Fatum do Lykofrona
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom V
Ely-emuOpuścił dłonie Lykofron i podniósł czoło,W echo słów własnych wsłuchany, utkwiwszy oczy w przestrzeni,Kędy na greckim błękicieGorzało słońce.A przed nim płyta kamienna, gorąca jeszczeOd rylca, którym ją zbróździł, zdała się nosić na sobieŚlad piorunowej tej myśli,Co mózg mu żarła,Gdy nagle, w ciszy głębokiej, ten głos posłyszał.
»Dajcie mi jeszcze tych dawnych, starych Tytanów,Co głazy w niebo ciskali i z pięścią szli przeciw bogom,By wydrzeć z rąk ZeusowychOgień żywota!Dajcie ich jeszcze! Niech walka krwawa a głuchaWre po dawnemu na ciosy między Olimpem a człekiem,I niechaj żar nieśmiertelnyRozpali piersi,Które w zwątpieniu zastygły, jak piersi trupa.
Czymże są bowiem bogowie, jeśli nie kłamstwemDla niewolników, co karki nędzne swe w jarzmo schylają
I małoduszne łzy lejąZ dala od czynu,Niemoc swej duszy złożywszy i słabość swoją,Która jedynym ich bogiem i pierwszym bytu tyranem,Na jasne barki Zeusa,Wszechistnień pana,W śnie przed pociskiem piorunu szukając schrony?
Czymże i samo jest nawet Fatum wieczysteDla tych, co doli swej czarnej pod bicz podają grzbiet krwawy,Nie uchylając od ciosuSpodlonej głowy,Jeśli nie własną słabością, tą nieśmiertelnąOd krain słońca zaporą i od krainy żywota,Do których mocni się tylkoI dumni rodzą,By prometejskie dziedzictwo piastować godnie?
Sam sobie życia nić przędzie każdy z żyjących.Sam w sobie nosi swe losy, ktokolwiek rodzi się na świat.A nie widziano przez wieki,Aby ten upadł,Kto jasne życia ognisko w piersi rozpaliłI przy najwyższem swem prawie, przy prawie życia stał silnie,I tchnął płomieniem w błękityI w ziemię wrastał,A w czasów swoich przeczeniu nie żył ni chwili.
Bogowie nawet upadli, iż zbrakło siły,Która nad nektar ambrozyi piersi do życia ukrzepiaI nieśmiertelność rozdzielaI im i ludom.I nigdy ona z Betlejem gwiazda czerwona,I nigdy wielki cień krzyża, co padł na Olimp z Golgoty,
Nie byłby strącił ZeusaZ przeświętych właści,Gdyby zwątpienia czerw jemu serca nie stoczył.
O, nie »w girlandy różane, nie w mgły srebrzysteRozwiał się Olimp wysoki« i mocnych bogów plemiona!Ale wśród gromów i trzaskówRunął w zwaliska,By człowiek, patrząc z przestrachem w pustą pierś wiecznych,Z której wygryzion dzwon życia — życia bijący godziny,O losy swoje wśród drżenia,Nie bogów pytał,Lecz pytał serca własnego i własnej piersi!
Ja, co z ukrytem obliczem nad ziemią władam,A nie zdejmuję zasłony ani przed słońcem-rodzicem,Ani przed nocą gwiaździstąI wszech-świetlącą,Oczom twym daję widzenie zabłysku tajni!Pojrzyj — a obacz, iż Fatum nie jest czem innem straszliwe,Jak tylko wagą sił życiaI życia woli,Nad przepaściami chwiejącą ludy i bogi!« —
I upadł na twarz Lykofron i Grecji płakał.
Comments
Loading comments…