Piastowy my rój!

Nas budzi świt mglisty,A spędza nas noc,Gdy z lipy ojczystejŻar bierzem i moc,Moc życia, żar czynuNa mir i na bój...Piastowe my pszczoły,Piastowy my rój!

I w kropli my mioduNiesiemy w nasz ulPrastarą woń rodu,Co wiedzie się z pól,I słodycz my pieśniSączymy w serc zdrój...Piastowe my pszczoły,Piastowy my rój!

III.Hej, wy miody, białe miody!Czy wy brane w niepogody,Czy wy brane w skwarną suszę,Że ze łzami pić was muszę?Czy wy brane z onej drogi,Gdzie wyrosły nasze głogi,Czy wy brane z uroczyska,Że się od was serce ściska?...

Hej, wy miody, białe miody!Czy wy brane u tej wody,

U tej wody, u krynicy,Gdzie zakwita kwiat tęsknicy?Czy wy brane u ruczaju,Co z miłego płynie kraju,Czy wy brane z tej rubieży,Gdzie grobowy kamień leży?...

Hej, wy miody, białe miody!Gdzie te sady, gdzie ogrody,Kędy w dawne wiosny mojeLatywały pszczelne roje?...Czy piołunem pola siane,Czy te lipy wyrąbane,Czy zarosła cierniem drogaDo pasieki naszej proga?

IV.Lipowy szpaler rzuca cieńNa zadumane oczy,Pełen słonecznych dreszczów i mgnieńW zielonej swej przezroczy.

Lipowy szpaler biegnie wzdłuż,Gdzie stary mur ogrodu,I woń najsłodszą roni z kruż,Złotego pełnych miodu.

Szumieć chcą kruże, lać chcą żarZaklęte w kwieciu miodyDo nieśmiertelnych życia czar,Na nieśmiertelne gody.

I zadumane oczy chcąLecieć do zórz, do świtu,I skipieć ogniem i skipieć łzą,Słoneczną łzą zachwytu.

Lecz żaden z lip nie bierze rójNi mocy, ni słodyczy...I ronią oczy młody blask swój,Żar ronią tajemniczy...

I spada kwiat i spada liśćI sączą się nektary;I niema życia, co tu wnijśćMogło w ten szpaler stary...

I pachną miody, których pićNie będą żadne usta,I drży słoneczna splątana nić,Gdzie czeka droga pusta.

Na pustą drogę kwiecie tchnieWoń cudną, słodką, świeżą,A załamane ręce dwieCicho i twardo leżą.

V.Leć, mój roju, złoty roju,Gdzie kwiat lipa ściele,Przyczyńże mi białych miodówNa moje wesele!Przyczyńże mi białych miodówNa te korowaje,Co je matka krzyżem znaczy,A od serca kraje.

Jak wybiorę plastry z ula,Jak miody wysycę,Wezmę sobie czarnobrewęMoją krasawicę!

Wezmę sobie czarnobrewęDo mego futoru;Będąż lipy nam szumiały,Z ranka do wieczoru!

Wyleciały złote rojeNa te kwietne błonie,A u mojej krasawicyW krzyż złożone dłonie...Wyleciały złote rojeNa ten ług zielony,A dla mojej krasawicyBiją z wieży dzwony.

Biją dzwony w samo niebo,Idzie grabarz z wioski...— Nie noścież mi, pszczoły, miodu,Tylko żółte woski...Tylko żółte woski noście,Jak jej zimne lice,Na tę swadźbę z czarną ziemią,Na jasną gromnicę!

Biją dzwony, lecą rosyWóz się zwolna toczy...Cicho świeci ta gromnicaNa umarłe oczy!

VI.Stawicie przedemną miodowy ten dzban,Gdzieś z lipy ojczystej sycony a bran;Więc toast podnoszę za stary nasz ul,Za wonność łąk naszych, za wonność tych pól!

I wznoszę mój toast na duchów tych cześć,Co z kwiatów żywota miód śpieszą nam nieść,Co puhar młodości trzymają nam wzwyżI brzęczą ku słońcu wśród martwych dnia cisz!

Jak wiele w nich żądzy, jak wiele w nich sił,By prawnuk potomny z czar ducha miód pił,By krzepił go nektar, by wskrzesnął na woń,Co roni ją z siebie rodzinna ta błoń!

Więc toast mój wznoszę za rojów tych lot,Co miodem nam czynią łzy własne i pot!I wznoszę go w niebo za pęd ich, za ruch,Za pszczelny brzęk gęśli, co stroi ją duch!

Jak wiele pszczół bożych nie wraca się w dom,Jak wiele lir trzaska, rozbija los-grom...Jak giną te roje wśród wichrów i burz,Co miody nam sycą z bolesnych swych dusz...

Więc wznoszę ten toast pod lipy mej szumZa gorycz ostatnich i pieśni i dum,Za echa gasnące, za dziw i za cud,Że z kwiatów mogilnych duch sączy nam miód!

1895 r.

Wychowałeś ty mnie, grodzie,Na swym chlebie, na swej wodzie,Na tym chlebie z piołunami,Na tej wodzie z memi łzami.

Wychowałeś ty mnie twardo,Z myślą smętną, z duszą hardą,Z żarem w piersi, z łzą w źrenicy,Na zadumie, na tęsknicy.

Nie słowika wykarmiłyMiody twoje i kołacze,Lecz zuzulę u mogiły,Co pod chmurnem niebem płacze.

Nie wyrosłam tobie kwiatem,Nie zabłysłam ci, jak gwiazda;Lecz tułaczo poszłam światemZ sierocego mego gniazda.

Słałabym ci teraz wieściZ dalekiego kraju ducha,Lecz za wiele w nich boleściI noc wkoło nazbyt głucha!

Szumią fale starej Prosny,Co rwie brzegi każdej wiosny;Kipi serce krwią ostatniąZa tą stroną, za tą bratnią!

W mrokach stoją stare mury,Nad murami idą chmury;Ach, daremnie, ach, bez końcaJa i ty czekamy słońca!

Obesłałabym cię różą,Białą różą i liliją;Ale stoję tu pod burzą,Ale wokół wichry wyją...

Wyją wichry, idą tucze,Górą słychać wrzaski krucze,A tam nizko, a tam w dole,Step mogilny, głuche pole...

Bogdaj my się z sobą byliNie żegnali na rozstaju!Ptak, co puści się w złej chwili,Nie powraca już z wyraju.

Może jeszcze kiedyś przeciePrzełamię się z tobą chlebem;Może usnę tak, jak dziecię,Na twem łonie, pod twem niebem.

Szykujże mi tam gospodęI dom cichy między swemi;Na niewielką mą urodęDość-ci będzie garści ziemi!

A teraz mów ty do nich, ziemio cicha,Którzy tam blizko u twego są łona;Mów jako matka, co płacze a wzdycha,Niepocieszona...

Borów twych czarność i lasów twych szumyI góry twoje i wichrów twych lotyNiechaj obudzą choć chwilę zadumy,Chwilę tęsknoty...

Stare kurhany, zapadłe mogiłyPokaż wyrwanym z powszednich dni wrzątku;Niech wrócą sercem do domu swej siły,Swego początku.

Dębom zwichrzonym daj głos! Niech im prawiąDawnych rapsodów baśń starą z prawieka...Pokaż im w chmurach drużynę żórawią.Jaka daleka...

Niech twoje rzeki i twoje ponikiOstrunią dla nich swe gęśle perłowe,Rozbudź im płaczów tajemnych muzyki,Jęki echowe...

Tchnij na nich duchy pól twoich krzepiące,Piastowe chleby podawaj im w kłosachI miód piastowy z tych kwiatów na łące,Co stoją w rosach...

Rozwiń przed nimi zbożowych pól wstęgi,W maki przetkane i w modre bławaty;Otwórz im piersi dla zgrzebnej siermięgi,Dla czarnej chaty.

Piastunko dobra, nie na sen im śpiewaj,Ale na pracę, na przyszłych dni życieI tchem zarannej jutrzenki owiewajSerc sennych bicie...

Daj im po miedzach i cichych dąbrowachUsłyszeć głos twój z wieczornych zórz chwilą;Błogosławiącą dłoń połóż na głowach,Co ci się chylą...

O rodzicielko, z tych prochów i kości,Co cię obsiały, żałosną i czarną,Ucz nas ofiarą i tchnieniem miłościOtrzymać ziarno!

Ely-emuOpuścił dłonie Lykofron i podniósł czoło,W echo słów własnych wsłuchany, utkwiwszy oczy w przestrzeni,Kędy na greckim błękicieGorzało słońce.A przed nim płyta kamienna, gorąca jeszczeOd rylca, którym ją zbróździł, zdała się nosić na sobieŚlad piorunowej tej myśli,Co mózg mu żarła,Gdy nagle, w ciszy głębokiej, ten głos posłyszał.

»Dajcie mi jeszcze tych dawnych, starych Tytanów,Co głazy w niebo ciskali i z pięścią szli przeciw bogom,By wydrzeć z rąk ZeusowychOgień żywota!Dajcie ich jeszcze! Niech walka krwawa a głuchaWre po dawnemu na ciosy między Olimpem a człekiem,I niechaj żar nieśmiertelnyRozpali piersi,Które w zwątpieniu zastygły, jak piersi trupa.

Czymże są bowiem bogowie, jeśli nie kłamstwemDla niewolników, co karki nędzne swe w jarzmo schylają

I małoduszne łzy lejąZ dala od czynu,Niemoc swej duszy złożywszy i słabość swoją,Która jedynym ich bogiem i pierwszym bytu tyranem,Na jasne barki Zeusa,Wszechistnień pana,W śnie przed pociskiem piorunu szukając schrony?

Czymże i samo jest nawet Fatum wieczysteDla tych, co doli swej czarnej pod bicz podają grzbiet krwawy,Nie uchylając od ciosuSpodlonej głowy,Jeśli nie własną słabością, tą nieśmiertelnąOd krain słońca zaporą i od krainy żywota,Do których mocni się tylkoI dumni rodzą,By prometejskie dziedzictwo piastować godnie?

Sam sobie życia nić przędzie każdy z żyjących.Sam w sobie nosi swe losy, ktokolwiek rodzi się na świat.A nie widziano przez wieki,Aby ten upadł,Kto jasne życia ognisko w piersi rozpaliłI przy najwyższem swem prawie, przy prawie życia stał silnie,I tchnął płomieniem w błękityI w ziemię wrastał,A w czasów swoich przeczeniu nie żył ni chwili.

Bogowie nawet upadli, iż zbrakło siły,Która nad nektar ambrozyi piersi do życia ukrzepiaI nieśmiertelność rozdzielaI im i ludom.I nigdy ona z Betlejem gwiazda czerwona,I nigdy wielki cień krzyża, co padł na Olimp z Golgoty,

Nie byłby strącił ZeusaZ przeświętych właści,Gdyby zwątpienia czerw jemu serca nie stoczył.

O, nie »w girlandy różane, nie w mgły srebrzysteRozwiał się Olimp wysoki« i mocnych bogów plemiona!Ale wśród gromów i trzaskówRunął w zwaliska,By człowiek, patrząc z przestrachem w pustą pierś wiecznych,Z której wygryzion dzwon życia — życia bijący godziny,O losy swoje wśród drżenia,Nie bogów pytał,Lecz pytał serca własnego i własnej piersi!

Ja, co z ukrytem obliczem nad ziemią władam,A nie zdejmuję zasłony ani przed słońcem-rodzicem,Ani przed nocą gwiaździstąI wszech-świetlącą,Oczom twym daję widzenie zabłysku tajni!Pojrzyj — a obacz, iż Fatum nie jest czem innem straszliwe,Jak tylko wagą sił życiaI życia woli,Nad przepaściami chwiejącą ludy i bogi!« —

I upadł na twarz Lykofron i Grecji płakał.

Nie, to nie boli wyrzec się nadzieiI jedynego o szczęściu marzeniaI wszystkie listki obrywać z koleiZ tej róży, która jest kwiatem z płomienia,I poza siebie rzucać je powoli...Nie, to nie boli!

Za każdym krokiem, za każdym czuć ruchemPęta, co dłonie skuwają łańcuchem,I iść swą drogą z posępnym tym zgrzytem,Słyszeć go nocą i słyszeć go świtemI czekać śmierci, co z niego wyzwoli...Nie, to nie boli!

Nie, to nie boli bronić się pieszczocieSnów owych złotych, co nad głową lecą,I ducha wiecznej poślubić tęsknocieI być, jak ognie, co po trumnach świecą,I jako kwiecie na cmentarnej roli...Nie, to nie boli!

Budzić się co dnia o porannej zorzyZ myślą, że dzień ten przejdzie bezsłonecznie,A kiedy pierś się pragnieniem otworzy,Mówić: »Zapomnij« — i »Milcz« mówić wiecznieI w drżącem sercu czuć zawsze szpon woli...Nie, to nie boli!

Nie, to nie boli wyciągać ramionaW cichość i w ciemność i czuć, jak w tej ciszyKrzyk wołający imię twoje konaI jak w niej druga pierś tęsknotą dyszy,I wiedzieć, że nic nie zmieni tej doli...Nie, to nie boli!

...Ventus est vita mea et nonrevertetur oculus meus, ut videatbona.Job VII, 7.

I.Budujem stos, wznosimy stos!Ptak wieku, feniks złoty,Przedśmiertny swój już wydał głos,Przedśmiertne podniósł loty.

Już wali się tych sosen las,Już walą się te dęby,Które na zgiętym grzbiecie czasNa stosu nosi zręby.

Już trzeszczy belka, trzeszczy tramZwątlałych wiązań domu,Co spłonąć ma na stosie tam,Jak sucha powięź łomu.

Już warczy z dala w chmurach grom,Już bliżej, już gdzieś blizko,

Co rzucić ma w ten suchy łomCzerwone swe iskrzysko.

Dobytych żywic z puszczy żyłJuż smolną wonią dyszyszI łoskot siekier, zgrzyty piłW ostępach mrocznych słyszysz.

Wygnany mrok, wygnany cieńZ kryjówek matecznika.— »Na światło zórz! Na świat! Na dzień!«Tysiące ust wykrzyka.

I kona kwiat, maleje liść,Zdeptane stopą czasu;Co musi dotrzeć, musi iśćAż w samo serce lasu.

I pieśń po gwiazdach cichnie tuż,Gdzie się te stopy niosą;A kwiaty ronią perły z kruż,Nabranych jasną rosą.

Lecz dziś nie pora drżeć o losPiosenki, listka, kwiatu:Budujem stos, wznosimy stosNa nowe życie światu!

II.Wskróś dziennej wrzawy, nocnych ciszDech wieje mnogiej rzeszy,I gdy ty marzysz, gdy ty śnisz,Ona wciąż śpieszy, śpieszy...

Śpieszy i dźwiga na stos ten,Co ma odrodzić ziemię,

Każdą swą wiarę, każdy sen,Jak ciężkie, ciężkie brzemię.

I dźwiga księgi swoich praw,Pieczęcie swych wolności,By je tak rzucić, jak pęk traw,Na wielki stos przyszłości.

I dźwiga nędzy swojej krzyżBez tchu, bez łez, bez głosu,I rzuca wszystko wzwyż a wzwyżNa zrąb ogromny stosu.

A kto swe brzemię cisnął już,Ten pada cichy, blady,A za nim nowe rzesze tuż,Nowe się prą gromady.

Słońce nie zdąża zimnych rosZ stygnącej pić źrenicy...— Budujem stos, wznosimy stos,My, świata budownicy!

III.Już poranionych ślady nógCzerwienią wszystkie drogi,A celem wszystkich krwawych drógTen wielki stos pożogi.

Wzmaga się ucisk, wzmaga mdłość,Wskróś światem idą dreszcze...Pytają rzesze: Czy już dość?Lecz czas odrzeka: Jeszcze!

I mniej już coraz mogą daćNa stos, co dymem bucha...

Dali już wszystko, na co staćNadzieję, wolę, ducha.

Więc w nadpowietrzny wznoszą szlakZ zapadłych oczy dołówI patrzą, czy nie leci ptak,Co wskrzesnąć ma z popiołów.

I w napowietrznych mroki chmurPuszczają słuch wskróś ciszy,Czy szumu skrzydeł, bicia piórChoć jeden nie usłyszy.

I z sercem, pełnem wielkich drżeń,Przed sobą niosąc ręce,Ku ogniom stosu idą w dzieńI nocą idą w męce.

A ten, co pada, jako kłos,Podcięty nagle kosą,Szepce, konając: »Jakiś głos...Jakieś się skrzydła niosą...«

Już mu zastyga w żyłach krew,Już bielmem wzrok nakryty,A on: — »Coś słyszę... Jakiś śpiew...Coś widzę... Jakieś świty!«

Umilkł i skonał. Już go rzeszStłoczyły stopy w ziemię.Dzwon czasu bije: »Śpiesz a śpiesz,A prędzej zdaj swe brzemię!!

I prędzej oddaj życia dechNa rozdmuch płomieniska,Co trawiąc łzy, co trawiąc śmiech,Rozżarza, skrzy się, błyska!«............

Budujem stos, wznosimy stos!Ptak wieku, feniks złoty,Już wydał swój przedśmiertny głos,Przedśmiertne podniósł loty!

A kiedy szczęścia braknie tobie,Kiedy twe słońce już się zniża,Nie kładź ty serca swego w grobie,Nie syp mogiły mu w żałobie,Nie stawiaj nad niem, bracie, krzyża!

Lecz od zachodu własnej zorzy,Na wschód wszechżycia obróć lico;Niech cię owieje duch ten boży,Co wiecznie młody — młodość tworzy,W nim żyj nadzieją i tęsknicą!

W nim żyj, z nim jednaj żądze swoje,Rozepchnij własnej krąg istoty!Poza twą spieką — świeże zdroje,Poza twą klęską — nowe bojeI tryumf, światłem ducha złoty!

Rozwiej twe serce w siewnym pylePo cichych polach, w białych rosach;Wskrześnij z martwoty w żywej sile,Co płodnym czyni proch w mogile,Weź wtór w wiosennych puszczy głosach.

Od życia swego błahej fali,Co smętna mdleje gdzieś na piasku,Pchnij łódź na głębię srebrnej dali,Gdzie wieczny przypływ z hukiem wali,Oceanowy przypływ blasku!

Nieskończoności wiew niech dmuchaW żagiel, napięty strzałą słońca!Zerwij kotwicę swą z łańcucha,Niech szumi nawa twego duchaW poranny lazur mórz bez końca!

Weź w siebie burzę — ty, spokojny,Weź płomień w zimną pierś wygasłą!Idź na żołnierza wiecznej wojny,Idź między hufiec duchów zbrojnyI dnia przyszłości weźmij hasło!

Zgubisz sam siebie? — stracisz mało,Ból twój już boleć cię nie będzie;W zamian za iskrę twą omdlałąWeźmiesz w pierś duszę świata całą...Zginiesz? — to zginiesz w wiecznym pędzie!

Nie, nie jesteśmy niemą lutnią — przeczę!Na sercu naszem wszystkie drgają struny.I nie strzaskały żadnej w nas piorunyI nie rozcięły żadnej jasne mieczeI nie przegryzły żadnej rdzawe runy...Ale niestrojne są i są w rozdźwiękuI nic nie mogą wydać — oprócz jęku.

Są lata wielkie, które Pan z swej dłoni,Jak białe kwiecie, w pogodny czas roni.Piastowa lipa ludom wtedy kwitnie,Pola się ścielą pszenicznie a żytnie,Po łąkach rankiem spokój chodzi boży,A krew na głogach tylko, a na zorzy.

Ale są inne, które Pan od siebiePuszcza, jak orły szumiące po niebie.A ludy wówczas pęd biorą na lotyW słoneczność sławy i w blask szczerozłoty,I każde serce tym pędem jest wzdęteI duch nad światem ma skrzydła rozpięte.

Kto dla siebie pracuje, ten siły utraca.Rąk jego, jego ramion znikoma jest praca,A wicher czasu, lecąc szeroko po świecie,Przędzę ową pajęczą uniesie — i zmiecie.

Kto dla braci pracuje, ma moc za miljony,Rośnie w siłę, jak olbrzym, o ziemię rzucony;Czas mu cegły podaje, utrwala budowęI kładzie na jej szczycie swe piętno wiekowe.

Przyjdziesz, o przyjdziesz, wiem ja o tem,Zasypać ziemię światłem złotem,Rozjaśnić wszystkich zmierzchów cienie,Dać głos milczeniu, piersiom tchnienie,Podnieść ku sobie z prochu głowy,Rozwinąć posiew łez wiekowy,Nad otchłań czasów, nad wiek mękiTęczą przerzucić swe jutrzenkiI mroczne chaty nam rozświecićI płomień życia w nas zaniecić.

Ale nim przyjdziesz, świata królu,Niejedno serce pęknie z bólu.Niejedna nędza z głodu skona,Niejedne skruszy śmierć ramiona.I pieśń niejedna zcichnie w sobieI pieśniarz spocznie w zimnym grobie.

Nie nam, pieśniarze, stać w tęczy kolorach,Barwić się w róże i w pióreczka pawie;Bo my są sosny, czerniące się w borach,Bo my są krzyże w przydrożnej kurzawie,Bo my są wierzby o płaczących korach,Bo my są z jękiem lecące żórawie,Co hejnał krzyczą skróś zmierzchów tej ziemiNa puste pola, gdy sen je oniemi!

Nie nam, pieśniarze, brać pieszczone tony,I dźwięków szukać co słodszych dla ucha...Nam w spiż serc ludzkich bić, jak biją dzwony,Nam huczeć, jako w boru zawierucha...Nam szumieć jako padające plony,Kiedy je zdepce nawalna moc głucha...Nam śpiewać zgrzytem strun rwanych i krzykiem —I nie — słowiczym, lecz orlim językiem!

Nie nam, pieśniarze, stroić lutnię wstęgąI sławić rozkosz, niby trubadury...Bo my zakonu związani przysięgą,Izajaszowe nosim w biodrach sznury!Pieśń nasza, kmiecą odziana siermięgą,Z ducha królewskość bierze, nie z purpury!A kiedy wzejdzie nad ugor w łzach rosy,Nie kwieciem kwitnąć jej, ale iść — w kłosy!

Nie nam, pieśniarze, biedz pustą gonitwąZa blaskiem lir tych, co serc próchnem świecą,Bo jest pieśń nasza o świty modlitwąI skowronkowe legje za nią lecą,Bo o słoneczność dla ziemi jest bitwąI brzaski od niej przyszłe już się niecą...Bo jest pieśń nasza jutrzenką i zorzą,Z której dzień buchnie w świat za mocą bożą!

Ja, Dżemil-Softar, syn Softar-Devasa,Na Liban idę pod cedrowe rosy,Bo mi już słońce nad głową dogasaI dech zaświata podnosi mi włosy.Podwójnej szaty nie mam, ani pasa,Lecz w wełnie idę jagnięcej i bosy...A jest ta droga ostatnia i święta,Bowiem spisywać idę testamenta.

Trzem moim synom oddawam namioty,Z jedwabnej sierci wielbłądów mych tkane,I tabun koni, co z kopyt proch złotyPod gwiazdy ciska i w zorze rumiane;Kling błyskawice niech biorą i grotyGibkie, jak węże, w Damaszku kowane;Tęcze mych pasów niech paszą im żebra,Bo mi już złota nie trzeba, ni srebra.

Palm moich świeżość i ruń mego stadaNiechaj bogaci ich i niech ocienia;Jak mleczna droga, niech żonom ich spadaPienisty nabiał z trzód moich wymienia.

Dusza już moja niczemu nie radaI grobowego pożądam kamienia...Więc, com tu posiadł po nieba okraje,Dziedzicom moim zostawiam i daję.

Jednego tylko chcę. Wyzuty z siły,Gdy w ziemi legnę i pocznę spać w ciszy,Niechaj koleją syn każdy mój miły,— Nie mógłby sam-li, to przez towarzyszy —Co roku przyjdzie do mojej mogiły,Która krok jego z daleka posłyszy,I niech mym prochom w oliwnym tym gajuSzepnie, czy weszli Francuzi do kraju.

W głębi Szeolu nie wiedzą nic duchy,Nie pamiętają, co było na ziemi...Więc mógłbym leżeć tak ślepy i głuchy,Jak pogodzeni z swą hańbą i niemi.A ja chcę wstrząsać mej krzywdy łańcuchy,Ja chcę złorzeczyć szczękami wyschłemi,Ja chcę zczerniałym językiem przeklinać,Konać z wściekłości chcę i znów zaczynać!

Więc za warunek w testament to kładę:Mój pierworodny niech przyjdzie o wiośnie,Gdy brzoskiew kwiecia nasypie w kaskadę,W nowe poroże gdy miesiąc porośnie,Niech przyjdzie w ten gaj, pod oliwy blade,Ruszane wiatrem szepcącym żałośnie,I niech w tę harfę srebrną głos swój rzuci,A czaszka się ma ocknie i ocuci.

I z cedrowego dźwignięta wiorzyska,Czaszka ma oczy umarłe otworzyI będzie, jak gad, co syczy i błyska,Roić się w próchnach trumiennych do zorzy,

Przeklinająca z daleka i z blizkaKlątwą, co skazi grobowy mir boży,Czaszka, krzycząca ku progom gdzieś raju:— Francuzi weszli! Francuzi są w kraju!...

Ale wieczności głębokie jest morze,A jako perła, duch leży w niem na dnie;I tak błękitów jest pełne to łoże,Iż błękitnieje duch, gdy w nie upadnie,A krwi i ran swych przypomnieć nie może...Tedy w tę modrość zapadłszy ja, snadnieZasnąć znów mogę i spać tak spokojnie,Jakbym nie wiedział o krzywdzie, o wojnie.

Więc kiedy piaski zczerwieni żar długi,Gdy słońce piersi obnaży pustyni,Mgły z nich wypije i wyssie wód strugi,A świat się wrzący i cichy uczyni,Do mego grobu niech przyjdzie syn drugi,Niech do cedrowej nachyli się skrzyni,A będę-li spał, niech puści mi w uszyGłos, co me kości podniesie i ruszy.

Wtedy, wśród świerszczów biegania i syku,Porwie się z próchna i cicho zachrzęściKość, już dzwoniąca i wyschła ze szpiku,I szukać będzie rozpadłych swych części,I głaz na moim pęknie mogilnikuI obnażone z żył podniosę pięściI krzyk mi wróci w pierś, jak ptak z wyraju:— Francuzi weszli! Francuzi są w kraju!...

Lecz anioł, co ma na mogiłach straże,Przyjdzie i siędzie w wezgłowiu mem, cichy,I palcem — kościom milczenie nakaże...A zaś roztuli makowe kielichy

I ponakrywa umarłym ich twarze,I wóz na niebie zatrzyma swe szprychy,Iżby spokoju zażyły cmentarze...W ciemność się koła zaryją i stanąNa złotych osiach po zorzę rumianą.

I znów spać będę bez tchu, bez żył bicia,Klęski mi ziemi zmaleją i znikną,Pająk mnie w szare oprzędzie powicia,Do ciszy grobu znów kości nawykną,Nie pomnąc bólu dawnego, ni życia...I będą lecieć żórawie i krzyknąRanny swój hejnał, lecz ja będę głuchy...Tak wielki spokój jest tam, gdzie śpią duchy.

Lecz gdy pękniętej kopułki mej rysyZasklepią gniazda jaszczurcze i trawy,Gdy ją liliową uczynią irysy,A wysrebrzoną kolczaste agawy,Niech syn mój trzeci pod czarne cyprysyPrzyjdzie i one kwieciste murawyZedrze z mej piersi i kwiat ów niebieski,Aż do trumiennej niech zedrze precz deski...

I deskę niechaj oderwie i w szparyNiech puści oko do mojej mogiły...A gdy go wzruszy ojcowski trup staryTak, że go budzić nie będzie miał siły,Na koń niech skoczy... Niech puści co pary,Nad grzywy jego szumiące pochyły...Niech pędzi z krzykiem po drogach rozstaju:— Francuzi weszli! — Francuzi są w kraju! —

A krzyk powieje przez grody i sioła,Jak wichrem gnana czerwona pożoga;I chwyci oręż, kto dźwignąć go zdoła,I za mężami zakurzy się droga...

Wtedy ja rzeknę do mego anioła:— Teraz spać będę w pokoju u BogaI niech w spokoju śpi ta ziemia święta! —Te na Libanie składam testamenta.

W oboje zorze trębacz graZe starej miejskiej wieży,Czy gasną złote łuny dnia,Czy ranek wstaje świeży.I grzmi pobudka miastu w słuchI budzi czerń ospałą...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Ale ułomne ciało.

Z rozgłośnych spiżów trąba jest,Jak serce w farnym dzwonie;Żołnierski niegdyś wzięła chrzest,Przy murów tych obronie.I trębacz, starej wiary zuch,Choć skroń ma posiwiałą...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Tylko ułomne ciało.

Żelazny krzyżyk z wstążką maW sepecie schowan na dnie,A gdy nań spojrzy, to mu łzaW saperski wąs upadnie.

Więc gniewny ręką czyni ruch:Cóż babom-by zostało?...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Tylko — ułomne ciało.

I patrzy srogo, jeży brew,Choć dawno to już... dawno!I czuje, jak mu w żyłach krewPobudkę trąbi sławną...I z gołą ręką — choć na dwóch —Wnet szedłby — choć na działo...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Chociaż ułomne ciało.

I chwyta swój kręcony róg,I pieśnią z niego bucha.A ten i owy idzie w próg,Zamyśla się i słucha...Tabaki w palcach trzyma niuch,Zapomnian duszą całą...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Chociaż ułomne ciało.

Wie stary trębacz, jaki głosPorusza tępe serca,Więc ledwo świat obrzaśnie z ros,Już trąbę tchem przewierca,We wzgardzie ma, jak brzęki much,Pieśń wszelką zniewieściałą...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Ale ułomne ciało.

Więc najdzielniejszą z dzielnych nutW poranek puszcza świeży,I płynie jędrne hasło w gródZ wysokiej, starej wieży,

I wszystko idzie w czyn i w ruch,Co w zmierzchach osowiało...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Chociaż ułomne ciało.

A kiedy zorza w wianku z różNa niebie cicho gaśnie,Znów z wieży trąbi wierny stróż,Nim miasto w mrokach zaśnie,I poi grodu swego słuchPraojców dawną chwałą...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Chociarz ułomne ciało.

Dajże ci, Boże, długie dni,Trębaczu starej wiary!I niech pobudka twoja grzmiCzy w mrok, czy w ranek szary.Gdyby na hejnał człek był głuch,To czemby serce grało?...— Ochotny jest-ci ludzki duch,Ale ułomne ciało!

Na dział! Na dział!Na ornej ziemi dział!Tam wieść nam pług słonecznych dróg,Tam płacić wielki ojców dług,Dziedzice klęsk i chwał!

A nasze klęski — to tych pólZamierzchła noc, zastygły ból...Krzywd starych zmierzch i noc...A nasza chwała — życia ruch,A nasze hasło — duch!

Na łan! Na łan! Na ornej ziemi łan!Tam ducha wiew, tam światła siew,Tam pot nasz, tam i nasza krew,Tam tryumf nam jest dan!

A tryumf nasz — to znój i trud,To zbudzon brat, to zbudzon lud,To żywot — wielkiej służbie dan...Na łan!... Na łan!... Na łan!

Dźwięk jedyny, co nie kłamieW wszystkich dźwięków świata gamie,To śmiertelny spiż.

Linja, w którą życie łamieWszystko, co ma ducha znamię,To mogilny krzyż!

Duch gór, duch szczytów woła mnie,Głos jego mocny słyszę...— Pójdź w moje zmierzchy, w moje dnie,W moje rozwiewne cisze!

Pójdź w zamki, którem z mgieł i chmurZbudował sam dla ciebie,I oprzyj końce mdlejących piórNa pochylonem niebie.

Wstąp w jary, kędy srebrny pyłW sto tęcz się rozpromienia,I pij z żywiących ziemi żył,Z krynicy upojenia.

Kaskad mych struny lutni daj,W wichrów je nastrój szumy,A zaś dolinom pieśń szczytów graj,Surową pieśń zadumy.

W grom się zasłuchaj moich burz,Co skalne wstrząsa trzewa,A zaś dolinom pieśń nową złóż,Pieśń, co wskróś serc rozgrzmiewa.

W milczeniu mojem zatoń tak,Jak w oceanie nocy,

A zaś się zerwij — jutrzenny ptak —Z zórz pieśnią, z pieśnią mocy!

Wzbij się nad siebie wzwyż, a wzwyż,Za moich tchów podmuchem...A weź na czoło chryzmat mych cisz,Aż się uczujesz duchem.

Pod tobą wicher, pod tobą grom,Przepaści i urwiska,A ty wstąp, cicha, w mój wieczny dom,Skąd życia zdrój wytryska.

Niema tam błogich, miękkich gniazd,Wysłanych w kwietne puchy,Lecz bystrzej patrzą oczy gwiazdI głośniej szepcą duchy.

Może obaczysz jutrzenki wschód,Złocący czasów cieki,Może zasłyszysz tej wieszczby cud,Której czekają wieki.

Wyżej! Wstąp wyżej, w mój tajny świat,W krainę ukojenia...Na szczytach moich zakwita kwiat,Samotny kwiat natchnienia.

Woda — taka cicha,Jak sen...Wiatr — lekuchno wzdycha,Jak sen...Łódka — tak ucieka,Jak sen...Myśl — taka daleka,Jak sen...

Mówią, że święty tutaj żyłSam na sam z niebem,Umartwiał ciało, wodę pił,Zagryzał chlebem...

Mówią, że pięciu Bożych ranMiał krwawe znaki,Że chleb i wodę nosiły muPowietrzne ptaki...

Mówią, że gwiazdę własną miałZłocistowłosą,Że co noc z nieba zbiegała dońStopeczką bosą...

Mówią, że żył tu, jakby cud,W wiecznej tęsknocie,Aż go raz martwym pobożny ludOdnalazł w grocie.

W kapturze czoło, jak ten szczyt,Owiany w burze,A zaś na sercu ostygłem miałAlpejską różę...............

Słucham i nie wiem, czy to szmerModlitwy, czy pieszczoty...A nad pustelnią ugasa dzieńRóżano-złoty.

Huk, świst, pęd dziki...— Wszystko zmieszane:Cisze, okrzyki,Jeziora szklane,Bory i góry,Blaski i cienie,Błękit i chmury,Moc i omdlenie,Śniegi i kwiecie,Wiosny i zimy...Świat drży, wre, pędziTuż po krawędziCoś go ponosi...Wypadnie z osi...Trzymaj się, świecie!— My lecim, lecim, lecimy...

Daleko! DalekoOd smutku mego!— Rzeka za rzeką,Spienione biegą,Szczyty przez szczytyMigają wspięte,Kaskad rozśwityDrżą wniebowzięte...

Jak ptak skrzydlaty,Uderzam w buję,Z światów na światy,Wzlatam, zlatuję...Z dolin na turnie,Z turni na hale,Niosę się górnieW modrym krysztale...Ziemia ucieka...Wstecz chmury biegą...— Z dala! — Z dalekaOd smutku mego!............Huk, pęd, świst wściekły...— Skalne murzyskaLecą tak z blizka,Że się rozbiją,Że prysnąć muszą...A nie! — Uciekły...— Uciekły z duszą!Gonitwa dzika,Świat gdzieś umykaPotworną żmijąBarw, świateł, kształtów,Natarć i gwałtów...Nim promień okaPadnie z wysokaW kwietną równinę,Już się w jej głębiPiekłem rozkłębiOgnisko sine...— Jakieś olbrzymyTłoczą się, cisną...Aż na nich dymyMrokiem zawisną,

Wyżrą źrenice,Zaczernią lice...W huku, w tętencie,W komet warkoczu,Buchając skramiZ wyżartych oczu,Ślepe olbrzymyPędzą za nami,Pędzą zawzięcie...— My lecim, lecim, lecimy!Dalej! DalekoOd smutku mego!............Żary mnie pieką,Ziębią mnie śniegi...Przepaści brzegiKuszą i biegą...W dymie, w skrach, w trzaskuPotworne mocePędzą mnie z blaskuW podziemne noce...Pędzą, ziejąceUpiorów rzeszą,Aż znów na słońce,Na dzień mnie wskrzeszą...W ognistych pyłachDech ledwo chwytam,Dech ledwo czuję...A krew mi w żyłach,Jak dzwon pulsuje...Nie dbam, nie pytam,Co, jak, dlaczego...Zlatam, wzlatuję,Świat gdzieś ucieka...— Dalej! Z dalekaOd smutku mego!

Góry rozwarły ramiona,By objąć cichą dolinę...Noc schodzi srebrna, zroszona,By objąć cichą dolinę...W zadumie patrzy me okoW daleką, cichą dolinę...

Pozdrawiam ciebie, o cicha kraino,Przez słońca twego promienistą głowę!Pozdrawiam ciebie, przez twą słodkę mowę,Przez Sorgę twoją srebrzystą i siną!

Pozdrawiam ciebie, w której żyłach płynąRodanu wody szczeroszmaragdowe!Niech mi tu z duszy pieśni kipią nowe,Jak z czaszy kipi złote twoje wino!

Po upojenie i po balsam żywy,Po cień cyprysów na mdlejące oczy,Pątnica — z krain dalekich przychodzę...

Niechaj więc szumią twych gajów oliwy,Niech mnie swym czarem świat marzeń otoczy,Niech tu zapomnę, co rzucam w mej drodze.

Szczęśliwe miasto! Od Renego króla,Po dziś dzień bramy warowne je strzegą,A ono życia plastr miodu złotego,Brzęcząc, wyrabia, jak pszczelny rój ula.

Tak biały powój kielichy swe stula,By nie uronić nektaru wonnego...Niech za murami prądy czasów biegą,Niech za murami wieku mistral hula!

Do bram twych pukam, Awinionie stary,Zamknięty z pieśnią i z brzękiem gitaryZa baszt łańcuchem i za wieńcem blanków...

Późna jest chwila i gwiazdy już świecą...Otwórz mi! Duchem niechaj spocznę nieco,Minstrelów twierdzo! Warownio kochanków!

Skało, nie byłaś ty Piotrową skałąI domem Boga nie byłeś ty, Domie!Więc twego życia wygasło tak płomię,Że i popiołów skruchy nie zostało.

Oto twe mury nieokryte chwałą,Puste, zczerniałe, w posępnym ogromieNagłej swej śmierci ślad noszą widomie,Jak porażone od pioruna ciało.

Ducha w nich niema. Czy był kiedy — nie wiem.Świecą się szyby upiornem zarzewiemKrwawych zachodów nad Rodanu falą...

Przyjdź więc, o czasie, i uderz w ruinyWielkiej opoki rozbicia i winy...Niech się te ściany znieważone walą!

Rzędem zasiadły z księgami prorokiNa starym fresku sklepionej Ruoty:Mojżesz, Ezechiel, od widzeń swych złoty,Izajasz, Amos, Daniel orlooki.

Lecz czas szedł tędy gromowymi krokiI rewolucji wielkiej biły młotyI wichry wieków tu brały swe loty,I starły twarze, szaty i obłoki.

Sam Hjob, jak żywy został wśród tych cieni,Z ręką wzniesioną z niedoli barłogu,Z jękiem na ustach, w nędzy swej łachmanie...

Jego się tylko proroctwo nie zmieni:— Wieczny krzyk bólu do niebios gdzieś progu,I wieczna cisza nad nim... To zostanie!

Gdzie czas, gdzie lata, gdzie są te godziny,Gdy zasłuchany w serca swego bicie,Mógł pieśniarz tonąć w miłosnym zachwycieI śpiewać takie zamknięte doliny!

Nie puszczać myśli w posępne gościnyOrłów, co kładą gniazd wianki na szczycie,I zawrzeć świat swój w słonecznym błękicie,Po brzeg strumienia, po mgły rąbek siny!

Dziś dla pieśniarza niema już ustroni;Wicher go czasów i jęk czasów goni,Rozsadza wrota, wykute w granicie...

Na jedną ledwo chwilę go ugości,Jasna i cicha »Val chiusa« miłości,A już go pędzi krzyk... To woła życie!

Sorga nie śpiewa sonetów. Jej szumyNie znają słodkiej, poetyckiej miary;By iść za dźwiękiem miłosnej cytary,Nadto w niej siły i zbyt wiele dumy.

Ona, gdy huczy, trzęsie skalne tumy;Kiedy wybucha, w niebo ciska pary;Gdy milczy, wielki smutek świata staryPustem z niej okiem patrzy, wśród zadumy.

W błyskawicowej i burzliwej nocyWidzę cię jeszcze, Sorgo! Jeszcze słyszęHuk twój, Druidów srebrnych harfo grzmiąca!

Ty śpiewasz, jako śpiewali prorocy,W bezduszną czasów i narodów ciszęPieśń wyrzucając, jak grom i błysk słońca!

Po zrąb błękitów świat tu ogarniam dokołaI zamykam tak w oku, jako się zamykaZ ciszą i z wonią myrry celę pustelnika,Przez którą białe skrzydło powiało anioła.

Nademną skalnych szczytów mgłą zawite czoła,Po jarach huczy wichrów echowa muzyka...To srebrne harfy Celtów, to ich pieśń jest dzika!Podemną zieleń — święta Druidów jemioła.

Tam stopy Hannibala, za Rodanu falą,W słońca się błyskawicach rudym ogniem palą,Tumulów kretowiska aż w Alpach gdzieś giną...

Mgły rosną, dyszą. Jakiś cmentarz wieków staryRuszyłam... Wstają ciche a ogromne mary,I rozciągnąwszy ręce na powietrzu — płyną.

Siedem — liczba doskonałaW tem, co dobre i co miłe;Z liczby tej Awinion staryCzerpał zawsze swoją siłę.

Siedem bram miał w swoich murach,Siedem dzwonów w karilionie,Siedem razy na dzień grzeszyłSprawiedliwy w Awinionie.

Siedem było w nim bazylik,Siedem kręgów farandoli,Złote klucze grodu miałoSiedmiu panów po swej woli.

Jeśli siedmiu mędrców greckichNie zrodziło się w tej stronie,To dlatego, że mądrościNie potrzeba w Awinionie.

Siedem za to ma pałaców,Różnej barwy bractw siedmioroI klasztorów białych siedem,Gdzie panienki habit biorą.

Siedem wież w papieskim gmachu,Siedem wiedzie wrót do niego,A serafy siedmioskrzydłeSiedmiu jego ganków strzegą.

Siedmiu stało kardynałówPrzy papieskim złotym tronie,I śmiertelnych siedem grzechówKwitło w dobrym Awinionie.

Mój trubadur na ulicyZnowu stoi z swą gitarąI znów brząka canzonetę,Jak świat smutną, jak świat starą.

Ale dziś jej nadał tętnoDziwnie skoczne i wesołe,Czy też może drżą mu ręce,W srogim wichrze, ręce gołe...

Pod zamkniętym mym balkonemStoi z głową pochylonąI zaczyna drżącym głosemŚpiewać piosnkę unisono.

O Prowancji złotem słońcu,O Prowancji śpiewa wiośnie,A w ulicy mistral wyje,Wyje dziko i żałośnie.

Mistral rodem jest po mieczuZ zaśnieżonych Alp gardzieli,A z wąwozów pirenejskichRód wywodzi po kądzieli.

W herbie swoim ma dwie trąbyNa bladego nieba tarczy;Stado hyen w jedną wyje,Stado wilków w drugą warczy.

Stado wilków, hyen stadoZawodzącym, dzikim chóremO miłości i o wiośnieŚpiewa z moim trubadurem.

Dzwonią szyby, trzeszczą dachy,Aż do ziemi gną się drzewa;Mój trubadur coraz ciszej,Coraz wolniej piosnkę śpiewa...

Jego długie, czarne połyUlatują w obie stronyZ przeraźliwym wichru świstem,Jak żałobne skrzydła wrony.

Umilkł, podniósł nędzną głowę,Łzy przymarzłe u rzęs świecą...Tuli na pierś swą gitarę,Aby się nią ogrzać nieco...

Lecz po strunach jeszcze leciZ jękiem, z świstem, pieśń ponura,Mistral kończy canzonetęZa mojego trubadura.

Stary ratusz w Awinionie,Na ratuszu stara wieża;Jacquemard i jego żonaMłotkiem w stary dzwon uderza.

Płyną dnie i lata płyną,Płynie, szumiąc, Rodan stary,Lecz od wieków w AwinionieNie widziano milszej pary.

Jakikolwiek czas nad światem,Jakakolwiek dziejów doba,Jacquemard i jego żonaBiją raźno w młotki oba.

Rankiem biją dla papieża,Co był rodem z Aragonu,A wieczorem dla MarszałkaNie żałują także dzwonu.

Biją, kiedy Papież ciskaW obóz wroga srogie bule;Biją, kiedy w odpowiedziLangwedockie lecą kule.

A gdy Papież i MarszałekNa teatrum nikną świata,Jacquemard i jego żonaBiją w dzwony dla Legata.

Tak, choć ciągle się odmieniaWielka scena, zwana życiem,Jacquemard i jego żonaKażdą wita dzwonów biciem.

Stary ratusz — głowa grodu,W starej głowie — mądrość stara:— Gdy masz wino i oliwki,Co ci — berło, czy tyara!

Starych arkad nizkie łuki,Mroczna, duszna perspektywa...— Jak się zowie ta ulica? —— Ta? Czerwona się nazywa.

I na kiju swym pochyły,Trzęsie głową zwiędłą, siwą,A w zagasłej, bladej twarzyŚwieci źrenic mętne szkliwo.

Płaszcz okrągły z staroświeckaNa zgarbionych plecach wisi,A pod szyją go zapinaWysrebrzony pazur rysi.

— Ba! Czerwona!... — I z uśmiechem,Co wrażenie słów oblicza,Mruży oczy, a głos zniża...— Niegdyś zwała się Złotnicza.

Dawno! Dawno! — Podniósł palec,Kropla na nim skrzy rubinu,I potrząsa zżółkłą rękąNiby kartką pergaminu.

— Het, precz, jak tam słońce świeciU wylotu skróś ulicy,

Siedzieli tu całym cechemW nizkich kramach swych złotnicy.

Kto tu zaszedł, oczy mrużył,Żywym ogniem owionięty;Tak paliły się szafiry,Tak gorzały tu djamenty.

W kramie, w szubie aksamitnejSiedział złotnik z wagą w ręce,A tuż ślicznej złotnikównyLiczko śmiało się dziewczęce.

Dawno! Dawno! Król Młot wtedyNa frankońskim siedział tronie,A Saracen się najeźdzcaOszańcował w Awinionie.

Ale chętnie rzucał szańce,Krzywe szable, ostre spisy,I szedł nurzać dzikie ręceW nienizanych pereł misy.

I szedł nurzać oczy dzikieW złotnikówny śliczne lica...Aż raz — nagle się w CzerwonąZamieniła ta ulica! —

Podniósł stary grzbiet pochyły,Płaszcz odrzucił na ramiona,A spod kresów kapeluszaTwarz mu błysła przemieniona.

Zabłąkany promień słońcaNagle w oczach się załamie,I tak stoi prosty, dumny,Pod arkadą w starej bramie.

Aż się z szeptem ku mnie schyli,Jakby powiał wiatr skróś łanu:— Tą ulicą saraceńskaKrew spłynęła do Rodanu! —

— Już nic ci nie pomoże!Już idziesz precz ze świata...Już skrzypi szubienica,Już orszak wiedzie kata! —

— Ach, święty spowiedniku,Czyż niema już sposobu?...Tak chciałbym pożyć jeszcze!...Tak straszno iść do grobu...

— O życiu nie myśl zgoła!Myśl, bracie, o swej duszy.Mów głośno: »Pater« za mną,To przestrach twój zagłuszy.

— Ach, święty spowiedniku,Ja modlić się nie mogę!...

Tak ciężko mi umierać!W tak ciemną idę drogę...

— Chrystusa weź na pomoc,Odwagi, męstwa, bracie!Patrz, słońce twe ostatnieZachodzi w majestacie!

— Ach, święty spowiednikuJak strasznie bęben bije!...Jak błyszczy czerwień kata!Jak mróz mi ściska szyję...

— Chrystusa weź na pomocOn w raju czeka na cię!A co tam masz pod płaszczem?A co tak kryjesz w szacie?

— Ach, święty spowiedniku,To znak Chrystusa w męce;Ten krzyż rzeźbiły niegdyśNiegodne moje ręce...

— Co, bracie? To jest cudo!To żywy Zbawca świata!I ty, ty miałbyś zginąćZ czerwonej ręki kata?...

Idź śmiało! Wstąp na szafot,— Wyroki dziwne boże —Ten krzyż ludowi ukaż,Ten krzyż cię zbawi może!

O Chryste, toć Twe lico,Toć głowa Twoja droga!O Guillermin, o mistrzu,Widzenie miałeś Boga!............

I wszedł na czarne stopnieI podniósł krzyż do góry —I ucichł rozgwar luduI bęben zcichł ponury.

— Zgrzeszyłem — rzekł skazaniec —A oto dług mój płacę...Wy życie mi darujcie,Ja oddam wam mą pracę!

W zachwycie stoi ciżba,W zachwycie miejska rada,A kat postronek rzuciłI na kolana pada...

I długo patrzy LegatI twarz się pańska mieni...Krzyż rośnie i zasłaniaKatowskiej blask czerwieni.

Krzyż rośnie i zasłaniaMizerny błąd człowiekaI czarem ciągnie oczyI czarem tłum urzeka.

— To Chrystus! — krzyk wybucha —To Chrystus na Golgocie! —A słońce cicho gaśnieW purpurze i we złocie.

I oto się z szafotuUczynił ołtarz boży,A tłum się w piersi bije,A tłum się przed nim korzy.

Więc Legat wstał i rzecze:— Do ludu apeluję!Lud niechaj wyrok wyda,Jak myśli i jak czuje!

Nad życiem i nad śmierciąOto się szala waży...Śmiertelne zimno w sercu,Śmiertelna bladość w twarzy...

W kapturach rzędem stoją,Ci w bieli, a ci w czerni,Procesja PenitentówI Bracia miłosierni...

I chwieją się gromniceI słychać szept pacierzy,Tracenia już godzinaZaczęła dzwonić z wieży...

Wtem krzyk tysiączny tłumu,Jak burza, w niebo bije:— Precz z katem! Precz z szafotem!Mistrz Guillermin niech żyje!

............

W pamiątek dawnych skarbcu,Z schyloną stoję głową,Na krzyż ten stary patrzę,Na cudną rzeźbę ową.

I pytam, gdzie są czasy,Gdy winę gładzi piękno?...I gdzie jest dzieło takie,Że przed niem tłumy klękną?

Święto dzisiaj w Awinionie!Dziś nastaje papież nowy,Piękna Sarah żółtą wstęgęU biblijnej wiąże głowy.

Wczoraj jeszcze włos jej kruczyTurban stroił szkarłatowy;Lecz dziś zmienić musi barwy,Bo nastaje papież nowy.

Piękna Sarah, żona młodaUczonego kabalisty,Zna z pamięci wszystkie prawaI żelazne wszystkie listy.

Wie, że kiedy nad RodanemZgaśnie cicho zorza złota,Za jej ludem i poza niąZatrzasną się czarne wrota...

Zatrzasną się z głuchym jękiem,Jak trumienne, czarne wieko,Zamkną stare, ciasne GhettoPod papieskich praw opieką.

Ją, jej ojca i jej dziada,Co ma oczy ślepe, mgliste,I jej męża suchotnika,Uczonego kabalistę.

Wtedy liczą srebrne skudy,Franczeskony złote znaczą,I czytają księgę świętą,I wieczerzę jedząc, płaczą.

A dziad stary wznosi głowę,Broda biała mu powiewa,I proroctwo JeremiaszaPrzenikliwym głosem śpiewa.

O tych wielkich śpiewa czasach,Kiedy wszelka pęknie krata,Kiedy Ghetta już nie zaznaOdrodzone plemię świata...

O potężnym wodzu śpiewa,Co rozepchnie te wierzeje,O tym wodzu, co już idzie,O dniu Pańskim, co już dnieje...

I podnosi obie dłonie,I łzy z oczu ślepych biegą,

Kiedy woła tak do PanaWielkim głosem Jeremiego.

Wtedy ojciec drżącą rękąCoraz prędzej skudy liczy,Coraz prędzej zgarnia złotoKabalista suchotniczy.

Zmierzch tak ciężki, noc tak długa,Stare Ghetto pełne jęku...Pod świecznikiem piękna SarahZwiesza głowę swą na ręku.

Jej biblijne oczy płoną,Pięść jej drobna się zaciska,A z granatu warg czerwonychDrobnych zębów ostrze błyska.

I na usta jej się tłoczą,Jakieś groźby i przysięgi...I chciałaby zerwać z głowyI podeptać żółte wstęgi.

I chciałaby, tak jak Jahel,Wbijać gwoździe w skroń Sisary...A tu z brzękiem złoto pada,A tu śpiewa dziad jej stary.

Na gotyckiej tumu szybie,Gdzie się łamią barwy tęczy,Biały starzec tron zasiada,A królowa cudna klęczy.

Starzec Klemens ma na imięI jest szóstym tego miana;Zaś Joanna z NeapoluJest królowa młodociana.

Starzec rękę wyciągniętąZ trzosem pełnym złota trzyma,A pergamin zaś królowaZ spuszczonemi w dół oczyma.

Te spuszczone cudne oczyNagrzeszyły po wrąb piekła,A i teraz też się grzechuPiękna pani nie wyrzekła.

Oto kręcą sznur w alkowieRozkosznego pełnej sprzętu;Mąż jej, Andrzej, ma być zduszon,Mężem będzie pan z Tarentu.

Przecież na zbawienną drogęGotowa jest wstąpić oto:Miasto sprzedać jest gotowaZa brzęczące w trzosie złoto.

W wyciągniętej drobnej rączceJuż pergamin drży zwiniony,Już dukaty ważne świecą,Wyciągnięte z drugiej strony.

Postrzyżonych głów już wiankiemKlękły mnichy wokół tronu,A na boku zasię płacząMieszczankowie z Awinionu.

Mistrzu stary! Jakżeś dobrałHarmonijnie tłum rozliczny!Jakżeś trafił w samo sednoSwój dokument historyczny!

Małą rączką pergaminyZdała pani złotowłosa;Druga ręka, wyciągniona,Nie puściła swego trzosa.

Tylko zwolna się podniosłaNad schyloną jasną głową;Zrozumiała piękna pani,Choć nie padło żadne słowo.............

Na gotyckiej starej szybieRzecz została niezatarta,I barwami tęczy świeciStarych kronik stara karta.

W dobrem mieście AwinionieKanonicki chór tak sarka:— »Wszystko dobrze, lecz po lichaPrzed ołtarzem nam ta arka?« —

A stał właśnie przed ołtarzemMarmurowy klejnot biały,Jak mistrzowskie stare wiekiW cudny gotyk go utkały.

Niby lilji pęk strzelisty,Kwieciem w pułap aż uderzaBiały klejnot marmurowy,Jana biały grób papieża.

Jeszcze stoisz pod portykiem,Już skróś nawy zmierzchów świeciI rozjaśnia stare muryPrzemisterny skarb stuleci.

I rozjaśnia mroczny apsyd,Jak miesięczna srebrna strzała.

— Wszystko dobrze, lecz po lichaTa nam buda tutaj cała!

Między stalle się rozparła— Kanonicki chór tak sarka —I nie widzi Pater RufusPatra Celsa, Patra Marka.

Siedzą w stallach przeciw sobie,Pater Rufus psalm zaczyna,A nie widzi Pater Marek,Gdzie kancjonał, gdzie łysina.

I nie widzi Pater Celsus,Gdy ku niemu się otwieraZacna Patra AgricoliSzyldkretowa tabakiera!

Długo znoszą to Ojcowie,Aż cierpliwość licho wzięło:Wyrzucili do zakrystjiMarmurowe arcydzieło.

Wnet się luźniej uczyniłoI ład jakiś nastał przecie.— Tak to z wszystkiem przy rozumieMożna rady dać na świecie!

Lecz z zakrystją nowa bieda:Ani zmieścić w niej wieżycy;Więc z tej lilji nieco kwieciaZdjęli dobrzy kanonicy.

Bo czy stoi to na czubie,Czy na ziemi — wszystko jedno!

I tak wreszcie z letką głowąPrzeciw siebie w stallach siedną.............

Ale w świecie, jak na roli,Dobre ziarno nie przepada:Już w kaplicy brackiej KrawcówKonfraterska idzie rada.

Lat już kilka, ba, z dziesiątek,Konfraternja zacna sarka:— »Wszystko dobrze, lecz po lichaTu w kaplicy nam ta arka?«

A stał właśnie w tej kaplicyCudny gotyk marmurowy,Kolumienki i wieżyczkiNad krawieckie wznosząc głowy.

Świecą na nim szyb koloryW ametysty, w blade róże,A słoneczna strzała słońcaZłotem pała na marmurze.

Jak lotosu kwiat strzelisty,Tak w sklepienia łuk uderzaArcydzieło wieków starych,Benedykta grób papieża.

— W samym środku oto stoi —— Tak Krawieckie bractwo sarka —Że nie widzi messir PascalZ ławki swojej messir Marka!

I nie widzi messir MarekMessir Pietra, ni Didiera,Nie wie nawet, kiedy sięgaIch ku niemu tabakiera!

Klękną z światłem? To ich łamieNa nierówne, krzywe sznury...Ba, chorągiew trza namykać,By nie trącić tej struktury!

Długo znoszą to krawcowie,Lecz cierpliwość ma granice:Rada w radę — trza wyrzucićTę kamienną szubienicę!

— Co ma tutaj wpośród bractwaSterczeć nakształt złego grzyba?Dali radę kanonicy:Ano, damy i my chyba! —

Jak wyrzucić, to wyrzucić.Alić jedna jeszcze bieda:Przez romańskie nizkie odrzwiaAni rusz się przepchnąć nie da...

Messir Pascal w czub się drapie,Messir Pietro kręci głowę...Aż otłukli z kolumienekArcydzieło marmurowe!

Niechaj przecież nikt nie mniema,Że to poszło gdzie na stronę...

— A broń Boże! — Wszystko w kąciePo porządku ułożone!

Konfraternja krawców znanaA ich honor — dukat złoty!Ułożyli tak marmury,Jakby resztki od kapoty.

Zaraz luźniej się zrobiło,I ład jakiś nastał przecie...— Tak to z wszystkiem przy rozumieMożna rady dać na świecie!

W nizkiej nawie organ huczy,Trybularze się kołyszą;Jak obłoki rozechwiane,U sklepienia dymy wiszą.

Na obłokach rozechwianychMżą się w pyłach barwy tęczy;Z szyb się słońce rzuca złoteI gra w świetnej półobręczy.

Nawskróś pyłów, nawskróś słońcaSetnych tłumów głos się wzbija,Szepce, jęczy, grzmi i płaczeLoretańska litanija.

Jak dzwon, dźwięczy nizka nawa,Na skał trzonie skalna bryła,Którą wtedy już ciosano,Gdy Marya jeszcze żyła.

Mżenie tęczy, pyły słońcaRozświetlają apsyd mroczny,Gdzie zasiada biskup biały,Biały starzec podobłoczny.

Siwa głowa drży niemocnie,Pod srebrzystych lam infułą;Ledwo dyszy pierś zapadła,Przewiązana białą stułą.

Tylko oczy przepaścisteRozświetlają białe liceI rzucają blask nadświetnyNa twarz trupa, dwie — gromnice.

Długa, wązka ręka białaMartwo leży na pulpicie,Kędy grzbiet antyfonałaŚwieci w złocie i błękicie.

Wokół tronu obłok śnieżny,Seraficzne stoją chóry:Akolitów biel, przetkanaW fijolety i purpury.

Krople światła ze świec kapiąW kadzidelnym myrry dymie...— Kyrjelejson!... Cichnie, cichnieŁkanie ludu przeolbrzymie.

Umilkł organ. Jęk ostatni,Drży w arkadach nizkich tumu;Z tronu powstał biskup biały,Biskup mówić chce do tłumu.

Przytaili oddech wierni,Legła cisza wśród kościoła,Gdy wtem u drzwi głos chłopięcyPrzenikliwy głos zawoła:

— Ato przysłał mnie Pan Jezus,Do biskupa dał posłanie!Kazał prędko most budować...Most budować na Rodanie.

Ot, pieniądze! — I wyciągaW śniadej ręce pięć oboli —— A kamienie też przyniosę,Jak pan Biskup mi pozwoli. —

Rzekł — i stoi drobny, słaby,Owczem runem grzbiet nakryty,Wielkie oczy zadumane,A nad głową boże świty.

Więc nań krzykną ci, co bliżej:— Cicho! Milczeć, ty głuptasie!A on: — Kiedy nie mam czasu,Bo Pań Jezus za mnie pasie! —............

Stary Rodan w szumach płynie,W szumach niesie wieści stare;Nad nim pątnik stoi cichy,Swą dziecięcą marząc wiarę.

A kiedy gasną zorze,Nad Rodan idę staryI patrzę, patrzę, jak skróś falW mgłach płyną ciche mary.

Obłoczne ich korabieZłocistym szlakiem suną,A z żagla świeci jasny krzyż,Owiany złotą łuną.

I świecą jasne zbroje,Przyłbice i misiury,A z ramion biały, zdarty płaszczSrebrnemi wieje pióry.

Nie słychać plusku wioseł,Dech fali żagle wzdyma,A mary patrzą smutno tak,Zgasłemi widm oczyma.

W świetlisty patrzą zachód,Gdzie zorza blednie, znika;

Na skale zamek sterczy tam,Świętego gród Ludwika.

I wieje sztandar mglistyNad skalnych wież ruiną;W mdlejących blaskach zorza gra,A mary płyną, płyną...

Pod zamkiem biorą hasłoI maszt koronny kłonią,I wznoszą pieśń, ogromną pieśń,Nad uciszoną tonią.

Wszechwieków krucyatyŚpiewają wielkie boje,A z pieśni bije żar i duchW potężnych skrzydeł dwoje.

Wszechwieków krucyatyŚpiewają wielkie klęski,A z pieśni bije żar i duchŻyw wiecznie i zwycięski.

Lecz nikt nie słucha pieśniI hasła nikt nie słyszy;I tylko pątnik duma tam,W mdlejących blasków ciszy.

............Nad Rodanem zorza stoi,Nad Rodanem słońce wschodzi;Prowansalska skróś równinaW złotej kąpie się powodzi.

Prowansalską wskróś równinąŚwieży błękit się przelewa;Nikt nie zgadnie, czy skowronek,Czy Aubanel piosnkę śpiewa:— »O beu souleu«.

Rozkwitnionych mirtów gaje,Pełne ciszy, pełne woni;Czarodziejska harfa złotaW lazurowych toniach dzwoni.

Z czarodziejskiej harfy złotejIskier sypie się ulewa;

Nikt nie zgadnie, czy to słowik,Czy Roumanil piosnkę śpiewa:— »O beu souleu!«

Prowansalską wskróś równiną,Rozkwitnionych mirtów gajem,Idź, wędrowcze, gdy ci jedno,Którymkolwiek idziesz krajem!

Idź, gdy łza ci drogę mroczy,Kiedy dusza twa omdlewa,A nie zgadniesz, czy ta ziemia,Czy też serce twoje śpiewa:— »O beu souleu!«

Nad Sorgą śliczny, smutny światW błękitnej leży ciszy,I zadumaniem dawnych latI tchem tęsknoty dyszy.

Wskróś cyprysowych, czarnych lirBije pieśń wiecznie żywa,A w zorzach idzie szeroki mirI mgłą z Sewennów spływa...

Od adweduku ciemnych bram,Co na tłach złotych stoją,Świat tu zamknięty w sobie samZ dźwięczącą duszą swoją.

I nic nie wchodzi z ludzkich sprawI nic z rozterki duchaDo tych tajemnych, mrocznych naw,Gdzie Sorga pieśnią bucha.

Ucichło życie wszerz i wzdłuż,Od nieba aż do ziemi,Tylko się skalny przelewa krużWodami przeczystemi.

Tylko ich srebrną, dźwięczną jaśńDreszcz łamie i rozsłania,A ze dna patrzy czarowna baśń,Czarowna baśń kochania.

Kiedy kwieciem sady pruszą,Gdy probuje słowik tonu,Prowansalska armja śpiewnaWylatuje z Awinionu.

Pszczelnym rojem z brzękiem leci,Z brzękiem pieśni i gitary,Oblatuje kraj swój stary»La Armana Prouvençau«.

Pszczelnym rojem na kwiat pada,Na kwiat podań wiecznie młody,Z szczerozłotej pieśni luduSzczerozłote bierze miody.

Oblatuje winnic wzgórza,Oblatuje łąki, gaje,Za oraczem miedzą chodzi,Przy pastuszku bosym staje.

Na brunatną pada ziemię,Tchu jej słucha, pulsów bicia;

Od jej serca — do swojegoWiąże złotą strunę życia.

Gdzie w ruinach cząbry pachną,Czarodziejskie kwitną moce,Jak żórawi klucz, tam spadaW księżycowe, ciche noce.

I na starych murów zrębie,Gdzie głaz każdy mówić umie,Składa skrzydła swe w zadumie»La Armana Prouvençau«.

Jako klinga saraceńska,Nów stalowem ostrzem błyska,Szepcą stare mogilniki,Starych Celtów uroczyska.

Letnie noce jasno świecą,Letnie noce cicho gwarzą;Z obróconą w gwiazdy twarząŚni »Armana Prouvençau...«

Gdzieś od słupów HannibalaOd Sewennów wiatr powiewa,W druidyczną harfę trąca,Druidyczne pieśni śpiewa.............A gdy słońce strząśnie z duszyMgły stuleci, zmierzchy świata,Jak motyli rój, wylata»La Armana Prouvençau...«

Na wiosenne leci błonia,Na Kamargi jasne brzegi,

Gdzie szafirem i szkarłatemMaj wyszywa kwietne ściegi.

Gdzie fijołki patrzą żyweZ smagłych twarzy Arlezjanek,W świeży, złoty leci ranek»La Armana Prouvençau«.

Z róż, otwartych pocałunkiem,Bierze barwy, chwyta wonie,W cyprysowem zadumaniuDługich, ciemnych rzęsów tonie.

W słońcu złoci struny swoje,Żar rozkoszy w pieśń przelewa,Kocha — żyje, żyje — śpiewa»La Armana Prouvençau...«

A gdy wraca się z oblotu,Jak skowrończych legji chmura,Leci zawsze przez Wokluzę,W srebrnej Sordze macza pióra.

Wóz nasz, czarny wąż skrzydlaty,W arlezjańską wpadł kotlinę,Na zachodnie łuny rzucaDymów swoich pióra sine.

Barbentany wieża staraStrojną w blanki dźwiga głowę,Cyprysowych kolumn rzędyStoją proste i surowe.

Na szerokich tłach błękitu,Skróś przejrzystych pól winnicyBez szelestu ciche stoją,Strzegąc jakiejś tajemnicy.

W prowansalskim ciemnym płaszczuWprost mnie siedzi mniszka blada,Prowansalski kaptur ciemnyNa jej piękne czoło spada.

Dawno wiosna jej minęła,Ale twarz ta pełna ciszy,Niby mistrza obraz dawny,Nieprzemiennym czarem dyszy.

Na kolanach obie ręce,W fałdach płaszcza świecą blado,Długie rzęsy na jej licoBłękitnawe cienie kładą.

Jakaś smętność i zadumaSłodki owal twarzy mroczy,Gdy podnosi na mnie zwolnaSwe głębokie, czarne oczy.

— Skąd ty jesteś, cicha pani,Tych cyprysów siostro święta,W prowansalski płaszcz twój ciemnyI w zadumę owinięta?

Skąd ty jesteś, taka smętna,Tak przejrzyście księżycowa?Niechaj wzrok twój choć przemówi,Jeśli nie chcą mówić słowa!

— Z Aigues-Mortes jesteś? — Tak, na Boga!Wszak skąd inąd być nie mogąTak śmiertelnie smutne oczy,Z taką w licu ciszą błogą!

— Z Aigues-Mortes jesteś? — Z tej krainy,Gdzie nie kwitną wiosny kwiaty,Od kiedy w niej Ludwik świętyOdbił z krzyżem na krucjaty.

— A Aigues-Mortes? — Skąd się morze chmurneZ gniewem cofa wśród fal bicia,

W tej kamiennej GalateiNie zdoławszy zbudzić życia?...

— Tak, skądinąd być nie możesz,Tylko z martwych tych wybrzeży,Gdzie na każdem żywem sercuJakiś głaz mogilny leży...

Gdzie ni szczęścia, ani klęskiGrom nie bije w złotej chmurze,Gdzie się w ciszy osypująNiezerwane życia róże...

— Choćbyś nawet nic nie rzekła,Sama byłabym odgadła,Że ty jesteś z krain śmierci,Gdzie twa cudna twarz tak zbladła.

— I kto jesteś, też ci powiem:Dusza moja cię pamiętaZ jakiejś starej, starej księgi...Ty Teresa jesteś święta!

Nie zaprzeczaj mi uśmiechem,W którym długa tęskność taje...

Ty Teresa jesteś święta,Z starej księgi cię poznaję!

Takie same czarne oczy,Takaż wązka brew ściągniętaI tak samo siedzisz prosta,W ciemny płaszcz twój owinięta!

Takie same szczupłe dłonie,Załamane długie palce,Taka sama w twarzy ciszaPo śmiertelnej życia walce...

...Gasną zorze, gwiazdy wschodzą,Po winnicach pachną rosy...Wskróś oliwnych gajów słyszęSzept gorącej twojej Glosy.

Arles 1893.

Słodkie zadumanieNa dolinach leży,Z cyprysowych gajówBije oddech świeży...Po liljowych polach,Błękitna i złotaPrzewiewa tęsknota,Roniąc czar i woń.

Omdlałemi pióryPada dzień na gniazdo,Podesłane zorzą,Osrebrzone gwiazdą...Z dyanicznym sierpem,Zatkniętym we włosach,Płaszcz wlokąc po rosach,Noc idzie przez błoń.

Mrokiem rzęs nakryłaFijołkowe oczy,Zadumana idzieW liljowej przeźroczy...Wyciągnięte ręceNa powietrznej fali...

Słucha, jak w oddaliSenna pluska toń...

Za nocą, wpatrzonaW miesięczny dyadem,Przez pola zadumyPrzechodzę jej śladem,I ręce wyciągamW liljowe przestrzenie,Skąd ciche westchnienieOwiewa mi skroń...

Nad kwieciem łąk świeżych,Nad wieczną wiosną,Tam skalne głowiceW obłoki rosną...Nad skały, obłoki,Nad lodzisk szronSrebrzy się, iskrzy sięKrólewski tron....Biada wam, kwiaty! Biada wam, doliny!

Na tronie szalonyKról się przewala;Widać go, słychać go,Jak huczy z dala...Widać go, słychać goSkróś śnieżnych pól,Jak rwie się, jak tarzaSzalony król.... To Mistral! Wstaje zmroczony i siny!

Już chmurnie się kłębiW przerażeń kształty,Już w wściekłym szaleństwieŚmierć śni i gwałty...Już gardziel mu ściskaŁkanie i śmiech,

Już z piersi wypieraŚwiszczący dech....Drżą serca w liljach i polne drżą róże...

Porwą się rozjękiZ zamierzchłych cieśni,Zawyją, zawiodąRozpaczne pieśni.Zawyją, zawiodąPotworny chórBezdenne przepaścieI szczyty gór....Szczytów i głębin chór — przeciw naturze.

Leci pieśń okropnaW pomierzchu nocy,O klątwie bez siły,Klątwie niemocy.I słucha jej zgrzytówSzalony król,I wściekłość go dławi,Dławi go ból......Przekleństwo krańcom niemocy i siły!

Straszno mu, duszno muNa skrzącym tronie,Pędu chce, lotu chceW wichrów koronie.Aż czołem uderzyW chmur czarnych próg,I zadmie w litauryŚmiertelnych trwóg....Już trupią się bladością oliwy nakryły...

Rozwarły się przed nimPowietrzne szlaki,

Wzleciały chmur stada,Jak trwożne ptaki...Nic go już nie wstrzymaSkróś mglistych pól,Już zerwał się z tronuSzalony król!...Cyprysy ziemię umiatają włosem...

I rzucił się w skokuLew on straszliwy,I rozpruł powietrzePochrzęstem grzywy.I w drugim się skokuRzucił na łówI puścił smycz mglistąWyjących psów....Okropnym echa zaniosły się głosem...

Sam łowiec, sam zdobycz,Pędzi, pomyka,A za nim piekielnychWichrów muzyka.Sam łowiec, sam zdobycz,W poświstach trąbPomyka, dopada,Stacza się w kłąb....Ode dna Rodan zahuczał spieniony...

Stacza się, rozkłębia,Zrywa, szaleje;Grzmią rykiem, grzmią śmiechemPowietrzne knieje...Grzmią rykiem, grzmią śmiechemWyjących sfórBezdenne przepaścieI szczyty gór....To Mistral! To król Sewennów szalony!

W starym grodzie AwinionieRaz wraz skrzypią miejskie bramy;— »Hej! Kto idzie?« — »Focejczyki!« —— »Focejczykom otwieramy!« —

Trzeszczą rygle, skrzypią liny,Ludu ciśnie się gromada...Z kupą greckich oberwańcówNad sam Rodan — Zeus spada.

Zadumiał się Rodan siwy,Podniósł z łoża srebrną głowę,A Sewenny z wielkim dziwemCzoła marszczą granitowe.

Wnet kupiecki gwar aż głuszy,Wnet cytary pełno brzęku...Słodkie wina, gładkie dziewki —W Focejczyków wszystko ręku.

Tak Awinion skacze stary,Jak ta czeladź mu przygrywa...

Z markietanów rosną pany,A z ich złota — plaga żywa!............

Przeszło czasu mało wiele,Znowu łoskot, gwałt u bramy...— »A kto idzie?...« — »Boski Cezar!«— »Cezarowi — otwieramy«.

Trzeszczą rdzawe kołowroty,Ludu tłoczy się gromada;Rzymskich orłów chmura złotaNa Awinion stary spada.

— »Ciesz się, grodzie — Cezar rzecze —Oto sługą cię swym czynię!Cyrk mieć będziesz, gladjatorów,Mimów, wieszczków i świątynie.

Odtąd słońca ty CezaraBędziesz jednym z satelitów...— W pień mi wyciąć Celtów dzikich!Zrobić miejsce dla Kwirytów!«

Z jękiem Rodan się porywa,W szumach, w pianach gniewem huka,Aż go Cezar zdeptał stopąKamiennego adweduka.

Pochyliły góry czoła,Jęczy w jarzmie Rodan stary,

Po oliwnych gajach błądząStarych Celtów krwawe mary.............

Aliści, jak wschodzi ranek,Jak jutrzenna zorza wschodzi,Taka jasność po RodanieBije z drobnej, ciemnej łodzi.

Łódź rybacza sama płynie:Ani żagla, ani wioseł,Tylko gwiazda przed nią idzie,Jasna gwiazda, złoty poseł.

Z dziwem biegną z murów straże,Biegnie naród popod bramy:— »Kto tam płynie?« — »Święci Pańscy!«— »Świętym Pańskim otwieramy!«

Wchodzi Łazarz, wchodzi Marta,Magdalena wchodzi blada,A włos złoty do stóp samychPo jej ciemnym płaszczu spada.

— »Od czego ty, wędrownico,Masz tak cudne, złote włosy?...«— »Bom otarła stopy Panu,Boskie stopy, z ziemskiej rosy«.

— »Od czego ty, wędrowniku,Taką bladość masz na sobie?«— »Bo mnie wskrzesił Pan od martwych,Gdym już trzy dni leżał w grobie«.

Uciszył się Rodan stary,Uciszył się jęk boleści...— Oto się tu przepowiadaEwangelja dobrej wieści.

W mgłach srebrzystych góry klęczą,Nowej wiosny dech powiewa,Oliwnemi latorózgiW noc miesięczną szepcą drzewa.

............

Przeszło czasu mało wiele,Słychać — goście grzmią u bramy:— »Kto tam?« — »Goty i Wandale!Sami bramę rozwalamy!«

Z czterech węgłów pożar bucha,Cztery wichry piekłem dyszą...Nakryło się miasto dymem,Nakryło się śmierci ciszą...

Skróś zarudział Rodan staryOd przelanej krwi w swym grodzie...Dotąd, kiedy słońce gaście,Czerwieni się krew ta w wodzie.

Dotąd w szumach nocą ciemnąOpowiada klęskę ową,A na harfach druidycznychWiatr gra pieśnię pogrzebową.

............

Ledwo gród podgoił rany,Już-ci goście znów u bramy:

— »A kto idzie?« - »Gallji króle!«— »Królom Gallji otwieramy!«

Idzie Klowis w złotej kapie,Idzie Gontram z świtą długą...Szczęściem — wchodzą jedną bramą,A wychodzą bramą drugą!

Jeszcze bowiem gród nie zdążyłDać wiwatu z starej kuszy,Kiedy wchodzi TeodorykI obydwu tnie przez uszy.

Szczęk oręża, tętent wozów,Rżenie koni w miasto leci...Dziś król jeden, jutro drugi,A pojutrze znowu — trzeci.

Po balkonach mieszczki stoją,Pazie nucą madrygały;Lecą kwiaty i pierścieńce,A mieszczanie klną świat cały.

— »Króle dobre po jednemu;Ale hola, gdy dwóch razem!A już we trzech, to jak gdybyśWziął po grzbiecie tęgim płazem!...«............

Ledwie że się za ostatnimZatrzasnęły grodu bramy,Krzyk, szczęk, tumult: — »Saraceny!«— »Zdajcie miasto!« — »Nie! Nie zdamy«!

Stoi Jussuf dzień i drugi,Krzywą szablą w mur kołacze...Błogosławi matka syna,Za krosnami siostra płacze...

Na śmierć idą bohatery:— »Puść już, matko!... Nie płacz, siostro!«Idą... A gród stary bierzeGodło: »Unguibus et Rostro«.

Wyszła garstka młodzi z miastaI zginęła w złotym pyle...Wszedł Saracen, lecz w krwi własnejPrzebrnął nowe Termopile.

Więc Awinion stary wyryłDumny napis u swej bramyNa cześć młodych bohaterów:— »Otwieracie?« — »Umieramy!«............

Z szumem, z hukiem Rodan płynie,Po celtyckich głazach spadaI pątnicy zadumanejSławne dzieje opowiada.

U Celestynów bije dzwon,Rodanu huczą wody...Ach, ileż żalu, jak wczesny skonMłodości i urody!U Celestynów kopią grób,O trumnę bije młot...W bieli i w mirtach, jakby na ślub —Prześliczna Maud.

Kochania jeszcze tchnie z piersi woń,Ledwie stanęło serce...I róże świeże stygnąca dłońUpuszcza na kobierce.Dworzanów, mieszczan pełna sień,Drżą szepty modłów, wot...- Gdybyż na jeden ożyła dzieńPrześliczna Maud!

Pół roku płacze jej René król,I znów pół roku płacze:- »Nie ścichnie żal mój, nie zmilknie ból,Póki jej nie zobaczę!« —I bije północ w dzwonów spiżI w trumnę bije młot,

Idą Ojcowie, gdzie ma swój krzyżPrześliczna Maud.

Niesie pochodnię król René sam,Na głowie kaptur mniszy,Idzie do lochu sklepionych bram,W ogromnej, nocnej ciszy.Wieją kadzidła i myrry woń,Podważa wieko grot...A król pochyla młodzieńczą skrońNad śliczną Maud.

I nagle krzyknął, zachwiał się,Podparli go Ojcowie...A co zobaczył, sam tylko wieI Bogu tylko powie.I wiodą króla z lochów tych,Z tajemnych śmierci wrot,I prędko wiekiem zakrył mnichPrześliczną Maud.

A król w swych komnat zamknął się mrok,Gdzie wieża ta ponura;Malował miesiąc, malował rok,Nie zdjąwszy już kaptura.Aż wyszedł, jak złamany kłos,Od długich, długich słot...Wzięła mu uśmiech, zbieliła włosPrześliczna Maud.

I stanął w progu wieżycy samI prosi dworzan gestem...I wchodzi orszak panów i damZ wachlarzów, z wstęg szelestem.A król zasłony szarpnął sznur,Czoło mu rosi pot...I stanął niemo zlękniony dwór,Przed śliczną Maud.

Okropny, nagi szkielet to był,Zgło mu pasało biodra,A sieć splątanych u serca żyłWidniała z piersi modra.Robactwa w czaszce wił się rój,Skąd odpadł włosów splot,A król pod obraz kładł podpis swój:»Prześliczna Maud«.

W dobrem mieście AwinioniePenitentem gdy chcesz zostać,W wieloraki możesz sposóbZmienić, bracie, swoją postać.

Możesz szatę wziąć błękitną,Jak to niebo południowe,Sznurem biodra swe opasaćI kapicę wdziać na głowę.

Osiąść możesz za murami,U świętego Rocha bramy,I wynosić zadżumionychKawalerów, tudzież damy.

Prosto z koła farandoliBędziesz brał je na ramiona...Jeszcze serce z tańca bije,Lecz tancerka gaśnie, kona...

Prowansalskich ileż oczuW ostatecznym tym momencie,Ileż cudnych ujrzysz twarzy,Najszczęśliwszy Penitencie!

W ustach płonie rozkosz życia,W oczach czarne lśnią djamenty...Na stos trupów damę kładą,Mrucząc psalmy, Penitenty.

A gdy w mieście niema dżumy,Gdy ją mistral precz wymiecie,Na cmentarzu zadżumionychSadził będziesz wonne kwiecie.

Na cmentarzu zadżumionychWonne kwiaty bujno rosną...Z czarnych oczu, z białych piersiZakwitają róże wiosną.............

Gdybyś nie chciał być Niebieskim,Przywdziać możesz szatę białąNa pamiątkę Albigensów,Których niebo pokonało.

Sznur — nie w biodrach, lecz na szyiWiązał będziesz po kapicy,I z płonącą wyjdziesz żagwiąPokutować na ulicy.

I z płonącą we dnie żagwią,W wieku druku, w wieku pary,Będziesz wołał do pokutyNieprzyjaciół świętej wiary.

Filozofy i doktoryBędą ci się namykały...Za tych nowych Albigensów,Penitencie, módl się, Biały!............

Gdy chcesz zostać Fijołkowym,To i na to, bracie, zgoda!— Siedem razy będziesz grzeszył,Czy to słota, czy pogoda.

Siedem razy grzeszył będziesz,Iżby wszelki człowiek żywyJuż z tej samej liczby poznał,Żeś penitent sprawiedliwy.

Z Pisma bowiem jest wiadomo,A nikt przeczyć się nie kusi,Że przez dzień mąż sprawiedliwySiedem razy zgrzeszyć musi.

Jeżeli zaś musi zgrzeszyćW jakiejkolwiek świata stronie,Ty, mój bracie, bez przymusuBędziesz grzeszył w Awinionie.

Słońce pali, wino szumi,Piosnki biją ci do głowy...— Siedem razy, lecz nie więcej,Penitencie Fijołkowy.............

Lecz, gdybyś chciał być Czerwonym,I Czerwoni też są w sławie,Odkąd Parpaille w swym berecieNa wszechnicy siedział ławie.

Był to beret osobliwy!Bo nietylko, że łysina,Ale pod nim się ukrywałHeretycki błąd Kalwina.

Heretycki błąd KalwinaPod beretem siedział szpetnie,Czekający, aż z ParpaillemKat na pieńku go nie zetnie.

Kat na pieńku ściął Parpailla,Potoczył się beret z głowąPo dziedzińcu tej wszechnicy,Gdzie kacerskie padło słowo.

A iżby się nie zostałoPo kacerzu ani śladu,Penitenci mu CzerwoniDom spalili dla przykładu.

I wycięli w sadzie drzewaI zrównali wszystko z ziemią...Długo mistral nosił dymy,Co słoneczny błękit ciemią...

Ile czartów poszło z dymem,Tego nigdy nikt nie wiedział;Co do drzew zaś, do jabłoni,To na każdej z nich — wąż siedział.

Przestrach upadł na gród cały...Wnet ściągnięto mosty grodu,Żeby ustrzedz od herezjiResztę kraju i narodu.

Dzień i noc Czerwoni wtedyNa okopach mieli straże,

Bacząc pilno, czy herezjaPod miastem się nie ukaże.

Gdy konfratry się pośpiły,Grały w kości, albo w karty,To płonąca żagiew złotaObchodziła sama warty.

Dzisiaj jeszcze, gdy noc czarna,Gdy z gwiazd żadna nie migota,Tu, to tam po wałach chodziZapalona żagiew złota.............

Mógłbyś także zostać Szarym,Jak więzienny mur ponury,Jak ta szara pajęczyna,Co osnuwa szare mury.

Mógłbyś biednych więźniów cieszyć,Gdyby nie to, że jedynąIch pociechą, kiedy mająW szarej celi — złote wino.

Mógłbyś schodzić w mroczne lochyCiemnych wieżyc estrapady,Gdzie pięć wiosen siedział Rienzi,Wielki więzień Wielkiej Rady.

Dotąd hak tam w ścianę wbityTrzyma kłódkę od łańcucha...Tylko niema już trybunaI górnego niema ducha.

Przeminęły górne duchy,Przeminęły górne winy...Szare czasy, szare zbrodnie,Jak te pasma pajęczyny.

Mógłbyś też w skarbonkę brząkaćW zapuszczonej swej kapicy,Na wykupno niewolnikówZbierać grosze po ulicy.

Lecz gdy błyśnie jasne słońceW cudnej wiosny świeży ranek,Jak powietrza, głodu, ognia,Strzeż się, bracie, Arlezjanek!

Arlezjanka kiedy spojrzy,Kiedy ściągnie brwi sobole,Biedny, szary Penitencie,Sam dostajesz się w niewolę!............

Gdybyś wszakże Czarnym został,W czarnej szacie i kapicy,Przed skazańcem niósłbyś laskęAż do samej szubienicy.

Czarna laska jest z hebanu,Na niej biała trupia główkaDo skazańca się uśmiecha,Uwodzące szepce słówka.

Tumult w mieście, tłok i wrzawa,Biją bębny, dzwony biją...

Długim sznurem idą CzarniZ konających litaniją.

W rękach niosą czarne świece,Przodem jedzie kat czerwony;Idą, mrucząc na dwa chóryKonających antyfony.

Do Łazarza idą bramyPrzez uliczkę Raju ciasną,A po drodze im kolejnoCzarne świece w rękach gasną...

Nim zagasną trzy ostatnie,W bramę Czarnych orszak wkroczyI zaświeci skazańcowiRaz ostatni w same oczy.

Przez otwory czarnych kapicBiałe błysną mu źrenice;Ujrzy jasną czerwień kata,Ujrzy czarną szubienicę.

I obejrzy się z rozpaczą,Zanim korbę kat zakręci,Lecz dokoła czarnym muremCzarni staną Penitenci.

A u wzgórza lud się tłoczy,Głucha cisza w tłumie rośnie...U świętego AgrykoliJęczą dzwony tak żałośnie...

U świętego AgrykoliW prowansalskiej swej odzieży

Skazanego matka staraNa kamieniach krzyżem leży.

Ciemny płaszcz jej w grubych fałdachWyschłą, zwiędłą postać kryje...— Chryste! Chryste! — jęczą dzwony,A od bramy pies gdzieś wyje.

Niechaj mnie jeszcze ta cisza otoczy,Z westchnień uwiana i z gasnącej zorzy,Niech mi się jeszcze ta droga otworzy,Gdzie zadumane moje biegły oczyPrzez gaj platanów bezlistny i nagiI gdzie szły za mną rzymskie sarkofagi.

Niechaj mi jeszcze zakwitną irysyLiljowych zmierzchów, fiołkowych cieniI nów miesięczny niech się rozpierścieni,Co prowansalskie srebrzył mi cyprysy...Na tłach liljowych niech jeszcze się kładąRóże mdlejących łun wiązanką bladą.

Niechaj mi jeszcze świecą ametystyGwiazd sinych, co tam wzeszły mi nad głową;Wzdłuż harf widmowych drzew pustką echowąNiech idą w pomrok perłowy i mglistyI niechaj za mną lecą ciche głosy,Co skargą prochów są i szeptem rosy.

Niechaj mi jeszcze nekropol ten staryMilczeniem śmierci swe prawi powieści,

Niech mi pod stopą liść zeschły szeleści,Niech chłodem na mnie tchną te białe mary,Których tam tłumy o mnie się otarły,Gdym przez ten cmentarz szła i las umarły.

I groby umrzeć mogą. I śmierć samaŚmiercią zabita być może...Oto kamienne łoże,Sarkofag pusty, rozchylona brama,Przez którą wiew ten, co leci od wiekaTchnieniem ciszy, hukiem gromu,Wywiał prochy człowiekaZ tego, gdzie wiecznym prochem leżeć mniemał — domu.

I groby ożyć mogą. I śmierć samaZmartwychpowstała być może...Oto kwieciste łoże,Sarkofag pusty, rozchylona brama,Przez która wiew ten, co leci od wiekaTchnieniem ciszy, hukiem gromu,Siew życia przywiał z daleka,Do tego, co miał śmierci pieczęć nosić — domu.

W jagnięcej chodzi wełnieCezarjusz, biskup święty:— »Chcę zrównan być przed PanemW pokorze mej z jagnięty...Jak owca chcę być cicha,Co ust swych nie otworzy,Gdy pasterz runo strzyże,I jak baranek boży...«

A święty biskup Trofim,Ten lniane szaty nosi:— »Jam len ów jest przyziemny,Co rosą noc go rosi...Jam liche Panu ziołoI trawam jest podolna...A serce me zniżone,A dusza moja polna...«

— O wielcy biskupowie,Czas przyszedł, dzień jest blizko,Że jeden z was poświęciTo rzymskie cmentarzysko,

Na Alyscamps, na roli,Gdzie błąka się pokusaPogańskich Bogów-Manów,Że zatknie krzyż Chrystusa.

W tryumfie wyjdzie biskupPod kwiecia i palm wiewem,A przed nim pacholętaZe światłem i ze śpiewem...W biskupich wyjdzie szatach,W kadzideł srebrnym dymie,Na krzyżu znak położy:Swój urząd i swe imię. —

I rzecze Trofim święty:— »Niegodny jestem, bracie,Przed ludem całym stanąćW biskupim majestacie!« —A zaś Cezarjusz święty:— »O bracie mój, Trofimie,To ja niegodzien jestemW tem dziele kłaść me imię!«

I klęknął biskup jeden,I klęknął biskup drugi.»... Proch jestem!...« »Jam proch prochu«.»...Jam sługa!...« — »Sługam sługi!«I klęczą tak od ranaAż do wieczornej zorzy,A w Alyscamps lud czekaI w sercu sobą trwoży...

A w Alyscamps u bramyZ umarłym stoją mary...Aż nagle się SewennyZapalą w tęczy żary...

Podniosły się źrenice,Dech zamarł w piersiacli ludu......Z gór, w bieli Chrystus schodzi,Uznojon rosą trudu...

Krzyż dźwiga na ramionach. —Juz bliżej... Już jest blizko...I wszedł, ciężarem zgięty,Na rzymskie cmentarzysko.Nie widzą Go biskupi,Jak w białej wieje szacie...— »Niegodnym!« — woła jeden,A ów: — »Niegodnym, bracie!«

A Chrystus patrzy na nich,Aż skończą — cichy czeka...»...Takżeście nieść mi daliPrzez góry krzyż z daleka?...«Jak gromem w nich uderzyGłos smętny Chrystusowy...Podnieśli nagle oczy,Podnieśli nagle głowy...

I obaj zaniemieli,Jak gdyby po piorunie,Ten jeden w lnianej przędzy,Ten drugi w owczem runie...A Chrystus, uznojony,Krzyż zatknął swój w tej ziemi,Co Alyscamps się mieniCzasami potomnemi...

I otarł pot z oblicza,I podniósł wzrok w niebiosyI schylił się ku trawomI dłonią czerpnął rosy...

I rosą błogosławiłOstatnie ciche włości,Iż odtąd cało leżąGrzebane tutaj kości...

I odszedł tak, jak przyszedł,W ogromnych blaskach zorzy,Przez góry, przez Sewenny,Prawdziwy Chryst, Syn Boży...I tylko tam, gdzie święciW pokorze cichej klęczą,Ślad został na marmurzeI dotąd świeci tęczą.

Ach, złudą jest wiośniany wiew,Co rzuca ziemi kwiatów siew,Co morzu srebrzy skrzydła mew...— A prawdą jest ten śmierci dech,Co gasi radość, gasi śmiech,A prawdą te szkielety drzew...

Ach, złudą jest ta krasa róż,Co wieńczy świtu złoty kruż,Co pała ogniem młodych zórz...— A prawdą jest ten mrok i cień,Co gasi słońce, gasi dzień,A prawdą noc, co idzie tuż...

I złudą jest, że w życia ruchZ kochaniem serca idziesz w dwóch,Że dotrwa miłość, dotrwa druh...— A prawdą jest, że z życia bram,Wśród zimnych — zimny wyjdziesz samW wilgotnej ziemi czarny puch...

I złudą jest, że z szczęścia pólNieść będziesz miody w jutra ulI łamać z braćmi chleb i sól...— A prawdą jest, żeś proch i pył,Że wichr ślad zatrze, gdzieś tu żył,A prawdą śmierć i prawdą ból...

............Nigdy ja tego nie wypowiem słowy,Co mi sądzono zaznać wśród żywota.Ani miesiączek ten, co wschodzi nowyJak wyostrzony sierp, ni gwiazda złota,Ni ta zoreńka, co na niebie pała,Nie ujrzą tego nigdy, com zaznała.W uwiędłej głowie kądziel jakaś krwawaSnuje a snuje swoją nić czerwoną...Siądę, taj rosą taję, jak ta trawa,Co ją minęły kosy niekoszoną...Noc ze mną gada i wiatr ze mną wzdycha.A serce we mnie jak cierń, co usycha.........................Chatę my w lesie mieli. Była całaOd sosen ciemna, od brzóz białych biała,I drobnem liściem na wiosnę szumiącaI od poświstów ptaszych cała brzmiąca.W las ja chodziła po drwa; skarpy smolnePaweł od rana, bywało, mi ciesze...A w chacie było dzieciątko swawolne,Już gruchające, jak gołąb na strzesze,

Już różanemi uśmiechy różaneI jak jagoda, do słonka podane...Paweł leśniczył w borach. Przez dzień całyZ kniei, od granic, na czuj duch szły strzały,A nocą ledwie przyśnie, jużci rwie sięI chrusty pali i huka po lesie.A jak zuzula hukał... a całował!...Jezu ty Chryste, jak on mnie miłował!........................Aż raz, w południe, pod Zielone Święta,Cichość się wielka po boru obwiodła.Wyjrzę ja z progu, aż ci owiniętaW lekuchne chusty, wysoka, jak jodła,Osoba z wiatrem płynie, z jasną kosąSpartą o ramię, jako chłopi niosąNa kosowicę......A bór w onej dobieCzarny był jeszcze na późne podwiośnie.A taka widność była w tej osobie,Że wskróś niej mogłeś liczyć wszystkie sośnie...I tylko rąbek powlekał się długiPo pniach, jak opar, co idzie ze strugi...Strach raną zatrzasnął zimny. Sięgnę czoła,Niby się żegnać, niby do pacierza,A tu mnie w tył coś ciągnie, coś mnie woła,Aż się dzieciątka płacz rzucił z alkierza...Więc biegłam tulić piersią ów płacz wielki,Lecz w piersi mleka nie było kropelki.........................

Wieczorem wrócił Paweł. Padł na ławę,Jakby mu nogi odjęło. Ni słowaDo mnie, do dziecka, nie spojrzał na strawę,I tylko wzdychał... aż zwisła mu głowaI zasnął. Myślę: Ot, tobie nieboże,Ni jednej nocki nie zażyć po woli...A tak się smucę czegoś, tak się trwożę,Tak mi na sercu coś cięży, coś boli,Że czego dotknę, to z ręki mi leci...Aż północ przyszła i kur zapiał trzeci.Więc jęłam zwłóczyć ze siebie już szmaty,Szepcąc pacierze przed Świętą Panienką...Kiedy wtem piasek zaskrzypiał u chaty,A ręka jakaś stuknęła w okienko...O moi ludzie! różne ja widziałaRęce na świecie, od kiedym jest żywa,A żadna przecie nie była tak białaI taka jasna, taka wyraźliwa,Jak ta, co przyszła nocą budzić śpiące,A miała palce, jakby wołająceNa wielki Boży sąd......Krzyknęłam z trwogiA Paweł ocknął i skoczył na nogi.....................................Lasy — wy, lasy — wy, zielone bory!Oj, biły po was wichry onej wiosny...Chodziły po was tęcze i koloryI w wielkich ogniach stały wasze sosny...I wielkie szumy po was się nosiłyI wasze gąszcze zrobiły się jasneI dziwne się w was jagody zrodziłyI były od nich mchy i trawy krasne...Oj, kukały wam kukułki żałosne,Oj, ciągły do was żórawie na wczasy...

Oj, miałyście wy żniwa już na wiosnę —Bory wy, bory — wy, zielone lasy!........................Jak stał — tak poszedł. W tej lnianej koszuliI w onym pasie i w postołach z łyka,Jak ten ptak z gniazda... A w lesie słowikaSłychać, gdy miesiąc w pełnię się roztuli...Jak stał, tak poszedł... I tylko od progaObrócił na mnie oczy bolejące...Oj, była, ludzie, nademną moc Boga,Oj, widziała ja gwiazdy padające,A żadna taka nie była żałosna,Jak to wejrzenie......Wiosnaż była, wiosna!............W chacie, jak gdyby trumnę kto pod wrotaZakopał, taka pustka i tęsknota.Jak urzeczone, dzieciątko mi kwili,Śpiewam a śpiewam, i tulę a tulę;W dzień jeno myślę: — Tu byli... tam byli...A w wieczór ogień niecę...............Aż raz, czuj!... Po lesieJakby pioruny biły. Myślę: — Blizko!Chryste ty Panie! — myślę... Aż tu psiskoNagłem się wyciem, jak płaczem, zaniesie,A dzieciąteczko załkało w kolebceI od drzwi powiał wiatr — i cości szepce...Więc mnie lęk jakiś zatrzęsie zimnicą.Chwycę na ręce synaczka mojego,Spojrzę — o! niech mnie święci pańscy strzegą! —Spojrzę — a w progu, pociemniałe licoNa mnie zwróciwszy, z oczyma, co w głowęUciekły kędyś, zastygłe, surowe,Z raną na piersiach zczerniałą, odkrytą,

Krwawą koszulą odziany i świtą,Stoi mój Paweł...O Jezu ty Chryste!Ognie się po mnie rzuciły siarczyste,Chciałam biedz, wołać, krzyczeć, i u progaRunęłam ciężko, jak pień.........................— Imię Boga!Ach! imię Boga nad nami wszystkiemi!I choćbyś poszedł w sam głąb i wskróś ziemiI choćbyś wszystkie przewędrował krajeI wszystkie rzeki i wszystkie dunajeI choćbyś zaszedł tam, gdzie morze ciecze,Jeszcześ ty w mocy Jego jest, człowiecze!........................Jakie ja zorze widziałam w tej drodze,Jakie miesiące krwawe, jakie słońca!Dziewięcioraka skóra mi na nodze,Jak węża łuska, odpadła, koląca;Dziewięciorakie poty na mnie biły,A ja szłam, taj szłam. Zbielały mi włosy,Oczy pływały we krwi, chusty zgniły.A co ślad w piasku odcisnął się bosy,To muchy krwawe siadały i piły. —Aż i pod ziemię szłam, gdy brakło ziemi,A precz od słońca bieżała ta droga...I co myślicie?... Nad nami wszystkiemiI tam i wszędzie, jak tu — Imię Boga!...............Przeszły lata.Tak się wytliłam, jako ten kaganekZatknięty w ziemię, w ciemnicy bez końca.Już mi się nie śni ni dziecko ni chata;Już nie rachuję, co noc, a co ranek,I tylko skała, pod młotem jęcząca,

Zagada do mnie... Aż raz coś oświtłoW lochu i jakby różami zakwitło...O Święta Panno! O Matuchno Boża!Chcę ja się zerwać, i padam i płaczę,A tu przedemną stoi jasna zorza,A tu mi serce, jak dzwonek, kołacze...O! utajona nad nami moc boska!Owo z dzieciątkiem ze szramą przez lice,Królowa nasza, Pani CzęstochowskaZaszła tu do mnie przez wszystkie ciemnice...I patrzy na mnie smętna i blask sieje...A tu już zboża pachną, łąki, kwiaty...Jezu ty Chryste! co się ze mną dzieje?!

To las!... to wioska!... to dach naszej chaty!...

O, jak ja dzisiaj spojrzeć się odważęW ten cichy błękit i w te ludzkie twarze?Jak ja podniosę oczy gorejąceNa złote gwiazdy, na jasne miesiące,Ja, co widziałem straszliwą rzecz ziemi:Krew przelewaną rękami bratniemi,Ja, co widziałem, jak słońce ją pije,I nie upadłem w proch, i jeszcze żyję!?............Ktokolwiek jesteś, co nosisz oblicze,Mogące zblednąć albo żarem spłonąć,Ktokolwiek jesteś, co znasz tajemniczeGłębie boleści i umiesz w nich tonąć,Ktokolwiek jesteś, co ludzką masz duszę,Pójdź: jeśliś kamień nawet, ja cię wzruszę!............Sam, w czterech ścianach, co mnie zamykały,Z myślami memi w świat smętkiem zczerniały,Z dłonią na oczach, przed pustą sztalugąZadumałem się głęboko i długo.Bo już mnie chwytał ten duch, co po ziemiMogił przelata skrzydłami mrocznemiI krzywdy ludów, i stare cierpieniaW piorun przekuwa i w burzę zamienia,

A czarę pomsty na wody wylewa...Już byłem harfą, co drży i co śpiewa,I miałem serce, jak kamień spękany,Co nie ma krwi ni łez, ale ma rany.A kiedym dumał tak, uczułem nagleGorący oddech, co mi podniósł włosy.Jak łódź, tchem morza chwycona pod żagle,Chwieje się, pręży i puszcza na losy,Tak ja powstałem, już pełen płomieniaI wnętrznych głosów i żaru i drżenia,I pędu w sobie...Przede mną, u proga,Postać się jakaś przejrzysta bieliła.Ledwom ją uczuł, już była mi droga,Już mi szły od niej moc jakaś i siła,Już serce drżące z piersi mi się rwałoZa tą dziewiczą, milczącą i białą.Ponad jej czołem, jak tchnienie wilgotne,Gdy na zwierciadło rzuca pary mętne,Takie się światło paliło ulotne,Bez złotych blasków, przyćmione i smętne.Wielem zapomniał od onej godziny;Lecz dotąd widzę ten u jej warkoczyMiesięczny płomyk, srebrzysty i siny,A także głos jej pomnę — i jej oczy.Oczy to były, jak gwiazdy zgaszoneWe łzach i były dziwnie zadumane;Mogły przed Bogiem brać świat ten w obronęI wzejść bławatkiem nad pola oraneI duszy sięgnąć tajemną swą władzą...Już czułem, że mnie te oczy prowadzą,Choć jeszcze usta, jak pąki zamknięte,Nie odsłoniły słów — ciche i święte.Czy znasz anioły, które w polu głuchemNad mogiłami po rozstajach płaczą,Jakoby brzozy szeptały tam z duchem,Albo wiatr trącał o lirę śpiewaczą?

Czy znasz anioły, które w pustych chatachU wygaszonych ognisk siedzą ciche,A głowy mają w piorunowych kwiatachI usypiają dzieciąteczka lichePieśnią, co będzie im się kiedyś śniłaAż po wiek życia?... Ona taką była.Więc patrząc na nią strwożyłem się w sobieI rzekłem: »Oto jest z tych bożych jedna,Co w ciemnym lampy zapalają grobieI zapomniane prochy biorą ze dnaNa siew przyszłości«. — I wstrzęsło się mojeSerce nadzieją wielką — i omdlało.Aż ona, widząc, że tak przed nią stoję,Dłoń, jak mgłę, lekką podniosła i białą,A obróciwszy się na zmierzchy sine:— »Idź za mną — rzekła — pójdziem w łez dolinę«.

II....Jeszcze ta ręka przejrzysta i białaW cichem powietrzu przede mną gorzała,Jak srebrna chmurka, gdy słońcem wskróś świeci,Kiedy mnie przestrzeń szeroka obleciI chłód wieczorny, niesiony w powiewachPo drżących wodach i po sennych drzewach.Ziemia już w rosach, pod nocną szła zorzęI gwiazdy nagle tryskały w przestworze,A dnia różaność, wsiąknięta w powietrze,W przejrzystsze tony szła i w coraz bledsze.Naraz psy wyciem obniosły się głuchem,Z łąk się porwały żórawie łańcuchemI bijąc w skrzydła, leciały jęczącePod niewidzialne, zgaszone miesiące.— »O jasna! — rzekłem, bo takie jej mianoDawało serce — o jasna, co pędziZ gwiazd starodawnych tę chmurę zerwaną,Czerniącą niebios różane krawędzi?

Gdzie lecą owi powietrzni tułacze,Rzucając ziemi jęk taki i płacze?...«Jeszczem to mówił, gdy nagle nademnąDziwnie się cicho zrobiło i ciemno,A ucisk taki w powietrzu był całemŻe mi głos omdlał, zgasł, a idąc, drżałem.Więc rzekła smętna moja przewodnica:— »Oto nie możesz wytrzymać bez lękuCzerwonych cieniów martwego księżycaI bicia skrzydeł i jednego jękuPtaków lecących...«A mówiąc tak, stała,Zwrócona ku mnie litośnie i w twarzyCiszę uśpionych harf słowiczych miała,I była, jak kwiat, gdy się w rosach waży,I dość mu tylko powiewu, co wzdycha,By łez perłami posypać z kielicha.............A już my wtenczas byli wśród zieleniLip rozkwieconych, z których pachły miody,Już idąc śladem smętnej mojej ksieni,W domostwo ciche wszedłem i w ogrody,Gdzie spokój rozwiał swe pióra anielskieNa serca czyste i na rzeczy sielskie.Pod lipą niewiast gromadka zebranaGwarzyła, brzęcząc, by rój pszczelny w ulu.Naraz — głos jeden pękł, jak struna szklana,A w głosie taka była ostrość bólu,Że oczy moje pobiegły, jak strzały,Za krzykiem w górę — i w górze zostały.Tam, na północy, jak złota głowicaWyrzuconego w błękity sztyletaI jako żagiew, co śmierć ją podsyca,Trupią jasnością gorzała — kometa.............Więc oczy moje, jak dwie mewy drżące,Spadły z powietrza pełne wielkiej trwogi,

Już na niewieścich twarzach szukające,Kto tu dom rzuci i nie wróci z drogi,Po kim tu będzie żałoba noszona,Kto tu godziny będzie we łzach liczył,Czyje tu serce pęknie, czyj śmiech skona?...Wtem biały anioł, co mi przewodniczył,Przejrzystym palcem wskazał mi twarz jednę...Była tak jasna objawieniem klęski,Taki z niej duch szedł bolesny a męskiI takie widzeń przyszłości ekstazy,Że teraz jeszcze myśląc o niej — blednę.A gdym w nią patrzał, jak w święte obrazy,Pod moim wzrokiem ból pięćkroć ją zmienił:Najpierw ją zdrętwił strach i okamienił,Potem wichr jakiś przeleciał ją drżeniem,Potem buchnęła czerwonym płomieniem,Potem ją bladość obeszła opłatka,Hostię z niej czyniąc, a potem zczerniałaJak święta ziemia — i tak już została.............Schylił się anioł mój i szepnął: »Matka«.

III.Ranek był wczesny, srebrny, skowronkowy,Gdyśmy z pól zeszli, co pod rosą stały.Za nami we mgłach tonęły parowyOkwitłe tarniem, prószące kwiat biały,I długie miedze stóp bosych śladamiAż pod mur miejski goniły za nami.A moja cicha, jasna Beatrycze,Spokoju pełna bożego i ducha,

Ku zorzom miała podane obliczeJak ten, kto idąc, łkań dalekich słucha,A gdzie stąpiła, tam rosy rzęsnemiSypały trawy rozchwiane przy ziemi.

Ja, patrząc na nią taką zadumaną,Nie śmiałem pytać, gdzie wiedzie ta droga.I tak nam wzeszło pierwsze owe ranoWpośród gasnących gwiazd, pod okiem Boga,Który snadź patrzał na ziemię tę smętny,Bo wschód posępny był i mgłami mętny.............O ziemio! jakie ty cudowne słońceMogłabyś rankiem widywać nad głową!Jakie hejnały duchów latającePieśniąby ciebie budziły echową,Gdybyś ty nie szła do swego zachoduDrogą krzywd, gwałtów, ciemnoty i głodu!............— »Patrz — rzekła do mnie moja przewodnica —Tak się zaczyna dzień, co do wieczoraOtrzęsie serca, jako nawałnica,I we łzach stanie, jak pełna amfora...Patrz, bo dziś padać będą gorzkie rosy,A cisza będzie mieć łkające głosy«.

A gdy mówiła, stanęliśmy w gmachu,Przed którym widać było wielkie tłumy.Po ścianach dreszcze chodziły przestrachu,Mroczny strop wisiał wśród ciężkiej zadumy,Jasność szła w okna przyćmiona i chmurna;W pośrodku izby stół, na stole urna,Przy urnie on, syn...Odgadłem po biciuSerca w tej izbie głośnem, gdzieś od proga,

Po wytężonem w dwóch źrenicach życiu,Gotowych wielbić lub przeklinać Boga,Po tym uporze, który w drzwi otwarteJej siwą głowę pchał pomiędzy wartę,Że tam jest matka....Przez noc tu szła całą,Nie patrząc drogi, do gwiazd gadająca,I podnosiła twarz wyschłą i białą,Jako opłatek, na jasność miesiąca,A choć na ustach nie miała pacierza,Czuła, że wzrokiem w Boga gdzieś uderza.

Teraz stanęła w progu, chce do syna...Puśćcież ją, ludzie! Niech rwie siwe włosy,Niech łzami krwawych źrenic swych przeklinaWas i tę urnę i dzień ten i losy,Niechaj na syna patrzy do ostatka...Puśćcie! Wszak każdy matkę miał... to matka!...Wyciągnął ramię...— O, siedmiu mieczamiPrzebite serce!... Synku... Jezu Chryste!Synu! Synaczku!... O światło wieczyste!Puśćcie mnie! Jezu, zmiłuj się nad nami!A bogdajżeś ty kamień ten grobowyPierwej wyciągnął dla mej siwej głowy!Bodajeś pierwej... Boże, mocny Boże!Już, już wyciąga!... Puśćcież mnie! On może...A!..................Urno! zimne, kamienne twe łonoNie miało nigdy dzieci! Ty, przeklęta!Grobie ty, kędy żywych pogrzebiono!Czy ty wiesz, jak to płaczą niemowlęta?Czy wiesz, jak długie noce przy kolebceMatka przemarzy, prześpiewa, przeszepce?

O urno! Jaka ty straszliwie cicha!O, krzycz i wołaj, że zrobiono z ciebieRzecz zgrozy pełną, co ręce odpycha,Rzecz okropniejszą od mogilnych lochów!Że ta, co niegdyś po synów pogrzebieW dom powracała z garścią białych prochów,Była mniej trupią, niż ty, i mniej chmurną,Ty, serc pękniętych pełna, krwawa urno!

IV.A widząc mnie tak wzburzonym do głębi,Jak mętna fala, gdy ją wicher tłucze,— »Oto polecą, jak stado gołębiI jak żórawi wędrujących klucze« —Rzekła Beatryx i wielką tęsknotąNakryła czoło, niby chmurą złotą.

A pomilczawszy, rzekła: — »Ale onymPtakom jest dano do gniazd wracać z wiosną;Ci zaś na piasku zostaną czerwonymI pod błyskami komet kędyś posną,I żadne słońce już ich nie obudzi...Zaprawdę, Bóg ma w nienawiści ludzi!«

A wtem ją objął mrok, jak chusta mglista,I szła tak, oczom moim zasłonięta,Skargą tą ciemna, a łzami przejrzystaI tą żałobą przeciw Bogu święta.I bił cień od niej, z światłem na przemiany,Jako gdy z nocą świt walczy różany.

A ja, żem wiedzieć chciał ich dalsze losy,Tych dzieci, rzekłem: — »Kto czyni te żniwa?Gdzie posieczone są zielone kłosyI kto ten zagon w runi zaorywa?«— Więc się zwróciła ku mnie i, spokojnaJak śmierć, odrzekła dźwięcznym głosem: »Wojna«.

A gdy ten wyraz padł w ciche przestrzenie,Jaskółki z spod strzech porwały się czarne,A z piór ich padły drżące, długie cienieNa wód błękitność; i wyszły tchy parneZ wody, jak z ludzkiej piersi, kiedy cichaPrzemówić nie śmie, tylko ciężko wzdycha.............Nagle tententy zagrzmiały po drodze.Spojrzałem: w zwartym jechali szeregu,Kaski na czołach, pałasze przy nodze,Ludzie w kurzawie, a konie w pian śniegu.Dobosze w bębny takt biją miarowo,A jeźdźcy sadzą z zwieszoną w dół głową.

I tak przed nimi w podróżnym tym pyleKraj znikał... Kto wie, nikł może na wieki,A żaden nie śmiał przyzostać się w tyle,Ani obrócić za siebie powieki;I tylko jeden na koniu się zniżył,Garść ziemi chwycił i do ust przybliżył.

A ta, którąśmy mijali, zagrodaWielkim w nas płaczem buchnęła i jękiem.W sadzie, u płota, urodna i młodaStała kobieta z dzieciątkiem maleńkiemU piersi, z oczu spuszczonych ku ziemiSypiąca łzami, jak skrami srebrnemi.

Więc zapatrzony w Dolores tę białą,Stanąłem. Tentent ucichał w oddali.Kurzawa spadła i tylko zostałoDrżenie w zbóż młodych chwiejącej się faliI droga, w słońcu lekkim pyłem wzdęta,I jakaś straszna pustka i przeklęta...

A Pani moja, która tam wraz ze mnąStała, rzęsami nakrywszy źrenice,Surową miała twarz i bardzo ciemną,A ponad czołem wielką błyskawicęSiną, od której ognie szły w czerwieni...A kiedym milczał, rzekła mi: »Straceni«.

V.O, daj mi jeszcze raz przebyć ze sobąTę ziemię mogił, pokrytą żałobą!O, daj mi jeszcze raz w drogi iść one,Od kości białe, a od krwi czerwone,I raz mi jeszcze daj na nie się rzucićTwarzą zalaną łzami — i nie wrócić!

Bo gorszy powrót, niźli wyjście ducha,I są najcichsze bez zmartwychwstań groby...A jako ciężko znów iść do łańcuchaTemu, kto zażył ciszy onej doby,W której mu serce zastygło w boleściżadnych z ziemi nie słyszał już wieści!

Dziś znowu muszę zranione mieć mózgiŻądłem tych myśli, co pełzną w nie mrowiem,I znów iść muszę przez wspomnień tych rózgi,Z których jest każda maczana ołowiemI z wężym sykiem nad sercem się zwijaI szarpie żywą pierś i nie zabija!............W pół nieba słońce stanęło już w chmurzeDymów armatnich, nakształt rudej plamy,Kiedyśmy wyszli na małe podgórze,Za mury w ogniu i za miejskie bramy,Z których się tłumy waliły bezładnie,Ginąc w popłochu onym, gdzie kto padnie.

Bo pędził ich huk i trzask i płomienie,Jak archanielski miecz, od tego proga,Gdzie mieli gniazda swe i odpocznienie.I pełna była wielkich głosów droga,Płaczu i jęku i klątw i modlitwy,A ponad wszystkiem tem — huragan bitwy.

Jak z ogniów owych wyszedłem, nie pomnę.Dym mnie ogarnął i żarł mi źreniceI same nogi niosły nieprzytomneWskróś spaleniska, pomiędzy iskrzyceBomb pękających i przez gruzów kupy,Z których sterczały groźne, sine trupy.

Jeden wyciągnął rękę i zagrodziłDrogę tę, którą szedłem, obłąkany,Bo duch dopiero od niego uchodziłCzarną krwi strugą, sączącą się z rany.Chciałem ratować, gdy wtem granat świsnął,W górę go porwał i mózg mu rozprysnął.

Głuchy od huków, a od dymów ślepy,U stóp mej świętej upadłem złamany;A miałem w oczach lecące czerepyGłów ziewających i krwawe łachmanyCiał rozerwanych w powietrzu na ćwierci,A w uszach świst i pisk i wrzawę śmierci.

A pani moja zadumana siadłaNa onem wzgórzu i na złomie skałyI patrząc na ów gród w płomieniach, zbladła,A obłok szat jej, przejrzysty i biały,Nagle się zaczął ćmić i w barwach mienić,Ogniami złocić i łuną czerwienić.

Więc rzekłem: »Otom wywiedzion jest w ziemięWidzeń okropnych i piekła obrazów,

A znieść nie mogę i padam, jak brzemię,U nóg twych i na piersiach leżę głazów,I na kamieniach polnych, które jęczą...Zmiłuj się! Twarz mi nakryj szat twych tęczą,

Ażby przeminął ten dzień i godzinaPrzestrachów mocnych i śmierci wybuchów;Bo serce we mnie drży i mdleć zaczynaI słaby jestem i nędzniejszy z duchów,A język wyschły mam i wargi słone,Bom przeszedł morze krwi, morze Czerwone...«

Lecz ona, jakoby nie słysząc zgoła,Trwała w milczeniu swej wielkiej zadumy.I brew ściągniętą miała wpośród czoła,Patrząc na owe pierzchające tłumyZ bólem, który ją czynił dziwnie blizkąTej ludzkiej nędzy...Schyliłem się nizkoI do stóp jasnych przylgnąwszy ustami,Rzekłem: »O święta moja! O przeczysta!Jeśli ty płaczesz w sercu twem nad nami,Błogosławiona bądź imieniem Chrysta!Bo jest z nim świat ten na krzyżu rozpięty,Żółcią pojony i włócznią w bok pchnięty...«I złamał mi się głos i padłem z płaczemTwarzą na ziemię i łzami gorzkiemiZrosiłem pole krwią zapiekłe... ZaczemUderzył we mnie jęk i łkanie ziemi —I czułem, jak drży i jako się trwożyCichy w swej kaźni, Baranek ten Boży...

VI.A wstawszy, szliśmy dalej....Kraj był pustyI czarny, jakby po przejściu zarazy.

O, nigdy tego nie wypowiem usty,Jakie mi drogę zabiegły obrazyI jakie trupy spotkały mnie sine,Otwarte mając oczy, aż przeminę.

I nigdy tego nie wydam językiem,Jaka tam cichość była przeraźliwaI z jakim ptastwo leciało w niej krzykiemOd gniazd zburzonych i jakie łuczywaZ drzew osmalonych nad drogą tam stałyI nieżywemi gałęźmi kiwały...

Gwałt czyniąc oczom oślepłym prochami,Szedłem tą drogą krzyżową i czarną,Jako ów pielgrzym, idący znad ArnoPrzez kręgi piekieł. A taki nad namiBył ucisk, taka głuchość i martwota,Jaka ma nastać przy końcu żywota.............Od bolesnego odbiwszy się grodu,Wyszliśmy w pole szeroko zdeptane.A już się rosy perliły zachoduI wskróś nad ziemią lireczki szły szklaneSkowrończych głosów, które się na łunyNiosąc, powietrzne potrącały struny.

A idąc onym polem we mgłach sinem,Pod las my przyszli i pod wielkie drzewa,Gdzie stercząc z zgliszczów zczerniałym kominem,Spalona chata stała, smolne trzewaBelek i tramów dym jeszcze dawały.Przy chacie sad wiśniowy, kwieciem biały,

I długi żóraw studzienny. Pod płotemW zgrzebnej koszuli i twarzą do ziemi

Leżał pastuszek mały, włosów złotemNakrywszy piasek, rękoma drobnemiRozkrzyżowany, jak orlik, szerokoW tem polu, krwawem dziecięcą posoką.

Przy nim fujarka i nóż i wierzboweGałązki młode z zastygłą krwi rosą...Przypadłem z jękiem i martwą mu głowęPodjąwszy, niosłem tę dziecinę bosą,By jej mogiłę dać i z mchów posłanie.A niosąc brzemię to, wołałem: »Panie!...«

I pod krzyż go tam złożyłem wioskowy,I na pierś drobną upadłem sierocie.A z krzyża Chrystus poglądał surowyZ twarzą zczerniałą, z koroną w pozłocieBlasków zachodnich i zdał mi się krwawićPięciu ranami swemi... Nie mógł zbawić,

O, nie mógł zbawić, ziemio, krzyż ten ciebieI próżna miłość ta i ta ofiara!Ty jad przekleństwa pożywasz w twym chlebieI zawsze jesteś pogańska i staraI nienawiścią żyjesz, a widomyTwój znak to wilcze plemię i miecz Romy!........................A gdyśmy weszli w las, uderzył we mniePłacz bardzo rzewny i kwilenie ciche.Więc idąc na ten głos w najgęstsze ciemnie,Ujrzałem w trawie dzieciąteczka liche,Jak wyciągały wychudłe rączynyPo kąsek chleba, a ten był — jedyny.

Tak z puchów gniazda dziobeczki pisklęceSterczą dokoła z wrzaskliwym szczebiotem,

Jako tych dwojga głowiny i ręce...Na twarzy matki chmura: »A co potem...Co będzie potem, gdy chleba zabraknie?...«Dokończyć nie śmie i sama — nie łaknie.

I nagle wielkie przejęło mnie drżenieO ten drobiażdżek nędzny, o te dzieci...Gdy wtem, przez ciemne drzew onych zielenie,Czerwona strzała słoneczna nadleciI głów tych dotknie krwawością zachodu...............Pobladł mój anioł i rzekł: »Zginą z głodu«.

A gdyśmy zeszli nieco, rzekła pani:— »Oto jest rozstaj i krzyżowe drogi.Chceszli, wywiodę cię już z tej otchłani,Bo z prędka ciężkie tutaj przyjdą trwogi,Od których więdnie wszelki duch człowieczy,A gorsze od tych są poślednie rzeczy«.

Rzekłem: »O jasna, ty wiesz. Ale ze mnąJest miłość, która daje wielkie siłyI gwiazdą wschodzi tam, gdzie zewsząd ciemno,I życiem dyszy na spodzie mogiłyI na dnie śmierci. A jam zrodzon w płaczuI usta ziemi mówią mi: »Tułaczu«...

A jeśli skrzydło jaskółcze się przetrzeSkróś burzy, tedyć ją i duch przeminie«.A ona, pilno patrząc na powietrze,— »Człowiek tam jeden — rzekła — nędzny ginie,Jak Judasz, wielki ów przedawca Chrysta«.I szła, kwapiąca się i smętkiem mglista.

A ja, nie wiedząc, o czemby mówiła,Za wiewem szat jej szedłem zadumany.A wiodła nas tam ścieżeczka pochyła,W dół spadająca od leśnej polany,Na której łuny gorzały zachodnie,Z wierzchołów sosen zatliwszy pochodnie.

A w dole, jako zroszone mrowisko,Kiedy je oścień podważy od spodu,Czerń widać było i obozowiskoZbrojnego, różnych zawołań narodu,Skąd jak kipiątek z kotła i jak pary,Huk bębna buchał i zmieszane gwary.

I wnet rozległo się przed nami pole,Które w siności onej przedwieczornej,Podobne wodzie wielkiej i jeziornej,Pod oparami stało, a w półkole,Białością płócien bijąc w zachód złoty,Jak wzdęte żagle, bielały namioty.

A tam, gdzie pani moja mnie wywiodła,Wzgórek był, wyspie podobny, nieduży,A na nim w wielkich blaskach stała jodła,Strzaskany mając czub, jak maszt wśród burzy,I bursztynowych żywic pełne wnękiI grube, smolne, z pnia sterczące sęki.

Ledwie objąłem wzrokiem to widzenie,Gdy zabrzmiał hejnał, bo gasło już słońce,I wnet z mrowiska tego wyszły cienieI pod trąb głosem szły roty milczące,Wijąc się zwolna w przeguby ogromne.Stanęli.

...Nigdy tych głów nie zapomnę,Co się odkryły nagle pod jasnością

Grającej zorzy i pod łuną krwawąI zaświeciły wygoloną kościąCzaszek, do których śmierć miała już prawo.Bo z życiem o nie ciągnęła już losyI ustawiła je — pod rozmach kosy.

Cisza przez chwilę, potem bęben. PotemBuchnęła wielka pieśń z olbrzymią siłąI pod tem niebem otwartem i złotemTysiąc się głosów, jako wicher, wzbiłoI tysiąc głosów, jak wicher, opadło.Spojrzałem, słońce zczerniało i zbladło.

I znowu cisza i znów bęben. PoczemZnów się zerwała pieśń i jęk modlitwyZ takiem ogromnem natchnieniem proroczemŚmierci i z taką dziką wrzawą bitwyI z takim płaczem i z taką żałobą,Że słońce łuny zgasiło za sobą.

A wtedy pod tą siną, trupią zorząRozbrzmiało wielkie »amen«, jak grzmot w górach,I zobaczyłem nagle rękę Bożą,Pięciu palcami rozwartą na chmurach,Lecz nie ojcowską i błogosławioną,Tylko gróźb pełną i krwi i czerwoną.

Więc strach uderzył we mnie, jak błysk gromu,I szat mej świętej chwyciłem się z trwogą.A ona: — »Oto idziesz z nieszczęść domuI z domu gniewu idziesz czarną drogą,A jeszcześ nie zwykł i mrużysz powieki:Zaprawdę, ludzki duch — jest duch kaleki«.

A gdy mówiła jeszcze, ono wzgórze,Kędyśmy stali, tłum wielki otoczył,

Ciągnąc człowieka jednego na sznurze.A człowiek miotał się i pianą broczył,A ci, co bliżej byli, rudą błotnąCiskali w niego i mową sromotną.

A kiedy przyszli nawprost onej jodły,Która, drżąc w sobie, dawała szum mały,Poznałem, iż był markietan, człek podły,Jakich za każdym obozem psy gnały;Ale u tego znalazły się sprawyInsze, bo szpieg był i przedawczyk krwawy.

Ohydnie rwał się i rzucał na smyczy,A z członków kręte uczynił gadziny;Lecz choć znać było, że dusza w nim krzyczy,Niemy miał język, zdrętwiały i siny.I to widziałem, że go od powrozaŚmiertelniej dławi strach i trupia zgroza.

A święta moja, cofnąwszy się krokiemI patrząc z wielką litością na tłuszczę,— »Prosiłam — rzecze — lecz Pan się obłokiemPomsty otoczył i rzekł: »Nie odpuszczę!«Straszną ten śmiercią tutaj zginąć musi...Zaprawdę, wojna Boga nawet kusi«.

I szła, spuściwszy głowę, aby onejRzeczy nie widzieć, co się tam czyniła.A była gwieździe podobna zgaszonej,Bo u tych bożych nie zawsze jest siła.A zaraz przypadł wichr i skłębił chmuryI mrok się rzucił nagły...

............Piały kuryNa czas północny i na nowe straże

Gwiazd, gdy się pełnia odkryła księżyca.A szliśmy wtedy przez stare cmentarze,Nad których ciszą moja przewodnica,Podniósłszy ręce w miesięcznej jasności,Błogosławiła mogiły i kości.

— »Błogosławieni, coście się wróciliDo domu swego i swego początkuI którym oczy zmęczone nakryliGarsteczką piasku i kwiecia użątku...Błogosławiony głóg polny i zioła,Co wam pierś martwą odziały i czoła!

Albowiem matce nie wróci nikt płodu,Ani dziecięcia, aby je nosiła,Jak w pierwszych czasach poczęcia i rodu.A ta oddanych ma sobie mogiła,A ziemia znów jest nimi obciążona,Jako dni onych, nim wyszli z jej łona.

Błogosławiony grób cichy, co chowaUmarłych prochy, iż wiatr ich nie miota.Albowiem wielka spokojność grobowaJest im odpłatą za burzę żywota,Co prędszy, niźli zawodnik w swym biegu,Dobra nie widział, a już jest u brzegu...

Lecz tu nalezion wielki jest i małyI wyzwolony jest jeszcze od pana,A usta, które o grób swój wołały,Już ukojone są i wszelka ranaI wszelka żądza tutaj się popieli...Błogosławieni, którzyście spoczęli!«

A gdy mówiła, zapadłe mogiłyI opuściałe zdawały się kwiecić,

A brzozy szum swój i płacz uciszyłyI ze dna nocy szły gwiazdy im świecić;I uciszyły się skrzypiące krzyżeI wszystko stało w milczeniu i w mirze.

A dla mnie, którym szedł z onym aniołem,Wielkim spoczynkiem były te momenty,Bom był zmocowan dróg onych mozołemI czułem w sobie krzyki i lamentyDucha, a one okropne widzeniaGłosem wołały we mnie — zapomnienia.............Nagle pies zawył w oplotach, po rosie...Ustał — i znowu zawył... Taka żałośćI taki ludzki ból był w onym głosieI taki jęk był i taka omdlałość,Że czułem, jak mnie skrzydłem nietoperzaStrach oblatuje i w piersi uderza.

A gdym miał mrowia tego pełne żyły,Drugi się zaniósł i trzeci gdzieś wtórem;I tak ku sobie te psy w pole wyłyNa wielki, srebrny księżyc. A dziś pióremNie wydam onej troski i nudności,Jaka mi od nich do szpiku szła kości.

A zaraz potem wyszliśmy tu blizkoNa wieś spaloną i na zgliszczów kupy,A za nią było świeże bojowisko,Dokąd nam drogę wskazały dwa trupy,Patrzące w księżyc bez zmrużenia powiekI przeraźliwie ciche: koń i człowiek.

Dalej pięć było, dalej siedem, dalej...Przestałem liczyć, bo wstały mi włosy,

Jak kiedy burza łan żytni powali,A jedne w drugie wdeptane są kłosy,Tak po batalji tej leżeli wałem,Broń na broń wparta, a ciało pod ciałem.

A nim my przeszli te pierwsze okopyTrupie, już na nas uderzył wiatr zgniły —I w krwawej glinie zaczęły lgnąć stopy.A ja, wspomniawszy na one mogiłyCiche: »Uczyńmy — rzekłem — grób, o pani,Iżby spoczęli ci niepogrzebani!«

A ona: »Nie jest mi to dozwolonem,Ale ci wszyscy są tu w ręku Boga,A Bóg ich w polu zostawia czerwonem,Aby z nich zgniłość szła na świat i trwoga,A iżby ludom te trupy się śniły,Aż wszyscy cichej zapragną mogiły.

Lecz teraz idź a patrz!« — I rękę jasnąŚciągnęła, kędy czarne jakieś mrowiePełzło na trupy......O, niechaj zagasnąZgwałcone oczy w mojej nędznej głowie!To byli... Chryste! Tą się hańbą spalę...Nie! To nie ludzie byli! — To — szakale!

Lecz jam ich widział i nic już nie zetrzeTej okropności sprzed mojej źrenicy,A choć dokoła tak czyste powietrzeI choć sam w sobie strzegę tajemnicy,Czuję, że żyję i dycham w tym brudzie...Nie! To nie były szakale... To — ludzie!

Cisi i szybcy, z worami zgrzebnemi,Zdzierali trupy z odzieży do naga,Piersi im gniotąc i szarpiąc po ziemi...I nie wiem, skąd ta upiorna odwaga

I bezwstyd krwawy i piekielne siły,Bo i kobiety wśród tych hyen były.

A tam, gdzie przeszli, pod jasność miesiącaBielała nagość ciał okropna, sina.I zdało mi się, że noc sama drżącaZe zgrozy blednie i czas swój przeklinaI że trup który wstanie i zakrzyczyNa te zmierzchniki i nie da zdobyczy.

Jak nieprzytomny i jak obłąkany,Do mojej świętej tuliłem się z trwogą,I tych pobitych czułem w ciele ranyI nie wiedziałem, gdzie stąpić mi nogą,Bo wszędzie była krew, krew, krew i zbrodnia...............A pani moja i gwiazda przewodnia,W Boga wpatrzona, szła cicha i biała,Lecz owa jasność nad czołem jej — drżała.

IX.O smętnej mowy i cichego licaPani! O pani zadumanych oczu!Czy ty pamiętasz ten promień księżyca,Co się na szaty twojej kładł przezroczuI do stóp twoich padał, drżący cały,Mniej od nich srebrny i mniej od nich biały?

Czy ty pamiętasz te miedze zroszone,Po których szliśmy, objąwszy się społem,Dwa cienie smętne i niepocieszone?Bo są godziny, gdy człowiek z aniołemTak się porówna boleścią nad światem,Że tych najczystszych czuć może się bratem.

Gwiazdy nad nami gasły mętne, sine,I księżyc topniał, obliczem upiora

Wsiąkając w ciemną zachodu głębinę.I tak my doszli na próg tego dwora,Co stał jarzębin czerwienią nakryty.Brytan nie bronił wejścia — był zabity.

A ja, com przeszedł ono bojowiskoI miałem oczy pełne widzeń śmierci,Gdym spojrzał na to rozciągnięte psisko,Z łbem rozpłatanym, jak granat, na ćwierciI krwawym mózgiem plamiące próg domu,Tom się tak wzdrygnął cały, jak od sromu.

Próżno on tutaj odprawiał swą wartęTrupią i próżno zawalał tu drogę,Bo drzwi zgwałcone i z haków wyparteWidną czyniły w komnacie tej trwogęOstatniej walki i mord i zelżywośćI wielką przeciw rzeczom martwym mściwość.

Na wznak, z obliczem ściągniętem, zsiniałem,Leżał trup jeden przez izby połowę,Jakby nie wroga zabity wystrzałem,Ale piorunem krwi rażony w głowęNa widok jakiś szatański, piekielny,Bo ogień w twarzy miał i gwałt śmiertelny.

Na pierś mu runął drugi, wystrzeloneKrócice cisnąc, ogromny i srogi...I tak zastygły te ciała czerwoneW jakimś momencie zdumienia i trwogi,Że takie głownie na gniazdo Bóg ciskaI patrzy na to i gromem nie błyska.

Jeszcze mi oczy po izbie szły kołemOd tych dwu trupów, leżących powałem,Gdym jęk usłyszał; a choć się zaciąłemPrzez tę noc jedną, jak wilk, choć słyszałem

Krzyk mordowanych i batalji głosy,Na ten jęk cichy powstały mi włosy.

Bo szedł nie z piersi ludzkiej, lecz z otchłaniTakiego piekła i z takiej czeluści,Gdzie się z letargów budzą pogrzebani...Więc pomyślałem: Jeśli Bóg dopuści,Że z takim jękiem wstać mają wskrzeszeni,Niech lepiej zaraz świat w garść prochu zmienizmieni.

W izbie znów długa cisza... A wtem z ziemiTrup jeszcze jeden przez pół się podźwignął,Z twarzą zakrytą włosami lepkiemiOd krwi... O, bogdaj lepiej był zastygnąłI leżał jako powalona kłoda!Kobieta była, pewno żona młoda

Z tych dwu jednego, co tam w krwi kałużyLeżeli, z krzywdą na licach przywarłą;A była zmiętej porównana różyI chociaż żywa, zdała się umarłą,I duch w niej zaraz począł mdleć i trwożyćSobą i oczu nie mogła otworzyć.

Krzyknąłem... Chciałem biedz z tej krwawej sieniDo tego domu gwałtu i boleści,Lecz pani moja i surowa ksieni:— »Zaniechaj — rzekła — bo Pan rękojeściSądnych szal trzyma w błękitach i ważyWielkich krwie ludzkiej, a mocnych szafarzy.

A w ciszy niech trwa sąd, aż szale zniosą«.............A wtem skrzypnęły drzwi u drugiej ścianyI weszło dwojgo...W koszulkach, wpół boso,Chłopczyk, trzylatek może, taki lnianyJak ta kądziołka, i dzieweczka drobna,Dziwnie do onej omdlałej podobna.

Weszli i szyjki wyciągnąwszy cienkie,Jako wróbliki one, patrzą w trwodzeNa matkę, że ma tak zdartą sukienkęI że tak leży na zimnej podłodze,Takie stargane włosy ma, tak blada,Nie patrzy na nich wcale... i nie gada...

Za niemi sługa stary, z niemowiątkiemNa ręku, stanął i skostniał u proga.Aż mu do oczu podeszła kipiątkiemWielka, gorąca łza i tak do BogaApelujący stał, z tą łzą na rzęsieI z głową siwą, co się w ciszy trzęsie.

A takie na nas szły z ciszy tej jęki,Takie obrazy i strachy czerwone,Że święta moja, ściągnąwszy swej ręki,Z szat oczom swoim zrobiła zasłonęI blaski swoje przyćmiła u czoła,Do grobowego podobna anioła.

A ja, gdym wyjścia z onej rzeźni dożyłI złote słońce ujrzał na rozświcie,Tom czuł, że gdybym usta me otworzył,Nie jękby wyszedł ze mnie, ale wycie,Jako więc psów tych, którzy tam przez rosyNa pełny księżyc wyli wniebogłosy.

Bo już ustało we mnie człowieczeństwoI jużem duszy nie władał językiem,A niepamiętna wściekłość i szaleństwoPrzez piersi szły mi z takim dzikim krzykiem,Że gdybym wtedy go wypuścił z garła,Rodzona matka-by się mnie zaparła!

I tak mnie odwiódł anioł mój...............

O wojno!Nie przeleciałaś ty nad ziemią cwałem,Nie przeleciałaś ty nad polem zbrojno,Ale wężowem i ohydnem ciałemDo cichych wpełzłaś gniazd, aby je skalaćI oczy piskląt krwią matczyną zalać!

X.— »Na miejsca puste, na miejsca bezwodneZawiedź mnie, jasna, a posadź mnie w ciszy!Niechaj przepaście obejmą mnie chłodne,Niech się pierś moja ciemności nadyszy,I tam mnie zawiedź, skąd słońce ucieka,Abym oblicza nie widział człowieka«.

Rzekłem, a pani moja, bardzo cichaI w tajnych myślach swoich pogrążona,Szła przeciw wiatru małemu, co wzdychaW przydrożnych trawach, a miała ramionaJak zwiędłe lilje, a oczy na niebie.I rzekłem: — »Dozwól, a puść mnie od siebie.

Albowiem cięższe to jest, co zaznałem,Od grobowego na piersi kamienia,A dosiężony jestem w serce strzałemTakiej żałości, co w jady krew zmienia,A żywot sobiem zbrzydził...«Rzekła: — »MałoJuż drogi onej przed nami zostało.

Bo nie jest wszystko tobie pokazanem,A tylko rąbek uchylon zasłony,A świat się o to niech modli przed Panem,Aby choć jeden z was był naleziony,Któryby całe piekło to obaczył,I wrócił z drogi tej i nie zrozpaczył.

Albowiem przyszłość ziarn swoich nie siewaNa polu ornem, ani na ugorze,Ale na sercu, co jej się spodziewa...«A ja, wspomniawszy, com widział w tym dworze:— »Zaprawdę — rzekłem — są krwawe jej ziarna,A rola ogniem spalona i czarna«.............

A tam, gdzie z sobą mieliśmy te mowy,Leżał niewielki grodek, snadź w pośpiechuOpustoszały, jakby w czas morowy.A ci co uszli, zostawili echuDziwnie żałosne głosy, które drżałyWśród pustych domostw, jęk czyniąc niemały.

A wszystkie one pogwałcone muryPrzeciw nam w bramy zdawały się cisnąć,A stosy sprzętów, zrąbanych na wióry,Na czterech rogach rynku miały błysnąćPożogą, która nie jest zwykłą klęską,Ale haniebną zemstą i niemęską.

A gdyśmy, idąc, odeszli niewieleOd tego miejsca, rozległy się dzwonyNa starym, dosyć wyniosłym kościele,A świat się cały zdawał być ruszonyTym wielkim głosem żałości i trwogi,Który łkający był, a razem srogi.

Kościół zczerniały, lipami nakryty,Nad których zieleń błyskały z wież krzyże,Miał smukłe, pełne gniazd gołębich szczyty.A gdy tak nad nim rozbrzmiały te spiże,Zdawał się w niebo róść i iść przed namiRazem z tym jękiem dzwonów — błękitami.

A dzwon przed sobą powietrzne gnał kręgi,A ziemia pod nim, jak pod grzmotem drżała,Aż gdy najwyższej dosięgnął potęgi,Nagły go zdławił huk, jakby huk działa...Pękła spiżowa pierś i tylko długoSerce zgrzytliwą jęków brzmiało fugą.

A wtedy stanął kościół oniemiony,Jakoby we mgle i w chmurach zawisnął,A ten krzyk trwogi, którym był niesiony,Na wzdychające echa się rozprysnął.I tylko dzwonnik martwy chwiał się w górzeNa tym, którego nie chciał puścić, sznurze.

A pani moja, wejrzawszy na niego:— »Oto się — rzecze — pozostał na straży,Jak kruk powietrzny u gniazda swojego...A oto trup ten miastu gospodarzyI jest pustego grodu hospodynem...«A on też patrzał na nią licem sinem.

A wtem z kościoła gwar buchnął i krzyki,I śmiech hulaszczy, rozpustny i wrzawa,A między lipy, skąd pierzchły słowiki,Konie wodziła pijana czerniawaObozującej wśród ognisk drużyny,A u drzwi w kozłach stały karabiny.

Zaczem my na próg weszli...Wielka nawaW łuki gotyckie sklepiona, zczerniała,Przez pół od ognisk rozpalonych krwawa,A przez połowę w grubym mroku stała,Podobna piekieł otwartej czeluści.............A jeśli kiedy Bóg na mnie dopuściSzatańskich widzeń mękę przed skonaniem

Tak, jako o tem mówią ludzie starzy,Niechaj mi uszy napełni zgrzytaniemWszystkich piekielnych mar, lecz niechaj twarzyTych nie oglądam, które mi tam byłyZjawione, bobym skonać nie miał siły.

A to, co oczy moje tam widziały,Nigdy nie będzie nikomu wiadomem.To tylko powiem, że Chrystus zczerniałyGłowę na krzyżu odwrócił ze sromemOd onej zgrozy i na pierś ją skłonił,I wielkie, krwawe łzy po licu ronił.

A wtedy ono ciche światło bożeZgasło nad czołem mojej BeatryczeI zaszło, jako wieczorowe zorze...A ona, czarnym kirem swe obliczeZ głową nakrywszy, raz tylko westchnęłaI z oczu moich zeszła i zniknęła.

XI.Nikt mi już nigdy z duszy nie wyrzuciTego, co krwawi i co mi ją smuci...Nikt mi już nigdy z przed oczu nie zetrze,Ani na żadnym rozwieje się wietrze,Ani Bóg nawet odmienić jest w mocyTego, com widział i czuł owej nocy.

A kiedy teraz samotny usiadam,To wiem, że przyjdą do mnie wielką rzesząI jęczeć będą, gdy do nich zagadam...A jako chmury, za wiatrem gdy śpieszą,Tak wskróś mnie idąc, w cień mnie swój ogarnąTe trupy nocą gorącą i parną.

Są słowikowie, co po lasach jęcząNieutulonem każdą wiosną łkaniem;

Są tajne smutki, co przędzę pajęcząWskróś duszy snują z żałosnem wzdychaniem.Lecz cięższą nad to jest boleść i trwoga,Co w izbie mojej dziś stoi u proga.

I patrzę w ciemność i słyszę wśród ciszyUst konających westchnienie i jęki,A ciemność bierze kształt i ku mnie dyszy.A gdzie wyciągnę ramię, tam się rękiZimnej dotykam i ze zgrozą czuję,Jak mnie dech trupi wkoło oblatuje.

Wróciłem z drogi śmiertelnych przestrachówI z drogi gwałtów i z przerażeń drogi,I wywiedziony jestem z śmierci gmachów,A pełnym w sobie żałości i trwogi,I jasność oczu moich mnie rzuciłaZ tą, co mi gwiazdą na drodze tej była.

W bezbrzeżny smutek i w niepocieszonyMyślą posępną zapadam i duchem,A przy mnie stoi cień wojny czerwonyI gada do mnie milczeniem pól głuchemI jękiem matek, co synów swych płaczą,Iż ich już stare oczy nie obaczą.

I tak dziś siedzę, jak kruk osamiały,Z dala od ludzkich zaprzątnień i wrzawy,I słyszę onych czarnych rot hejnałyI ów pobitych dworzec widzę krwawyI dzwony słyszę, bijące na trwogę...I uciec od nich chcę precz — i nie mogę.

A kiedy o tem zadumam się smutnie,Dusza się we mnie staje bardzo sroga...I na ogromnem, rozciągniętem płótnieKreślę w obłokach siedzącego Boga,

A niżej głazy ofiarne i sinyDym, co wstępuje w niebo z łez doliny.

A wtedy w izbie mojej słyszę łkanie,Idące ku mnie z wieków głębokości.Bo nie jest dotąd insze panowanieNad ziemią, jeno starej onej złościI starych onych pierworodnych waśni,A bracia dotąd walczą, jak zapaśni.

I słyszę huk i trzask zwalonych grodów,Chrzęst pól deptanych i krzyk gwałtów słyszęI świst pożarów i zgrzytanie głodówI wielką mogił po rozstajach ciszę,I dziatek drobnych skwierk i wrzask niewieściI skamieniałej milczenie boleści.

A nie nalezion jest czas w dziejach świata,Coby nad piekłem tem zabłysnął tęczą.I dotąd gołąb ów biały oblataZiemie, co płaczą, i ziemie, co jęczą,A odpocznienia nie najduje sobie,Bo potop krwi jest na całym tym globie.........................O rodzie ludzki! O plemię Kaina!Ten sam ty zawsze bratobójca stary,Co na ołtarzach najświętszych zarzynaKrwią wołające, niewinne ofiary...Ten sam ty zawsze! A cień twej maczugiNa całą ziemię padł czarny i długi.

Zabity brat twój siermiężny i cichyPasterz trzód białych i jagniąt swych trzody;Skowronek oto zabity jest lichy,Pszczoła nosząca do ulów swych miody,

A kłos, co ledwo zawiązał się w ziarno,Wdeptany w ziemię i w rolę cmentarną.

O rodzie ludzki! O plemię Kaina!W gniewie ty jesteś i w pomście poczęty...Z dziada na ojca, a z ojca na synaSiew starych zbrodni upada przeklęty,I własna matka-ziemia cię przeklina...O rodzie ludzki! O plemię Kaina!........................A ty, któremum prawił te powieści,Wstań, a pójdź, niech cię uścisnę jak brata.Boś uczestnikiem był mojej boleściNad wielką nędzą i nad zbrodnią świata.A zaś jak pielgrzym idź, a wytrwaj w znoju,A przepowiadaj wieść dobrą pokoju.

Come il sogno...Barrili.

Kto z nas nie przeżył, czy sam, czy we dwoje,Jakiejś godziny szczęścia, jakiejś chwili,Od której dawno zamknięte podwojeSen chyba nocy wiosennej odchyli?Kto z nas nie słyszał, jak żądz biją zdroje,Jak wylatuje rój marzeń motyli,By nad samotną i płonącą głowąRozwiewać ciche girlandy tęczowe?

Kto nie potrąca na ścieżce swej nogąDawno rozwianych róż i zwiędłych liści.

Co w sercu ożyć i przemówić mogąGłosem miłości albo nienawiści?Kto zawsze mędrcem był pod swoją togą?Gdzie są ci ludzie, tak zimni i czyści,Którychby dusza nie miała wspomnienia,Co żarem bije w twarz — i zarumienia?

W najbielszej celi najbielszego mnichaJest okno, którem woń wiosny zalata,A ziemia pod niem płodzi i oddychaI gniazdo lepi ptaszyna skrzydlata...W najbielszej celi zapada noc cicha,Przed której czarem nie chroni i krata,A sny — wiadomo — nie zawsze iść mogąZawarowaną kanonami drogą.

One latają, jak białe te puchy,Które wiatr w maju z jabłoni rozwiewa,A moc nad nimi mają mnogie duchy,A każdy z duchów brzęczy, lśni się, śpiewa,Rzeczy związanych rozrywa łańcuchyI przed oczyma stawia rajskie drzewa,Na których widok nie każdy zwyciężaPociąg do jabłek wzbronionych — i węża.

Może to złe jest i mało moralne,Lecz zato prawdą najgłębszą prawdziwe.Na co się zdadzą te bajki szpitalne,Co darmo chłoną i czas i oliwę,Ucząc nas, jak są marzenia fatalneI jak to noce bez snów są szczęśliwe —Póki choć jedno serce będzie biłoŻarem tęsknoty, młodością i siłą?

Dawno to, przecież dotąd widzę jeszczeKsiążkę na morskim porzuconą brzegu.

Wiatr, co przez fale słał srebrnych skier deszcze,Rozwiał ją nakształt lekkich płatków śniegu,A mewa, krzyki wydająca wieszcze,Co sobie w skałach szukała noclegu,Biła ponad nią w dwa skrzydła otwarte,Na welinową cień rzucając kartę.

A pod ruchomym i lekkim tym cieniemWidniały zgłoski w języku Arjosta.I zaraz mogłeś ogarnąć spojrzeniemNapis tak prosty, jak rzecz sama prosta:Come il sogno. Tu czuję ze drżeniem,Że mnie Zoilus w kontuszu wychłosta,Porwie, oskarży i skaże na grzywnyZa tema obce — i przedmiot tak dziwny.

Lecz cóż ja winna, że z włoskiej gdzieś willi,Biegnąc do morza, pływaczka nieznanaRzuciła na brzeg ten tomik idylii,Co skrzył i szumiał, jak kielich szampana?I cóż ja winna, że signor BarriliWiedział, jak róża purpurą nabranaPęka — i szkarłat tajemny rozchylaDla przelotnego o brzasku motyla?

Wyznaję owszem — choć może to grzechem —Żem się tą książką poiła z godzinęPod dniem gasnącym już — a więc z pośpiechem,Bo fale mroczne stały się i sineI o brzeg biły bardzo smętnem echem,A ptak, co skalną zamieszkał szczelinę,Już się ponocną obwołał pobudkąI Włoch czarniawy stał — i czekał z łódką.

Dziś, gdy wspominam powieści osnowę,To słyszę morza szum i róże widzęLekkich chmureczek, rzuconych nad głowę,I maszt srebrzystej podobny łodydze,

A na nim płótna, pod zorzą tęczowe,I te światełka, co jak ostrowidze,Z marmurowego patrzają wybrzeża,I czuję włoską noc, jak idzie świeża...

Więc niby bajka, złotem malowana,Pełna różanych świateł, co się sącząZ przechylonego róż wieczornych dzbana,I mar, które się w pocałunkach plącząI rozplątają — powiewne — do ranaPod mgły i rosy perłową opończą —Ta mi się powieść w pamięci została,Przez pół w płomiennych łunach — przez pół biała.

Po górach dzisiaj i lasach błądząca,Znów o niej myślę bez woli i chęci;Tak piosnka, niegdyś słyszana, potrącaPełną drgnień harfę echową pamięci;Tak twarz, dojrzana przypadkiem z tysiąca,Rysami swymi do myśli się wnęci —I będzie wodzić oczyma za tobą,Póki się z żywą nie spotkasz osobą.

Więc żeby przerwać te halucynacje,A także może z innego powodu(Najistotniejsze zataja się racje —Rzecz dyplomatom wiadoma zachodu),Pragnę w króciuchną tu zamknąć narracjęTę powieść, która wcale nie jest z lodu,Lecz z alabastrów raczej, gdzie wstawionoPłomień, co w różę zamienił im łono.

Signor Barrili, ty chciej mi przebaczyć,Że jak jedwabnik o listki morwowe,Przyszłam się z piórem o ciebie zahaczyćI ciągnąć moje włóknienia tęczowe

Przez postaw obcy, co mógłby się paczyćI mógłby zepsuć roboty połowę,Gdybym nie była od książki dalekąZa siódmą górą i za siódmą rzeką.

Lecz teraz siebie zapomnieć przymuszę,Że powieść twoja istnieje na świecie;Postaciom twoim dam własną swą duszęI w fantastyczne przystroję je kwiecie,Wykąpie w rosach i w słońcu wysuszęI tak postawię — rzecz wolna poecie —Jakby raz pierwszy dotknęły się ziemiKońcem stóp białych i skrzydły lekkiemi.

Jeśli się rzecz ta przytrudna okaże,Jeśli dech stracę w tym nowym mi locie,Pójdę przed twoje miesięczne ołtarze,O nocy, w perłach chodząca i w złocie,Ty, która niesiesz w twej mglistej symarzeRoje snów lekkich, podatnych pustocie,A czasem tęskna jesteś — czasem chmurna,Jak wiatr, co śpiewa mogiłom nokturna.

Ha! jakie echo... Więc nigdy nie zgłuszęTej jednej struny, co drży i co płacze?Więc mi już zawsze zwróconą mieć duszęI wyciągnięte dwa skrzydła tułaczeTam, tam, na północ? Więc wiecznie być muszęJak ten kruk czarny, co leci i kraczeI przez błękitność dnia wlecze za sobąCień, padający na ziemię żałobą?...

Więc zawsze!...Cisza — głos zniknął w oddali,W mglistej oddali gór... Zanim doleci

Tam, gdzie samotna ta gwiazda się paliNad wielką nędzą i winą stuleci,Zanim mnie przyjdzie zatopić w swej faliPłacz pogrobowo narodzonych dzieci,Zanim mnie chwyci duch, który — przeklinam,Chcę spocząć, śmiać się, śpiewać... Już zaczynam.

Comments

Loading comments…