Przed sądem (Konopnicka, 1915)
Drobny, wychudły, z oczyma jasnemi,W których łzy wielkie i srebrne wzbierałyI gasły w rzęsach spuszczonych ku ziemi,Blady, jak nędza, a tak jeszcze mały,Że mógł rozpłakać się i wołać: »matko!«Gdyby miał matkę... i mógł stroić psotyI pocałunków żądać i pieszczotyI spać na piersiach ojca... a tak drżący,Jak ptak wyjęty z gniazda i już mrący,Wiejski sierota stał w sądzie przed kratką.
A dziwna była ta sala sądowa,Wielka i pusta i ciemna i chłodnaI bezlitosna i łez ludzkich głodnaI nigdy dla nich nie mająca słowaMiłości bratniej i taka surowa,Tak spiskująca ławkami w półkoleNa ludzką nędzę i ludzką niedolę,Że Chrystus biały, co stał tam w pobliżu,Zdawał się cierpieć i drżeć na swym krzyżu.
Przy winowajcy nie było nikogo...I któżby bronił dziecięcia nędzarzy?Chyba te wielkie dwie łzy, co po twarzyLeciały jakąś pełną iskier drogą,Chyba dzieciństwo, nędz pełne, sieroty
I chyba tylko promyczek ten złoty,Co mu przez okno upadał na głowę,Jakby Bóg gładził włosięta mu płowe.
Wszedł sędzia, spojrzał i rzekł: »Gdzie rodzice?«»Nieznani« — odrzekł pan pisarz z powagą.Chłopiec wzniósł zgasłe, błękitne źreniceI ściągnął świtkę na pierś swoją nagą,Bo oto nagle, od jednego słowaZjęło go zimno i pustka grobowa...Sędzia zadumał się, pochylił czołaI spytał znowu: »Czy w wiosce jest szkoła?«— »Nie«. — Pisarz zwykle chmurny był w urzędzie,Przytem — pytanie było jakoś dziwne...Wahał się chwilę, czy właściwem będzieOdpowiedź chłopca pisać w protokóle;Więc wyprostował palce swoje sztywneI bębnił z lekka po szarej bibule...A sędzia patrzył na drżącą dziecinę,Na ręce nagie, wychudłe i sine,Na pierś zapadłą i nędzne łachmany,Na blask tych oczu zmącony i szklany,Gdzie przecież mogły odbić się niebiosy...Na drobną główkę, gdzie myśl głucho śpiącaNie znała światła innego prócz słońcaI innych wrażeń ożywczych prócz rosy.
I dziwnym cieniem zaszło mu obliczeI w piersi uczuł drżenie tajemnicze,Jakby ta sala pusta była tronem,Nad którym przyszłość z czołem zachmurzonemZasiada, pełna klęsk i spustoszenia...I jakiemś grzmiącem i ogromnem słowemOblicza plony na polu jałowem,Przed sąd wzywając całe pokolenia...I widział, jak szły gęste, ciemne tłumyI tamowały ruch globu w błękicie...
I spostrzegł, pełny trwogi i zadumy,Że były chmurą ogromną o świcie,Przez którą przebić nie mogło się słońce,I zmierzch nad ziemią trwał przez lat tysiące...Widział, że tłum ten — to siła straconaDla wielkich celów i dążeń ludzkości,I czytał w groźnem spojrzeniu przyszłości,Że chce rachunku — z miljona...I ujrzał nagle, że wydziedziczeniZa społeczeństwa swego cierpią winy...I przerażony — posłyszał w przestrzeniSądy — nad sprawą chłopczyny...
— »Niechże was Chrystus — głos mówił — rozsądzi,Kto więcej winien: czy ten nieświadomy,Co drogi nie zna i w ciemnościach błądzi,Czy wy, co grube spisujecie tomyKarnej ustawy, a nie dbacie o to,By uczyć dziecię, które jest sierotą?...Niechże was Chrystus sądzi!« —Lecz krzyż czarnyStał nieruchomy i cichy na stole,Jako milczące wobec łez ołtarze...A sędzia powstał i szedł, gdzie pacholęBlade czekało na wyrok surowy,I dotknął ręką jego płowej głowy,I rzekł: »Pójdź, dziecię! ja cię uczyć każę!«
Comments
Loading comments…