Na Libanie
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom V
Ja, Dżemil-Softar, syn Softar-Devasa,Na Liban idę pod cedrowe rosy,Bo mi już słońce nad głową dogasaI dech zaświata podnosi mi włosy.Podwójnej szaty nie mam, ani pasa,Lecz w wełnie idę jagnięcej i bosy...A jest ta droga ostatnia i święta,Bowiem spisywać idę testamenta.
Trzem moim synom oddawam namioty,Z jedwabnej sierci wielbłądów mych tkane,I tabun koni, co z kopyt proch złotyPod gwiazdy ciska i w zorze rumiane;Kling błyskawice niech biorą i grotyGibkie, jak węże, w Damaszku kowane;Tęcze mych pasów niech paszą im żebra,Bo mi już złota nie trzeba, ni srebra.
Palm moich świeżość i ruń mego stadaNiechaj bogaci ich i niech ocienia;Jak mleczna droga, niech żonom ich spadaPienisty nabiał z trzód moich wymienia.
Dusza już moja niczemu nie radaI grobowego pożądam kamienia...Więc, com tu posiadł po nieba okraje,Dziedzicom moim zostawiam i daję.
Jednego tylko chcę. Wyzuty z siły,Gdy w ziemi legnę i pocznę spać w ciszy,Niechaj koleją syn każdy mój miły,— Nie mógłby sam-li, to przez towarzyszy —Co roku przyjdzie do mojej mogiły,Która krok jego z daleka posłyszy,I niech mym prochom w oliwnym tym gajuSzepnie, czy weszli Francuzi do kraju.
W głębi Szeolu nie wiedzą nic duchy,Nie pamiętają, co było na ziemi...Więc mógłbym leżeć tak ślepy i głuchy,Jak pogodzeni z swą hańbą i niemi.A ja chcę wstrząsać mej krzywdy łańcuchy,Ja chcę złorzeczyć szczękami wyschłemi,Ja chcę zczerniałym językiem przeklinać,Konać z wściekłości chcę i znów zaczynać!
Więc za warunek w testament to kładę:Mój pierworodny niech przyjdzie o wiośnie,Gdy brzoskiew kwiecia nasypie w kaskadę,W nowe poroże gdy miesiąc porośnie,Niech przyjdzie w ten gaj, pod oliwy blade,Ruszane wiatrem szepcącym żałośnie,I niech w tę harfę srebrną głos swój rzuci,A czaszka się ma ocknie i ocuci.
I z cedrowego dźwignięta wiorzyska,Czaszka ma oczy umarłe otworzyI będzie, jak gad, co syczy i błyska,Roić się w próchnach trumiennych do zorzy,
Przeklinająca z daleka i z blizkaKlątwą, co skazi grobowy mir boży,Czaszka, krzycząca ku progom gdzieś raju:— Francuzi weszli! Francuzi są w kraju!...
Ale wieczności głębokie jest morze,A jako perła, duch leży w niem na dnie;I tak błękitów jest pełne to łoże,Iż błękitnieje duch, gdy w nie upadnie,A krwi i ran swych przypomnieć nie może...Tedy w tę modrość zapadłszy ja, snadnieZasnąć znów mogę i spać tak spokojnie,Jakbym nie wiedział o krzywdzie, o wojnie.
Więc kiedy piaski zczerwieni żar długi,Gdy słońce piersi obnaży pustyni,Mgły z nich wypije i wyssie wód strugi,A świat się wrzący i cichy uczyni,Do mego grobu niech przyjdzie syn drugi,Niech do cedrowej nachyli się skrzyni,A będę-li spał, niech puści mi w uszyGłos, co me kości podniesie i ruszy.
Wtedy, wśród świerszczów biegania i syku,Porwie się z próchna i cicho zachrzęściKość, już dzwoniąca i wyschła ze szpiku,I szukać będzie rozpadłych swych części,I głaz na moim pęknie mogilnikuI obnażone z żył podniosę pięściI krzyk mi wróci w pierś, jak ptak z wyraju:— Francuzi weszli! Francuzi są w kraju!...
Lecz anioł, co ma na mogiłach straże,Przyjdzie i siędzie w wezgłowiu mem, cichy,I palcem — kościom milczenie nakaże...A zaś roztuli makowe kielichy
I ponakrywa umarłym ich twarze,I wóz na niebie zatrzyma swe szprychy,Iżby spokoju zażyły cmentarze...W ciemność się koła zaryją i stanąNa złotych osiach po zorzę rumianą.
I znów spać będę bez tchu, bez żył bicia,Klęski mi ziemi zmaleją i znikną,Pająk mnie w szare oprzędzie powicia,Do ciszy grobu znów kości nawykną,Nie pomnąc bólu dawnego, ni życia...I będą lecieć żórawie i krzyknąRanny swój hejnał, lecz ja będę głuchy...Tak wielki spokój jest tam, gdzie śpią duchy.
Lecz gdy pękniętej kopułki mej rysyZasklepią gniazda jaszczurcze i trawy,Gdy ją liliową uczynią irysy,A wysrebrzoną kolczaste agawy,Niech syn mój trzeci pod czarne cyprysyPrzyjdzie i one kwieciste murawyZedrze z mej piersi i kwiat ów niebieski,Aż do trumiennej niech zedrze precz deski...
I deskę niechaj oderwie i w szparyNiech puści oko do mojej mogiły...A gdy go wzruszy ojcowski trup staryTak, że go budzić nie będzie miał siły,Na koń niech skoczy... Niech puści co pary,Nad grzywy jego szumiące pochyły...Niech pędzi z krzykiem po drogach rozstaju:— Francuzi weszli! — Francuzi są w kraju! —
A krzyk powieje przez grody i sioła,Jak wichrem gnana czerwona pożoga;I chwyci oręż, kto dźwignąć go zdoła,I za mężami zakurzy się droga...
Wtedy ja rzeknę do mego anioła:— Teraz spać będę w pokoju u BogaI niech w spokoju śpi ta ziemia święta! —Te na Libanie składam testamenta.
Comments
Loading comments…