Sobotni wieczór (Konopnicka, 1915)

Od zgrzytającej zębami maszynyPowstał, znużony, z osłupiałem okiem,W którem się palił płomyk jakiś siny,I przeszedł izbę w milczeniu głębokiem.O czem miał mówić? — Myśl jego, wtłoczonaPomiędzy koła i śruby i piły,Była tak ciężką, jak jego ramiona,Co się bezwładnie wzdłuż ciała zwiesiły...O czem miał mówić? Wszak świata obroty,Jego pragnienia i walki i ruchyNie dobiegają tam, gdzie ciężkie młoty,Grzmiąc przez dzień cały, ogłuszają duchy.Jak senny, przeszedł przez puste warsztaty,Z głową zwieszoną, z obliczem wygasłem,Aż tam, gdzie kasy okienko z za kratyMigało wypłat tygodniowych hasłem.Wokoło gwarnym cisnęli się tłumemDnia najemnicy, z zamgloną źrenicą;A zmrok zapadał z głuchym jakimś szumemPonad tych istnień smutną tajemnicą...Zapłatę swoją wziął, w ciżbie ostatni,I wyszedł, czoło ocierając z potu.Po dniu, spędzonym wśród maszyn łoskotu,Chciałby usłyszeć głos ludzki, głos bratni,Myśl z odrętwienia rozbudzić w gawędzie,Uścisnąć rękę przyjaźni życzliwą,

Poczuć w swym bycie nie martwe narzędzie,Lecz jakieś żywe ludzkości ogniwo...Stanął w ulicy; na rogu jaskrawyNapis obwieszczał, że tutaj dostanieGłośnej muzyki i hucznej zabawyI zapomnienia o każdej swej ranie...U wejścia para buchnęła gorąca,Tłum w drzwi otwarte cisnął się nawałem,A błędny obłok skrzydłem swojem białemChwytał przebłyski gasnącego słońca...Cofnął się młody robotnik z przed progu;Ten zmierzch wieczorny, przejrzysty, różowyJakieś mu dumki nawiewał do głowyO wiośnie, ciszy, przyrodzie i Bogu...Jakieś pytania o życiu, o świecieZmąconą falą o duszę mu biły...On czuł się cząstką i ruchu i siły,Lecz nieświadomą i bierną, jak dziecię...Powiew żywszego, szerszego już prąduPchnął myśli jego na głębię od brzegu...Lecz brakło steru i w błędnym tym bieguNie umiał dostrzedz przystani i lądu...Czuł, że są wyższe i czystsze uciechyNad wrzask pijanej ciżby i muzyki,Nad wyuzdaną swawolę i śmiechy,Nad brzęk kieliszków i klątwy i krzyki...Lecz gdzie je znaleźć? Ach, gdyby w tym tłumieUsłyszał jakieś dobre, mądre słowo,Rzeźwiące rosą myśl jego jałową,Jakżeby słuchał w poważnej zadumie!Jakżeby chętnie podzielił się biciemSerca, stwardniałej dłoni swej uściskiem...Jakżeby chętnie żył, choć chwilę, życiemWiedzy i światła i prac ducha blizkiem...Stał tak niepewny, a wrzawa kipiała.Przed nim szli ludzie... Myślące oblicza,Siła sympatji jakiejś tajemnicza

Nieraz ku niemu przyjaźnie zwracała...Z przechodniów owych niejeden zapewneKochał lud, myślał o jego oświacieI miał dla niego to uczucie rzewne,Które obcemu nawet mówi: »bracie«...Lecz gdzież są drogi, na którychby duchyDwóch sfer odmiennych schodziły się społem?Czyliż zwyczaje, jak więzów łańcuchy,Każdej z nich ciasnem nie zamknęły kołem?Przedmiotem czyjej troski i naradyJest znikczemnienie w zwierzęcym spoczynku?...Czyliż więc dziwno, że wyrobnik bladyPostał, podumał i poszedł — do szynku.

Comments

Loading comments…