Szkolne przygody Pimpusia Sadełko — całość

Szkoła pani MatusowejGłośne w świecie ma przymioty,Uczęszczają do niej wszystkieDobrze wychowane koty.

Już to sam nieboszczyk MatusBył wybornym pedagogiem,I prowadził przez lat wieleZnaną pensję „Pod batogiem”.

Kot to był uczony wielce;A siadywał na zapiecku,Pomrukując sobie zcichaPo łacinie i po grecku.

Osierocił wszakże szkołę,I zostawił żonę wdowę,Gospodarną, zabiegliwą,Jejmość panią Matusową.

Szkoła dalej szła swym trybem,Tylko znak jej: „Pod batogiem”Usunięty został ze drzwi,A zrobiony: „Kot z pierogiem”.

Łatwo pojąć, jak ta zmianaRozszerzyła pensji sławę,Młode kotki na naukęBiegły, jakby na zabawę.

Jedna matka synka wiodła,Druga swą córeczkę małą,Byle każde z pensji godłaChoć kruszynę skorzystało.

Nic milszego bowiem dziatki,Jak kot pięknie wychowany,Taki, jak go tu widzicie,Nad miseczką od śmietany.

Żyli sobie wtedy w mieścieImci państwo Sadełkowie,Którzy mieli jedynaka,Cudo — kotka, co się zowie!

„Pimpuś” było mu na imię,Skórka szara w żółte łaty.Cały dzień na rękach siedział,To u mamy, to u taty.

Kurząc fajkę, pan SadełkoJedynaka brał pod boki,A zaś pani, przyśpiewując,Wyprawiała różne skoki.

A pieścili, a chuchaliA broń Boże do roboty!Zawsze tylko: „Mój ty skarbie!Mój ty srebrny! Mój ty złoty!”

O, nic niema piękniejszegoNad rodzinne, błogie życie!Słodycz jego i rozkosze,Na obrazku tym widzicie.

Szybko biegną miłe chwile,Czas przemija lotem ptaka...Niema rady! Trzeba zacząćWychowanie jedynaka.

Pimpuś wyrósł, jak na drożdżach,Ale w głowie — same psoty.W jego wieku dawno siedząNad książkami inne koty.

Tak więc państwo SadełkowieRozstają się z dzieckiem drogiem.I oddają, we łzach, synkaNa naukę „Pod pierogiem”.

Ledwie Pimpuś wszedł do szkoły,Wnet usłyszał skoczne dźwięki;Właśnie brały lekcję tańcaI panicze, i panienki.

Pierwszy Filuś, z białym gorsem,Wdzięcznie ujął się pod boki,I podniósłszy lewą nóżkę,Śmiało daje sus szeroki.

Przy nim śliczna Kizia-Mizia,W żółtej szarfie, w wielkiej kryzieI w sukience tańczy białej...— Czy widzicie Kizię-Mizię?

Za nią hasa Łupiskórka,Tancerz znany z swej ochoty,Celujący uczeń szkoły,Co wyprzedził wszystkie koty.

Dalej Lizuś i TrojaczekTrzymają się za pazurki,Naśladując żwawo skokiWybornego Łupiskórki.

Z uwielbieniem i zazdrościąPatrzy na to Pimpuś zdala.Radby także ciąć hołubce,Lecz brak stroju nie pozwala.

Wnet też pani MatusowaWstążkę wiąże mu u głowy,I u pasa zręcznie spinaPółgarnitur nankinowy

Miauknął Pimpuś zachwyconyTak przedziwną tualetą,I do tańca zaraz stajeZ piękną panną Sofinetą.

Sofinetka z wdziękiem wodziSpuszczonemi w dół oczyma,A że jeszcze jest nieduża,Więc łapeczkę w buzi trzyma.

Pimpuś omal z garnituruI ze skóry nie wyskoczy;Przy muzyce idzie kociejDo wieczora bal ochoczy.

Kot nie może być niezgrabnym,Jakby niedźwiedź jaki bury...Gdyby ruszyć się nie umiał,Któżby łowił myszy, szczury?

Uściskany, opłakany,I na progu i za progiem,Został Pimpuś pensjonarzemSławnej szkoły „Pod pierogiem”.

Zrazu żal mu nieco byłoŻegnać tatę, żegnać mamę;Popłakiwał nawet sobie,Gdy zamknięto za nim bramę.

Lecz się wkrótce rozweselił,Na wysokim siadłszy stołku,Gdy zobaczył pełen talerzSmakołyków na podołku.

Mama kotka mu kupiła,Tato biczyk i piłczkę,Więc choć łza się zakręciła,To ot tylko tak... troszeczkę.

Ale państwo Sadełkowie,Ci utulić się nie mogą,I miłego jedynakaOpłakują, idąc drogą.

Już im z oczu znikła szkołaZ ogrodzeniem swem zielonem,A to on, to ona staje,By zamachać choć ogonem.

Tak ów żeglarz, gdy na łodzi,Od miłego brzegu płynie,Chustką na znak wieje białąPrzyjaciołom i rodzinie.

O nie wiedzą tego dziatki,Jaka po nich pustka głucha,Gdy do próżnej wszedłszy chatki,Matka staje, patrzy, słucha...

Słucha wiatru, co przelata,Po szerokim wiejąc świecie,Czy jej wieści nie przynosi?Czy nie tęskni miłe dziecię?

Późno w nocy siedzi, duma,Na samotnej chaty progu,Aż w opiekę odda świętąOddalone dziecię Bogu.

Zjadłszy swoje specyjały,Oblizał się nasz kocina,I rzekł: — Jakoś ta naukaWcale nieźle się zaczyna.

— Chwalić Boga, że rodziceDo takiej mnie dali szkoły,Gdzie prócz tańca i jedzeniaObce inne są mozoły.

— No, co prawda, już i w domuDo tegom się nie sposobił.Pytam nawet, niech kto powie,Co jabym nad książką robił?

— Muszę tylko do śpiżarniI do kuchni poznać drogę,A najpierwszym uczniem w szkoleNa mój honor, zostać mogę!

Jakoż dobrał sobie PimpuśKompanijkę tęgich kotów,I wyprawił się do kuchni,Na naukę dalszą gotów.

Biegną jeden przez drugiego,I dalejże do kucharki:— A, dzień dobry, pani Piętka!Przyszliśmy tu zajrzeć w garnki!

Pani Piętka z wałkiem stałaPrzy stolnicy pełnej ciasta.A była to popędliwaI niemłoda już niewiasta.

Jak zobaczy owe koty,Jak nie krzyknie na nich zgóry:— A leniuchy! A niecnoty!A marsz z kuchni w mysie dziury!

Jaki taki, bliższy progaUmknął zręcznie przed pogonią;A zaś reszta się spotkałaZ pani Piętki twardą dłonią.

Płacze Kizia, Sofinetka,Płacze Pimpuś nasz uczony,I ze wstydem się wynoszą,Pospuszczawszy w dół ogony.

— Ach i luby wiek dziecięcyMa swe troski i kłopoty...Dziatki moje! Mądrość życiaZdobywają we łzach koty!

Trudno sobie wyobrazićCoś milszego od tej sali,W której malcy z „Pod pieroga”,Obiad codzień zajadali.

Okno było tam weneckie,Co na ogród się odmyka,Książek pełno, a na ścianiePortret męża nieboszczyka.

W pośrodku stół ogromny,Osiem nakryć na nim leży,Przy nim stoi wielki fotelI krzesełka dla młodzieży.

Dobra pani MatusowaNa fotelu zwykle siadaW białym czepcu, w okularach,I paniątkom jeść nakłada.

A ze ściany mąż nieboszczykNa siedzących patrzy zdala,I wąsami, zda się, rusza,Zda się, grozi lub pochwala.

O, niejeden już tam przeszedłObiad smaczny i wesoły,Kiedy Pimpuś, nasz bohater,„Pod pierogiem” wszedł do szkoły.

Serce mocno mu zabiło,Gdy zobaczył wielką salę;A miał właśnie żółtą kurtkęI wyglądał doskonale.

— No, siadajcie, drogie dzieci! —Rzecze pani Matusowa.— Tylko cicho się sprawiajcie,Bo mnie dzisiaj boli głowa. —

Siadły kotki, milcząc jedzą,Ten to ów języczkiem chłepce,A tak cicho, że dosłyszy,Co tam w kątku myszka szepce.

Ale Pimpuś, ten miał zwyczaj,Że kołysał się na stołku.Raz i drugi rzecze pani:— Przestań, proszę, mój aniołku! —

Pimpuś zerka na nią z boku,Potem chwilkę siedzi cicho,Aż znów bujać się zaczyna,Tak go kusi jakieś licho.

Trącają go łokciem kotki,Że to brzydko, że nieładnie...— A przestańże! — woła pani,— Bo ci jeszcze stołek padnie!

Ledwie słów tych domówiła,Rrrrrym!... Jak długi Pimpuś leży,Za nim obrus, za obrusemGrad miseczek i talerzy...

Korzystają z chwili koty,Gwałt się robi niesłychany...Groźnie patrzy mąż nieboszczykI wąsami rusza z ściany...

Pimpuś, w obrus owinięty,Z miejsca ruszyć się nie może,Co się dźwignie, to ze stołuLecą za nim łyżki, noże...

Lizuś chwyta kubek z miodem,Łupiskórka mu wydziera,Filuś cały na stół włazi,I łapkami sosy zbiera.

Pani iskry lecą z oczu,Nie wie, co w tem robić piekle...Kizia drze się wniebogłosy,A Trojaczek miauczy wściekle.

Jedna tylko SofinetkaZ śmiechem rzecze: — Już powiadam,Że najgorsze te chłopakiZ całej szkoły, proszę Madam!

I spokojnie, jak przystałoDla uczącej się panienki,Siedzi sobie, tylko ogonJej wygląda z pod sukienki.

Jedno drapie, drugie bije,Pełno krzyku, pisku, wrzasku,Trudno nawet opowiedziećI przedstawić na obrazku.

Z obwiązaną leży głowąNasza wdowa ciężko chora.Przyjaciółka, pani Kopka,Sprowadziła jej doktora.

Właśnie lekarz znakomitySkrzypnął drzwiami od alkierza;Obie damy szepcą zcicha,Jedna drugiej troski zwierza.

— Pimpuś?... Ależ to zakała!To skończony jest niecnota!W życiu mojem nie widziałamRozpustnego równie kota.

— Co za ruchy! — Co za miny!— A obyczaj! — A maniera!— Czy uwierzy droga paniŻe on łapką nos uciera?...

— Co nagadam się, naproszę,Wszystko jakby szło za płoty!— Ach już niema nic gorszego,Jak hodować cudze koty!

— Gdyby żył mój mąż nieboszczyk,Oj dałby mu on naukę,I pamiętne na rok cały,Za dzisiejszą z stołkiem sztukę!

— Lecz cóż pocznę ja, niewiasta,Delikatna słaba wdowa!.. —Tu do oczu chustkę wznosiDobra pani Matusowa.

A tymczasem ŁupiskórkaI Trojaczek niosą wodę,Myją, czyszczą, zamiatają,Byle tylko zatrzeć szkodę.

Naprzemiany inne kotkiDają tamtym pomoc zwinną,Bo tak właśnie, dzieci drogie,W koleżeństwie być powinno.

Mała kotka SofinetkaStrój pasterski wdziała na się,I usiadłszy na murawie,Tekturowe owce pasie.

Słonko świeci na błękicie,W młodym gaju szumią drzewa,Sofinetka patrzy w niebo,I piosenkę taką śpiewa:

— Miau! Miau!... Owce moje,Miau!... Wilczków się nie boję.Miau!... Wilczki w boru siedzą,Miau!... Owiec mi nie zjedzą!

— Miau! Miau!... Brzęczy kosa,Miau!... A ja chodzę bosa,Miau!... Łezki moje lecą,Miau!... Jak ta chłodna rosa!

— Miau! Miau!... Mojaż dola,Miau!... Szła sobie przez pola,Miau!... Nóżkę wykręciła,Miau!... Gdzie ta czarna rola!

Tak to śpiewa Sofinetka,I żałośnie sobie wzdycha!Przy niej owce tekturoweStoją, pobekując zcicha.

Pytacie się, miłe dziatki,Co też Pimpuś robił wtedy?— Pimpuś?... Ależ ten niecnotaZnów nawarzył świeżej biedy!

Właśnie pani Matusowa,Uczuwszy się zdrowszą nieco,W nocnym czepku i w pantoflachDo sypialni szła ze świecą,

Kiedy nagle w korytarzuWrzask piekielny się odzywa...— Nic innego, dom się pali! —Myśli wdowa ledwo żywa.

Bez tchu biegnie, drzwi otwiera,Patrzy... Aż tam, koniec świata!Prześcieradła, kołdry, jaśki,Cała pościel z wiatrem lata.

Filuś miauczy przyduszonyPoduszkami wśród pokoju,Sofinetka biegnie skarżyć,W negliżowym bardzo stroju.

Łupiskórka i TrojaczekDrą się, jakby w lesie żbiki,A na łóżku Pimpuś stoi,Wódz tej całej bijatyki.

— Jezus Marja!... — Pani woła,Załamując łapki obie. —Co ja, wdowa nieszczęśliwa,Z tym hultajem dzisiaj zrobię?

Jak tam poszła cała sprawa,Jak się wszystko to skończyło,O tem nawet, drogie dziatki,I wspominać mi niemiło.

Tyle tylko wam opowiem,Że nazajutrz przez dzień całyFiluś, Lizus i TrojaczekPrześcieradła z łóżek prały.

A zaś Pimpuś, w pustej sionce,Bez munduru dla pokuty,Od samego musiał ranaZ całej pensji czyścić buty.

Usiadł Pimpuś z piórem w łapce,Chcąc rodzicom donieść w liścieO żałosnych swych przygodach,I tak pisze zamaszyście:

— Droga Mamo! Drogi Tato!Bardzo mi tu źle jest w szkole.Jeżeli mnie Tata kocha,To do domu wrócić wolę

Jeść tu dają bardzo mało,Dokazywać — ani trocha,Proszę przysłać mi ciasteczek,Jeżeli mnie Mamcia kocha!

Mało serce mi nie pęknie,Że się muszę żegnać z Wami!Kochający Pimpuś. — Tu sięNasz kocina zalał łzami.

I niewiele myśląc, właziW trzewik męża nieboszczyka,I wspomniawszy dom rodzinny,Gorzko płacząc, łzy połyka.

O, wy latka młodociane!O, dziecięcy wieku błogi!Jakie krótkie są twe żale,Twoje smutki, twoje trwogi.

Nie tak szybko w letni ranekSrebrna rosa schnie na kwiecie,Jak te łezki brylantoweW modrych oczach twoich, dziecię!

I nie z takim chmurkę w majuRozdmuchuje wiatr pośpiechem,Jak na liczku twem rumianemZnika smutek przed uśmiechem.

Chwilki życia na twem niebieZłotą mienią się obręczą.Dusza twoja to obłoczek,Malowany śliczną tęczą!

Tak i kotki z „Pod pieroga”Dnia trzeciego zapomniałyO tej burzy, co wieczoremSzkolny gmach wstrząsnęła cały.

Jako znika cień o wschodzie,Tak zniknęła w sercach troska,A prześliczna Kizia-MiziaGrę prowadzi, zwaną „W noska”.

Gra ta, bardzo znakomita,Na tem, dziatki me, polega,Że się kotek kotka chwytaI po całym domu biega.

Chwytać trzeba za obróżkę,A kto jej na szyi nie ma,Tego się za nosek bierzeI w pazurkach mocno trzyma.

Ale młody pan SadełkoTak rozmyśla sobie w ciszy:— Nie będę się wcale wdawałZ tym narodem Dusi-myszy!

— Niechaj mi, kto zechce powie,Czy to nie jest arcy głupie,Żeby jeden kot za drugimTak biegały razem w kupie?

Albo kocia „Ślepa babka”?Śmiech mnie bierze, daję słowo,Gdy po kątach ŁupiskórkaZ przewiązaną lata głową.

Innych dla mnie zabaw trzeba!Kiedym był na Ujazdowie,Tam zachwycał mnie karnawałI huśtawka, co się zowie.

A jaka tam gimnastyka!Towarzystwo jak dobrane!Te naprzykład, cudzoziemskiePaniczyki, psami zwane.

Wprawdzie inna jest ich mowaI pochodzą gdzieś zdaleka,Ale cóż mnie to obchodzi,Czy on miauczy, czy on szczeka.

Za to jaka postać tęga!Jak się noszą okazale!Dziś po lekcjach, daję słowo,Na Ujazdów do nich walę!

Jak pomyślał, tak i zrobił.Zanim się spostrzegła wdowa,Pimpuś w palcie, w kapeluszu,Wali wprost do Ujazdowa.

Idąc, mruczy: — Choć raz przecieUlżę sobie szkolnej nudy!...Aż tu jak wypadną za nimTrzy zajadłe kundle z budy!

Jak nie zaczną naszczekiwać:— Ham ham!... Ham ham!...— Huź go kota!Pimpuś w nogi. Patrzy tylko,Gdzie jakiego dopaść płota.

Zgubił palto i kapelusz,Obces za nim pędzą psiaki,Ten po uchu, ten po grzbiecie,— A ty taki!... A owaki!...

— Ach, panowie! — Pimpuś woła —Chciałbym trochę się zabawić!Nazywam się Pim...! —Tu wrzasnął,Bo go kundys począł dławić.

Postradawszy część ogona,Skoczył Pimpuś, co ma siły,Aż pod samą szkolną bramęPsy go szarpiąc przepędziły.

Ledwo dowlókł się kocina,I w kąciku legł zbolały.A tymczasem inne kotkiW „ślepą babkę” sobie grały.

W nocy lament... Co takiego?A to Pimpuś miauczy srodze.Kawał futra brak na grzbiecie,Po psich zębach znak na nodze...

Wstaje pani Matusowa:Kataplazmy, szarpie, plastry...— Ach już nigdy — stękał Pimpuś —Nie zaczepię psiej hałastry.

Całą noc biegały koty,Ten z miseczką, ten ze świecą...Aż nad ranem ledwo PimpuśObwiązany usnął nieco.

Długie potem przyszły chwileRozmyślania i niemocy.Nieraz Pimpuś i zapłakałW swem łóżeczku siedząc w nocy.

— Ach! Cóżem ja, nieszczęśliwy,Najlepszego zrobił w świecie!Jakże teraz się rodzicomPokażę z tą łatą w grzbiecie!...

— Ach! Czekają oni ze mnieI pociechy i podpory...A ja, próżniak niegodziwy,Cóżem zrobił do tej pory?

Drogi tato! Droga mamo!Miły domku mój rodzinny!Już ja teraz się poprawięI zupełnie będę inny!

Przebacz, przebacz, drogi tato!Błogosław mi, mamo droga!Wasz jedynak teraz będziePierwszym uczniemz „Pod pieroga”.

Czy dotrzyma Pimpuś słowa,Oto ja się już nie boję!Któżby ojca, matkę drogąChciał zasmucić, dziatki moje?

Przejdźcie góry, przejdźcie lasy,Na calutkim Bożym świecieSzczęśliwszego pewno kotka,Niż Filonek — nie znajdziecie.

Nasz Filonek, kotek bury,Ma futerko w żółte łaty,I jest sobie jedynaczkiemU swej mamy i u taty.

W domku u nich często bieda:Myszki bardzo pomądrzały!Czasem tata nie ułowiAni jednej przez dzień cały.

Ale nigdy się nie smuci,Choćby bieda nie wiem jaka...Bo mu serce rozweselaWidok syna jedynaka.

Ledwo ranek zorzą błyśnie,Ledwo zejdzie jasność słonka,Śpieszy mama, śpieszy tata,Do syneczka, do Filonka.

Mama ślicznie przyśpiewuje,Albo cudną prawi bajkę,A zaś tata w kamizeliTańczy z synkiem, paląc fajkę.

Byłem dzisiaj na baliku.— Gdzie? — Ot, powiem wam pocichu,Że to balik był u kotków,A odbywał się na strychu.

Każdy kotek przybył z damą,W krawat cudnie przystrojony,Damy także strojne, tylko...Wyglądały im ogony.

Idą w taniec z tęgą miną,Kołem para tuż przy parze,A kulawy kot PietraszekGra na starej im gitarze.

Tnie hołubce Dusiszczurek,Z wdziękiem śliczna Kizia pląsa,A Matysek przyśpiewujeI pokręca sobie wąsa.

Idą polki i kadryle,Idą walce i mazury,Uciekają z piskiem w jamyWszystkie myszy, wszystkie szczury.

A co wrzasku, a co śmiechu,Co wesela i ochoty!Anibyście nie wierzyli,Jak to ślicznie tańczą koty!

Raz Filonek wszedł do sali,Skąd płynęły skoczne dźwięki;Właśnie brały lekcje tańcaI panicze, i panienki.

Pierwszy Miluś, z białym gorsem,Wdzięcznie ujął się pod boki,I podniósłszy lewą nóżkę,Śmiało daje sus szeroki.

Przy nim śliczna Kizia-Mizia,W żółtej szarfie, w wielkiej kryzie,I w sukience tańczy białej...— Czy widzicie Kizię-Mizię?

Dalej Lizuś i Trojaczek,Trzymając się za pazurki,Naśladują żwawo skokiWesołego Łupiskórki.

Filuś tańczy razem z niemi,Rad, aż śmieją mu się oczy;Przy muzyce, przy wesołej,Wiodą kotki tan ochoczy.

Spójrzcie, jaki Mruczuś grzeczny,Chociaż jeszcze tak maleńki!Jakto sobie ślicznie siedzi,Wdziawszy kurtkę i spodeńki.

Tata musi łapać myszy,Mama dość ma pracy w domu;Ciągle bawić się z Mruczusiem,Sami wiecie, niema komu.

Mruczuś, choć tak jeszcze mały,Doskonale to rozumie;Nie przykrzy się mamie, tacie,Sam się bawi jako umie.

To z biczyka sobie trzaska,To piłeczkę w górę rzuca,To — wio! woła, i na sznurkuCiągnie raźno swego kuca.

Mama zajrzy raz i drugi,Uśmiechnie się do syneczka,I przyniesie na miseczceTo bułeczki, to znów mleczka...

Mruczuś wesół, rad zajada,Nie krzywi się, nie narzeka...Ejże, dzieci! Czyżby kotekMiał być mędrszy od człowieka?

Będą dzisiaj naleśniki!Już kucharka cukier tłucze,Mama poszła po rodzenki,U śpiżarni wiszą klucze!

Tak od rana Filuś wołaNa Minetkę i Kasperka.I wąsiki oblizuje...I na komin chciwie zerka.

Filuś strasznie jest łakomy!W całym domu wszyscy wiedzą,Że z talerzy wylizuje,Czego inni nie dojedzą.

Pfe! Jak brzydko! Aż niemiłoMówić mi o takim kocie!Wolałbym sam myszy łapać,Albo siedzieć gdzie na płocie.

Co się mama nie nagniewa,Nie naprosi, nie nasarka...Ledwo skończy, aż mój FiluśSmyk do kuchni i do garnka.

Wtem raz wbiega: coś się skwarzy...Pęchu, węchu — to słoninka!Miluś woła towarzyszy,Do pyszczka mu idzie ślinka.

Jak nie chwyci łapką całą,Jak nie wrzaśnie wniebogłosy:— Aj!... Aj!... Aj!... Aj!... kotki za nim,Bo wetknęły także nosy.

Zobaczyła to kucharka...Jak nie krzyknie na nich zgóry:— A łasuchy! A niecnoty!A marsz z kuchni w mysie dziury!

Byłoż bólu! byłoż piskuByłaż potem wstydu siła...A w dodatku, i kucharkaCoś na drogę przyłożyła...

Nigdy z tego niema zysku,Gdy kto macza nos w półmisku,Bo i pod stół czasem spadnie,I łakomym być — nieładnie!

Raz w niedzielę, jak należy,Rozłożono obrus świeży.Obiad gotów, więc za stołemPosiadały kotki kołem.

Już przed każdym talerz stoi,Już Minetka chlebek kroi,Już i pani gospodyniChce nalewać zupę z dyni.

Tylko jeden kot MatysekWciąż pogląda na półmisek;Jakiś miły zapach czujeI wąsiki oblizuje.

Kot Matysek z tego głośny,Bo łakomiec jest nieznośny,Więc też pani gospodyniTaką nań zasadzkę czyni.

Przed talerzem nieborakaŻywiutkiego stawia rakaPod serwetą na półmisku.— Na bok z noskiem, mój Matysku!

A Matysek ślinkę łyka,Do półmiska się przymyka.Myśli sobie: — Przedni sosek:Muszę w nim umaczać nosek! —

Obejrzał się dookoła:— Jedzą; nikt nie patrzy zgoła.Więc myk z noskiem do serwety,A rak — cap go! Gwałtu rety!

Gwałtu rety! — Kot nasz wrzeszczy,A tu rak nie puszcza kleszczy!Kot się rzuca, kot się zżyma,A tu rak go za nos trzyma.

Próżno łapką go odpycha,Miauczy, parska, pluje, kicha,Aż i z bólu i z tej trwogiPod stołowe upadł nogi.

A dokoła śmiech wybucha.Takto, kiedy kot nie słucha!Mój Matysku, niema zysku,Ten, kto macza nos w półmisku!

Każda się opłaca,Nawet kotków praca.

Hej, dalej, koteczki,Bierzcie koneweczki!Będziem nosić wodęZ naszej modrej rzeczki.

Żaden trud nie marny,Mój ty kotku czarny!

Hej, dalej, koteczki,Bierzcie koneweczki!Będziemy podlewaćW ogródku grządeczki.

Każdy jako może,Niech w pracy pomoże!

Hej, dalej, koteczki,Bierzcie koneweczki!Zieleni się grządka,Będziem mieć kwiateczki!

Nasz Matysek kot wesoły,Hej, ha, hej!Poszedł sobie z przyjacioły,Hej, ha, hej!Poszedł sobie na zabawkę,Na karuzel, na huśtawkę,Hej!

Gra muzyka, trzeszczą sznury,Hej, ha, hej!Uciekają myszy, szczury,Hej, ha, hej!Posiadały kotki rzędem,Zadziwione takim pędem,Hej!

Aż tu idzie pies kulawy,Hej, ha, hej!— Przyjmijcież mnie do zabawy!Hej, ha, hej!Aż tu idzie trzeci, czwarty,Mopsy, kundle, wyżły, charty,Hej!

— Naprzykrzyły się nam kłótnie,Hej, ha, hej!— Niech muzyka żwawo utnie!Hej, ha, hej!— Dalej, razem siadać proszę,Zapłacicie po trzy grosze,Hej!

Jak się zbierze cały złoty,Hej, ha, hej!Pohulają sobie koty,Hej, ha, hej!Co zostanie, to gromadaNa tabaczkę da dla dziada,Hej!

Grzeczna panna, Kizia-Mizia,Strój pasterski wdziała na się,I usiadłszy na murawie,Tekturowe owce pasie.

Słonko świeci na błękicie,W młodym gaju szumią drzewa,Kizia-Mizia patrzy w niebo,I piosenki sobie śpiewa:

— „Miau! Miau!... Owieczki moje,Miau! Miau!... Wilczków się nie boję,Miau! Miau!... Wilczki w boru siedzą,Miau! Miau!... Owiec mi nie zjedzą.

Po wieczerzy, do łóżeczekCała poszła spać rodzina;Ale z Filem psotnik MiluśBijatykę rozpoczyna.

Spadła kołdra i pierzynka,Lecą jaśki w różne strony,Filuś upadł na podłogę,Poduszeczką przywalony.

Reszta kotków, hyc!... na ziemię,I do figlów... hejże dalej!Pościągali prześcieradła,Całą pościel pościągali.

Wtem ze świecą wchodzi mama...Co za rwetes? Co za krzyki?A do łóżka! Spać mi zaraz!No! czekajcie swawolniki!...

Jak tam poszła cała sprawa,Jak się wszystko to skończyło,O tem nawet, drogie dzieci,I wspominać mi niemiło.

Tyle tylko wam opowiem,Że nazajutrz przez dzień całyKotki wody nanosiły,Prześcieradła prać musiały,

A największy figlarz, Miluś,Bez mundurka, dla pokuty,Musiał za to w pustej sionceWszystkim kotkom czyścić buty.

Gdzie te nóżki chodziły,Co te butki zrosiły?

A mój miły panie,Chodziły po łanie.A na łanie stoi rosaW majowe zaranie!

Gdzie te nóżki chodziły,Co te butki zrosiły?

Chodziły po łące,Goniły zające,A na łące trawka młoda,I kwiatki pachnące!

Gdzie te nóżki chodziły,Co te butki zrosiły?

Chodziły na pole,Na tę czarną rolę,Deptały tam krasne maczkiI modre kąkole!

Droga Mamo! Już za tydzieńBędą Twoje imieniny.Życzę, żebyś zawsze miałaDużo myszek i słoniny.

Przyjmij, Mamo, te życzeniaOd Lizusia, Twego synka,Który chciałby się dowiedzieć,Jak smakuje Ci słoninka?...

Droga Mamo! najserdeczniejCałuję Twe cztery łapki,A pamiętaj o Lizusiu,I przyślij mu choć ochłapki!

Jaki głód jest na tej stancji,Tego nawet nie opiszę;Droga Mamo, na pociechę,Przyślij mi choć udko mysze!

Ach, tak mi zapachniał naglePrzewyborny ten traktament,Żem podskoczył, stół potrącił...Wszystek rozlał się atrament.

Wbiega Kizia, wala łapki,Opiera je na papierze...Mamo droga, wybacz plamy,Bo Cię zawsze kocham szczerze.

Już dawno mówią o tem:Żyją z sobą, jak pies z kotem.Ale Filuś nie dowierzał,I przymierzał.

Skoro tylko psa gdzie zoczy,To podejdzie, to uskoczy,Ale z drogi mu nie schodziPan dobrodziej!

Jeden, drugi, kundys krzepki,Ani dbał o te zaczepki;Psu nie honor bić się z kotem,— Co mu po tem?

Przestrzegały inne koty:Porzuć, Filuś, swoje psoty,Bo się kiedy tak zahaczysz,Że... zobaczysz!

Ale Filuś, harda sztuka,Z psami wciąż zaczepki szuka,I po nosie — trzep ich z boku...Psy... już w skoku!

Już dobrały się do skóry...— Aj aj! — wrzeszczy Filuś — gbury!Toż od takiej znajomościBolą kości!...

A psy na to: — To nauka!Znajdzie guza, kto go szuka...A za taką awanturęBiorą w skórę!

A gońże nas, babko, a gońże nas wkoło,Hej! kotki, po pracy bawmy się wesoło!

Powiedzże nam, babko,Z jakiego ty kraju,Czy od Wisły modrej,Czyli od Dunaju?

A ta ślepa babka, stara już nieboże,Ani jednej myszki ułowić nie może!

Powiedz-że nam, babko,Gdzieś ty wędrowała?...Czy nie od Karpatów,Gdzie Wisełka biała?

A gońże nas raźno! a gońże nas wkoło!Hej, kotki, po pracy bawmy się wesoło!

Czyś ty od Karpatów,Czyli od Dunaju,Witajże nam, babko,W tym ojczystym kraju!

A ta ślepa babka, stara już nieboże,Ani jednej myszki ułowić nie może.

Powiedzże nam, babko,Z jakiej ty granicy,Czyli od Krakowa,Czy też od Kruszwicy?

A gońże nas, babko, a gońże nas wkoło,Hej, kotki, po pracy bawmy się wesoło!

Dobranoc, dziateczki! Już idę spać,Bo jutro do pracy znów trzeba wstać;Do jutra, do rana, już żegnam was,Dobranoc, dziecinki, czas spocząć, czas!

Gdy wszystko odetchnie już błogim snem,Ja siądę podumać w gniazdeczku mem,A gwiazdka, co z nieba na ziemię lśni,To o was, dziateczki, opowie mi.

I złotem swem okiem obejmie wrazI kotka w książeczce i dziatki, was!Bo wszystko twór Boży — i kotek, i kwiat,I dziecię, i ptaszek — i cały ten świat!

A skoro już pierzchnie tej nocy cieńI znowu słoneczny zabłyśnie dzień,Z Kiziunią, Milusiem, co siedzą tam,Dzieńdobry znów powiem, dzieńdobry wam!

Kto dobrze tym kartkom przypatrzył się,Ten więcej niż wczoraj, dziś pewno wie;Z obrazków i z piosnek, ze słów i z farbW serduszku i główce ma nowy skarb.

Miała Zosia Kotka-Psotka;Tak go w domu nazywano,Bo coś spsocił każdej chwili,Czy to wieczór, czy też rano.

To poplątał w motkach nici,To umaczał wąsy w sosie,To się z Kruczkiem pobił w budzie,To podrapał nawet Zosię.

Aż raz, patrzy, Zosia w wodęPuszcza śliczne rybki złote.Psotek przysiadł, uszki stulił,I obmyśla nową psotę:

— „Rybki” — duma — to potrawa!To mi przysmak doskonały!Cóż to?... zawsze będę chlapałMleko, jakby kociak mały? — ”

Wnet nad wodą się przechyla,Patrzy okiem zachwyconem,Sięga łapką jedną, drugą,Aż — buch! — cały wpadł z ogonem.

Ledwo, że się nie utopił!A co było krzyku, wrzasku...— Patrzcie tylko, jak to drze sięWniebogłosy na obrazku.

Dostał febry, sczerniał cały,Lecz nie poszła w las nauka,Odtąd Psotek u staregoRybołowca rady szuka.

Często ich też widzieć można,Jak podrywką, albo wędką,Łowią sobie rybki złote,Złote rybki z krasną cętką.

Psotek zmienił obyczaje:Rzucił figle, rzucił psoty,Obrał sobie stan rybacki,Ostro wziął się do roboty.

Nie żałuje znoju, trudu,I panience swojej, Zosi,To miętusa, to kiełbika,To okuńka nawet znosi.

Zczasem zrobił się z kocinyRybak sławny w okolicy.Dziś drżą przed nim wszystkie płotki,Od Kamionki, do Bystrzycy!

Żadne chyba nie zna z dziatekKotka, jak był nasz Wąsatek.Co za kot! Jaka w nim cnota!Nie, równego niema kota!

Wszyscy wiedzą to oddawna,Że gościnność w Polsce sławna.Lecz Wąsatek, — bez przesady —Jak nikt, gościom bywał rady.

Raz przybyły w odwiedziny,O granicę, dwie kociny.Warto, widzieć, mociumpanie,Jakie sprawił im śniadanie!

Pieczeń mysia, kotlet szczurzy,Skórki z sera kawał duży,Udka żabie szpikowane,A na wety dał śmietanę.

Mało tego jegomości!W piękny wózek sadza gości,I tykając ledwo ziemi,Na przejażdżkę pędzi z niemi.

Innym razem, znów MedoraMiała katar, była chora.A gdy legła na pościeli,Ludzie o niej zapomnieli.

Nasz Wąsatek, dobre zwierzę,Kładzie płaszczyk, koszyk bierze,I choć mięsko chętnie łyka,Własny obiad — do koszyka

Tak Medorę żywi starą,W nocnym czepku, za kotarą,Ani myśląc nawet o tem,Że się pies niecierpi z kotem!

To znów widząc, że przy dworzeI sierota wyżyć może,Nasz Wąsatek, nader skoryNaśladował piękne wzory.

Właśnie były dwie sierotkiPopieluszki, starej kotki,Więc Wąsatek im co rankaDawał mleko z swego dzbanka.

Nie żałował i pieszczoty,Głaskał, tulił, bo — sieroty!Czyżby sercem które z dziatekMiał przewyższać nasz Wąsatek?

Na trzy mile, het, od Wólki,Każdy kotki zna Anulki,— Z czego? — może chcecie spytać,A no, bo się uczą czytać!

Mruczusiowi, w lewo, w prawo,Elementarz jest zabawą;Filuś trafia też litery,Kładąc na nie łapki cztery.

Ale Burek!... Straszne rzeczy,Co się ten kot nie nabeczy,Nie namiauczy przy czytaniu!Ba, przy sylabizowaniu!

Woła Ania do nauki:A ten — smyrt, — i dalej sztuki:To w śpiżarni kąśnie szperki,To pozrzuca owcze serki.

To go z kuchni i od garnka— „A psik!” — pędzi precz kucharka.A niech wróbla gdzie zaoczyNa najwyższą gałąź skoczy.

Aż raz, patrzy, serwis stoi.Chce polizać, lecz się boi,Nie wie, co to, nie chce pytać,Napis jest — nie umie czytać.

Wącha, patrzy, aż ozorekWystawiwszy, liznął korek...Jak nie miauknie! Jak nie wrzaśnie!„Gwałtu!” — A to pieprz był właśnie.

Boli, piecze, szczypie, strzyka.Skórka zlazła mu z języka.Filuś się za boki chwyta...— A czemuż to waść nie czyta?

Trzy koteczki, trzy wisusy,Rysiek, Mysiek i pan Kusy,Każdy w figlach znakomity,Zobaczyły kosz nakryty.

Patrzą, węszą, kręcą nosem,Pomykają się ukosem.— Co też w koszu tym być może?Aż zrzuciły precz rogożę.

Z wierzchu była tylko trawa;Kotki myślą... Ot, zabawa!Jeden, drugi wnet junosza,Wnet i trzeci — smyrk do kosza!

— „Hulaj dusza, bez kontusza!”Aż tu na dnie coś się rusza.Przebóg! Coś ich szczypie srodzeTo po udzie, to po nodze...

— „Gwałtu! rety! — Na wrzask śpiesząSąsiadowie całą rzeszą.Nuż wyciągać ród strapionyZa łby, za kark, za ogony!

Nie ustają przecież krzyki:— „A hultaje! rozbójniki! —A to niegodziwość rzadka,Tak napadać od pośladka!” —

— „Gdzie?... Co?” — Próżno było badać,Koty w płacz, nie mogą siadać.Więc do kosza jaki taki:Patrzą — a tam były raki!

— Co tu dużo atramentuNa pochwałę psuć talentu!Kotek Pifuś, malarz młody,Był talentem pierwszej wody.

Chciała dama być różowa?...Namalował ją od słowa,Choć z natury damy skóraByła szara, albo bura.

Gdy malował dygnitarza,(Jak to często się wydarza),Który był mopsikiem drobnym...Czynił go do lwa podobnym.

Lecz raz przyszła myszka mała,Co mieć także portret chciała.Portret straszny, tak... i srogi,By kot przed nim trząsł się z trwogi.

Pifuś chętnie przystał na to.Wymalował mysz rogatą,A dla większej jej obrony,Wilcze dodał kły i szpony.

Mysz się cieszy z arcydzieła;Lecz gdy je oglądać jęła,Malarz — szust! — I wnet, o dziwo,Zjadł bez trwogi myszkę żywą.

Nigdzie chyba nie znajdziecie,Na caluśkim bożym świecie,Tak rodziny miłej oto,Jak pan Tot i pani Toto.

Ot, jak się pod rękę wzięli!Pan w niedzielnej kamizeli,Z parasolem, za rogatkiWiedzie żonę swą i dziatki.

Pani strojna jest od święta.Chustka w kratę cudnie spięta,Kapelusik nowej modyWprost przyczynia jej urody.

Tuż za mamą idzie zasiePsik, co choć jest w drugiej klasie,I choć czapkę ma z lampasemW oślej ławie siedzi czasem.

W prawo, przy boku braciszka,Niesie lalkę Dusimyszka.Miłe dziewczę! Lecz ma wadę:Pokazuje język rade.

Za nią Bazia. Rzadko spotkaPanieneczkę, jak ta kotka!Nie grymasi, nic nie kłamie,I pomaga w domu mamie.

Ten przy Bazi nie jest synekPaństwa Totów, lecz murzynek,Wychowanek. Bo sierotaBudzi litość i u kota!

Na ostatku bliźniąt dwoje;Nie zdobią ich jeszcze stroje,Ledwie jeden ma synulekPana Tota półkoszulek.

Możebyście wiedzieć radzi,Gdzie się państwo tak prowadzi?A do pani Toto matki,Do Babuni, za rogatki.

Tam zabawa! Tam swawola!Ogród, stawek, łąki, pola.Biegną kotki na wyścigi,Skaczą, kręcą się jak frygi.

Wypłoszyły z błota żaby,Już są w kuchni. Patrzą — baby!...Jak nie wrzasną z całej siły!I wnet w formy powłaziły.

Szczęście jeszcze, że im mamaSukieneczki zdjęła sama.Bo jakżeby z tej wyprawyPowróciły do Warszawy?

Ale mały OstrouszekZ mlekiem znalazł gdzieś garnuszek,(Miało być na podwieczorek)I umaczał w niem ozorek.

Babcia, wielce wnuczkom rada,Śliczne bajki opowiada,I wyciąga głosik stary,Wdziawszy na nos okulary.

Słucha dziatwa. Bazia prosiO jagódkach i o Zosi.Płyną wokół piosnek echa,Babcia mile się uśmiecha.

Tak czas schodzi do wieczora.A kiedy już wracać pora,Psik wstrzymuje zegar łapką,Żeby dłużej pobyć z Babką.

Co to jednak jest nauka!I koteczek wiedzy szuka.Patrzcie tylko, jak się garnieTrójka kotków przed księgarnię.

Właśnie na swe imieniny,Od rodziców i rodziny,Prócz uścisków, na gotówkę,Dostał każdy czterdziestówkę.

Czy myślicie, że broń Boże,Na ciastka ją wydał może?Na rodzenki, makagigi,Na daktyle, albo figi?

Gdzie tam! wnet kapelusz bierzePanna Mizia, przy Mrajerze,Idą w miasto, wziąwszy z sobąKapiszonka, małe bobo.

Targ w targ — (księgarz spotniał cały)Pół tuzina ksiąg nabrały:Bajki, Piosnki, a prócz tego...„Robinsona Kruzoego”.

Zdarzyło się, że w tę stronęPrzyjechały psy uczone.Jak się to puszyło, gwałtu!...— A to głowy nie dla kształtu...

A to koty bez nauki,...A to zjadły wszystkie druki...A to w całym KocimgrodzieKsiążki wcale nie są w modzie...

A to wcale tu nie wiecie,Co w szerokim słychać świecie,...A to niema w łbach oleju —— Słowem — przyszło do turnieju.

Przed publiką siadły w ławiePsy nadęte, niby pawie,A poniżej zaś koteczkiWydobyły swe książeczki.

Jak nie zaczną deklamować,Czytać i sylabizować. —W kozi róg psów zapędziły!Klaszcze w łapy tłum, co siły!

— „Brawo! — krzyczą. — Górą koty!” —Psy fajt z ławki i za płoty!Rozbiegły się w różne strony,Podtuliwszy w dół ogony.

Kocigród zaś pełen chwały!Oświetlono rynek cały,I sam burmistrz kotków zdrowiePił, z przemową, co się zowie!

Comments

Loading comments…