Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom VII — Całość
Ach, ta przecudna, cicha łąka,Gdzie myśl się moja we snach błąka,Gdzie marzeń płynie zdrój...— Anioły po niej chodzą ranoŚcieżyną w perły usypaną,Cały ich chodzi rój.
Do stóp aniołom wieją szaty,W tulipanowe zwite kwiaty,W irysów długi pąk...Z barków im skrzydeł wieją tęcze,Pióreczek pawich półobręcze,A lilje kwitną z rąk.
Ani się modlą, ani kłonią,Same są światłem, cudem, wonią,Same są hymnem łask...Przedporankową, błogą ciszą,Wszechukojeniem świata dyszą,Jutrzenny roniąc blask.
Piersi im pasze stuła złota,Chodzą anioły jasne GiottaNa tłach szmaragdów, róż...Spokojne chodzą i bezpieczne,
Nim wsiąkną w jakieś drogi mleczne,Nim buchnie hejnał zórz.............
Ach, ta przecudna, cicha łąka,Gdzie myśl się moja we snach błąka,Jak lekki tuman mgły...— Szatan tam po niej chodzi nocą,Gdy się stokrocie gwiazd rozzłocą,I roni gorzkie łzy.
Z zwieszoną głową chodzi blady,A gdzie anielskie ujrzy ślady,Zgubionych lilij pęk,Przypada usty gorącemiDo tej ścieżyny, do tej ziemi,Wybucha w głośny jęk.
I w płacz uderza, w głośne łkanie,I śniade czoło kłoni na nie,Całuje ślady stóp...Bez dumy płacze i bez mocy,Aż zajdzie w pomierzch czarnej nocy,Jak w najczarniejszy grób.............
A zaś anioły idą ranoŚcieżyną w perły usypaną,Rój cały chodzi rad...Wtem nagle ujrzą łzy szatana,I upadają na kolana,By zetrzeć z ziemi ślad.
I myją go rannemi rosyI ocierają w złote włosy,W lilje kwitnące z rąk...I ocierają w jasne szaty,
W tulipanowe zwite kwiaty,W irysów długi pąk.
I osuszają stułą złotąI stopeczkami trawy gniotą,By łez tych zatrzeć grzech...............— A tam, gdzie mdleją nocy cienie,Jęk z mroków słychać i westchnienieI gorzki, gorzki śmiech.
Rzym d. 12/I 1907.
Nasz sztandar tkała żywa moc,Co śmierci się nie lęka!Przez chmurne dnie, przez głuchą nocTkała go duchów ręka.My jej drgającą snuły nić,Z serca, co żarem bije...Ten tylko naród godzien żyć,Co czuje sam, że żyje!
Nasz sztandar powiał w jasność zórzNa drzewcu z tego drzewa,Co korzeniami wszerz i wzdłużWrosło w tej ziemi trzewa.I nikt i nic, przez żaden trud,Nie zerwie węzła tego,Co z ziemią wiąże wierny lud,A ziemię z duchem jego!
Nasz sztandar jedno hasło maI jedno zawołanie:— W jedności, w pracy żyje, trwa,Jest z klęski — zmartwychwstanie.My go z czcią niesiem w życia chramOd ziemi, od macierzy...— Ten tylko wejdzie do jutra bram,Kto w jutro swoje wierzy!
Już się ranek rozbielaNa dzień wielki wesela...Grają w zorzach hejnały,Rwie się ze snu świat cały:— Kiedyż będzie, kiedyż będzie Panna Młoda gotowa? —
Grzmi po szczytach muzyka,Już Pan Młody przecyka,Już śle jutrznie różanePo słóweczko żądane:— Kiedy będzie, kiedy będzie Panna Młoda gotowa? —
Idą drużki do Paniej,O tej zorzy, o raniej,Idą drużki z rozmajem,Napotkały się wzajem:— Jeszcze nie jest, jeszcze nie jest Panna Młoda gotowa! —
Młody zbroję przywdziewa,Świat jutrzenną pieśń śpiewa,Zbierają się drużbowie,Kraczą skalni orłowie:— Kiedyż będzie, kiedyż będzie Panna Młoda gotowa? —
— Jeszcze nie czas, nie chwila,Jeszcze noc się przesila,Jeszcze w morzach śpią wody,Jeszcze drzemią narody,— Jeszcze nie jest, jeszcze nie jest Panna Młoda gotowa! —
Patrzą Ludy-Łazarze,Rychło im się ukaże,Rychło im się wyjawi,Kto ich z śmierci wybawi,— Rychło będzie, rychło będzie Panna Młoda gotowa? —
Posłał Młody dwie rzekiNa gościniec daleki,Posłał rzeki dwie w posły,By mu wieści przyniosły:— Kiedy będzie, kiedy będzie Panna Młoda gotowa? —
— Idźcie, rzeki, do Pana,Że już napół odziana,Że na czoła granityWian ognisty już zwity,— Tylko nie jest, tylko nie jest ślubna suknia gotowa.
Idą rzeki z powrotemZatrzasnęły dźwierz grzmotemZatrzasnęły dźwierz burzą,Głuche jęki im wtórzą:— Jeszcze nie jest, jeszcze nie jest Panna Młoda gotowa. —
Huczą wichrem organy,Już Pan Młody przybrany,Z pierścieniami mnich czeka,Złoty ornat obleka...— Kiedyż będzie, kiedyż będzie Panna Młoda gotowa? —
Idą burze i cisze,Świat się w sobie kołysze,Idą czasy i wieki,Grom gdzieś warczy daleki:— Kiedyż będzie, kiedyż będzie Panna Młoda gotowa? —
Ocknęły się otchłanie,Słychać ludów wołanie:— Otwierajcie wierzeje,Bo już świta! Już dnieje!— Już być musi, już być musi Panna Młoda gotowa!
Panna Młoda się chmurzy,We mgłach lico zanurzy...— Jeszcze nie czas, nie chwila,Jeszcze złe się przesila,Jeszcze nie jest, jeszcze nie jest Panna Młoda gotowa.
— Jak od lądu do ląduRóg otrąbi dzień sądu,Jak rozpękną wierzeje,Jak w przepaściach rozdnieje,Jak powstaną doliny,Jak się zniży wirch siny,Jak grom sądny wypali,Jak pół świata rozwali,— Wtedy będzie, wtedy będzie Panna Młoda gotowa.
Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród,Nie damy pogrześć mowy!Polski my naród, polski lud,Królewski szczep piastowy,Nie damy, by nas zniemczył wróg…— Tak nam dopomóż Bóg!
Do krwi ostatniej kropli z żyłBronić będziemy Ducha,Aż się rozpadnie w proch i w pyłKrzyżacka zawierucha.Twierdzą nam będzie każdy próg…— Tak nam dopomóż Bóg!
Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz,Ni dzieci nam germanił.Orężny wstanie hufiec nasz,Duch będzie nam hetmanił,Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg…— Tak nam dopomóż Bóg!
...A my myśleli, że wy tam staniecieW królewskim ziemic swoich majestacie,Że wy, prastary wiec, piastowe kmiecie,Grom w piersiach macie,A zaś na piersiach — ryngraf szczerozłotyLechickiej dumy i lechickiej cnoty.
A my myśleli, że wy tam staniecieW pożarach czucia i w tryskaniu ducha,Że głos wasz rozbrzmi na całe stulecie,Które was słucha...Że wśród tej pełnej krzywd i gwałtów saliPłomień wam buchnie z serc i strop zapali.
A my myśleli, że wasze prawiceStężeją jakimś wiekopomnym gestem,Że w twarz ciśniecie wrogom rękawice,Wołając: »Jestem!«Że tej obelgi z was żaden nie strzymaI sam nad siebie urośnie w olbrzyma!
A my myśleli, że rzuci tam wamiDuch, jak piorunem, w krzyżackie te głowy,Że nikt z was ucha polskiego nie splamiKońcem tej mowy...Że się krwią własną wpierw każdy zachłyśnie,Niż gwałt pieczęcią milczenia przyciśnie.
A my myśleli...— Lecz żaden wybraniecLudu nie powstał rycerzem swej ziemi,Żaden jej nie był za miecz i za szaniec...Wy — byli niemi!Żaden z was nie legł, jak Rejtan, u progaZ ogromnym krzykiem: »Przez pierś moją droga!«
Żaden, posłowie, z was nie wyrósł mężemDziejowym ponad zatrwożone tłumy...Żaden nie błysnął śmiertelnym orężemWzgardy i dumy —I nie skamieniał posągiem słonecznymHonoru Polski i stróżem jej wiecznym!
A my myśleli...
Jeśliś ty, Polsko, takie miała duchy,Co wielkie życia wieszczyły ci słowo,Jeśli płomienne natchnienia wybuchyRzuciły ciebie na drogę globową,Gdzie wnętrze gwiazdom wypala wiatr suchyW kształt nowy, w iskrę ducha piorunową,Jeśliś prorockie wzięła namaszczeniePieśni — nie pójdziesz w proch i w nicestwienie!
Jeśli cię duchów trzymają kolumnyWzniesioną hostją u jutra ołtarzy,Jeśli u twojej niezamkniętej trumnyDuchy twej pieśni stanęły na straży,Jeśli ci szumi w nich proporzec dumny,Jeśli twe imię narodom się żarzy,Jak gwiazda, ręką Bożą wykowana —To ty nie możesz paść i być zdeptana!
Tyś miała wielkie logos wielkiej pieśni,Stworzenne logos, które cuda czyni...Archaniołowie tobie bezcieleśniSłużyli w ducha twojego świątyni,
A gdy odeszli, jaśni i bezkreśni,Zostało słowo na życia pustyni,Któreś ty w piersi wzięła, Polsko moja,I toć jest twoja tarcz i moc i zbroja!
To jest ten święty Styks, w którym skąpana,Wyjdziesz na rozblask nowej ludów zorzyPod wodzą Króla-Ducha i hetmana,Co ci znak męki za ryngraf położy.Gdzie przejdziesz, wstaną prochy z pod kurhanuI bój nastanie wyroczny, bój boży,W którym zwycięży ten, kto cierpiał krwawo —I to jest zakon twój i twoje prawo!
A teraz, Polsko, idź, gdzie cię duch woła,A z słowa życia zbierz życia natchnienie,Niech cię rozjarzą kopuły kościoła,Gdzie ci się stało pieśni objawienie,I twej nadziei swastyką znacz czoła!Idź, harfa twoja prorocka po przedziePieśń ci przyszłości gra i w przyszłość wiedzie.
Gdy wschodzą ciche promienie gwiazdNa wieczorowem niebie,Ojcze nasz, Boże, z sierocych gniazdPodnosim głos do Ciebie:
Na chwałę Twoją rosnąć nam daj,Niech nam Twa łaska świeci,A niech ma chlubę ojczysty krajZ swych przygarniętych dzieci.
Tyś nas opieką otoczył Swą,Pisklęta Twe bezpióre...Niechże się dusze nasze rwąW górę, ku światłu, w górę!
Ojcowską ręką błogosław nas,Otwórz nam serca bliźnie,A pozwól służyć, gdy przyjdzie czas,I Tobie i ojczyźnie!
Nauheim d. 30 kwietnia 1909.
Czy ty mnie słyszysz,Wiosenko,Czy ty mnie słyszysz,Że tam gdzieś w dali piosenkąI ciepłem dyszysz?
Czy ty mnie czujesz,Wiosenko,Czy ty mnie czujesz,Że tam gdzieś w dali swą rękąŁąki malujesz?
Czy ty mnie czekasz,Wiosenko,Czy ty mnie czekasz,Że tam gdzieś w dali z jutrzenkąPerły nawlekasz?
Czy ty mnie kochasz,Wiosenko,Czy ty mnie kochasz,Że razem z moją lirenkąPo rosie szlochasz?...
W kolebce z polskiej lipy kiedyś kołysana,Zrozumiałaś ty sercem tę wielką myśl Jana.Więc wcześnie poszłaś z sierpem i z pieśnią na żniwoI zebrałaś snop złoty, swą sławę poczciwą.
Dziś, gdy chleb z tego snopu rozdzielasz dla braci,Czemże ci ziemia twoja za miłość zapłaci?Gorzkie rosy ją poją — i mętne jej wody,I kwiatom jej brak słońca — i myślom swobody.
Przecież — gdy nas porzucisz, słowiku tej ziemi,Polecą, by się poić pieśniami twojemi,I serca nam polecą za chmurką tą ptaszą,Boś ty Polką prawdziwą, tyś chlubą jest naszą.
Na kwietne puchy, na ranka wiewKładę me palce, dobywam śpiew,Pieśń barw i woni,Którą ci wiosna w majowy dzień dzwoni.
Na orle pióra, na orli szponKładę me palce, dobywam ton,Pieśń światła, słońca,Którą do ciebie wysyłam za gońca.
Skowrończą w serce uderzył mnie pieśnią,Spłonął poranną nad łanem mym zorzą,Zapachniał skibą, gdy pługi noc prześniąI świtem orzą.
Cień jego skrzydeł z czarności padł borówNa czoło moje kojący i błogi.Zaświetniał w łąkach pod tęczą kolorówW miedzach mej drogi...
Wskroś słonecznego nad chatą promieniaSłyszałem trzepot i ciche ich bicie.I wiesz? Nie pustka błędnego marzenia,Rodzi go — życie!
I wiesz? Nie w górne on nosi się światy,Gdzie my błądzili oczyma łzawemi,Lecz między zboża i zioła i kwiatyLata — przy ziemi!
Jest — bajka. Bajka z rodu — prawdy jest odbiciemW tej tajemniczej toni, co zowie, się życiem.Nad tonią prawda stoi. Jasna i wysokaPani, dla śmiertelnego niewidzialna oka.W szumiącą falę bytu wieczną twarzą patrzy,A fala płynie, kipi, wre, mdleje, znów bucha,I niesie obraz prawdy bladszy, coraz bladszy,Im bardziej się oddala od praźródeł ducha,Aż uczyni się prawdy przesłoneczne licoMglistą wizją, przeczuciem, snem i tajemnicą.Mędrcowie, co na brzegu długim rzędem siedzą,Wypatrują jej rysy i zowią to wiedzą.Lecz poeta, ku zmiennej pochylony toni,W tęczowych, rusałczanych marzeń swych pogoniChwyta natchnionym wzrokiem to cudne odbicie,Które na fali swojej przynosi mu życie,I nie wie, oczarowan, że to prawda żywaI — bajką — tajemnicze zjawisko nazywa,I rzuca się w nurt za niem i póki tchu — płynieI walcząc z falą, śpiewa i dla bajki — ginie.
Ta tylko młodość wiosną jest,Co w wiośnie bierze pracy chrzest.Ta tylko młodość godna róż,Co śmiało szuka nowych zórz.
INTROIT.Do Boga mego, jak do żywej wody,Spragniony biegnę w czas błogiej pogody,Do Boga mego i do Zbawiciela,Co młodość moją duchem uwesela.
Do Boga mego, do Jego ołtarzy,Jak gołębica, dusza się ma waży.Od rzesz nieświętych jedyna mi drogaDo mego Boga!
KYRIE.Kyrie elejson — zmiłuj się, o Panie!Chryste elejson — winy nasze zmaż!Wejrzyj na ludu Twego pokajanie,Pokaż mu dawne swoje zmiłowanie,Ojcowską ku nam racz obrócić twarz...Kyrie elejson — winy nasze zmaż!
GLORIA.Niech śpiewa Syon! Niech brzmi ziemia całaOdgłosem hymnów i radosnych lir!O, chwała, Bogu na niebiosach chwała!A zbożnym ludom pokój tu i mir!
O, wstań, Łazarzu, z swojego barłogu,Wznieś w górę czoło, zrzuć śmiertelny kir!O, chwała, chwała na niebiosach Bogu!A zbożnym ludom pokój tu i mir!
GRADUALE.Na padoł smutków i boleściSwe życie Słowo zesłał Pan,I zstąpił zwiastun dobrej wieściI zakon został ludom dan!
O Chryste! Niechaj zdrój żywotaZe słowa Twego spłynie nam!A kiedy burza się rozmiota,Wśród dzieci Twoje zestąp sam!
CREDO.W mądrość przedwieczną, która światy tworzy,Słońca zapala, sieje blaski zorzy,Morza napełnia i gwiazd drogi strzeże,W Boga i w Ojca wszechistnienia wierzę!
W miłość najwyższą, co wzgardziła niebem,Z ludźmi się dzieląc gorzkim życia chlebem,W miłość, co krew swą dała nam w ofierze,W zbawcę ludzkości, w krzyż Chrystusa — wierzę!
W serc czystych Twórcę i Pocieszyciela,W światło, co wieki i ludy obdziela,W bóstwa z człowiekiem wieczyste przymierze,W Ducha Świętego, w Trójcę Świętą — wierzę!
Wiarą tą znaczę pierś i czoło moje,O, spraw to, Panie, niech przy niej dostoję,Ukarz, gdy lud Twój zasłuży na karę!Lecz nam pozostaw ojców naszych wiarę!
OFFERTORIUM.Ofiarę czystą i dar nieskalanyNiesiemyć, Panie, na zgładzenie win.Gdy gromem błyśnie Ojciec rozgniewany,Niech męką swoją przebłaga Go Syn.
Miłości oto najwyższej objata,Wszechmocy Bożej moc tajna i cud.Zdrój żywej wody obmywa grzech świataI chleb anielski nakarmia Twój lud!
O, przyjmij, Panie, ten kielich zbawienia,Bo nadszedł błogi litości Twej czas.I białą hostją Twego przebaczeniaI wszechmiłości obdziel wszystkich nas!
SANCTUS.W litości swojej dla nas niepojęty,Co słońc miljony masz u swoich nóg,O, święty, trzykroć święty, święty, świętyPan nasz i Bóg!
Serafów chóry, jak łan zboża zgięty,Gwiaździstem czołem biją w niebios próg.O, święty, trzykroć święty, święty, świętyPan nasz i Bóg!
BENEDICTUS.O podniesiony nn krzyżu, o Chryste,Wyciągnij ku nam przebite ramiona!Gdy duch w ciemnościach omdlewa i kona,Ty nad nim rozpal swe światło wieczyste!
O podniesiony na krzyżu, o Panie!Z otchłani wieków wołamy ku Tobie.Ty zbaw swe wierne, a nawiedź je w grobieI ducha ożyw i daj zmartwychwstanie!
AGNUS.O Zbawicielu, o Baranku boży,Coś wziął na siebie Ojca swego gniew,Kiedy nas pomsta wszechmocna zatrwoży,Gdy Pan prawicę ciężką swą położy,Bądź nam miłościw, o Baranku boży,Coś za nas oddał ciało Swe i krew!
BENEDICTIO.Na życie walki i na skon,Na pracę ducha i na trud,Na posiew dobra i na plonBłogosław, Panie, wierny lud!
Bądź w sercach naszych, w myślach bądź,Błogosław każdej chaty próg,Jednością wzmacniaj, zgodą rządź,Boś Ty nasz Ojciec, Ty nasz Bóg!...
............Bym anielskiemi umiał mówić słowy,By się z słów moich rajskie wiły kwiatki,Kiedy najdroższe polecam Ci głowy:Ojca i matki!
Jak drobny kłosek pod słońca promieniemWyrasta w ziarno do plonu, do życia,Tak ja z ich miłem na ustach imieniemRosłem z powicia.
Co wiem, czem jestem, co myślę, czem żyję,Wszystko mi przez nich objawia Twą chwałę,Źródło miłości z ich serca mi bijeNa życie całe!
Gdy ojciec dla mnie o kęs walczy chleba,Gdy matki błyśnie uśmiechem twarz blada,Wtedy Twój, Panie, z błękitów gdzieś, z niebaCień na mnie pada...
Wtedy to chciałbym skrzydłami lotnemiZa Twoim wielkim podążać przykazem,Wtedy to czuję, że oni na ziemiTwoim obrazem!
O, chroń mnie, Panie, bym kiedy złym czynemMiał ich zasmucić, zasępić im czoła!O spraw, niech czują, że dałeś im synemSwego anioła!
I drobne kwiecie płacze łzami rosy,I drobne serce boleść uczuć może...Smutno ja dzisiaj poglądam w niebiosy,Mój Boże!
Mówią, iż życie ciernista jest droga,I że nie zawsze przyświeca jej zorze...Ale ja ledwo odchodzę od proga,Mój Boże!
I jestem jeszcze, jak pisklę bezpióre,Co ostrych wichrów wytrzymać nie może,Osłoń mnie od nich! Odegnaj złą chmurę,Mój Boże!
Idę i płaczę, jak idą sieroty,W ciemności błądzę i sercem się trwożę...O, niech mi znowu zabłyśnie świt złoty,Mój Boże!
Wyjdę i klęknę na progu mej chaty,I głos podniosę z ptaszęty polnemi;Błogosław, Boże, te łąki, te kwiaty,Tę skibę ziemi!
Skowronki Twoje puść nad nią zaranne,Zbudź nam oraczy, gdy dzionek zaświta,I ros perłowych daj polom tym mannę,Gdzie wschodzą żyta!
Cichą pogodę na nasze spuść strzechy,Niechaj nam słońce nadziei zaświeci,I niech ojcowie zażyją pociechy,Patrząc na dzieci!
Tyś sam w mem sercu zaszczepił kochanieDla rodzinnego zagona i gniazda.O, niech im wzejdzie, mój Ojcze i Panie,Twej łaski gwiazda!
Ten jeden zakąt w Twych światów przestworzeUmiłowałem siłami wszystkiemi...Wysłuchaj głos mój, błogosław, o Boże,Tę skibę ziemi!
Mówią, o Panie, że pielgrzymom świętym,Gdy idą nocą w ciemności i trwodze,Złotym promieniem od gwiazdy odjętymPrzyświecasz w drodze.
Anioł przed nimi tę niesie pochodnię,Do białej lilji zatkniętą kielicha,A oni święci i boży przechodnieModlą się z cicha.
Aż ocknie jeden i drugi i trzeciZ dumań o Tobie i z szeptu pacierzyI ujrzy lilję, co idzie i świeciW pustej trzebieży.
I na kolana upadnie i drżąceRęce ku Tobie podniesie, o Boże,Coś stworzył gwiazdy i księżyc i słońceI złotą zorzę.
I ja tak, Panie, w ciemności tu stoję,I szukam drogi i patrzę dokoła...
O, zeszlij Ty mi Twojego anioła,Daj światło Twoje!
Jak w kielich lilji, tak zamknij w me sercePromień Twej gwiazdy, Twych blasków odbicie,A będę wierny tej Bożej iskiercePrzez całe życie!
Jeślim obraził, jeślim Cię zasmucił,Jeśli niebacznie odbiegłem od Ciebie,Wyciągnij dłoń swą, ażebym się wrócił,Ojcze mój w niebie!
Dziecko ja Twoje! Choć słabe, niekarne,Choć się z Twej ścieżki odbiję w bezdroże,Ku Tobie wołam, ku Tobie się garnę,Przebacz mi, Boże!
Obmyj mą duszę, wróć serce mi wolne,Niech znów Ci śpiewam pieśń chwały radosną,Niech będę czysty, jak lilje te polne,Co w niebo rosną!
Otrząśnij skrzydła Twojego aniołaZ ziemskiego pyłu i z ziemskich dróg błota,I niech mu znowu zabłyśnie u czołaGwiazda Twa złota!
Idą dzieci, niosą kwiatki,W dom rodzinny, w miłe wrota...Lecz ja nie mam ojca, matki,Jestem sierota!
Matka gładzi włos u czoła,Ojciec o chleb się kłopota...
Ale na mnie nikt nie woła,Bo ja sierota!
Uścisk matki ze snu zbudzi,Ojca uśpi je pieszczota...Ja wśród obcych żyję ludzi,Bom jest sierota!
O mój ojcze, matko miła!Wieczna do was ma tęsknota...Cicha kryje was mogiła,A ja sierota!
Boże, co w błękitnym niebieMasz na słońcu dom swój złoty,O, przygarnij Ty do siebieSerce sieroty!
Otrzyj łzy, co z oczu płyną,Utul w smutku, co mną miota...Wszakże Boga jest dziecinąKażda sierota!
O, jak cicho, o, jak błogoSercu, które kocha Ciebie,Gdy je w pieczy swojej masz!Już noc idzie srebrną drogą,Tysiąc gwiazd błyszczy na niebie,Ojcze nasz!
Dzwon wieczorny w dali dzwoni,Milkną w gniazdach swych ptaszęta,Którym jutro słońce dasz;Wskroś zroszonych kwiatów woniPłynie ziemią cisza święta,Ojcze nasz!
Sen znajduje muszka licha,Sen otula polne zioła,Ty nad niemi trzymasz straż.I nasz domek już ucicha,Do pacierza matka woła,Ojcze nasz!
Ty skrzydłami anielskiemiOsłoń lądy, osłoń morza,Zwróć ojcowską ku nam twarz!Niech wieczorna cicha zorzaTchnie spokojem po tej ziemi,Ojcze nasz!
Modrą się wstęgą toczą jasne zdroje,Szumi gaj młody i trawy na łanie.Za życie ziemi i kwiatów i mojeDzięki Ci, Panie!
Słońca my Twego czekali z tęsknotąPrzez długą zimę, przez śnieżne zawieje,Aż nam jaskółki przyniosły wieść złotą,Że wiosna dnieje.
I serce moje tak śpiewa, jak ptaszę,I wzrok w błękity ku Tobie ulata...Czuję, jak wieje nad pola, nad nasze,Chrystusa szata.
On to znów stopką najświętszą Swą chodziPrzez nasze miasta i łany i wioski,A Jego śladem kwiat cudny się rodziI spokój boski!
W powiewach ranka, w piosence słowika,W rozkwitłych lasów szumiącej zieleni
Słyszę głos Jego, co ziemię przenika:— Błogosławieni!
Błogosławieni, co w każdą tu wiosnęŚwiat obsiewają czynami pięknemi.Błogosławione i dziatki, co rosną,Jak kwiaty ziemi!
O Chryste, któryś żyjąc na tej ziemi,Łzy nasze widział i naszą niedolę,Oto za ludźmi, za braćmi swojemi,Głos dziś do Ciebie podnosi pacholę!
Matka to moja mówiła mi droga,Że pacierz dziecka anielskie ma pióra,I pierwszy z ziemi przylata do Boga,Gdy nad nią nieszczęść zamroczy się chmura.
O, usłysz głos mój! O, przyjmij błaganie,Za tych, co żyją w żałości i w męce,Za tych, co sami strudzili się, Panie,Daremnie wznosząc ku niebu swe ręce!
Za tych, co łakną i chleba i słońca,Za tych, co idą w pielgrzymkę tułaczą,Za tych, co krzywdy nie widzą swej końca,Za uciśnionych, co milczą i płaczą.
Za biedne dziatki z pod nizkiej gdzieś strzechy,Za tych, co w pocie dźwigają swe brzemię,Za opuszczonych, pragnących pociechy,Błagam Cię, Panie, za całą tę ziemię!
O, spojrzyj na nią! O, przykłoń jej ucha!Niechaj nadziei w Twe słowo nie traci.
Wszakże najrychlej Bóg dziecka wysłucha,Gdy nie swojego chce szczęścia, lecz — braci!
Na starych grobach, gdzie ojcowie moiSpoczęli, życiem strudzeni tułacze,Klękam pod krzyżem, co nad nimi stoiI płaczę...
Boże! Tyś widział, jak idąc do Ciebie,Padali nieraz wśród głogów i cierni,A przecież z wzrokiem, utkwionym w Twem niebie,Szli Tobie wierni!
Tyś widział, Boże, jak zgięci cierpieniem,Nieśli do śmierci niewoli swej brzemię,Jak pod Twem okiem i z Twojem imieniemKładli się w ziemię...
O, spełnij, Panie, ich ciche nadzieje!O, daj, niech jutrznia zabłyśnie im złota,Nad polem śmierci niech jasność zadniejeŻywota!
Wiem, że dzień przyjdzie, gdy każdą mogiłęOdemknie dłoń Twa, przed którą się korzę...O, zbliż go ku nam! Daj czekać nań siłę,O Boże!
Z wspólnej nam ziemi wyrośli, jak kwiaty,Wielbiący Stwórcę we wspólnej nam mowie,Do was ja wołam, Święci Młodziankowie,Przyobleczeni w zórz bożych szkarłaty.
O Kazimierzu! Królewiczu miły,Coś lilję serca na ołtarz dał Boga,
Świeć mi przykładem i użycz mi siły,Bym szedł Twym śladem, choć trudna jest droga.
O Stanisławie, o cudne pacholę,Coś ród swój Kostków mianował imieniem,Dłoń swoją bratnią na mojem złóż czoleI ducha rozpal łaski twej promieniem!
A Ty, o Pani, co nasze dąbrowyI strzechy świętą błogosławisz ręką,Hetmanko starej naszej Częstochowy,Wzejdź nam w noc smutku przejasną jutrzenką!
Niechaj to czujem, że nad ziemią nasząPołyska Twoja gwiaździsta korona,I niech nas żadne przygody nie straszą,Zdrowaś Maryo i błogosławiona!
Kiedy Pan Jezus żył jeszcze na ziemi,I uczył prawdy, co nam z nieba świeci,To się — bywało — otacza biednemi,A wiele matek niesie mu swe dzieci,Aby kładł na nie modlitwę i ręceI błogosławił ich latka dziecięce.
Więc raz, kiedy się tłum dzieci przygarnie,Ten i ów z Uczniów pacholę ofuka,Że takie śmiałe i że tak niekarnieCiśnie się społem i ładu nie szuka.A nasz Pan Jezus, słysząc to fukanie,— Dajcie — rzekł — dziatkom zbliżyć się w pokoju;Bowiem, zaprawdę, takich jest mieszkanieW niebios podwoju! —............
Chryste! Gdy czytam te boskie Twe słowa,Jedną mam prośbę i jedno błaganie:Niech mnie ich świętość od zmazy zachowa,Dziecięciem Twojem daj zostać mi, Panie!
...Wielka godzina, godzina tworzenia...Stare się formy wytliły i gasną.Ośmiel się mistrzem być! Dotknij kamieniaI piękność ducha wieczystą a jasnąWszczep w nowe kształty potęgą natchnienia.W czyn przekuj siłę, a w siłę — myśl własną,A wiedz, że idą dnie wielkie i hardeI że dla słabych sam Bóg ma pogardę.
Wielka godzina! Kto słyszysz jej bicie,Wstań a czyń. Drugiej nie będzie dla ciebie.Ogromną falą uderza w nas życie...Kto silny, niech ją podgarnie pod siebie,Niech się wyciągnie w słonecznym błękicieMłodości swojej, niech w cieniach nie grzebie.Niech wie, że ziemia czeka, pełna drżenia,Na wzlot każdego orłów pokolenia!
Jaskółeczka smętnie nuci.Skrzydełkami wiatr rozmiata...Wie, ot, z gniazdka że wylata,Ale nie wie — czy powróci.
Myśl się moja mgłami ścieleNa te pola, na te łąki,Gdzie liijowe kwitną dzwonki,Gdzie złociste brzęczą trzmiele.
Zapatrzony, zasłuchany,Nic nie widzę dookoła,Tylko nasze ciche łany,Tylko nasze zbożne sioła.
Co bolało — już nie pomnę.Ognie zgasły, przyschły rany...Tylko szumy gdzieś ogromneSłyszę z ciszą naprzemiany.
Kosowica z brzękiem płyniePrzez pszeniczne, złote szlaki;Słońce jarzy się w kalinie,Lecą pieśnie — niby ptaki...
To rozhuknie echem niwa,To zaśmieje się, jak żywa...A jak trzcina, grube kłosyZ chrzęstem lecą na pokosy.
Hej, gromada, wy, gromada!Czy o bracie zapomnieli?...Cichość... nocka przędzie bladaSrebrne nici swej kądzieli.
Już najgorsza taka droga,Już najgorsze takie wrota,Co wywodzą z twego proga,Chato moja! — Moja złota!
Już najkrwawsza taka zorza,Najsmutniejsza taka dola,Co wypędza het, za morza,Z swojej ziemi, z swego pola.
Choćby ci też gdzie świeciłyTrzy księżyce i trzy słońca,Już ty własnej nie masz siły,Już twa dusza jest mdlejąca.
Choćby tobie dwoje żniwo,Choćby w żniwie dwoje plonu,Zawsze tęsknisz do zagonu,Coś go orał sochą krzywą.
Zawsze dusza ci uciekaZa te góry, za te wody,Zawsze chata ci daleka,Jak chleb, pachnie i jak miody.
I z ptaszyną oną lotną,Co po skraju niebios płynie,Duszę puszczasz swą samotnąKu zagrodzie... ku rodzinie...
Oj, ty morze, sine morze,Oj, ty drogo korabiowa!Z trudna tutaj się uchowa,Co wyrosło na ugorze.
Mocym pozbył od tęskności,Dech wydychał za swojemi...Truchleją mi oto kości,Że na obcej legną ziemi...
Żeby chociaż jeden dzionek,Choć ostatnie piersi tchnienie...Choć śmiertelny z wieży dzwonekNa wieczyste odpocznienie...
Żeby chociaż trumna z sosny,Co wyrosła w naszym boru...Żebyż hejnał on żałosny:»Niebieskiego Pani dworu...«
Żeby chociaż krzyż u drogiNa ostatnie te noclegi...Żebyż wiosną białe głogi,Żebyż zimą białe śniegi...
Cicho gasną złote zorze,Wiatr porywa moje słowa...Oj, ty morze, sine morze,Oj, ty drogo korabiowa!
Jać nie byłem nigdy za tem,Żeby gdzieś wędrować światem,Jać się trzymał, jak jemioła,Żywiciela mego sioła.
Świeciły mi różne zorze,Ta gasnąca i ta złota...A kto kiedy wiedzieć może,Jaka burza nim pomiota?
Poiły mnie różne zdroje,Jeden śmiercią, drugi mocą,A kto przyśni, choćby nocąWszystkie ciężkie drogi swoje.
Oj, ptaszyny wy lecące,Wy żałosne wędrowniki!Leciałby ja — gołąb dziki —Tam... za wami... pod to słońce...
Pod to słońce, pod te blaski,Pod jutrzenne te kolory,Na mazurskie nasze piaski,Na sosnowe nasze bory...
Leciałbym ja dniem i nocąPod gwiaździstem onem niebem,Na te łany, co się złocąMazowieckim naszym chlebem.
Co po chlebie — kiedy dławi?Co po miodzie — kiedy truje?
Czasem to ci tak sumuję,Że jak żywa mi się jawi.
Ona dawna moja bieda,One dawne ciężkie znoje,Ono wszystko drogie moje,Co nawrócić się już nie da.
Oj, wziąłbym ja dziś na siebieI nie takie jeszcze brzemięI o czarnym kopał chlebiePłonny ugór... płonną ziemię.
Oj, wziąłbym ja na ramionaI nie takie jeszcze krzyże,Bylem wiedział, ty, rodzona,Że do ciebie się przybliżę...
Jako czajki te nabłotne,Za łąk twoich drżę zapachem...Dajże czoło mi samotneUkołysać pod twym dachem!
Tu bo serca nic nie bawi,Nic tu duszy nie lubuje...Co po chlebie — kiedy dławi?Co po miodzie — kiedy truje?...
Nockę jedną, nockę drugąSioło mi się śni ojczyste...One olsze ponad strugą,One lipy rozłożyste...
One lasy, one knieje,One dęby pradziadowe...
I aż chwytam się za głowę,I aż w piersiach coś się dzieje...
Pod okiścią stoją bory,Drobny śnieżek puchem prószy,Jamnik wietrzy lisiej nory,Huk siekiery słychać w głuszy...
Aż tu patrzę — wiosna wstaje,Młody liść się winie drzewem,Brzmią dąbrowy, brzęczą gajeRozhukliwym ptasim śpiewem...
Ja się budzę cały w męce,Pot na czole stoi rosny —I wyciągam obie ręceDo tej zimy — do tej wiosny...
Czasem oto zmierzchem klęknę,Przeżegnam się do pacierzy,A gdy w cichość głos uderzy,To aż w sobie się przelęknę.
I już dusza taje rosą,Jak gdy słonko szron zagrzeje —Już się echem pieśnie niosą,Co je lud pod krzyżem pieje...
Za daleką gdzieś drużynąJąkam: Święty! Święty Boże!A u stóp mi falą sinąHuczy wielkie, gniewne morze...
Oj, ty ptaszę wichrem gnane,Ty jaskółko czarna, hoża,
Nigdyż patrzeć nie przestanę,Tam — za góry, tam — za morza?
Od godziny do godzinyTęskna w duszy bije troska:Gdzie to dym mej chaty siny,Gdzie to cicha moja wioska?
Jaskółeczka na skraj gniazdaPiersią pada, tuli dzieci,A mnież błędna moja gwiazdaDo mogiły gdzie doświeci?...
Imię twoje nie było »wiosna« ani »róża«,Ani w łunach po niebie chodząca »kometa«,Ani pełna jasności błyskawicznej »burza«...
Ale na pierwsze imię było ci: »kobieta«I nosiłaś je czystym jak gwiazdę na czole;A drugie: »siostra smutnych«, a trzecie: »poeta«.
Które ci najpiękniejszą dało aureolę,Któż zgadnie? — Cisza grobu twego odpowiada,Że każde z nich jest rzadkiem na tym nędz padole.
Tylko tam, gdzie od wieku bije łez kaskada,Na ziemi dawnych smutków, nad stare mogiłyWschodzi, raz w sto lat może, taka gwiazda blada,By świecić tym, co idąc, dech tracą — i siły.
Kiedy mi los posagiem w światDawał swe dary:Młodości wdzięk, urody czar,Dostatek mienia,Słyszałam głos: »Błogosław tySzczodre ofiary,Któremi Bóg poranny świtTwój opromienia.
Bo oto — dłoń przyjazną ciPodaję tobieI bratni duch za tobą w śladPójdzie przez życie —I otrze łzy, ukoi żal,Kiedy w żałobie,Straciwszy skarb w podróży tej,Zapłaczesz skrycie«.
Ufałam ja — i słów tych dźwiękPieścił me uszy;I przyjaźń mi siostrzanych licNigdy nie kryła.W pomyślnych dniach rozkoszy sny,Uśmiechy duszy,I myśli skarb — i szczęścia cudJam z nią dzieliła.
Aż w drodze mej zgubiłam kluczOd tego wiana...Płakałam — lecz pociechy zdrójZ przyjaźni płynie,Wyciągam dłoń: O, pomóż mi,Siostro kochana!Lecz ona mnie nie znała jużW czarnej godzinie.
Truchleję...Ta straszna burza,Co w cieniach nurzaPrzeczyste słońca blaski,Reszcie stworzeniaZechceż zbawieniaDać z swojej łaskiNadzieję?...
Kto legnie?Czy dąb zsiwiały,Czy narcyz białyW ogródku mym na grzędzie,Gdy z chmur wulkanuPosłuszny PanuPiorun w zapędzieWybiegnie?
Jak parno...W duszącej ciszyUcho me słyszyRozmowę żywiołów wrogą...Ta chmura lężeBłyskawic wężeI śle je drogąPolarną. —
Na Boga!Spiesz się, jaskółko!Nim jeszcze kółkoSkrzydły opiszesz czrnemi,Schwyci cię falaOd gniazdka z dala,Bo dziś na ziemiPożoga...
Ratunku!Błyski oblałyTen domek małyI niebo nad nim płonie...Biada! o, biada!Już grom wypada,Szuka w tej stronieKierunku...
Jehowo!Gromy, pioruny,To tylko struny,Na których gra przyrodaPieśń Twojej chwały...I gdzież jest śmiały,Co do niej dodaSłowo?...
Czara morza opalowaWzbiera pełnią wód...Tak młodzieńcza pierś i głowaRoi życia cud.Morze spławia z tajnej głębiSkarby swe na brzeg —Tam je wschodni wiatr wyziębiLub zabierze człek.Równem prawem przyrodzeniaPchnięte w wieczny ruch,Nasze chcenia i marzniaWznosi przepływ-duch...Młoda pierś, jak morze, ciskaŚwietlnych pianek skry —Z koralowych żądz łożyskaZrywa pączki-sny...
Morze cofa swoje wody,Mgleje przypływ fal;Zapaleniec stygnie młody,Życie biegnie w dal...Brzegiem morskim siane szczątkiWilży opar mgły.Smutny zbiera snów pamiątki,Roniąc perły-łzy...
W koło serca narodu, jak struna drgająca,Owinięty, rozdźwiękasz głosami tysiącaLir, które w piersiach naszych nieświadome drzemią,Niby senne skowronki nad złocistą ziemią.I każda twego ludu krwi serdecznej falaW dźwięk się w tobie — i w okrzyk — i w hasło skrysztala,I w cichy błękit leci, jak orłowe szumy,Albo czarnych jaskółek uskrzydlone tłumy.
Ja nie wiem, czy ty jesteś pieśniarzem, co trącaW żywe serce narodu, jako błyski słońca,Które kiedyś budziły Memnony kamienne,Dobywając z ust bladych jakieś szepty senne,Jakieś szmery — i wróżby - i jęki — i płacze,Tak, że śpiący pod nimi zdumieni tułaczeBudzili się — i patrząc na martwe te ciosy,Mówili: »Oto żyją! Oto mają głosy!«Czy też sam jesteś złotą lirą, która stoiJak duch jasny, u czarnych grobowca podwoi;I nie wiem, czy ty jesteś Nestorem, co zbieraNa niwie dziejów naszych rapsody Homera,By snop swój, złotym kłosem przepełniony cały,Związać na bujnem polu narodowej chwały;Czy też sam raczej jesteś i barwą i wonią,Które wśród łąk skoszonych kwiaty nasze ronią —
Promieniem, który z słońca naszego wytryska,I szumem naszych lasów i ciepłem ogniska,Kształtem i formą bytu naszego w przestrzeni,I królewską purpurą, co świt nam rumieni,Światłem i cieniem naszym, wiernym, jak odbicie,Co w łzach prawnuków — przodków odzwierciadla życie,Pieśnią, którą nam śpiewa wędrowna ptaszyna,I chlebem rozłamanym — i puharem wina.
W ziemi naszej, jak w bujnym, rozrytym ugorzePosiałeś złote ziarna, przyszłe żniwo Boże...I nie było zagonu, ani ziemi grudki,Gdziebyś ty nie zostawił modrej niezabudki.Dotknąłeś ręką czarnej, nierozbitej bryły,Kędy blady kłos żyta wzrost bierze i siły —I wnet, jako mak polny, w błękity podany,Zakraśniał cień Jaryny, Motruny, Ulany...Dotknąłeś smolnych lasów, okopconych, czarnych,Gdzie pnie sosen i serca dymią, jak ofiarnychOłtarzy znicze stare — i wnet pustka dzikaDrgnęła klątwą i jękiem siwego Budnika.Z twardej doli, co w pocie zdobywa kęs chleba,I z dziecka ocząt modrych, jako skrawki nieba,Co nawet nad nędzarzem błyskają wesołe,W ciche majowe świty — stworzyłeś Jermołę.Twój Kordecki na wałach — i twój Stary sługa,Jak spłowiały gobelin, z przeszłości gdzieś mruga.A Radziwiłł — i złote Zygmuntowskie czasy,Chrzęszczą jak stare kordy, kontusze i pasy.Ty, kiedy dotkniesz ręką krwawej jakiej rany,Zapuszczasz w samą głębię swój pion ołowianyI szukasz jadu, który aż na dnie gdzieś siedzi —I trzęsiesz sumieniami, jak ksiądz na spowiedzi.
Ty stawiasz nam przed oczy rozbite zwierciadło,W którem widzimy butę rodową upadłąI długi szereg cieniów, co pokutne klęczą,Snując umarłą wielkość, jako nić pajęczą...I słyszymy pieśń straszną, jak żałobne chóry,Którą na własnych grobach pieją Morituri.W dniach smutku własne serce wydobyłeś dłoniąZ rozdartych swoich piersi, co krew i łzy ronią —I wykułeś z tej żywej i drgającej treści,Jako Niobe kamienną — swe Hymny boleści.
Ty przed ludem swym idziesz, jako słup przewodni,Co w dzień świecił mgły srebrem, w noc złotem pochodni,I jesteś jako żóraw, co w błękity, przodem,Przed długim, jako sztandar, leci korowodem...I jesteś jako sternik, co patrzy z wysoka,Gdzie wir, gdzie zdradna rafa, gdzie sterczy opoka;I jesteś jako strzała, co w chmurę gromowąRzuca ognistym błyskiem Ostatnie swe słowo.I jesteś jako stary patryarcha rodu,Co duchy wnuków tuli od głodu i chłodu —I zbiera je przy sobie w jedno spójne koło,I wśród nich — jak obelisk biały, wznosi czoło.Ty jesteś wielką, srebrną ziemi naszej rzeką,Co niesie naszych dębów korony daleko...I przepływa kraj pszenny, grzmiąc pieśnią flisaczą,Lub w cichych spada jękach, jak ci, którzy płaczą.Ty stoisz, jak wódz wielki, co siłę zbiorowąZamyka w błysk źrenicy — i w piorunne słowo...I jesteś jak krew w żyłach, co tętna porusza,Jak oddech naszych piersi — i jak nasza dusza!
Ten, kto w życiu sierocą okrył się żałobą,Śni, że znowu ma ojca, gdy stoi przed tobą;A kto płacze nad ducha własnego rozbiciem,Przeżegnany twą ręką, znów godzi się z życiem.
Więc błogosław dziś, ojcze dostojny, sędziwy,I kwiaty nasze w pąkach — i obsiane niwy —Duchy słabe — i duchy wytrwałe i silne...I nadzieje przyszłości — i prochy mogilne —I serca, co się karmią tłumioną boleścią...I czoła dzieci twoich — schylone tu z cześcią!
MACIEJ RAWA.Drew mi nie żałuj! W narożnej komnacieNarządź posłanie dla księdza; a z ranaDo mszy ze dzwonkiem, ty — i Michał drugi! —A wara w kułak śmiać się, jak grzechotka,Bo, jak Bóg w niebie, grzbiet z pletnią się spotka!
KOZACZEK.To z zakrystjana, proszę jegomości...Tak przez nos śpiewa...
MACIEJ. No, no! z zakrystjana...Już wy tam zawsze jakieś przypadłościPomiędzy sobą, infamisy, macie. —A czy to nie wiesz, przed kim do posługiStajesz w kościele? — Hę? co?... to nie żarty.
To jest Majestat Boży! — (zapala światło) Te świecznikiZanieś na skrzydło!(oddaje chłopcu dwa ciężkie, srebrne, kilkoramienne lichtarze,chłopiec wychodzi)
— A zagaś je znowu,
Lecąc na oślep! —(chwila milczenia; zwraca się do Jana Ponowy, leśnika starosty,zajętego czyszczeniem kordelasa w bogatej oprawie) — Tak mi się coś zdawa,Że cała wasza jutrzejsza wyprawaNa owe w lasach podkomorskich dziki,Te sfory gończych i kundle i charty
Zostaną doma —PONOWA. Co znów waść? —
MACIEJ. Pan chory,Jeszcze się z jednej nie wylizał biedy...A wam się żąda nowego znów łowu...W domu apteka, mastyki, doktory,I jakieś smutki i kwasy... Od kiedyWrócił z festynu od referendarza,Chodzi, jak struty, i w oczach mi gaśnie,
W jakimś frasunku i w jakiejś tęsknocie. —(trzęsie głową)Źle! źle, mój panie Ponowa!...
PONOWA. Toż właśnieMuzyki lasu rzeźwiącej mu trzeba!Kniei i trąbki i echa... i graniaŁowieckich haseł, ogarów... i niebaZ jesiennym wichrem... i konia, co w locieZiemi zaledwie dotyka, jak ptaszę...A tuman z drogi i z myśli rozgania!...Właśnie się dobrze obława nadarza! —Pan się rozsmuci...
MACIEJ. I!... co mi tam WaszePrawisz! Rozsmuci!... Ot, także medyki!...
Lasu mu trzeba!... Zapewne nabojuDrugiego w ramię, jak ongi!... MuzykiKniei! ogarów! — A toć już z dalekaCzłowiek aż głuchnie, wyszedłszy ze dwora;Tak to sobactwo ujada i szczeka,
Nawet Zdrowaśki nie zmówisz w spokoju...(sentencjonalnie zażywając tabakę)A ja powiadam memu Jegomości:Innego tutaj lekarstwa potrzeba...I niebieskiego podobno doktora,Boć wszystkie smutki te i te tęskności,Co ćmą się niosą, jak tatarskie strzały,Stamtąd!... o!... z gniazda kalwinów powstały...
(ukazuje palcem)A was tam jeszcze coś ciągnie!
PONOWA. Do licha!Co mi tam patrzeć, jak Boga kto chwali,Jeżeli pełno dolewa kielicha,A na obławie w sam łeb dzika wali —Po katolicku! —
MACIEJ. Tfu, do paralusza!...Waćpan mi bluźni! Waćpan nie pamięta,Że szlachcicowi religia rzecz święta!...
Że...(Ponowa się śmieje. Maciej, spostrzegłszy to, mówi) ...To nie śmiechy! —
PONOWA. A niechże ja waściTak się napatrzę!... Czy by też kto wierzył,Że w starym taki animusz i dusza?...
Ot, gdyby przyszło do jakiej napaści,
Waśćbyś wystrzelił wpierw, nim jabym zmierzył.(Maciej słucha zamyślony)No! bez frasunku!... Jak gadać, to szczerze!(zbliża się i mówi z cicha)Pana nie żadne kalwińskie pacierzeWabią w gościnę; ba! nawet nie dziki,Choć tak gwałtownie rozgorzał do kniei...Innej on szuka i żąda muzyki,Nie echa rogów łowieckich! Ja bacznieUmiem poglądać... to proszę Aspana,Nieraz widziałem, że stał na polanie.Jak niepamiętny, choć palba grać zacznieI zwierz na niego wychodzi, Mosanie.Głowa spuszczona, twarz smutkiem oblana.Właśnie jak człowiek, co nie ma nadziei —To wszystko idzie z afektu...
MACIEJ. Co, Wasze?
PONOWA.Cóż się Waść zrywasz?... Czy Turkiem was straszę?Czy Tatarzynem?... At! bieda prawdziwa,
Kiedy kto dyskurs nie w porę przerywał —(Zabiera się do czyszczenia broni)
MACIEJ.
Dla Boga, mówcież! Wszak ja nań z maleńkaDmuchał i chuchał; ot, jak mnie widzicie,Takem go temi piastował rękami —Takbym za niego dał stare to życie!...Nie dziw, że serce wszystkiego się lęka,Kiedy miłuje! — To mówcież!
PONOWA. Bóg z wami! —
Powiadam tedy, że cała ta biedaIdzie z afektu do Imć panny Ewy. —
MACIEJ.Matko Chrystusa!... a toćże pan staryNigdy kalwinki poślubić mu nie da!
A czy to w Polsce nie stało już dziewy!..(Reszty brak).
Las — okolica pusta — zmierzch.
EWA.Nie!... Nie Chcę! Nie Chcę!
PAN.Ewo, moja Ewo!Jeden całusek...
EWA.Taj puszczajcie, Panie!Ojciec drwa, rąbie... Będę krzyczeć...
PAN.Cicho!Cicho, poganko! Będziesz ty rozbudzaćO jeden całus wszystkie leśne echa?Miejże też rozum! Posłuchaj mnie tylko...No, nie rwij się tak! Nic złego... posłuchaj!Czy wiesz ty, na co ty rozkwitłaś, dziewko?Na to rozkwitłaś, żeby cię chłop nędznyMógł bić tak samo, jak swe bydlę bije,Kiedy pijany powraca z jarmarku,Żebyś dźwigała worki, pełne mlewa,Na tych ramionach gibkich, jako trzcina...Żebyś schylona do ziemi, chwast pełłaI brudne dzieci nosiła...
EWA.E!... Zaś tam!...Mnie ta nie pilno pod czepiec. —
PAN.Posłuchaj.Jeżeli kochać mnie będziesz, ja, dziewko,W moim ci dworze dam białą świetlicę,Wstąg ci nakupię kram cały złocistychI do roboty zaganiać nie będę.Tylko mnie kochaj... kochaj...
EWA.Puśćcie, Panie!
PAN.Cicho, ty wiedźmo! Czego krzyczysz?
EWA.Ale!A nie widzicie, jak to na wyrębieTa osiczyna drży ze strachu o mnie?Ta osiczyna to jest moja siostra,Bom ja w chałupie u tatusia jedna.A nie widzicie, jak się ten dąb trzęsie,Jakby chciał podnieść sękate ramionaI mnie obronić... To jest brat mój, Panie,A nie widzicie, jak mgła wstaje sina,Żeby mnie zakryć swoją chustą białą?To matki mojej duszyczka, co w niebieSpokoju przez nas nie ma...
(płacze)PAN.Dziewczę moje,Nie płacz, bo myśleć będę, że to gwiazdyPłaczą nad ziemią brylantową rosą...Nie płacz... Stój chwilkę... Ja twą stopkę bosąChcę zapamiętać, bo tutaj rozkwitnieJutro konwalja leśna, gdzie ty stoisz.No, nie uciekaj! Czego ty się boisz?
EWA.Was, Panie... Nocki, co na ziemię spada —Tego puszczyka, co się tam odzywa...Ogników z bagna, co są ognioduszki...Ojca... taj Boya...
PAN. A masz ty kochanka?
EWA.E!... Skądby znowu!...
PAN. Skądby?... Z tych wiosennychTchnień, co te brzozy kołyszą do spania,Z wieczornych tęsknot, z uśmiechów poranka,Z echa, co piosnki twoje w dal roznosi,Z pieszczot tych ptasząt, co gniazdeczka ścielą,Z jasnych warkoczy twoich przędzy lnianej,Z czarności twoich ocząt... z rzęs spuszczonych,Z bieli twych ząbków... z purpury twych ustek,Z tego westchnienia, co nie wiedzieć czemuPodnosi piersi twe dziewczęce... Z paryZ oddechu.... z skrzypek, z rumieńca przy tańcu,Z grania fujarek... Z łąk skoszonych woni...
EWA.Z tego wszystkiego miałby zaś być... niby...
PAN.Tak, tak! Uśmiechnij się jeszcze! Dziewczynę,Jak ty, prześliczną Pan Bóg na to stworzył,Żebyś się ludzkim oczom uśmiechała,Jak zorza!... I cóż? Czemuż się nie śmiejesz?
EWA.Nie mogę, Panie. Tatusia się boję.Tatuś mnie bije, kiedy na przełazku
Śmiech mój zasłyszy. Choć ja tam nie taka,Jak druga, żeby chłopców wabić śmiechem.Do płaczu częściej mi, niźli do śmiechu.Sierockie życie...
PAN. A kto cię całuje?
EWA.Ktoby zaś znów mnie miał całować!
PAN. Pewno?
EWA.Chłopcy mnie zowią hardą Jewką.
PAN. A mnie,Gdyby mi ciebie ojciec oddał, tobyśCałować chciała? Tobyś nie płakała?
EWA.Taj, czego, Panie? Wybyście nie bili.
PAN.Jabym całował... całował... całował...
EWA.Puszczajcie, Panie!
PAN. Widzisz! ty mnie nie chcesz!
EWA.E!... Ktoby nie chciał jasnego miesiąca,Albo słoneczka złocistego... AlboTej modrej gwiazdy?...
PAN.Więc czemu się boisz?
EWA.Bo wy mnie, Panie, obronić nie chceciePrzed wstydem...
PAN.Co ty?... Jaki tam wstyd!
EWA. Ale!...
PAN.Posłuchaj, Ewa! Ja przyjde wieczoremDo twojej Chaty... Cóż, mam przyjść? No, jakże?
EWA.Do chaty, Panie? Chata jest strzeżona!
PAN.Któż to jej strzeże tak? Czy ojciec stary?
EWA.Najpierw jej strzeże Jezus miłosierny,Co tam na krzyżu czarnym jest rozpięty,A koło krzyża głóg roście kolącyI broni drogi do chaty... I bocian,Co się na dachu ściele, tak klekoce,Jak stróż kołatką... I płot nasz chruściany,Co myszkę polną ledwo że przepuści,Albo jaszczurkę... A potem te wrota,Co tatuś, idąc, schyla pod nie głowęBiałą, jak jabłoń, kiedy stoi w kwiecie,I próg lipowy, co na nim we świętaSiadają, gwarząc, gospodarz starzy,A potem żóraw, co u studni skrzypi,
Z burzą mi spadasz! Myślałbym, żeś przebyłPrzestrzeń, dzielącą cię od Aleksandrji,Na chmurze, jako na czarnym rumaku...Żeś go popędzał wichrem, jako biczem...I żeś błyskawic ostrogi złocisteW obadwa boki wbijał mu zdyszane...Cały gościniec od Nitrji aż tutajGrzmiał pod kopytem twojego rumaka...A nawałnica, rwiąc cedry i palmy,Długim ich włosem zmiatała twą drogę...Przybywasz wreszczie, ajko duch, z rozwianymNa wiatr kapturem...
(grzmot wzmaga się) ...Grom wita cię salwą!
AMONIUSZ.(młody mnich z gór Nitryi)Ach, co słów próżnych! co słów!... cicho!... cicho!...Może ktoś słyszeć...
PIOTR. Co? przez Boga w niebie!Taki w naturze dzisiaj straszny zamęt,Że ledwo mogę usłyszeć sam siebie...Czyś ty zapomniał, że ja od lat pięciuKrzyczę w obadwa głuche miasta uszyWyjątki z Pisma?... Głos mi się naciągnął,Jak bęben... musi grzmieć, gdy go poruszą
AMONIUSZ.Cóż tu nowego? Wezwałeś mnie...
PIOTR. Słuchaj,Wszystko wre w mieście... lub kipi, jak wrzątek...Oddechy parą są rozpłomienioną...Myśli — ukropem... słowa — sykiem żaru,Kiedy nań padnie jadu lub krwi kropla...Niema dnia tego — i niema tej nocy,Żeby morderstwa czerwona kometaNie przeleciała nad miastem wzburzonom...Od czasu, kiedy padła synagogaPod toporami chrześcijan, sprośni ŻydziW zemście się swojej złączyli z pogaństwem...Wczoraj w ulicy, dziś w amfiteatrze,A jutro może w pałacu biskupaZnajdziesz nóż krwawy, mordercę i trupa.
AMONIUSZ.Jakto, na Boga! czyż braknie wam siły,By zgnieść garść nędznych, rozproszonych pogan,Którym zwalono ołtarze — i bogi —I których szczuje prawo, jako zwierza?
PIOTR.Nie tak są słabi, jak mniemasz; ich siłaTkwi jeszcze w każdym odłamie kamienia
Zburzonych świątyń — i zda się przenikaćCałe to miasto tchem jakimś subtelnym,Który głów tyle odurzył... GnostycyKogóż wydała sławna nasza szkołaKatechetyczna?... Tytusa Klemensa,Którego w rzędzie swoich filozofówHellenizm może policzyć bez błędu;Orygenesa, który całą siłęPotężnej swojej wymowy obracałNa to, by błahy platonizm zjednoczyćZ wiarą w Chrystusa: Justyna, co mniemał,Że filozofia grecka jest tą drogą,Która prowadzi wprost do objawienia...I innych wielu, których już pomijam.Dziś, gdy ci mówią, że: »niema nauki,Którejby wiara nie wspierała« — nie wiesz,Czy przytaczają Arystotelesa,Czy też proroka... a z dysput uczonychWidzisz zbyt jasno, że pod wpływem tegoPowietrza, którem tak długo oddychałAleksandryjskich zastęp Ptolomejów,W znacznej się części zatarła różnicaMiędzy Chrystusa słowem — a Platona...Czy myślisz, że te arjańskie wywody
O Trójcy, albo błędy NestorjanówPowstaćby mogły w kościele, gdzie pychaAkademickich rozpraw jest nieznaną?Na Boga! jeśli każdy już w tem mieścieChce filozofem być, na co im biskup?Władza Cyrylla nie jestże złudzeniem?...
AMONIUSZ. Jakto? czyż biskup rozpuścił zastępySwojej milicyi, swych parabolanów,Swoich lektorów?... Czyż się o edyktaOprzeć nie może? — A oni, co?... GarstkaDuchów, żyjących bezpłodną ideą...Hufiec rozbity, pod mglistym sztandarem,W ostatnich szańcach walczący — bez wodza.
PIOTR.Bez wodza, mówisz? — Oni mają wodza...Silnego nawet wodza, jakem żywy!Widzisz na prawo od amfiteatruTen portyk biały?... to jest akademiaHypatyi, córki sławnego Teona.Tutaj się zbiera wszystko, co hołdujeO celach życia, o granicach wiedzy,O przedistnieniu dusz, o nieskończonemTrwaniu idei, o wolności duchów,O... słowem wszystkie te platońskie brednie,Co w Aleksandrji umysły nurtują,
Tu mają główne ognisko, z któregoTem sie potężnej i szerzej rozchodzą,Że je tak piękna i młoda kobieta,W płaszcz filozofów owinięta, głosi;Tu tłum młodzieży zuchwale roztrząsaWielkie pytania ożyciu i śmierci,Które do lekcyi koniecznych wykładu,Do Ekulipa i Archimedesa,Przebiegle mieszać umie ta poganka...Zaprawdę, mówię, że dopóki ona,Gronem wykwintnych Greków otoczona,Przemawiać będzie do podstaw rozumu,Dopóty w naszej biskupiej stolicyKazać nam przyjdzie dla gminu, w ulicy,I ograniczyć wpływy wiary — do tłumu.
AMONIUSZ.O małoduszny! czy zarosła droga,Którą poprzednik Cyrylla, Teofil,Prowadził zastęp ludu i wyznawcówNa Serapejon?... Czy stępiał ten topór,Co blade bogi zdruzgotał na strzępy?Czy uschły ręce te, które zburzyłySławną książnicę sztańskiej mądrości?Czy się pustynia z żarami swojemiOd murów miasta cofnęła? Czy niemaMnichów tych, którzy ze swoich sandałówNa marmurowe pilony strząsaliProchy z gór Nitrji?
PIOTR. O to idzie właśnie!Niech w oczach ludu pustynia powstanieW straszliwej, wichrem przepasanej szacie,I rozpłomieni tchnienia swego żaruRycerzy Boga... Niechaj wyda hasłoI lud zzgromadzi pod krzyża sztandarem...Niech do bram miasta z palm swoich szelestemPrzyjdzie — i krzyczy śpiącym: »0to jestem!«Ha!... wtedy — drżyjcie bogi — i poganie,Bo przebaczenia nie będzie dla żywych,Ni dla kamieni...
(słychać w oddaleniu krzyk)
GŁOS. Na pomoc!... na pomoc!...
PIOTR.Co to?... pioruny pobiły się w niebie?...(Chwila ciszy — krzyk wznawia się — Anafest, jeden z milicyibiskupiej, wbiega raniony — potrąca się w ciemnościacho Amoniusza — i pada).
ANAFEST.Parabolanów mordują!
AMONIUSZ.(cofa się) Dzień sądu!...
PIOTR.Upadł... trzeba mu głowę podnieść...
AMONIUSZ. Zgoda!
PIOTR.Jaka krwi struga!
ANAFEST.(gasnącym głosem) Na pomoc... o!... o!... o!...(umiera)
PIOTR.(puszczając go)Trup już! Morderca zręczny był, na Boga!...
AMONIUSZ.Ach! jak on krzyknął przeraźliwie!... jak on»Na pomoc«... przeraźliwie krzyknął! — Chryste!..Myślałem, że mi coś w wnętrznościach woła.I wiem, że ciągle krzyk ten słyszeć będę —I że pustynia blademi ustamiPrzez kóre piaski, jak klepsydra, toczy,Będzie mi odtąd krzyczeć w same uszy,W bezsenne noce: »Na pomoc!... na pomoc!...«
PIOTR.Cicho, na Boga!...(po chwili)...Ja myślę, że gdybyNa mojem miejsce stał ten portyk białyDomu Hypatji, przeklętej poganki,Jutro wszyscy jej podli niewolnicy,Jak sprośne kundle, warczeliby, jęczącW ciężkich kajdanach, na plac prowadzeni,Gdzieby musieli ginąć wśród płomieni...Ach! czemu ona nie jest niewolnicą!Ach, czemu nie jest!
AMONIUSZ. To powiedz kolumnom,Niechaj się ruszą białe — i tu przyjdą...Niechaj tu staną, jako blade płaczki —I niechaj tłuką nad tym trupem w żaluKamienne głowic swoich kapitele...
PIOTR.Może ty kiedyś, Amoniuszu, będzieszThaumaturgos — i zdziałasz te cuda...
AMONIUSZ.Jeżeli będę nim, każę za sobąCałemu miastu chodzić, jak pies wierny...I stawać murem tam, gdzie zechcę stanąć...Płynąć łabędziem białym, gdzie popłynę...I ciebie miasta uczynię prefektem,Być niewolników palił w niem — jurysto!
PIOTR.(w zamyśleniu)Sluchaj-no, bracie... a gdyby też... kiedyKolumny nie chcą poruszyć się z miejsca,Trup się poruszył?...
AMONIUSZ. To powiedz mu: Powstań —A idź, czerwony, położyc się cichoNa tym marmurze białym, przed portykiem...I leż tam, z twarzą ku niebu podaną,Chłostany wichrem i burzą po śmierci...Niech grom w dzwon bije... niechaj błyskawicePalą nad tobą śmiertelne gromnice...Niechaj jak matka płacze cię ulewa...I — niechaj piorun: »Requiescat« — ci śpiewa...
A może masz psa, to tutaj krew ciepłąPoczuje z dala — i skomląc, przybiegnieLizać twarz bladą — i ranę twą skrzepłą —I będzie wył — wył — Na pomoc!... na pomoc!...
PIOTR.(wstrząsa nim)Czy cię opętał czart?... Milczże na Boga!...Słuchaj, ja myślę... a gdybyśmy samiTrupa podjęli — i dalej ponieśli —I tam, ot widzisz, pod temi palmami,Co jako straże o sto kroków stojąOd szatańskiego gniazda tej poganki,Cicho na ziemi złożyli?... I czegóżCofasz się, blady? Czyśmy go zabili?...
AMONIUSZ.Kto wie? — Myśl czasem wydziera z rąk BoguStraszliwą pieczęć jakiejś krwawej zbrodni.
PIOTR.Szały pustyni samotnej cię goniąAż tutaj... Słuchaj! korzystać nam trzebaZ nocy tej, która sprzymierza się z nami —I szybko działać... Nie gniewam się wcale,Że nam naradę na czyn przyszło zmienić.Bóg sam chce tego, mój bracie! DotychczasNie można było nic o tę gadzinęZahaczyć w ruchach miasta, ni dosięgnąćNiczem białego i dumnego czoła...Bo jak monolit stała w oczach tłumuBez skaz i pęknięć — z jednej sztuki cała...I dłoń się po tej obsuwała bieli,Jako po gładkiej tafli kryształowej,Nie mając o co zaczepić tej dumnej...Lecz niech raz tylko imię jej sie wplecieW jakiś wypadek uliczny i krwawy,
Niech lud raz na nią oczy śmiało zwróci,jako na słońce zachodzące w ciszy,Kiedy już blaski zgasi jaskrawe...Niech raz jej imię obiegnie po placach,W ustach pospólstwa — i zmiesza się z błotem,Które tak łatwo podjąć — i w twarz rzucić,A ja przysięgam, że rozdmucham iskręW pożar, co zajmie ten dom, od różycyKolumn do podstaw... Cóż? — chcesz mi pomagać?
AMONIUSZ.Przeciw poganom — tak! — Lecz ja chcę jawnieIść, jako rycerz chrystusowy, śmiałoW błękity nieba o dniu jasnym parząc,Rychło aniołów posiłki nadlecą...Chcę iść, toporem zdruzgotać te mury —I wywlec bladą tę — i chrzcić ją we krwi —I na objatę złożyć Panu BoguZa grzechy własne — i całego świata...Ja chcę na czele mnichów moich czarnychJako szarańcza spaść na tę stolicę,O wschodzie słońca różową w swej bieli,Żeby poganin krzyczał: »Klęska!... klęska!...«I nie tym krzykiem krew popędzał w żyłach...Chcę iść na czele rozognionych twarzy,Co płonącemi źrenicami palą,Jako czerwonem żelazem — pierś wroga...Ja chcę chorągwi i hymnów i krzyża —I słońca, coby wkładało na czołoZłocistą glorję... chcę tłumów — i Boga!
PIOTR.Więc ja sam zrobię...(schyla się — i unosi trupa) ...O! jak on ociężał...
AMONIUSZ.Krew mu się z rany rzuciła... o Chryste!
PIOTR.(wlokąc trupa)Idźże przedemną...
AMONIUSZ. Co? chcesz ze mnie robićCzarną gromnicę?... Niech ci burza świeciI jako giermek niech idzie przed tobąZ piorunowemi pochodniami...(błyska — uderza piorun)...Ave!...Słuchaj mnie, Piotrze, połóż tego trupa...Bo jakaś siła potężna mnie chwytaOd końca stopy na drżącej tej ziemiAż do ostatnich strzępków moich włosów,Które powstają jak wichry nad dołem —I zaczepiają się o węże złoteKrwawych błyskawic — i drżą — i goreją,Jako korona nad świętych obliczem...I wiem, że gdybym powiedział w tej chwiliTemu trupowi: Wstań! — onby tu wskrzesnął...I gdybym tylko jednem palcem skinął,Ty padłbyś martwy przed memi stopami...A trup ten — włosy twoje kędzierzaweW koło rąk krwawych owinąłby sobie —I tambyś leżał — aż do dnia sądnego!
PIOTR.(cofa się)Thaumaturgos!... Odejdź, przeraźliwy!...Piorun w przelocie gubił iskry złote —I niemi włosy twoje rozpłomienił...Grzmot w słowa twoje huk zaklął straszliwy...A błyskawica, co leci z twej dłoni,Chwyta mnie żądłem... i warczy... i goni...
AMONIUSZ.Nędzny! do rzeczy podłych tylko zdolny!Idź! grzesz w ciemnościach! Idź! idź! jesteś wolny!Lecz jutro — jeśli tłum da się rozpalić,Jako suchego łuczywa ognisko,Przyjdą z pustyni... chcę sam, własny ręką,Krzyż lub nóż zatknąć w piersiach tej poganki!...
PIOTR.Zawołaj burzy!... niechaj mnie nie ścigaSwemi krwawemi źrenicami...
AMONIUSZ. Odejdź!(Piotr oddala się z wolna — słychać przyciszone grzmoty)
AMONIUSZ.(sam)Ha! więc nareszcie!... Znędzniały przez posty,Od bezsenności wybladły, szalony,Z ciałem zoranem i wyschłem od chłosty,Tysiącem pokus szatańskich dręczony,Walczyłem dotąd — i zawsze daremnie...Czułem cię w piersiach, ty piękna... ty biała,Co gdzieś istniałaś daleko odemnie,Wabiąc rozkoszą miłości — i ciała...(zasiania rękami oczy)Cicha i lekka, przez skwarne puszcz piaskiSzłaś zmrokiem, by mi zarzucie ramionaNa szyję, zgiętą pod mniszym kapturem...Uśmiech twój miewał nagłe jakieś blaski,Jakby ust twoich królewska zasłonaSkarb zakrywała przed okiem olśnionem...Szłaś — i dziewiczym wabiłaś mnie łonem...A palmy imię twe śpiewały chórem...A wiatr twe tchnienie niósł mi gorejące...Jam padał na twarz w pustyni kurzawę,
Jak na ogniste mąk piekielnych łoże —Głuszących hymnów śpiewając tysiące,Które leciały przez gwiazd blaski mgławe,Przez chór zdumionych aniołów, do Ciebie,Nieogarniony w ciszy wiecznej Boże!
(wznosi głowę)Więc to ty byłaś!... ty, przed której domemStoję — i mówię wichrami i gromemI w łzach gorących taję, jak kaskada...Biada ci!... pustynia już powstaje!...
(grzmi)
ODDALONE GŁOSY. ...Biada!...
II.
ATENAGOR.Ze wszystkich świata całego urokówNajwięcej kocham ten kawałek ziemi:Błękitną przystań z masztami ciemnymi,Jak las wiszący, pośród mgły — i zmroków —Tłum białych kolumu, co lekkie, wytworne,Portyków strzegą — i niebo wieczorne.
HYPATYA.Jakto? grek młody w tak szczupłym przestworze,Nie lecąc dalej ni wzrokiem, ni duchem,Znajduje wszystko, co kocha — i zowiePięknem na ziemi?... O Atenagorze!Wytęż ty oko, jak orzeł do słońca —Przeleć spojrzeniem las masztów przystani...Tam szumi morze, niezgłębione morze,Co jak myśl ludzka, wiecznym żyje ruchem —I jak duch rwący się z ciemnej otchłani,Fale swe wiecznie o brzegi roztrąca...Słuchaj ty jego burz, które szaleją,Jak żądzy ślepej niszczące orkany...Słuchaj, jak przypływ, wezbrany nadzieją,Potężną piersią uderza o ściany
Skalistych brzegów — a w chwilę ze drżeniemCofa się w siebie śmiertelnem zwątpieniem —I wody swoje toczy zadumany,Jak człowiek, który szuka w piersi dzielnejSiły do walki duchów nieśmiertelnej...Słuchaj tej ciszy, co spada przejrzystaNa ukojone, wysrebrzone fale —I niech twa dusza w jasnych wód krysztaleTonie, jak perła przeczysta...— Jeśli w świat zjawisk na ziemi i niebiePrzedwieczna mądrość idee wcieliła,Mniemam, iż morze, ruch wieczny i siła,Wieczna harmonja życia — i przemiana,Przed którą zawsze w nieskończoność droga,Która wyczerpać nie w stanie jest siebie,Żadną potęgą nieopanowana —Jest formą bytu godną — nawet Boga!
ATENAGOR.Cicho, Hypatjo! Posejdon cię słucha!
DEJTEROS.A co jest, powiedz, formą godną ducha?
HYPATYA.Mniemam, że człowiek.
DEJTEROS. Człowiek? wielkie bogi!Człowiek, ten, który od swego stworzeniaDotąd się błąka w ciemnościach bez końca,Nie mogąc znaleźć dla swego istnieniaFormy społecznej — i wielkiej tej drogi,Co wiedzie duchy do słońca? —Człowiek, co nazwał występki i zbrodnieI w dziejach czyny zapisał najkrwawsze?...Człowiek, co tchem swym zagasza pochodnieŚwiatła — i tłumi je zawsze?...
Człowiek, co większe usypał mogiły,Niźli śmierć sama, w morderczych wyprawach?...Człowiek, co trwoni duchowe swe siłyW zbytkach, rozkoszach, zabawach?...Człowiek, co chaos w zamęcie wyręcza,Mnożąc ustawy wątpliwe i ciemne,Osnuwające, jak siatka pajęcza,Nawet wzruszenia tajemne?...Człowiek, co gdyby nie iskry te boże,Które świat pchają po torach przyszłości,Stworzyłby tłumy, gromady, lecz możeNigdy nie zaznał ludzkości?...Człowiek, co z brata swojego, nędzarza,Miecz pomsty ukuł — i krwawego wroga?...Co od ołtarza biega do ołtarza,Szukając dla siebie Boga?...O! cofnij słowo, Hypatjo! ja wierzęW wieczne materji i ducha przymierze,Ale nie widzę, jak świat ten szeroki,Godnej dla niego powłoki.
HYPATYA.Dejteros! kto tak czuje nędze ziemi,W tych duch zamieszkał — i w bólu się zrywa,By mógł ulecieć skrzydłami jasnemi,Gdzie spokój prawdy przebywa!...
ATENAGOR.Och! poco rzucać rozprawy gorąceW to ciche, greckie, błękitne powietrze?...Niech myśl wypocznie, wszak spoczywa słońce;Niech zmrok wieczorny z czoła lekko zetrzePalące ślady uniesień — i burzy...— Jutro, jeżeli wiatr wschodni posłuży,Popłyniem wszyscy do Faros...
(Wbiega Posenja, niewolnica, z dziecięciem na ręku — i rzucasię z płaczem do nóg Hypatyi).PONSENCJA. O pani!...Prefekta słudzy... pachołków tłum całyPrzybył — i mówią, że wszystkich nas na śmierćProwadzić mają!...
HYPATYA.(podnosząc ją). Co to jest?... Posenjo!Ucisz się... powstań! Co ty bredzisz?...
PONSENJA. Pani!Zabito kogoś — a nas mają karać...Ja tego dobrze nie rozumiem, pani,Ale zginiemy wszyscy!... o bogowie!...
HYPATYA.Co to ma znaczyć?... nie płacz... mówże jasno!
PONSENJA.(łkając).Wielcy bogowie!...(Wchodzi Seton, Rzymianin, zastępca prefekta. — W głębidziedzińca widać spędzonych niewolników Hypatyi — i straż,która ich otacza).SETON. Niewolnicy twoi,Pani, śmierć ponieść muszą; straż ich wiąże.
HYPATYA.Cóż zawinili?...
SETON. Posłuchaj mnie, pani.Jest prawo dawne, które z słusznych przyczyn
Sławny nasz senat obostrzył i wznowił,A które, w razie tajnego morderstwa,Na śmierć skazuje wszystkich niewolników,Jacy się znajdą w domach na odległośćGłosu od miejsca popełnionej zbrodni.Anafest, jeden z milicji biskupiej,Zamordowanym został dzisiaj w nocy,Między palmami, nieopodal domuTwojego, pani. — Sprawiedliwość prawaSpełnić się musi, wyrok już wydany.
HYPATYA.Ależ to hańba!... Oni są niewinni!!
SETON.(szyderczo).Niewinni, pani? — Kiedyż to niewolnikBywa niewinnym? —
HYPATYA. Wtedy, kiedy przemocNa jego barki zrzuca swoje zbrodnieI upodleniem własnem go piętnuje...Kiedy deptany, z wściekłością rozpaczyChwyta za kamień, by rozbić łańcuchy,Które mu ręce krępują — i wtedy,Kiedy go sądzi sam Bóg — a nie człowiek! —
SETON.Takich wypadków niewinności nie znaPrawo krajowe.
DEJTEROS. O! ja wiem!... Dla ciebieNiewolnik wtedy jest niewinnym, kiedyDo żarn przyrosły, znędzniały, zgarbiony,Tak się z bydlęcym trudem swoim zbrata,
Że głowy podnieść nie może od ziemi...Kiedy myśl jego za ruchem kamieniaKręci się w kółko, spodlona, zabita;Gdy wzrok nie widzi prócz pyłu z piaskowca;Ucho nie chwyta nic prócz żarn łoskotu,Głos nic nie wyda prócz cichego jęku...Duch nic nie czuje — nawet udręczenia —A ciało tylko krwawe krople potu...Wtedy niewinnym jestże?
SETON. Na Jowisza!Nie nam to sądzie!(zwraca się w głąb). Czy wszyscy zebrani?
POSENJA.(z krzykiem).Jakto! mam umrzeć z tem dzieckiem na ręku?...
SETON.Nie, dziecko możesz pozostawić pani.
ATENAGOR.Wspaniałomyślność wzniosła! godna kata!
POSENJA.Lecz jam mu matką, panie! ono małe, Piersią go karmię!...
SETON. Tem lepiej dla niego;Nie wyssie z ciebie, nędzna niewolnico,Podłych, nikczemnych, przewrotnych instynktów. —
POSENJA.(z obłąkaniem)Tak... ty masz słuszność!... to lepiej dla niego,Że z głodu zginie jak pisklę bez pierza,
Kiedy mu matkę jastrzębie rozszarpią...To lepiej... słusznie...
(ogląda się nieprzytomnie) Ha! trzeba przyśpieszyćTen straszny koniec... niech wiem w śmierci chwili,Że ono zimne, martwe, że nie kwili...
(chwyta dziecię za nóżki i chce je roztrzaskać o kolumnę)O bogi!... bogi! czy wy to widzicie?
HYPATYA.Stój!... ty nieszczęsna!(wyrywa jej dziecię i tuli do piersi. — Posenja pada zełkaniem twarzą na ziemię)
POSENJA. O!... co ja zrobiłam!...
DEJTEROS.Ależ to zgroza!
ATENAGOR. Czyż niema ratunkuDla tych nieszczęsnych?... obrony? — okupu? —
SETON.Zaiste, niema. — Prawodawca nie mógłPrzewidzieć nawet, by za nędzną zgrajęDawano okup; o tem milczy prawo.
DEJTEROS.Och! ono milczy o wielu niedolach,O wielu nędzach — i o krzywdach wielu!I łzy nie wszystkie wypłaca w obolach,Nie wszystkie rany w sestercjach oblicza!...Ale pamiętaj, ty, prawa czcicielu,
Że jest potęga wyższa, tajemnicza,Co sprawiedliwość w błękitach odważaDla sług prefekta — i dla łez nędzarza!
SETON.Cóż jest niewolnik, że go tak bronicie?
DEJTEROS.Co jest niewolnik?... Karjatyda zgiętaPod całej ziemi ciężarem i pracą,Której ramiona dźwigają od wiekówKrwawą budowę świata — i społeczeństw...Aby się tylko te barki znużoneNie wstrzęsły kiedy!... bo, na wszystkie bogi,Zmierzylibyśmy głowami przepaście!
SETON.(zwraca się do straży)Wiążcie ich! Dalej!
GŁOS KOBIECY Z TŁUMU. O!... o!... mamże umrzeć?
INNE GŁOSY.Niewinni ginąć będziemy!... niewinni!...(Chwila zamieszania — Seton odwraca się do wyjścia)
HYPATYA.(nagle)Słuchaj, Setonie! — a gdyby też oniWolnymi byli?... Czy straszne to prawoJuż z odległości pobytu nie wniesie,Że mordercami są?
SETON. Wolnych to prawoNie tycze zgoła!
(do straży) Pędzić ich tam... dalej!...
HYPATYA.(pochyla się do Posenii)Weź dziecię swoje!(wyciąga ramiona — i mówi głosem wzruszonym) Bracia! wyście wolni!
III.
GŁOS Z TŁUMU.Nie będzie kaźni?
PIOTR. Nie. — W ostatniej chwili,Kiedy liktorzy dom już otoczyli,Gdy niewolnicy byli skrępowani,Z piekłem zbratana poganka, ich pani,Wyzwoleńcami wszystkich ogłosiła.
GŁOS Z TŁUMU.Szatański wybieg, żeby obejść prawo.
PIOTR.Któż wiedzieć może, czy w tajemnej zmowieSama Hypatja z mordercą nie była?
GŁOSY.Śmierć — i przekleństwo!
INNE GŁOSY. Zapłaci nam krwawo!
PIOTR.Słudzy biskupa giną...
GŁOS. Niech odpowieZa Anafesta krew!
GŁOSY. Niechaj odpowie!...
PIOTR.Świątynie Pańskie pustoszeją oto,A tłumy biegną, by widzieć jej czary,Słyszeć jej wróżby — i sprośne ofiaryCzynić bałwanom — i obmyślać zbrodnieNa zgubę chrześcijan!...
GŁOS. Ha! wieczna sromota!
GŁOSY.Dom jej rozburzyć!... spalić jak pochodnię!(wrzawa wzmaga się — słychać okrzyki)Anafest!... Cyryll!... przekleństwo mordercy.
GŁOS NIEWIEŚCI.Przysięgam, że ta pogańska zwodnicaWróży z szafirów i z blasków księżyca,Które rzeszotem kryształowem chwyta.
GŁOS STARCA.Uwodzi młodzież!
INNY GŁOS. Z gwiazd nocami czyta...
GŁOSY.Niech niewolników odda — lub przepada!...Wszystkich wyzwolić to podstęp!... to zdrada!...
GŁOS KOBIECY.To tak, jak gdyby wspólniczką ich była...
INNY GŁOS.Od stóp — do głowy nieczysta w niej siła...
PIOTR.Pan pomsty żąda! — Ludu sprawiedliwy,Ty wołaj za mną: Biada! biada! biada!...I bądź, jak gniewu piorunowa strzała,Puszczona z Pańskiej cięciwy!Pomsta poganom!...
GŁOSY. Hypatja!... Hypatja!...Niech krwią obmyje — a ciałem swem otrzeDrogi skalane swą stopą w tem mieście!...Niechaj przepada! niech ginie!...
PIOTR. Nareszcie!...
GŁOSY.Śmierć! śmierć poganom! Ty nas prowadź, Piotrze!(wzburzenie wzrasta)
(Od wschodu nadciąga orszak pogrzebowy; młodzi katecheciidą naprzód z pochodniami; dalej kapłan z krzyżem — i dwóch
GŁOS PIERWSZY.Człowiek, z niewiasty zrodzony,Podlega wielu nędz...
GŁOS DRUGI.Jak kwiat usycha skoszony,Przemija jako cień...
CHÓR.Kyrie elejson!...
GŁOS PIERWSZY.Azaliż godnym jest Ciebie,Byś nań obracał wzrok?
GŁOS DRUGI.Ty, któryś wiecznym jest w niebie, A nie masz liczby lat!
CHÓR.Chryste elejson!...(Orszak nadciąga znowu. — Z przeciwległej strony ukazuje sięwóz Hypatyi, której Dejteros towarzyszy do akademii. —Hypatya owinięta w płaszcz długi i ciemny, trzyma w rękukilka świeżych róż).GŁOS Z TŁUMU.Precz tam!... precz z drogi, przeklęci poganie!
INNE GŁOSY.Wóz!... wóz zatrzymać'!... wóz niechaj tam stanie!(Dejteros wstrzymuje wóz; w głębi, w kurzawie ukazuje się Amoniusz z mnichami).
HYPATYA.Co to, Dejteros, pochód?
DEJTEROS. ChrześcijanieGrzebią zmarłego.
(Hypatya powstaje — patrzy chwilę — a potem rzuca róże przedniosących mary).
HYPATYA. Ty byłeś nam wrogiem...Przebacz — i żegnaj!
AMONIUSZ. To ona!... to ona!...To jest Hypatja!...
KAPŁAN.(posępnie) ZamordowanegoNie stroim w kwiaty!
(orszak przeciąga dalej — słychać śpiew).
HYPATYA.Czego ten człowiek tak krzyknął, Dejteros?
DEJTEROS.Och! ja się lękam o ciebie! Ta wrzawaWróży nieszczęście...
PIOTR.Ha! świadczę się Bogiem,Że ta przeklęta nawet trupa tegoCzarami swymi chce urzec...
GŁOSY. Precz z nimi!
AMONIUSZ. Śmierć'!... śmierć poganom!...
GŁOSY. Śmierć córce Teona!Niech ginie, nędzna!...
(wzburzenie wzrasta; garstka pogan otacza wóz Hypatyi. —Parabolanie, niosący zwłoki, rozdzielają przez chwilę obiegrupy).HYPATYA. O, tak! niechaj ginie!I po cóż żyć ma, gdy ojców jej miastoWkrótce się w dziką zamieni pustynię?Gdzie wielkość nasza? gdzie są te zdobycze,Które zebrały wieki dla przyszłości?Gdzie księgozbiory sławne? — gdzie muzea,Na które niegdyś nosili kamienie:Eratostenes, Hipparch, Timochares?Gdzie ustroń cicha, w której PtolomeuszSamotny, dumał nad układem świata?Gdzie są pomniki nasze narodowe,W których się taił duch wolny Hellady?Ja tylko jeszcze podnoszę dziś głowę —I ten obelisk sierocy — i blady.Wiek — a posępna ciemnoty niewolaPadnie na kraj ten skrzydłami mrocznemi...Niechaj więc ginę! niech spełni się dolaTych, co przeżyli potęgę swśj ziemi!
(zakrywa twarz płaszczem).
GŁOS WSPÓŁCZUCIA Z TŁUMU.Bogdajbyś była len przędła niewiasto!
DEJEROS.Kto nad wielkimi płacze, bywa mały.(Orszak pogrzebowy przechodzi, obie grupy łączą sięw najwyższem zamieszaniu).AMONIUSZ.(wznosi krzyż).Pan walczy!... ludu!... Pan walczy!... Kto ze mną?...
DEJTEROS.Nie słońce! Ono nie bywa, gdzie ciemno!
PIOTR.(rzuca się do wozu).Przeklęta! ciało twe zrąbię w kawały:I psy prefekta karmić będę niemi!
DEJTEROS.(odtrąca go ramieniem)Wpierw je rozłakom szczętami własnemi...(walczą)Precz wszystkie bogi... precz od niej... zuchwały!
(Dejteros upada — tłum ciska klątwy i kamienie).
HYPATYA.(z nagłem przerażeniem)Dejteros!... bracie!...
PIOTR. Ha!... giń potępieńcze!
DEJTEROS.(gasnącym głosem)Brońcie jej...(garstka pogan rzuca się do kamieni i wiciekłością).
AMONIUSZ.Nędzni!... wybiła godzina!...
HYPATYA.(z siłą)Umrzeć już muszę!... muszę umrzeć!... Bracia,Dajcie mi zginąć! Ja jestem okupemSpokoju miasta... pozwólcie mi zginąć!...
(do stojącego najbliżej)Dalej!... uderzaj!...
GŁOS Z TŁUMU. Przeklęta odwagaSzatańskiej pychy!
PIOTR.(przedzierając się przez tłum) O! zginiesz! Za włosyCiągnąc cię będę po ulicach, nago...Żadnej boleści nie dam cię ominąćI żadnej hańbie... sam piekło wyręczę...Zgnijesz! Ja twoim poszarpanym trupemZamiotę wszystkie w Aleksandrji drogi...
HYPATYA.Żegnaj mi świecie!... Widzę jakąś tęczęNiknącą... Życie! czem jesteś, o życie?...
AMONIUSZ.Do Cesareum z nią! Niechaj w świątyniSprawiedliwości zadość się uczyni!...
GŁOSY.Do Cesareum!... Precz z woza!... precz z woza!...
PIOTR.Noża mi dajcie! Tamten spadł...
GŁOSY. Powroza!Związać ją!... z rąk się wymknie, czarownica!...
HYPATYA.(pochyla się do umierającego Dejterosa i mówi z cicha)Dejteros! dusza nigdy nie umiera!Formy są zmienne, lecz idee wieczne —I nad łez ziemią — są światy słoneczne!Żegnaj mi, bracie!
(Piotr zrywa z niej płaszcz). ...Bogi!... wielkie bogi!...O! nie opuszczaj ty mnie, ojców męstwo...
AMONIUSZ.(nadbiega i uderza ją w pierś nożem)Ha! masz, przeklęta poganko!...
HYPATYA.silnym dźwięcznym głosem) O Helios!...(chwieje się chwilę — i pada martwa. — Piotr zrywa z niejszatę. — Tłum wśród okrzyków ciągnie obnażoną do Cesareum).
PIOTR.Zawcześnie kona...
AMONIUSZ.(z nagłem pomieszaniem) Na pomoc!... na pomoc!...
GŁOS Z TŁUMU.O! opłakane, pełne klęsk zwycięstwo!
Dziwna budowa! Z tęczy i z mgły cała...Bez żadnych podstaw, jako rajskie ptaki,Które — jak mówią — przyroda skazała,By na piór swoich zawieszone złocie,Nie tknąwszy ziemi, w błękitnych zórz szlakiLeciały — gniazda nawet ścieląc w locie...Dziwna budowa!... Człowiek myśl swą ciskaW jakąś odległość mroczną i niejasną,Zanim ją zmierzyć i ogarnąć umie,I wszelką próżnię treścią swoją własnąWypełnia, w marzeń pomieszanych tłumieCoraz to nowe wznosząc gmachy błędu,Tak, jakby proste przyrody zjawiska,Jakby natura zbyt była mu blizkaI nie dawała umysłom rozpędu...Cóż są te księgi, z których pokolenieNasze swą mądrość czerpie, jak ze zdroju?Próbka wiecznego ducha niepokoju,Której na imię jest czczość i marzenie...Gdzie rzeczywistość teka jest na świecie,Coby w systemie tym miała swą duszę?...Idź, marzycielu! strój lutnię poecie!— Na innej drodze ja zwyciężyć muszę!
SILVIO.Czyż warto walczyć?... Mistrzu, pomyśl o tem!Madryt wre cały; zazdrośni twej sławyWielkie twe imię obrzucają błotem,A przyjaciele szepczą je z bojaźnią...I gdyby nie to, żeś króla tak blizki,Jużby się w burzę rozgrzmiały te błyski,Głuchej zawiści, co grożą ci kaźnią —I straszną łuną dzień zwiastują krwawy.
VESALIUS.Silvio, tyś jednym z głosów tych, co we mnieWalkę namiętną długie wiodły lata,O berto woli mojej nadaremnie...O przyjacielu! kto raz okiem duchaDojrzy cudowną budowę wszechświata,Kto raz się dotknie zasłony przyrodyI w majestacie myśli się zasłucha,Ten po przez tłumów groźby i przekleństwa,Przez piekło ognia, przez ocean wodyZ wzniesionem czołem pójdzie — i dosiężeTajemnic bytu, choćby je miał ziemiBozświecić stosem własnego męczeństwa —Tak w imię prawdy, bracie, walczą męże!
SILVIO.Powiedz: Tak giną.
VESALIUS. Niechaj ginę z niemi,Lecz niech myśl moja, jak smuga świecąca,Świadczy ludzkości, żem wzlatał do słońca.
SILVIO.Strzeż się, Andreo! Miasto pełne wieści,Że znów w tym domu, w podziemnej kaplicy,
Wydarty grobom trup leży niewieści.Lud się odgraża...
VESALIUS. Cieniów służebnicy!...Słuchaj mnie, Silvio! Gdybym mógł pierś własnąOtworzyć, by w niej wyśledzić drgająceŻycie, nim, oczy we mgłach mi zagasną;Gdybym mógł domysł raz nazwać pewnikiem —I krzyk ostatni mieć tryumfu krzykiem,Wbiłbym w nią nóż ten... ha! nożów tysiące!
SILVIO.Mistrzu, ze słów swych wykuwasz koronęDla swojej głowy... Lecz zważ, czy to wartoStrawić wiek męski nad ciemną tą kartą,Która ci życie śmiercią znieważonePrzedstawia w dzikim rozkładu chaosie?Dumać, z utkwionem w czoło sfinksa okiem —I — bogdajbym był fałszywym prorokiem,Znaleźć zagadki swej słowo — na stosie?
VESALIUS.Ty bluźnisz, bracie! Przyroda jest niemaDla tych, co pytać nie mają odwagi.Lecz — kto oburącz sfinksa tego chwytaI śmiało patrzy w zagadki oblicze,Choćby go tłumów szarpały zniewagiI grzmiało nad nim wieków anatema,Ten pojmie słowo bytu tajemniczeI pierwszych przyczyn hieroglif wyczyta.
SILVIO.Walka ta straszna jest — i jest wątpliwą.Wspomnij, Andreo, tych, co już w przeszłościZażegli jasne pochodnie ludzkości...Gdzież są — i jakie z posiewu ich żniwo?
Aleksandryjska szkoła! Wielkie słowo!Lecz powiedz, kto dziś wie — po latach tylu -O sławnym w wieku swoim Herofilu?...Wszak po Galenie, nawet po Mondinim,Wszystko musiałeś zaczynać na nowo...A kto zaręczy, że to, co dziś czynim,Nie będzie kiedyś nazwane nicością?
VESALIUS.Mylisz się, Silvio! Ta praca zagasłaTo ostudzone ogniwa łańcucha,Którego nowe przeguby i skręty,Nazwane jutrem myśli — i przyszłością,My dziś w ognisku wykuwamy ducha.Strażnica wieków zdaje swoje hasłaNowozaciężnym szermierzom wyłomu.W czasie nie ginie nigdy trud podjęty,Ani energii przerobionej suma...A myśl, co w ciszy o wszechświecie duma,Niech się nie zdaje straconą nikomu...Wieki ją przyszłe odnajdą, obaczą —I o nią wielkie ruchy swe zahaczą.
SILVIO.Słowa! czcze słowa! Na mego patrona,Ja z mojej pracy chciałbym widzieć zyskiNa własne oczy — póki zwę się ciałem,I za tę cenę krajałbym z ochotąNie tylko trupa, ale bullę złotą,
Która zabawki tej zabrania srodze...Lecz gonić jakieś oddalone błyski,Paść duszę jakimś bladym ideałem,Wiecznym pątnikiem być na prawdy drodze,Żyć słowem, choćby słowem nieśmiertelnem,Dios! jakiem Hiszpan, zbyt to jest subtelnśm!Po co się rzucać jak nurek w głębinyI wśród współczesnych zwać się już przyszłością?Cóż są twe prace? — Głuche podwaliny,Których wieżyca, co w błękit wybiega,Nigdy nie uczci — a rzadko dostrzega.
VESALIUS.Więc niech powstaną olbrzymie te duchy,Co sztandar wiedzy niosą przed ludzkością,Choćby mnie blaskiem swoim zaćmić miały!Niechaj się zbudzą potężne te ruchySwobodnej myśli, co lecąc do słońca,Daleko skrzydłem poziomy odtrąca —Choćbym ja przy nich tak wydał się mały,Jak atom pyłu, co w blasku drży płowy...A gdy się wzniesie ginach wielki, ginach nowy,W którym myśl szczytem, a murem są czyny,Niechaj potomni mój kamień grobowyDorzucą między głuche podwaliny...Ja innej sławy nie pragnę dla siebie.
SILVIO.Słucham, podziwiam — i milcząc, odchodzę;Męczeńska palma nie nęci mnie zgoła...Radzę ci, mistrzu, zawiń się w swej todze —I od dziś ucz się umierać wspaniale...To ci się przyda. — Ha! przez Boga w niebie,Jeśli cię schwyci trybunał tajemny,Jeśli w Madrycie, ku większej twej chwale,
Będzie zbyt jasno, jak na wiek tak ciemny,Pierwszy dam poklask!
(wychodzi)
VESALIUS. Tak! uchylisz czoła!(po chwili milczenia)Hagonie! czas już; idź, zawołaj Nela,Rozjaśnij lampę, w oknach spuść makaty;Potem zstąp cicho — i ruchome kratyOdsuń w grobowcu...
HAGON. Och! na ZbawicielaMękę i rany! panie mój dostojny,Wstrzymaj się! Jakto, chcesz ty z Bogiem wojny?Grób, panie, każdy w całym kręgu świata,Jest taką rzeczą, której niebo strzeże,Chociażby żadna nie strzegła jej krata...Czyż chrześcijanin, panie, ma jak zwierzęNawet po śmierci nie znaleźć spoczynkuI świecie próchnem swych kości na rynku?Grób ma też wstydy i dziewictwo swoje;Podglądać rzeczy, które śmierć zakrywa,To zbrodnia ciężka, sprośna, niegodziwa!Niech Nel odejdzie, panie... ja się boję!
VESALIUS.Hago! rozumiem ciebie, jak myśl własną;Czuję, jak zgroza w pierś ci rzuca mrowie...A jednak — słuchaj! nim światła te zgasną,Zapytam śmierci — a ona odpowie.
HAGON.Panie najmilszy! jam biedny i siwy —I w życiu byłem nie zawsze szczęśliwy,Karmiąc się czarnym kęsem ladajakim...
Lecz, choćbym nawet stokroć był żebrakiem,Choćbym nędzarzem był, co łaknie chleba,I choćby w grobach góry złota były,Jeszczebym jednej grudeczki z mogiłyNie ruszył — tak mi Panie Boże z niebaDopomóż w mojej ostatniej godzinie!
VESALIUS.Więc ja sam pójdę; weź pochodnię Hago!Spieszmy! noc letnia jak chwilka przeminie.
HAGON.O panie! nie grzesz ty taką odwagą,Bo się przerazi grób — i trumna wydaSama umarłych... O! co za ohydaNie dać trupowi dospać do dnia sądu...Umarłych krajać... o panie mój miły!Ten nóż splami ci ręce, jak rdza trądu —I wszystkie puste przeklną cię mogiłyTak, że sam kiedyś, po najdłuższej dobie,Nie znajdziesz ciszy w własnym swoim grobie!
VESALIUS.Słuchaj, ty wierny, stary! Są na świecieDusze, podobne zwichrzonej komecie,Które gwiazdami nie są — i nie mogąCicho się palić na niebios błękicie,Ale targane niepokojem burzy,Lecą ogromną, pełną iskier drogąI w krwawych snopach ognia, który wróżyDziwne przewroty, gubią z siebie życie...A kiedy takie komety zagasną,Zostaje po nich łuna... Kto wie, stary,Czy ja mieć będę mogiłę swą własną,Pogrzeb i księdza i śpiewy i mary...
HAGON. O panie! oczy te zamgloneWidziały rzeczy straszne, przeraźliwe...Smętne orszaki, słupy osmalone —Czerwone głownie ludzkie, w ogniu żywe,Których oddechem był dym, a spojrzeniemIskry gasnące pod zczerniałem niebem...A wiatr był płaczką, trumną — i pogrzebem...A ciężka klątwa grobowym kamieniem...Chceszże ty, panie, ginąc jak kacerze,Ohydni Bogu — i umarli wierze?Chceszże ty oczy moje tak zasmucić,Bym ich na słońce nie śmiał już obrócić?...
VESALIUS.Słuchaj mnie, stary, masz wnuka, lub syna?
HAGON.Mam córkę, panie — i wnucząt — już troje...Co za djablątka wesołe — a psotne!Najmłodszy Gonzalw, prześliczna dziecina!Gdy przyjdę, szyję mi rączką oplata,A drugą siwe moje wąsy targa...
VESALIUS.Widzisz, ja — nie mam córki, ani wnuka...Dom mój jest pusty, a życie samotne,Myśli — a księgi — to już wszystko mojeI nie zostawię nic, schodząc ze świata...No, stary! otrzyj łzy! to nie jest skarga!Widzisz, tak czasem serce się oszukaW swojej miłości, że zamiast rodzinyKocha samotnych swych badań godziny —I cel daleki — który na swym grobieChce zamiast syna zostawić po sobie.Chceszże mi pomódz?
HAGON. A więc, niech tam w niebieBóg oczy zamknie — i nie widzi ziemi!Panie mój, nigdy nie opuszczę ciebie...Zostań; sam trumnę rękami własnemiOtworzę, trupa przyniosę tu z Nelem.A jeśli czarna uderzy godzina,Niech nikt nie mówi, że Hagon się lękaByć nieszczęsnego pana przyjacielem...Zginiemy razem... Kocham cię, jak syna!
VESALIUS.Dzielny mój, stary! oto moja ręka!(Hagon oddala się z pośpiechem)............O tajemnico, stokroć życia warta!Jażbym się zachwiał u twoich podwoi,Kiedy przede mną ciemna twoja kartaW nagłym przebłysku objawiona stoi!...Jażbym się zachwiał, zrobiwszy już tyle!Czyliż wiek męski zaprzeczy odwadzeMłodości mojej? — a trwoga — mej sile?Czyliż sam siebie i cele swe zdradzę?...Jażbym się zachwiał? — Mistrzów moich duchyWołają na mnie: »Śpiesz!...« w wieków pomrocePrzyszłych pokoleń zaczynione ruchyWołają na mnie: »Śpiesz!...« bezsenne noce,W których zbierałem rozbite okruchyTajemnic wiedzy, ciszy mi nie dają,Lecz, jak sto haseł: »Śpiesz się! śpiesz!...« wołają.Do czynu zatem! Na wieków zegarzeNarodzin światła wybija godzina...Za sto lat jakich — wzniosą mu ołtarze...Lecz niech ja pierwszy światu dziś pokażę,Odrodzonego myśli mojej syna.Dość snu! niech ludzkość powstanie ockniona!
(staje w zamyśleniu przed otwarlem oknem).
O nocy! bądź mi stokroć pozdrowiona!Bądź mi pozdrowień, ty uśpiony grodzie!Bądź pozdrowiony, wielki ty narodzie,Nad którym wiszą mgły dziejowej cienie...Bądź pozdrowiona ludzkości walczącaZ własną niemocą na drodze do słońca...Ty, co krzyżujesz proroki twe wieszcze,Co w bólach rodzisz duchowe olbrzymy,Bądź pozdrowiona! Gdy stosów twych dymyKrwi purpurowe zagaszą już deszcze,Ty prochom moim zwróć’ to pozdrowienie!............Jakże mi smutno dzisiaj! Jakieś głosy,Stłumionych żarów pełne i tęsknoty,Szepczą mi w duszy słowa upojenia!...Jestem jak Arab, ginący z pragnienia,Który z oczyma wbitemi w niebiosy,Z błękitów czeka zejścia białej rosy,By nagą piersią przyjąć jej pieszczoty...O!... jak mi smutno!... Chciałbym skłonie głowęNa czyjeś ramię — i odpocząć w ciszy —I myślom gorzkim wykraść te godziny,W których pierś każda snem, lub żądzą dyszy,I usnąć — jak to miasto marmurowe...............O nocy stokroć samotna! o nocy,Która dla tłumów miękkie ścielesz łoże!Myśl na twych skrzydłach gwiaździstych ulataW nieskończoności pełne głębin morzeI szuka pierwszych, wielkich dźwigni świataI ginie w własnej niemocy!...O życie! wielkie nic, bytem nazwane!Palących pytań pełne masz źreniceI w pierś mi ciskasz — jako błyskawice,Zagadki swoje — nigdy nie poznane...Ty myśl człowieka przerzucasz od krańcaNiemych podziwów dla złotej swej księgi,
Aż do zwątpienia, smętnego wysłańcaZbudzonej w duchu świadomych potęgi...O życie! twoje kwiaty i owoceSą dla tych tylko, co wielbią twe słońce;Dla myśliciela masz samotne noceI gorzkich zwątpień amfory trujące.............
(chwila milczenia)
(Hagom i Nel wnoszą trupa młodej kobiety).
NEL.Uf!... ciężka! — Jeśli Pan Bóg na wagę ją bierze,To dobry handel robi... panie, gdzie położyć?
VESALIUS.Tu... na stole... ostrożnie...
NEL. Na mego patrona!Gdyby ta piękna panna miała tutaj ożyć,Dopiero by to była srodze zadziwiona!Piękne mi towarzystwo: obcęgi — i noże —I noc... a jaka czarna noc!... Panie doktorze,O czepiec mój prababki z wami się założę,Żem zarobił reala... — Hej! słuchaj mnie, Hago!A przestańże tam klepać, jak tartak, pacierzeI zabierz tę zasłonę — trupy chodzą nago.
(Chce zdjąć zasłonę pokrywającą ciało, w czem mu przeszkadzaruch Vesaliusa, zajętego dobieraniem narzędzi).
VESALIUS.Zamilknij — albo odejdź!
HAGON. Jesteś sprośne zwierzę!
NEL.Hę? co? jak?... zwierzę, mówisz?... A ty, mój bałwanie,Jesteś podszewką zwierza na wywrot...
HAGON. O panie!Każ mu odejść! niech słowem nie kala tej sprawy!
NEL.Odchodzę już!... odchodzę!... Boże mój łaskawy!Odchodzę już...
(zbliża się do stołu) Panienko, czy tańczysz bolero?Jeśli nie, jesteś zerem; bo trup — jest to zero!
VESALIUS.Oto zapłata twoja; zostaw mnie z Hagonem...
NEL.Idę... idę... odchodzę... Hej, bańki mydlane,Co się zowiecie ludźmi, dobranoc wam, bańki!Co za noc! Albo jestem babki mej wrzecionem,Albo w całym Madrycie prawić będą niańkiDzieciom do snu historyje o tej nocy!...
HAGON. PrzecieDobry wiatr przewiał tę błazeństwa chmurę,Grad słów sypiącą!
VESALIUS. Duchy rozłamaneTak przyjmą prawdy rodzące się w świecie:Jedni z przestrachem odwrócą spojrzenia,Jak stary Hagon, bojąc się zgorszenia,Inni, jak Nel ten, pojęciem swem nizkiemObejmą tylko to, co jest zjawiskiemI zmienną formą wiecznego istnienia;A rzadki myślą uleci tam, w górę,Gdzie prawa pisze Bóg gromowym błyskiem.
(chwila uroczystego milczenia. — Vesalius unosi zmolna zasłonę,pokrywającą trupa)
O wielki, cichy śmierci majestacie!O blda jutrznio słonecznego świtu!O pracownico Boga — i przyrody,Co stapiasz wszystkie formy i postacieW zaczyn drgający wieczystego bytuI ścierasz wszystkie bóle i radościZ martwego czoła tchem nieskończoności,Zaklinam ciebie, o śmierci milcząca,Przez wieczny spokój twój — i twoją ciszę,Niech głos natury jasno dziś usłyszęI niech ta walka, co pierś mi roztrąca,Wobec się twojej uciszy pogody!............Boże! ja nie chcę burzyć Twych ołtarzy...Ja nie chcę wstrząsać świątynią Twej chwały...Lecz czyż duch, który badać się odważyDzieła Twe, Panie, zwań będzie zbyt śmiały?I czyliż mu to poczytasz za zbrodnię,Że u przyrody jasnego ogniskaDla wieku swego rozpala pochodnięI po nad tłumów cień — myślą wybłyska?Czyż grzech potęgę twórczą Twej wszechmocyRozważać w wiecznych ustawach istnienia?Czyliż Bóg światła — zwie się Bogiem nocy?A droga prawdy — drogą potępienia?Nie! przyjdą wieki nowe, wyzwoloneZ niewolniczego dla bóstwa postrachu,I prawd najwyższych słoneczną zasłonęŚmiało podniosą w tajemnym tym gmachu,Gdzie Bóg przyrodzie przepisuje prawa,A pod jej berło byt wszelki poddawa.Stłumione dzisiaj rozbudzą się głosyI nowe prądy w pierś ludzką uderzą...Nowy widnokrąg rozszerzą niebiosy...Duchy walczące potęgą swą zmierząZ zagadką życia zwikłaną, prastarą
I wiedzą uczczą to — co dziś czczą wiarą.
(Hagon nasłuchuje z trwogą)Dalej, Hagonie! odwagi! Do dzieła!(uderza nożem w pierś trupa — i chwilę pracuje w milczeniu).
HAGON.Panie! ktoś idzie... pochodnia mi drgnęła...(słychać wrzawę zmieszanych głosów — a po chwili silneuderzenia w bramę)
GŁOS.Otwórzcie, w imię prawa!
HAGON. Idą, panie!...Ukryjmy trupa...
(usiłuje zarzucić zasłonę na stół)
VESALIUS.(zajęty pracą) Co robisz Hagonie?(uderzenia w bramę ponawiają się)
HAGON.Panie, to zbiry!... Ja trupa zasłonię...Zagaszę światło...
VESALIUS. Nie, to być nie może,Żebym ja teraz właśnie, gdy przyrodaTajne mi swoje daje posłuchanieI już mi drogi odsłania przewodnie,Rzucać miał pracę... Hagon! wznieś pochodnię!
GŁOS.Otwórzcie! Cóż to? szatańska gospoda,Którą zdobywać trzeba?
(uderzenia wzmagają się)
HAGON. Wielki Boże!Drzwi wysadzają... Panie! rzuć te noże!
VESALIUS.Milcz, słaby starcze! Wojownik nie ciskaSztandarów swoich wśród pobojowiska...Niech uzbrojona do czynu prawica,Jak jutrznia wiekom idącym przyświeca...Wznieś tę pochodnię!
HAGON. O dniu zgrozy wielki!...
GŁOSY.Precz z gwałcicielem grobów! — precz z hyeną!
INNE GŁOSY.Nie dać skry ognia — ni wody kropelki!Zburzyć to gniazdo od podstaw do szczytu!Precz, precz z kacerzem!...
(kamień rzucony w okno przelata s świstem, raniąc Vemliusa)
VESALIUS. O ludu Madrytu!Noc tę kupuję dla ciebie krwi ceną...Królewską ceną...
(wrzawę tłumu zagłuszają silne uderzenia w bramę; we drzwiach,wypartych gwałtownie, ukazuje się Inkwizytor ze swoimorszakiem — dalej ciśnie się tłum)
INKWIZYTOR. W imię majestatu,Mistrzu Vesalio, jesteś oskarżony
O profanacyę grobów, sprośne czary —I jak odstępca od najświętszej wiary,Masz być uwięzion — i oddany katu.
VESALIUS.(z boleścią)Hiszpanjo biedna! Hiszpanja!... Hiszpanjo!...
HAGON.(rzuca się ku niemu)Ratuj się panie!
INKWIZYTOR.(do jednego z siepaczy) Wyprowadź go, Stranio!
HAGON.(szarpiąc się)Chcę z moim panem być!... chcę z moim panem!...Sercem się ze mną dzielił... chcę więzieniemZ nim się podzielić!...
STARANIO. A milczże, ty żbiku!Nie wrzeszcz!... Podzielisz... kajdanów wystarczyDla was obydwóch — i z trzecim szatanem,Waszym kumotrem! Milczże... masz!...
(uderza go pięścią w twarz)
VESALIUS. Nędzniku!Pies nawet na tak siwą głowę już nie warczy!
INKWIZYTOR.Ochydnej winy zbyt jawne dowodyWidzę na zgrozę oczu — tu — przed sobą...Jestże ta zmarła szatańskiem złudzeniem,Czy też niewiastą, ciałem i osobą?
VESALIUS.Jest ciałem, panie — ołtarzem nauki,Na którym mądrość rozważam przyrody.
INKWIZYTOR.Bluźniercze słowa! Sto lat już minęło,Od sławnej chwili, kiedy Bonifacy,Tego imienia ósmy, ojciec święty,Potępił bullą ohydne to dziełoI najsurowszym wyklął je zakazem...Tyś wbrew ustawie Boga i KościołaŚmiał świętokradzkiem tknąć trupa żelazem...Zbrodnia to straszna i o pomstę woła:Wyklęty jesteś! wyklęty!... wyklęty!...
VESALIUS.Wyklęty? — Z czego? — czy z błękitów nieba?Z dobroci Boga? czy z Jego wszechmocy?Z królestwa myśli? czy z potęgi pracy?Z ochłody zdrojów? czy z plenności chleba?Z światła poranków?... ze spokoju nocy?...Wyklęty? — z czego?... z koła nieśmiertelnychDuchów, co lecą wciąż wyżej — do góry?...Z spuścizny wielkich? — czy z nadziei dzielnych?Z macierzystego pnia całej natury?Wyklęty?... ależ patrz, Inkwizytorze!Nademną świecą jasne gwiazdy boże,Ziemia z pod nóg nie leci w odmęty...Żyję, oddycham... i mówisz — wyklęty?
INKWIZYTOR.Słuchaj! ta klątwa, której tak zuchwaleŚmiesz dziś urągać w bluźnierczym twym szale,Jest gromem, który w proch rozbija duchy;Jest mieczem, co cię od wiernych odcinaI wszystkie twoje obezwładnia ruchy.Od chwili, w której z siłą piorunową
Nad potępioną twoją zagrzmi głową,Oddech twój kazi — a dotknięcie brudzi...Zwać się przestajesz dziecięciem swej ziemi,Bratem w rodzinie, człowiekiem wśród ludzi...Jesteś nędzarzem, chociażbyś miał złoto...Choćbyś miał matkę — samotnym sierotą...I bezpotomnym, chociażbyś miał syna...I trupem jesteś — między żyjącymi!
VESALIUS.Jakaż to ciemna i dzika potęgaPo godność ludzką do czoła mi sięga?Jakaż to władza posępna i krwawa,Moje najświętsze wydziera mi prawa?Jestżeś ty Bogiem, że słowa twe mogąIstotę moją zgnieść — i zdeptać nogą?Nie! pókim żywy, nie zadrżę przed nikim...Ja wolny jestem — tyś jest niewolnikiem!
INKWIZYTOR.Zamilknij, stokroć zuchwały kacerzu!Słów twoich słuchać nie mogę bez grzechu...
VESALIUS.Więc inne niebo stwórz — i inne słońce,Nad głową moją klątwą gorejące...Inne powietrze stwórz mi do oddechu...I przestań Boga mego w swym pacierzuNazywać ojcem, gdym ci nie jest bratem!
INKWIZYTOR.Za każde słowo odpowiesz — przed katem.(zwraca się do swego orszaku)Niech wejdą Bianchi!... Trup ten znieważony
Pogrzebu chrześcijan od nas się domaga...Zakryć tę zgrozę! — podajcie zasłony...
VESALIUS.Myśl też jest szatą — a prawda jest naga.(wchodzą pokutnicy w białych kapach, z pochodniamia ustawiwszy się w około trupa, rozpoczynają chóralny śpiew. —Inkwizytor przyklęka i modli się)BIANCHI.Ojcze nasz!...
VESALIUS.(z uniesieniem)Ojcze, wolnych, ludzkich duchów!Do światła Twego przywołaj błądzące...Niech imię Twoje, wskróś przemian i ruchówCałej przyrody świeci nam jak słońce!Niech wolę Twoją wieszczą nam nie gromySrogich zakazów, gróźb i przerażenia,Lecz wszechświat cudów pełen, tron widomy,Skąd wznosisz berło wiecznego istnienia...O! daj nam pokarm godny nas — i Ciebie.Nasyć głód wieków mdlejących w pochodzie...Niech na Twej ziemi, marząc o Twem niebie,Nie giną duchy w rozpaczliwym głodzie!Niech w walce pojęć prawda Twa zwyciężaI niechaj nigdy szermierz Twój nie imaStrasznego dziejom i ludom oręża:Uniesień tłumu — mściwego olbrzyma.Daj piersiom naszym puklerz brylantowy!Daj myślom światło, potęgi swej gońca!Niech pękną starej ciemnoty okowyI niechaj duchy ulecą do słońca!Módlcie się bracia! ja modlę się z wami...
(chwila milczenia — stychać chór pokutników)
INKWIZYTOR.(powstając)Amen! Zabierzcie trupa pokutnicy!Niech orszak naprzód rusza z pochodniami...
GŁOSY Z ZEWNĄTRZ.Idą już... idą...
INNE GŁOSY. Miejsca tam w ulicy!...
INKWIZYTOR.Ty, coś śmiał gwałcić Kościoła ustawy,Nędzny kacerzu i bluźnierco krwawy,Idź!... niechaj tłum ten z swem urągowiskiem,Będzie dla ciebie pierwszym stosu błyskiem!
(Bianchi wynoszą trupa; siepacze otaczają Vesaliusa; za nimipostępuje Inkwizytor)
VESALIUS.(zatrzymując się nagle, patrzy w przestrzeń)Stójcie! z błękitów błędna gwiazda leci,Kreśląc w pomroce złotą paralelę...— To myśl, co wyższe ukochała celeI ginie marnie wśród ciemnych stuleci!...
(tłum otacza orszak, tamując przejście; Inkwizytor stara sięuciszyć rosnącą wrzawę)
VESALIUS.Silvio! tyś dla mnie był prorokiem kaźni;Pójdź, spojrzyj! Oto idę bez bojaźni...O! gdyby tłumy mogły okiem gołemDojrzeć ten spokój nad skazańca czołem —Ideałowi, co daje mu siłyWzniosłyby ołtarz — i cześćby złożyły...............Żegnaj mi życie — i ty boży świecie!Żegnaj ojczyzno moja oddalona!...
Chciałbym do kogoś wyciągnąć ramiona,Powiedzieć: »Kocham!« i płakać jak dziecię!...O! jak samotną była moja drogaWśród ludzi, zdarzeń i przemian chaosu!Nie mam na niebie nikogo — prócz Boga —A tu na ziemi nic, nic, oprócz stosu!Świta!... Dzień nowy bieli się do słońca...To mój ostatni dzień! O, stójcie, proszę!...Umierać idę, jak noc ta mdlejącaI śmiercią moją świt ziemi przynoszę!Witaj mi słońce jeszcze niezrodzone!...Witaj przebłysku purpurowej zorzy...Śpiesz się! niech pierwszy z twych promieni złożyNa czole mojem męczeńską koronę...Śpiesz się! niech światła zwycięstwo obaczą,Duchy strudzone, zatrute rozpaczą...Niech je idei ujrzą męczennicy!
(wyciąga z uniesieniem, ramiona do wschodzącego od tej chwili slońca)Światła!... ach światła!... światła!...
INKWIZYTOR.(popychając go gwałtownie) Do ciemnicy!
Czy śpi?
CÓRKA. Śpi jeszcze...
CASTELLI. I co też śnić może,W ostatnich chwilach tej ostatniej nocyBlady ten starzec!...
CÓRKA. Zbliż się! ja ci powiem...Śni, że Bóg wielki nie ma już w przestworzeBłękitnym tronu wieczystej wszechmocy...Że złe potęgi gorącym ołowiemZalały usta wszelkie, które mogąObwieście prawdę... że myśl, która świataKrąg oblatuje, jak oddech ludzkości,Zdławiły pięścią — i zdeptały nogąPrzeraźliwego, czerwonego kata...Że duch już nie ma praw, ani wolności...To on śni! to z nim śni dzisiaj Rzym cały,Świat cały!...
CASTELLI. Pani! boleść cię zwycięża.Wiekuistości jasne ideałyNie giną marnie z upadkiem szermierza;Rzeczą niegodną jest wielkiego męża,Jeśli los prawdy swym losem wymiera.Po nad poziomem nędz i walk tej ziemiJest przystań ciszy i światła dla ducha;Wieki, bijące skrzydłami orlemi,Zerwą się kiedyś z niewoli łańcucha —I pić polecą ze zdroju żywego...Człowiek upada — lecz prawda jest wieczna.
CÓRKA.Wieczna... dla wiecznych... Ach! i cóż mi z tego,Że gdzieś, za sferą naszego istnienia,Za szeregami posępnych stuleciJest jakaś prawda bezwzględna, milcząca,W wielkości swojej i sile bezpieczna,Która spogląda bez łez i bez drżenia,Jak ludzkość w otchłań gorejącą leci —Nie mogąc dojrzeć świtu — ani słońca...I cóż mi z tego?... Ja cierpię dziś właśnie;Ja dzisiaj wątpię, dziś konam z boleści...Jeśli jest prawda, niech grom ją obwieści,Lub niechaj słońce na wieki zagaśnie.
(z rozpaczą)To jest mój ojciec! Ja go chcę mieć żywym!Kocham go! Słyszysz?...
(słabnąc) O! bądź litościwym!...Powiedz mi, wierzysz?... O patrz! jak te białeWłosy rozwiewa poranek, zbudzonyNad chłodnym Tybrem...
CASTELLI. Czoła tego chwałyOgłoszą kiedyś wieki — i miljonyDuchów — i prawda zostanie uznaną!
CÓRKA.Ciszej!... ach ciszej!... Budzi się...
GALILEUSZ.(we śnie)...GiordanoBruno...
CÓRKA Ach ojcze! ojcze!... co za słowa...Co za sen straszny!...
CASTELLI. On śni, że jest wielki!
CÓRKA.(dotyka jego ramienia)Ach ojcze! zbudź się!...
CASTELLI. On śni, że jest dzielny!
CÓRKACicho, na Boga! Nie masz ty kropelki Ludzkiej krwi w żyłach?...
CASTELLI. Śni, że nieśmiertelny! (chwila uroczystego milczenia; — Galileusz budzi się)GALILEUSZ.Ha! świt... świt krwawy! O brzasku boleści!
Dzień hańby wschodzi... to słońce obwieściCałemu światu mą słabość — i zdradę...
CASTELLI.(zbliża się do teleskopu)Już Medycejskie gwiazdy gasną bladeI tylko Wenus jak djament goreje...
GALILEUSZ.Roma! straszliwie dziś nad tobą dnieje!O słońce! nie wschodź ty dzisiaj z chaosu!Bo się zawstydzisz, jeśli będziesz bledszeOd czerwonego, jak krew ludzka, stosu,Co wolne duchy rozwiewa w powietrze...Zagaście blaski wasze, srebrne globy!Niechaj na ziemię tę, pełną żałoby,Nie pada światło wieczystych pochodni!O! nie patrz na mnie złotemi oczami,Poranna gwiazdo, bo wzrok twój się splamiOd hańby czoła mego — i od zbrodni,Którą dziś spełnić mam na własnej sławie...
CÓRKA.(łkając)Ojcze mój!... ojcze!...
GALILEUSZ. Po toż życie całeWalczyłem, z piersią odkrytą na ciosy,Bym dzisiaj, hańbiąc siwe moje włosy,Szedł, jak pokutnik szaty wdziawszy białe,Odprzysiądz prawdę na kacerskiej ławie?...
Nie! nie!... ja nigdy nie znajdę dość siły,By to uczynić!... Ha! tożby na głowęOdstępcy spadły iskry piorunowe,Skrzesane w biegu przez potężne bryłyLecących światów... Jakto? w jednej chwiliŻycie się moje całe w cień przesili —I w mrok niesławy zapadnie blednące,Jak przygaszone w dzień zaćmienia słońce...I nic mi odtąd, nic... nic nie zostanie?
CÓRKA.Ach! czyż to tylko jest szczęściem jedynem,Co się kupuje za ceny najkrwawszeI ciągłą walką zdobywa na świecie?Posłuchaj, ojcze! pójdziemy daleko,Gdzie nie ma smutków — i gdzie łzy nie cieką...Tam będę ciebie, jak maleńkie dziecię,Pieścić co rano... co wieczór piosenkiŚpiewać ci będę... zapomnisz tej sławy,Która tak straszne otwiera otchłanieI na twe czoło rzuca cień swój krwawy —I stwarza zgryzot dojmujących męki...Tam zostaniemy w ukryciu na zawsze!...Ojcze! spojrz na mnie! ja jestem gotowa!...
GALILEUSZ.Gdybym miał syna, coby takie słowaŚmiał wyrzec wobec łez mych majestatu,Myślałbym, że on nie jest moim synem!Lecz serce kobiet, podobne do kwiatu,Z łez nawet rosę wysysa dla siebie —I kwitnie jeszcze na własnym pogrzebie.Gdyby Bóg przeklął samego Adama,Wzniosły wygnaniec z krainy światłościPadłby — i skonał, zanim się zawarłaWiecznej swobody i rozkoszy brama...
Lecz była Ewa — i ta nie umarła —I dała życie ludzkości...
GŁOS.»Dzień gniewu — dzień płomienisty...«
GALILEUSZ.O tak! dzień gniewu... dziś padają tronyDuchów, wzniesione nad błękit przeczysty...O, jakżem nędzny!... o, jakżem shańbiony!...
CASTELLI.Mistrzu mój! ucisz się tą wielką ciszą,Która nad czasów kolei spełnieniemCzuwa — i liczy potężnem milczeniemTych, co ją w duchn swym słyszą...Ucisz się mistrzu, i swojej boleściNie daj na pastwę ciemnego motłochu...Niech ból twój, wielki, jako oceany,Nie będzie wzrokiem szyderstwa smagany,Ani w ulicznym znieważony prochu,Lecz niech w twej męzkiej piersi się pomieści...Ucisz się, mistrzu — i wznieś się nad siebie...Pomyśl, jeżeli promień słońca skrytyNie daje światła w burzliwej zamieci,Czyż zwątpi oko wpatrzone w błękity,Że on nie zagasł — lecz żywie i świeciNa wyższem, czystszem i jaśniejszem niebie?
GALILEUSZ.Mów, bracie! — Jakaś nieznana otuchaZ twojemi słowy przejmuje mi duszę...Jam zgnębionego wcieleniem jest duchaI dźwigać łańcuchy muszę.
(powstaje i mówi z rosnącą siłą)Lecz przeszłość widzi — a przyszłość mnie słucha...Posępna wielkość skazańca purpurę
Królewską rzuca na moje ramiona...Potężnym cieniem na czas mój zapada...I koronuje czoło moje w chmurę,Z której słoneczna leci błyskawica,Co przyszłość całą oświéca...Przy jej jaskrawych połyskach widniejąWalki, tryumfy i prace tych duchów,Co żyją wielką, wszechludzką nadziejąI rwą ogniwa ciemnoty łańcuchów...Ludzkości! będziesz zbawiona!...Nadenmą wiek mój podnosi miecz nagiI myśl przecina, jak promień, na dwoje...Lecz błysk genjuszu, rzucony na wagiWiecznego ruchu, przyśpiesza wschód słońca...Oto już wschodzi zorza gorejąca...Dzień nowy chwyta za nowe oręże...Myśl, co się w ciszy badania poczęła,Jako krew w ludów przelewa się żyłyI nowych prądów zwiastuje świtanie...Powstaną męże potężnej, lwiej siły,I oko w oko obejrzą Twe dzieła,O Wiekuisty! o Stwórco! o Panie!...
(chwila milczenia — slychać bijące w kościolach dzwony)
MAROI.(wbiegając)Co to, mój panie?... cały Rzym wzburzony,Lud się na placach tłumami gromadzi.Dominikanie snują się jak cienie...Na Ara-coeli biją w wielkie dzwony...Ponury poczet kapturów się zbiera...W arterjach miasta czuć stłumione wrzenie,
Jakby przed jakimś straszliwym wybuchem...Procesja ciągnie do twojej pustelni...Mówią... Lecz cóż to?... jesteście tak bladzi...Castelli! pani! powiedzcie mi, co to?...
Synu mej myśli! ty jesteś sierotą —A ja — gasnącym w cieniach wieku duchem!
(osłabły upada w krzesło)
MARIO.A więc to prawda?...
CÓRKA. Cicho bądź!... umiera...
MARIO.Czyż umierają kiedy nieśmiertelni?...
GALILEUSZ.(głosem zagasłym)O, stokroć nędzna — i stokroć przeklętaJest nieśmiertelność ohydy — i _zdrady!Chciałbyś już spocząć... lecz ludzkość pamięta;Jak upiór w dziejach pojawiasz się blady...Wiek jeden mówi — a drugi wiek słucha:»To Galileusz, co zaparł się ducha«.O! dajcie wy mi grób cichy, głęboki,Gdziebym położyć mógł tę głowę siwą...Gdzieby okropne, hańbiące wyrokiNie dosięgały potęgą straszliwąDo dostojeństwa ludzkiego korony:Swobody myśli... O! jakżem znużony!A jak daleko jeszcze koniec dzieła!...
CASTELLI.Odwagi, mistrzu!
MARIO.(do Castellego) Czy ziemia stanęła?Milczysz? Więc jakże dziś ten starzec możeMieć tę odwagę straszną renegata,Odprzysiężeńca — i wobec wszechświata,Co mu nad głową globy swoje toczy,Wyprzeć się prawdy w żywe Stwórcy oczyI na wiek wieków okryć się sromota?...
(do Galileusza)O panie! słuchaj!... Ja jestem sierotą,Biednym sierotą — i nie mam na świecieNic — i nikogo... a przecież, gdy wspomnę,Żem myśli twojej i ducha jest dziecię,Jakieś mnie blaski chwytają ogromne —I w nieskończoność wytężam źrenice —A światy, lecąc w błękitne przestrzenieMojego wzroku czują błyskawice,Krzyżując z myślą moją swe promienie...Widzisz je? — oto całe ich miljardyKreślą w przepaściach koła gorejące...Jakże ty powiesz, że jest nieruchomaWielka budowa współruchu, współwagi?...Czyż się nie lękasz, by wschodzące słońceRzuciło ziemi spojrzenie pogardy,Od której w ogniach wstydu stanie Roma?O! na to trzeba straszliwej odwagi!...
CASTELLI.Wiedz, zapaleńcze, że gdy ludzkość wcielaIdeał w zasad społecznych dziedzinę,Godną jest rzeczą nawet Zbawiciela,Gdy z krzyża woła: »Ja za prawdę ginę!«Braterstwo ludów, równość praw człowieka,Jest tym posiewem, co wzejście swe zwleka,Jeśli mu braknie dżdżów krwawych, łez rosy.Lecz tutaj — po co płonąc mają stosy?
Czyż przeto, że się przemoc naigrawaI cichym rządom przyrodzenia bluźni,Ruch nieśmiertelny wieczystego prawaBieg swój odwróci, albo go opóźni?
GALILEUSZ.Pozwól mu mówić, Castelli! Przez niegoNajgłębsza tajnia duszy mej przemawia...On jest zapałem wiedzy — i przyszłościąOlbrzymiej walki... siłą, która złamieŻelazne berło starego bezprawia...On jest jutrzenką zdobywczej ludzkości,Potęgą woli — i świata młodością...Pierwiastkiem ducha Bożego...I na dziewiczem czole nosi znamięIdei nieskończoności!...
MARIO.(rzuca się do nóg Galileusza)O! dzięki tobie, ojcze mój!... Pójdź, pani!Błagaj go ze mną, niech wytrwa do końca...I niech nie nurza w ohydnej otchłaniKłamstwa ostatnich blasków swego słońca...Pójdź, pani! osłoń wzniosłą starca głowęOd mar posępnych zwątpienia — bojaźniI niech zakryją włosy twoje płowePrzed jego wzrokiem krwawe widmo kaźni...O pójdź!...
CÓRKA.(łkając) Milcz, Mario, bo mi pęknie serce!
MARIO.Ha! tak!...(powstaje) Posłuchaj! jeżeli się dowiem,Że za pieniądze jesteś nierządnicą,
Klnę ci się, pani, mą duszą mem zdrowiem,Że pójdę patrzeć, jak idąc ulicą,Uczciwi ludzie omijają ciebieI jak wyglądasz w hańby poniewierce...Jakto! tyś córka? — i — przez Boga w niebie,Patrzysz, jak ojciec twój siwy i staryGinie w straszliwej dla męża bezcześci —I toniesz we łzach bezpłodnej boleści,Zamiast się podnieść do wielkiej tej miary,Co bohaterów stwarza — i ofiary?...Tyś córka, pani?... i wolisz go żywymTrupem, niż wolnym, nieśmiertelnym duchem?I słabość jego — uścisków łańcuchemDo życia hańby przykuwasz — straszliwym?...
(do Castellego)Ach! i ty, zimny, bogdajbyś od łunyStosów rozgorzał! Bogdajbyś na ziemiBolał ludzkości ranami żywemi!...Bogdajbyś zrzucił tę maskę półboga,Która w milczeniu patrzy, jak piorunyBiją w pierś żywą, jak ciemność złowrogaW twarz rzuca słońcu ohydne swe plamy!Bogdajbyś cierpiał skazańca rozpacząI poczuł gorycz łez tych, którzy płaczą!...
(wspiera się o mur, zakrywszy twarz dłonie; slychać ciche tkanie)
GALILEUSZ.Błogosławiony bądź, duszy mej synu! Ostatniem wolnem, nieskażonem tchnieniemPoświęcam ciebie na prawdy szermierza!Ty wytrwasz dzielnie! ty będziesz promieniem,Co w ciemność całą potęgą uderza,Aż skrzesze iskrę zapału, grom czynu!
MARIO.Ale ty, ojcze, ty?
CÓRKA. Cicho!... słyszycieTen głuchy łoskot i hasła u bramy?...
(chwila milczącego oczekiwania; wchodzi poseł toskański)
POSEŁ.Dostojny panie! rozłączyć się trzeba...Straż Inkwizycyi u wejścia już czeka...
MARIO.Ach! że też słońce z wysokiego niebaNie spadnie na te upodlone głowy!...
POSEŁ.(do Galileusza)Męstwa, mój panie! Czy jesteś gotowy?
GALILEUSZ.(ponuro)
Wyrzec się części człowieka —I hańbą okupie życie!...
POSEŁ.Castelli! wprowadź mistrza do komnaty...Pójdź, pani! losu nie odmienisz łzami!
(podaje rękę córce; wychodzą; przez otwarte drzwi słychać śpiew mnichów, oczekujących na Galileusza)
GŁOS.W dzień sądu Twego...
CHÓR. Zmiłuj się nad nami!
MARIO.(chwilę słucha w osłupieniu, a potem, wznosząc w niebo zaciśnięte ręce, mówi)Więc to tak, Boże, rządzisz swoje światy?............
Przyznaj, opacie, że cała ta sprawaWielkim kłopotem jest dla Watykanu...Już Paweł piąty, dając posłuchanieSławnemu temu winowajcy, mniemał,Że wolno mu jest uczucia człowiekaOd obowiązków papieża oddzielić...
OPAT MARAFFI.(generał zakonu Dominikanów).Lecz Urban ósmy przeszedł go w tej mierze:On, w liście swoim do księcia Florencji,Tak niemal jasno, jak sam Galileusz,Bronił wolności myśli — i nauki;I względom jego polecał gorącoNieśmiertelnego skazańca... a jednak,Jak to wiadomo Waszej Eminencji,Przed sąd Indeksu pozwać go dozwolił —
I słucha teraz, jak biją we dzwony,Gdy geniusz wielki ma być potępiony.
KARDYNAŁ BARBERINI.Ha! trudno bardzo iść przeciw prądowiSwojego czasu! Wszystko, co uczynić możnaW tej mierze, jest — być sprawiedliwymI wzgląd, należny dla wielkiego męża,Połączyć — z względem należnym...
OPAT MARAFFI. Dla świata!...
VULPIANUS.(rektor akademii duchownej w Bolonii).Czegóż wy chcecie, Padre?... Kościół musiTwardo stać przy swych zasadach i prawdach.Jedno ustępstwo, jeden krok fałszywyUzuchwaliłby jego przeciwników.Dziś Augustyn święty, jutro PawełStawaćby musiał do dysput uczonychI odpowiadać pysznym nowatoromNa takie oto: »Harmonices mundi«Lub: »Cena de le Cenere« — lub wreszcie»De revolutioniubus«... Zważcie panie,Że za tą kwestją, tak dzisiaj rozgłośną,Kryje się inna, ważniejsza daleko,Która mniej bystrym umysłom uchodzi...Tu już nie idzie o to, aby orzec,Czy ziemia jest tym punktem nieruchomym,Wkoło którego słońce krąży złote,
— Co zresztą godnem jest miejscem w wszechświecieDla tej planety, na której się wielkieCałej ludzkości spełniły mementa —Lecz o to, czy te tajemnicze drogiBadań przyrody mają stać otworemPrzed umysłami śmiertelnych? Czy duchyTak niezależnie mają czuć i myślść,Jakby nie było na świecie powagi,Która najświętszych tajemnic zasłonyPomiędzy niebem a ziemią wstrzymuje?...Czy nie należy już w samym zarodzieStłumić objawów bluźnierczej odwagi,Z jaką dziś ludzkość w chaosu otchłanieW pysze swej rzuca zuchwałe pytanie,Które dzień sądu płomieniem rozwiąże:»Czem — i gdzie jestem? skąd idę? gdzie dążę?«Tu o to chodzi!...
OPAT MARAFFI. Tak, o śmierć lub życie.
KARDYNAŁ BARBERINI.Watykan, Padre, oglądać się musiNa te pierwiastki, które mu potęgęWśród społeczeństwa zapewniają; pomnij,Co było wrzawy w całym twym zakoniePrzeciw tym listom, które GalileuszDo Castellego pisał, o zakresiePowagi Pisma świętego...
OPAT MARAFFI. Po trzykroćSłuszność miał wielki myśliciel! ChociażbyLos mnie Brunona czekał, wyznam głośno...
KARDYNAŁ BARBERINI.(z uśmiechem)Tak w cztery oczy... wobec mnie, opacie...
Nie; nawet w obec świętej Kongregacji,Że ja sam jestem tegoż zdania; PismoJest wielką księgą etyki — i mniemam,Iż nigdzie twórca Genezy nie wyrzekł,Że to jest wiedzy ludzkości omega.
VULPIANUS.Ależ tradycja, tradycja, mój panie!Ta niewzruszoność jest naszą potęgą!
OPAT MARAFFI.Słabością naszą, powiedz!... Instytucja,Chociażby z nieba miała swój początek,Wtedy jest tylko trwałą i potężną,Gdy w swojej treści i w zakresie swoimPrawo rozwoju mieści i uwzględnia.Inaczej — ludzkość przerasta ją szybkoI musi od niej odstać obojętnie,Ale rozeprzeć ją piersią wezbranąW formy, któreby duchom wystarczały.Weź Ewangelję... Ta, mieści zaiste,Tak wzniosłe prawdy, takie ideały,Że choćby ludzkość na skrzydłach leciałaPo wielkiej drodze wiecznego postępu,Ta księga kroku dotrzyma jej zawsze —Zawsze wystarczy — i owszem zostanieNa wieki wieków wielkim ideałemWszystkich narodów, ustawą społeczną,Której lud żaden nie przerośnie nigdy...Bo serce ludzkie do wyższej się miary,Jak miłość bratnia, ofiara, cierpienieI sprawiedliwość, nigdy nie dostroi!I gdyby Kościół raz zechciał zrozumieć,Że przebudzone badań ducha prądyJuż się zażegnać nie dadzą, ni stłumićOgnistym dymem, który z tego gmachu
Ogarnia Włochy, mniemam, iż powagiSwej strzegłby lepiej, biorąc na swój udziałTo, co w ludzkości wiecznym uczuć zdrojemBić będzie w niebios sklepienie błękitne,Niż, gdy naznacza granice potędze,Którą sam Bóg chciał widzieć niezależną,Stawiając przed nią świat zjawisk otworem.Ta Ewangelja, to księga miłościBratniej, nie jakieś uczone systema,Którego Chrystus daćby nie omieszkał,Gdyby w niem widział zbawienie ludzkości.
KARDYNAŁ BARBERINI.Ha!... ha!... opacie... nie żartem coś bluźnisz!A coby na to powiedział LaktancjuszI patrystycznej teorji filary?
OPAT MARAFFI.Coby powiedział?... Wasza EminencjaNiechaj się spyta, co jabym powiedział,Gdybym się z nimi spotkał w Rzymie! — Rzekłbym:Jakto! na świecie są jeszcze nędzarzeGłodni i nadzy, są łzy nieotarte,Krzywdy, głos których aż do nieba bije,Nieprzytulonych sierot są tysiące,Jest niewolnicza ciemnota i praca —Są wszystkie straszne niedole ludzkości;A wy, uczniowie Tego, który siebieOddał na wieczną miłości ofiarę,Wy się kłócicie o to, czy na niebieDla nieruchomej ziemi świeci słońce —Czy też się ziemia z swą nędzą obraca?Tobym powiedział!
KARDYNAŁ BARBERINI.(z lekkim uśmiechem). Apostolski zapał!...(zbliża się kardynał Bandini).
KARDYNAŁ BANDINI.Hańba nam! wieczna hańba, Barberini!To, co się dzisiaj za chwilę tu stanie,Imię Kościoła ohydnem uczyniWiekom i ludom!...
KARDYNAŁ BARBERINI. Cóż chcecie, mój panie?Myśmy zrobili, co zrobić się dałoBez obruszenia na siebie ciemnoty.Ja sam wpływałem na to siłą całą,Żeby posępną skazańca niedolęOsłodzić chociaż znośniejszym pobytemNad Inkwizycji zamknięte więzienie...Lecz nacisk tutaj wywierają masyI mniszych knowań podstępne roboty.Spojrzyj na prawo! Te białe kapturySą jak wyziewy burzy — i jak chmury,Zdolne na słońce sprowadzić zaćmienie,A nie dopieroż na ludzi — i czasy.
KARDYNAŁ BANDINI.Czas, to my, bracie! Słuchaj, jeśli KościółPochwyci wielką postępu pochodnięI nieść ją będzie przed pracą ludzkości,Jeżeli sztandar wolności rozwiniePo nad ścieśnione granice czczych sporówI godną Bóstwa swobodę obwieściDla niezależnych umysłów i duchów,Jeżeli chwyci przewodnią nic ruchówWieku, co na świat wydaje w boleściTryumfy prawdy, jeżeli sam wniesie
Pochodnię wiedzy w zwątpienia otchłanieI w drodze takiej wyprzedzić się nie da,To będzie wielkim!... to będzie tak wielkim,Jak Bóg, gdy wyrzekł: »Niech światło się stanie!«I czasy jego, nad których poziomemWybłyśnie, będą wielkimi czasami!
KARDYNAŁ BARBERINI.(szyderczo).O marzycielu!... ty — ty chciałbyś może,By Rzym, rzucając podstawy swojej siły,Oparł się o te nieliczne wyjątki,Które mu wiele może dadzą blasku,Lecz — świętopietrza pewno nie zapłacą!...
KARDYNAŁ BANDINI.Nie o wyjątki tu idzie; ja chciałbym,By społeczeństwo, którem Kościół rządzi,Było tak światłem, chociaż — i dojrzałem,Żeby wśród niego miejsca mieć nie mogłyFakta, podobne do klątwy Kaliksta,Przed dwustu laty rzuconej — komecie!
KARDYNAŁ BARBERINI.Przed dwustu laty! Sameś to powiedział.
KARDYNAŁ BANDINI.Tak! — a cóż dzisiaj? Przy jakich to blaskachWidzisz ten wielki dwuwiekowy przedział?Może przy łunie tego stosu, który
Dymi się jeszcze po Giordanie Bruno,By z głowni swoich dać iskrę na podpałPłomieniom, które dziś buchną na nowo,Jeśli się głośno ozwie wolne słowo.A to są czasy nasze! nasze, bracie!
KARDYNAŁ BARBERINI.Och! Eminencjo!... wy zawsze szukacieStron najczarniejszych i w ludziach i w świecie...Ba! wszakże w Rzymie wiadomem jest przecie,Żeście z tym wielkim winowajcą chwiliPlamy na słońcu w swej willi odkryli!
(zwraca się ku drzwiom)Coś nie nadchodzą! — To jednak ciekawemByłoby bardzo, gdyby tak ktoś z góry...Naprzykład... z Marsa na świat ten poglądałI dojrzał na nim punkt — Rzymem nazwany...A na nim punkcik... tę salę sądową...I spostrzegł, ku swej ogromnej uciesze,Jak cały zbiór ten, wraz z Inkwizytorem,Delegacjami i ceremoniałem —I winowajcą, w najwyższym zapaleOdprzysiężenia teorji wszechruchu,Jak drobna iskra obraca się w kółkoNa berle Boga — w błękitnej przestrzeni!Ha!... ha!...
(śmieje się z cicha).
KARDYNAŁ BANDINI. Nad wyraz to smutne, mój bracie!(słychać głośny szmer na prawo).
KARDYNAŁ BARBERINI.Pozwól! słuchajmy!... Wielka delegacjaGłosy podnosi... słuchajmy, to warto!Bardzom ciekawy, do jakiej potęgi
Z tych głów pizańskich wypłynie koszlawoTeorja płaszczyzn pochyłych — i prawo,Że na ciał chyżość nie wpływa ich waga...
KARDYNAŁ BANDINI.O Barberini! wolałbym jak kamieńÓw, wyrzuconym paść — i nie wstać więcej,Niżeli patrzeć, jak ciemne te tłumyRzucają błotem na wiedzy szermierza!...Mnie to, co tobie tak śmiesznem się zdaje,Posępną grozą swej nędzy uderza...Wiecznie to samo — od czasów Golgoty:»Na krzyż go! na krzyż!... zawcześnie się rodził!«— Kiedyż czas będzie, o Boże?
GŁOS 1-SZY Z DELEGACYI. Tak! w PizieKościół ma wierne dzieci! Myśmy przecieNie mogli na to pozwolić u siebie,Żeby w świątyni grzeszne jakieś sztukiSzatańskiej pychy czyniono...
GŁOS 2-GI. Cóż z tegoPrzyszłoby ludziom, choćby też wiedzieli,Jak leci kamień z tej wieży pochyłej,Co tylko cudem nad ziemią się trzyma,Jeśli wiadomo dobrym chrześcijanom,Że gdyby tylko Pan Bóg zechciał, tobyKamień w pół drogi zatrzymał się, lecąc?
KARDYNAŁ BARBERINI.(śmieje się)Ha! z założenia godnego Pizanów,Wniosek wspaniały!... godny delegacji!...
KARDYNAŁ BANDINI.(w zamyśleniu)
I to są usta, które iskrę bożąDucha rozdmuchać mniemają na świecie!...To są umysły, które się mniemająDość wielkie, by cię sądzić, myślicielu!...I to są ludzie, którzy cię z ohydąZ miasta swojego wygnali...
(wrzawa u głównego wejścia)
GŁOSY.Już idą!...
W. INKWIZYTOR.Niech oskarżony wejdzie!... Wy ojcowie,Błagajcie kornie Najświętszego Ducha,By radę swoją, której Kościół słucha,W ognistem objawił słowie.
KAPELAN.(powstając)Módlmy się...
CHÓR Z LEWEJ.Na padół nędz,Na ziemię łez,O! przybądź Duchn boży!Niech śmierci i noc,Posępną mocPrzed światłem Twem ukorzy!
CHÓR Z PRAWEJ.Niech natchnień TwychPotężny zdrój
Na kościół spłyuie święty!Wśród błędnych drógNiech wolę BógObjawi niepojęty!
OBA CHÓRY.W walk krwawych dni,Gdy ludzkość drży,Gdy miecz i stos się sroży,Hetmanie nasz,Ty światło wskaż,Ty przybądź, Duchu boży!...
(w czasie tej modlitwy chóru, straż Inkwisycyi wprowadza bocznemi drzwiami Galileusza, ubranego w pokutnicze szaty, a oddaliwszy się sama ku drzwiom, pozostawia go w pośrodku sali)
W. INKWIZYTOR.Przybliż się, starcze posępny, któregoOd kar najsroższych, zasłużonych dawno,Jakiemi Kościół zwyciężać zwykł wroga,Tylko te siwe włosy jeszcze strzegą —I winy swojej uczyń spowiedź jawną,Tu — wobec sądu — i ludu — i Boga!
(chwila milczenia; Galileusz postępuje kilka kroków naprzód)
GALILEUSZ.O panie! jam był duch wolny, skrzydlaty, Który w błękitne ulatał przestrzenie;I — jak Bóg silny — przez mgły i przez cieniePrzed wzrok swój powołał światy...Jam był ten, który zbliżyć się ośmieliłW noc ciemną niebo gwiaździste do siebieI który w cichem dumaniu, wydzieliłPrawo z chaosu w tem niebie.Byłem ten, który wyrzekł, że to słońceNad waszą głową, panie, gorejące,Nie jest pochodnią, rozpaloną po to,By wzejść — i zgasnąć nad wieku ciemnotą...
Że ziemia, drobny pyłek wśród miljonaGrlobów, ulega wiecznemu ruchowi...I — że potęga, nigdy niecofniona,Ruch ten określa, mierzy i stanowi.Byłem ten, panie, co dość miał odwagi,By wyrzec głośno, że księga zbawieniaW rzeczach nauki nie tworzy powagi —I że nie wiedzy strzeże, lecz sumienia...Że myśli ludzkiej nikt wstrzymać nie zdoła,Bo ona żywym, samodzielnym ruchem...Ja byłem głosem, który »Naprzód!« — wołaI wstrząsa pleśni łańcuchem!
(szmer w tłumie)
GŁOSY Z PRAWEJ>Zuchwały kacerz!...
GŁOSY Z LEWEJ.Wielkie wyznanie!...Wzniosły winowajca!(Herold stuka laską — ucisza się)
GALILEUSZ.A dziś — za skrzydła złamane ściągniętyZ słonecznych wyżyn — jam orzeł raniony...Jam promień, który przygasa — i znika...Jam odszczepieniec — i prawd wiecznych zdrajca...Z korony męskiej czci mojej wyzuty,Z skrępowanemi, jak zbrodzień, ramiony,Odziany w nędzne łachmany pokuty,Stoję przed wami — po trzykroć przeklęty!
(nowa wrzawa w tłumie)
GŁOSY UNIESIENIA.Galileo!... Galileo!...(Herold stuka)
W. INKWIZYTOR.Módlcie się, bracia, za tego grzesznika!
CHÓR Z LEWEJ.Miserere mei, Domine!...
CHÓR Z PRAWEJ. Miserere mei!...(Cisza — słychać szmer odmawianego półgłosem psalmu)
W. INKWIZYTOR.Zbliż się! Dłoń połóż na świętą tę księgęI wobec sądu, co wyrzec ma prawoŚmierć twą — lub życie, wykonaj przysięgę,Że błędów swoich kacerskich się zrzekasz;Że odwołujesz swe zdania w przedmiociePitagorejskiej, bluźnierczej doktryny;Że nigdy nauk o ziemi obrocieGłosić nie będziesz ni jawnie, ni skrycie;Że z szczerą skruchą i poddaniem czekaszNa wyrok sądu za wielkie twe winyI że twój obłęd czartowską jest sprawą.Twe »Dialogi« będą ręką kataSpalone, żeby nie plamiły świataI żeby z dymem rozwiała się zbrodnia;Ty sam, w więzieniu, każdego tygodniaOdmówisz psalmy pokutne Dawida.A teraz zbliż się!
Galileusz postępuje naprzód)
MARIO.(przedzierając się z tłumu)
Ach! wstrzymaj się chwilę!(do sędziów)O wielcy, straszni, potężni sędziowie!I cóż wam z tego, że starzec ten blady,Którego dręczyć byłaby ohyda,Wobec tej ciemnej, służalczej gromady,Co tchem swym stosów roznosi płomienie,Tę narzuconą przysięgę wypowie
I prawdy, która dla was niedostępnaI nie dość jasna — i nie dość prawdziwa,Drżącemi usty złoży zaprzeczenie?— Tryumf to mały — i zdobycz posępna...Głowa schylona, znękana i siwa!...Pozwólcie tylko! Ja, w młodych lat sile,Ja, cobym zgnieść mógł cały ten mur mniszy, —Tu, na kolanach, przed wami — w pokorze,Głosem potężnym, który świat usłyszy,Nie Ewangelji, lecz żywych ran ChrystaDotknąwszy ręką, przysięgę wam złożę,Że każda prawda jasna, oczywista,W którą ja wierzę sam — i wy wierzycie —Kłamstwem jest, błędem, herezją przeklętą! —Że dla ludzkości zamkniętą jest droga,Co wiedzie w głębin duchowych badanie...Że niema rzeczy — gdy jest niepojętą...Że zatem niema wieczności — ni Boga!
(wzburzenie w tłumie
GŁOSY.Na stos go!... na stos!...
W. INKWIZYTOR. Straż niechaj bluźniercęStąd uprowadzi — i krzyki przygłuszy!
INNE GŁOSY.Wzniosły szaleniec!(straż otacza i uprowadza Maria).
GALILEUSZ.(wznosi za nim ramiona)
O synu mej duszy!...
MARIO.(z oddalenia)Krwawi sędziowie! — czy macie wy serce?(chwila posępnej ciszy)
GALILEUSZ.Stało się, Boże wielki! — Jam gotowy.(Kapelan zbliża się, trzymając krucyfiks)
KAPELAN.Przyklęknij, synu! Dotknij ręką księgi,Krzyż ten ucałuj i uchyl swej głowy —
(Galileusz poddaje się tym rozporządzeniom)A teraz — słowa powtarzaj przysięgi!
GALILEUSZ.(cichym, złamanym głosem).Ojcze mój! zasłoń ty oblicze Boga,Bo wobec Niego to kłamstwo nie zdołaPrzejść mi przez usta... i stań — tak! niech czołaMego nie ranią te spojrzenia wzgardy,Któremi wstydu ognistą koronęCzerń ta szydercza, sycząca, złowroga,Na skronie moje wtłacza znieważone...
KAPELAN.(z współczuciem)Och! obowiązek straszliwy — i twardy!(W czasie tego przygotowania Inkwizytor modli się półgłosem, z przechyloną w tył głową i przymkniętemi oczami. Sędziowie i kardynałowie powstają dla wysłuchania przysięgi).
KAPELAN.Mów, synu!
GALILEUSZ.(klęcząc)Ojcze! podtrzymaj mnie nieco...(z nagłą rozpaczą)O niech mi gwiazdy wiekuiste świecą!...(Kapelan poddaje słowa przysięgi, które Galileusz powtarza głosem zagasłym).
GALILEUSZ.Ja, syn Kościoła występny, na świętąTę Ewangelję przysięgam, wśród skruchy,Że cała moja nauka o ziemi,Której przedmiotem są kształt jej i ruchy,Jest kłamstwem... fałszem...
(ciszej) Ach ojcze! dość tego!...(na znak kapelana mówi dalej):Szatańską pychą — herezją przeklętą —Przysięgam, że się błędami mojemiBrzydzę — i aż do tchnienia ostatniegoWyznawać będę — przed światem — i Romą —Że ziemia jest — i była — nieruchomą.Wszystkie pokuty, aczkolwiek surowe,Jak winowajca przyjmuję w pokorze...Tak mi dopomóż wszechmogący Boże!Tak niech mi światłość -wiekuista świeci!
(uroczyste milczenie w tłumie).
GALILEUSZ.(powstając)Ha! jaka cisza!... Sędziowie, słyszycieTen szmer w przestrzeni? — To wszechświat tam leci,Gdzie wieczne światło — ruch wieczny — i życie!Klątwa go chwyta...
(silnym głosem):
E pur si muove!
,Gdy gasną ciche promienie gwiazdNa jutrzenkowem niebie...‘
,(Ty (czarodziejstwem) czarami twej pieśni, co ogniem wybucha,Dałaś (więźniom) chwilkę zapomnieć o brzęku łańcuchaI byłaś jako słowik co w więziennej celiI tylko nam na chwilę czarami)Przecież gdy nas porzucisz i t. d.‘ A.
(O święci nasi polscy Młodziankowie)Do was ja wołam, święci Młodziankowie(Przyobleczeni w zórz wiecznych szkarłaty).
(Do was ja wołam i wyciągam ręce,Wszak wy (naj) tam pierwsi głos mój (tam) usłyszycieI w straż oddacie najświętszej PanienceI serce moje i całe me życie)‘ A.
,I nad ciszę cmentarną, nad krzyże i chmury,Na wszystkich siedmiu strunach grzmi: resurecturi‘ Pdr.
,I czy ty jesteś mistrzem, co światła i cienieBladych naszych błękitów rozdziela uczenie,A łącząc kształt i barwy w jeden ton uroczy,Wskrzesza umarłe wieki i stawia przed oczy‘ Pdr.
,Którym dzisiaj wznosimy toast narodowyW górę — nad zimne serca i nad martwe głowy‘ Pdr.
,I omijając burzę, która maszty łamie,Bezpieczny nurt wskazujesz żeglarzom w Programie‘ Pdr.
,I jeden tylko, mówią, jest ratunekDla nieszczęsnego porwanego ducha:Nie pacierz matki, nie zaklęcie druha,Nie ust kochanych nawet pocałunek...Lecz kto ma silną dłoń — i pewne oko,Niechaj nóż weźmie nowy, poświęcany,
I nim w wichurę skręconą uderzy —I gdy zobaczy krwi krople, ślad świeżyZadanej w serce latawcowi rany,Niech nóż ten wbije przed progiem świetlicyDo rękojeści krzepko i głęboko,A jeśli prawda, co mówi podanie,Bólem odklęty z czarów nawałnicy»Porwany wichrem« znów na ziemi stanie‘ Pdr.
,I chociaż w piersi mej tkwi nóż, choć ranaTak jest głęboka, tak ciężko zadana,Że co dzień w krwi mej opływa szkarłaty‘ Pdr.
,Ojcowie starzy wzrok niosą do góryI myślą — tęsknie wpatrzeni w niebiosy,Jak ciężkie życie, jak świat ten ponury,Jak gorzkie losy.Ojcowie starzy na smętnym swym proguSkarżą się Bogu.Lecz cięższa boleść i sroższy cios gromuW tem pustem gnieździe, w sierocym tym domu,Który rzuciła, jak ptak, gdy odleciOd drobnych dzieci...I gdzie z kochaniem swojem się rozstała,Cicha i biała‘. Pdr.
,Gdy my bez ducha, skarleli nędzarze,Tracili nasze prawo pierworodne,Tyś sam czcił za nas ojczyste ołtarze,
Miłując matkę za syny wyrodne.Od chaty szedłeś, od kwietnych futorów,Zstępując między stare uroczyszcza,Za tobą tęcze szły pełne kolorówI złote zorze błyskały nad zgliszcza‘ Kł.
,A teraz, Panie, modlić się nie mogęDla tego ducha o wieczne spocznienie...Daj mu ruch raczej wieczny a wskaż drogęPrzez serce ludu, przez ludu sumienie‘. Kł.
Comments
Loading comments…