Koniec wieku
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom V
...Ventus est vita mea et nonrevertetur oculus meus, ut videatbona.Job VII, 7.
I.Budujem stos, wznosimy stos!Ptak wieku, feniks złoty,Przedśmiertny swój już wydał głos,Przedśmiertne podniósł loty.
Już wali się tych sosen las,Już walą się te dęby,Które na zgiętym grzbiecie czasNa stosu nosi zręby.
Już trzeszczy belka, trzeszczy tramZwątlałych wiązań domu,Co spłonąć ma na stosie tam,Jak sucha powięź łomu.
Już warczy z dala w chmurach grom,Już bliżej, już gdzieś blizko,
Co rzucić ma w ten suchy łomCzerwone swe iskrzysko.
Dobytych żywic z puszczy żyłJuż smolną wonią dyszyszI łoskot siekier, zgrzyty piłW ostępach mrocznych słyszysz.
Wygnany mrok, wygnany cieńZ kryjówek matecznika.— »Na światło zórz! Na świat! Na dzień!«Tysiące ust wykrzyka.
I kona kwiat, maleje liść,Zdeptane stopą czasu;Co musi dotrzeć, musi iśćAż w samo serce lasu.
I pieśń po gwiazdach cichnie tuż,Gdzie się te stopy niosą;A kwiaty ronią perły z kruż,Nabranych jasną rosą.
Lecz dziś nie pora drżeć o losPiosenki, listka, kwiatu:Budujem stos, wznosimy stosNa nowe życie światu!
II.Wskróś dziennej wrzawy, nocnych ciszDech wieje mnogiej rzeszy,I gdy ty marzysz, gdy ty śnisz,Ona wciąż śpieszy, śpieszy...
Śpieszy i dźwiga na stos ten,Co ma odrodzić ziemię,
Każdą swą wiarę, każdy sen,Jak ciężkie, ciężkie brzemię.
I dźwiga księgi swoich praw,Pieczęcie swych wolności,By je tak rzucić, jak pęk traw,Na wielki stos przyszłości.
I dźwiga nędzy swojej krzyżBez tchu, bez łez, bez głosu,I rzuca wszystko wzwyż a wzwyżNa zrąb ogromny stosu.
A kto swe brzemię cisnął już,Ten pada cichy, blady,A za nim nowe rzesze tuż,Nowe się prą gromady.
Słońce nie zdąża zimnych rosZ stygnącej pić źrenicy...— Budujem stos, wznosimy stos,My, świata budownicy!
III.Już poranionych ślady nógCzerwienią wszystkie drogi,A celem wszystkich krwawych drógTen wielki stos pożogi.
Wzmaga się ucisk, wzmaga mdłość,Wskróś światem idą dreszcze...Pytają rzesze: Czy już dość?Lecz czas odrzeka: Jeszcze!
I mniej już coraz mogą daćNa stos, co dymem bucha...
Dali już wszystko, na co staćNadzieję, wolę, ducha.
Więc w nadpowietrzny wznoszą szlakZ zapadłych oczy dołówI patrzą, czy nie leci ptak,Co wskrzesnąć ma z popiołów.
I w napowietrznych mroki chmurPuszczają słuch wskróś ciszy,Czy szumu skrzydeł, bicia piórChoć jeden nie usłyszy.
I z sercem, pełnem wielkich drżeń,Przed sobą niosąc ręce,Ku ogniom stosu idą w dzieńI nocą idą w męce.
A ten, co pada, jako kłos,Podcięty nagle kosą,Szepce, konając: »Jakiś głos...Jakieś się skrzydła niosą...«
Już mu zastyga w żyłach krew,Już bielmem wzrok nakryty,A on: — »Coś słyszę... Jakiś śpiew...Coś widzę... Jakieś świty!«
Umilkł i skonał. Już go rzeszStłoczyły stopy w ziemię.Dzwon czasu bije: »Śpiesz a śpiesz,A prędzej zdaj swe brzemię!!
I prędzej oddaj życia dechNa rozdmuch płomieniska,Co trawiąc łzy, co trawiąc śmiech,Rozżarza, skrzy się, błyska!«............
Budujem stos, wznosimy stos!Ptak wieku, feniks złoty,Już wydał swój przedśmiertny głos,Przedśmiertne podniósł loty!
Comments
Loading comments…