Vesalius
Dziwna budowa! Z tęczy i z mgły cała...Bez żadnych podstaw, jako rajskie ptaki,Które — jak mówią — przyroda skazała,By na piór swoich zawieszone złocie,Nie tknąwszy ziemi, w błękitnych zórz szlakiLeciały — gniazda nawet ścieląc w locie...Dziwna budowa!... Człowiek myśl swą ciskaW jakąś odległość mroczną i niejasną,Zanim ją zmierzyć i ogarnąć umie,I wszelką próżnię treścią swoją własnąWypełnia, w marzeń pomieszanych tłumieCoraz to nowe wznosząc gmachy błędu,Tak, jakby proste przyrody zjawiska,Jakby natura zbyt była mu blizkaI nie dawała umysłom rozpędu...Cóż są te księgi, z których pokolenieNasze swą mądrość czerpie, jak ze zdroju?Próbka wiecznego ducha niepokoju,Której na imię jest czczość i marzenie...Gdzie rzeczywistość teka jest na świecie,Coby w systemie tym miała swą duszę?...Idź, marzycielu! strój lutnię poecie!— Na innej drodze ja zwyciężyć muszę!
SILVIO.Czyż warto walczyć?... Mistrzu, pomyśl o tem!Madryt wre cały; zazdrośni twej sławyWielkie twe imię obrzucają błotem,A przyjaciele szepczą je z bojaźnią...I gdyby nie to, żeś króla tak blizki,Jużby się w burzę rozgrzmiały te błyski,Głuchej zawiści, co grożą ci kaźnią —I straszną łuną dzień zwiastują krwawy.
VESALIUS.Silvio, tyś jednym z głosów tych, co we mnieWalkę namiętną długie wiodły lata,O berto woli mojej nadaremnie...O przyjacielu! kto raz okiem duchaDojrzy cudowną budowę wszechświata,Kto raz się dotknie zasłony przyrodyI w majestacie myśli się zasłucha,Ten po przez tłumów groźby i przekleństwa,Przez piekło ognia, przez ocean wodyZ wzniesionem czołem pójdzie — i dosiężeTajemnic bytu, choćby je miał ziemiBozświecić stosem własnego męczeństwa —Tak w imię prawdy, bracie, walczą męże!
SILVIO.Powiedz: Tak giną.
VESALIUS. Niechaj ginę z niemi,Lecz niech myśl moja, jak smuga świecąca,Świadczy ludzkości, żem wzlatał do słońca.
SILVIO.Strzeż się, Andreo! Miasto pełne wieści,Że znów w tym domu, w podziemnej kaplicy,
Wydarty grobom trup leży niewieści.Lud się odgraża...
VESALIUS. Cieniów służebnicy!...Słuchaj mnie, Silvio! Gdybym mógł pierś własnąOtworzyć, by w niej wyśledzić drgająceŻycie, nim, oczy we mgłach mi zagasną;Gdybym mógł domysł raz nazwać pewnikiem —I krzyk ostatni mieć tryumfu krzykiem,Wbiłbym w nią nóż ten... ha! nożów tysiące!
SILVIO.Mistrzu, ze słów swych wykuwasz koronęDla swojej głowy... Lecz zważ, czy to wartoStrawić wiek męski nad ciemną tą kartą,Która ci życie śmiercią znieważonePrzedstawia w dzikim rozkładu chaosie?Dumać, z utkwionem w czoło sfinksa okiem —I — bogdajbym był fałszywym prorokiem,Znaleźć zagadki swej słowo — na stosie?
VESALIUS.Ty bluźnisz, bracie! Przyroda jest niemaDla tych, co pytać nie mają odwagi.Lecz — kto oburącz sfinksa tego chwytaI śmiało patrzy w zagadki oblicze,Choćby go tłumów szarpały zniewagiI grzmiało nad nim wieków anatema,Ten pojmie słowo bytu tajemniczeI pierwszych przyczyn hieroglif wyczyta.
SILVIO.Walka ta straszna jest — i jest wątpliwą.Wspomnij, Andreo, tych, co już w przeszłościZażegli jasne pochodnie ludzkości...Gdzież są — i jakie z posiewu ich żniwo?
Aleksandryjska szkoła! Wielkie słowo!Lecz powiedz, kto dziś wie — po latach tylu -O sławnym w wieku swoim Herofilu?...Wszak po Galenie, nawet po Mondinim,Wszystko musiałeś zaczynać na nowo...A kto zaręczy, że to, co dziś czynim,Nie będzie kiedyś nazwane nicością?
VESALIUS.Mylisz się, Silvio! Ta praca zagasłaTo ostudzone ogniwa łańcucha,Którego nowe przeguby i skręty,Nazwane jutrem myśli — i przyszłością,My dziś w ognisku wykuwamy ducha.Strażnica wieków zdaje swoje hasłaNowozaciężnym szermierzom wyłomu.W czasie nie ginie nigdy trud podjęty,Ani energii przerobionej suma...A myśl, co w ciszy o wszechświecie duma,Niech się nie zdaje straconą nikomu...Wieki ją przyszłe odnajdą, obaczą —I o nią wielkie ruchy swe zahaczą.
SILVIO.Słowa! czcze słowa! Na mego patrona,Ja z mojej pracy chciałbym widzieć zyskiNa własne oczy — póki zwę się ciałem,I za tę cenę krajałbym z ochotąNie tylko trupa, ale bullę złotą,
Która zabawki tej zabrania srodze...Lecz gonić jakieś oddalone błyski,Paść duszę jakimś bladym ideałem,Wiecznym pątnikiem być na prawdy drodze,Żyć słowem, choćby słowem nieśmiertelnem,Dios! jakiem Hiszpan, zbyt to jest subtelnśm!Po co się rzucać jak nurek w głębinyI wśród współczesnych zwać się już przyszłością?Cóż są twe prace? — Głuche podwaliny,Których wieżyca, co w błękit wybiega,Nigdy nie uczci — a rzadko dostrzega.
VESALIUS.Więc niech powstaną olbrzymie te duchy,Co sztandar wiedzy niosą przed ludzkością,Choćby mnie blaskiem swoim zaćmić miały!Niechaj się zbudzą potężne te ruchySwobodnej myśli, co lecąc do słońca,Daleko skrzydłem poziomy odtrąca —Choćbym ja przy nich tak wydał się mały,Jak atom pyłu, co w blasku drży płowy...A gdy się wzniesie ginach wielki, ginach nowy,W którym myśl szczytem, a murem są czyny,Niechaj potomni mój kamień grobowyDorzucą między głuche podwaliny...Ja innej sławy nie pragnę dla siebie.
SILVIO.Słucham, podziwiam — i milcząc, odchodzę;Męczeńska palma nie nęci mnie zgoła...Radzę ci, mistrzu, zawiń się w swej todze —I od dziś ucz się umierać wspaniale...To ci się przyda. — Ha! przez Boga w niebie,Jeśli cię schwyci trybunał tajemny,Jeśli w Madrycie, ku większej twej chwale,
Będzie zbyt jasno, jak na wiek tak ciemny,Pierwszy dam poklask!
(wychodzi)
VESALIUS. Tak! uchylisz czoła!(po chwili milczenia)Hagonie! czas już; idź, zawołaj Nela,Rozjaśnij lampę, w oknach spuść makaty;Potem zstąp cicho — i ruchome kratyOdsuń w grobowcu...
HAGON. Och! na ZbawicielaMękę i rany! panie mój dostojny,Wstrzymaj się! Jakto, chcesz ty z Bogiem wojny?Grób, panie, każdy w całym kręgu świata,Jest taką rzeczą, której niebo strzeże,Chociażby żadna nie strzegła jej krata...Czyż chrześcijanin, panie, ma jak zwierzęNawet po śmierci nie znaleźć spoczynkuI świecie próchnem swych kości na rynku?Grób ma też wstydy i dziewictwo swoje;Podglądać rzeczy, które śmierć zakrywa,To zbrodnia ciężka, sprośna, niegodziwa!Niech Nel odejdzie, panie... ja się boję!
VESALIUS.Hago! rozumiem ciebie, jak myśl własną;Czuję, jak zgroza w pierś ci rzuca mrowie...A jednak — słuchaj! nim światła te zgasną,Zapytam śmierci — a ona odpowie.
HAGON.Panie najmilszy! jam biedny i siwy —I w życiu byłem nie zawsze szczęśliwy,Karmiąc się czarnym kęsem ladajakim...
Lecz, choćbym nawet stokroć był żebrakiem,Choćbym nędzarzem był, co łaknie chleba,I choćby w grobach góry złota były,Jeszczebym jednej grudeczki z mogiłyNie ruszył — tak mi Panie Boże z niebaDopomóż w mojej ostatniej godzinie!
VESALIUS.Więc ja sam pójdę; weź pochodnię Hago!Spieszmy! noc letnia jak chwilka przeminie.
HAGON.O panie! nie grzesz ty taką odwagą,Bo się przerazi grób — i trumna wydaSama umarłych... O! co za ohydaNie dać trupowi dospać do dnia sądu...Umarłych krajać... o panie mój miły!Ten nóż splami ci ręce, jak rdza trądu —I wszystkie puste przeklną cię mogiłyTak, że sam kiedyś, po najdłuższej dobie,Nie znajdziesz ciszy w własnym swoim grobie!
VESALIUS.Słuchaj, ty wierny, stary! Są na świecieDusze, podobne zwichrzonej komecie,Które gwiazdami nie są — i nie mogąCicho się palić na niebios błękicie,Ale targane niepokojem burzy,Lecą ogromną, pełną iskier drogąI w krwawych snopach ognia, który wróżyDziwne przewroty, gubią z siebie życie...A kiedy takie komety zagasną,Zostaje po nich łuna... Kto wie, stary,Czy ja mieć będę mogiłę swą własną,Pogrzeb i księdza i śpiewy i mary...
HAGON. O panie! oczy te zamgloneWidziały rzeczy straszne, przeraźliwe...Smętne orszaki, słupy osmalone —Czerwone głownie ludzkie, w ogniu żywe,Których oddechem był dym, a spojrzeniemIskry gasnące pod zczerniałem niebem...A wiatr był płaczką, trumną — i pogrzebem...A ciężka klątwa grobowym kamieniem...Chceszże ty, panie, ginąc jak kacerze,Ohydni Bogu — i umarli wierze?Chceszże ty oczy moje tak zasmucić,Bym ich na słońce nie śmiał już obrócić?...
VESALIUS.Słuchaj mnie, stary, masz wnuka, lub syna?
HAGON.Mam córkę, panie — i wnucząt — już troje...Co za djablątka wesołe — a psotne!Najmłodszy Gonzalw, prześliczna dziecina!Gdy przyjdę, szyję mi rączką oplata,A drugą siwe moje wąsy targa...
VESALIUS.Widzisz, ja — nie mam córki, ani wnuka...Dom mój jest pusty, a życie samotne,Myśli — a księgi — to już wszystko mojeI nie zostawię nic, schodząc ze świata...No, stary! otrzyj łzy! to nie jest skarga!Widzisz, tak czasem serce się oszukaW swojej miłości, że zamiast rodzinyKocha samotnych swych badań godziny —I cel daleki — który na swym grobieChce zamiast syna zostawić po sobie.Chceszże mi pomódz?
HAGON. A więc, niech tam w niebieBóg oczy zamknie — i nie widzi ziemi!Panie mój, nigdy nie opuszczę ciebie...Zostań; sam trumnę rękami własnemiOtworzę, trupa przyniosę tu z Nelem.A jeśli czarna uderzy godzina,Niech nikt nie mówi, że Hagon się lękaByć nieszczęsnego pana przyjacielem...Zginiemy razem... Kocham cię, jak syna!
VESALIUS.Dzielny mój, stary! oto moja ręka!(Hagon oddala się z pośpiechem)............O tajemnico, stokroć życia warta!Jażbym się zachwiał u twoich podwoi,Kiedy przede mną ciemna twoja kartaW nagłym przebłysku objawiona stoi!...Jażbym się zachwiał, zrobiwszy już tyle!Czyliż wiek męski zaprzeczy odwadzeMłodości mojej? — a trwoga — mej sile?Czyliż sam siebie i cele swe zdradzę?...Jażbym się zachwiał? — Mistrzów moich duchyWołają na mnie: »Śpiesz!...« w wieków pomrocePrzyszłych pokoleń zaczynione ruchyWołają na mnie: »Śpiesz!...« bezsenne noce,W których zbierałem rozbite okruchyTajemnic wiedzy, ciszy mi nie dają,Lecz, jak sto haseł: »Śpiesz się! śpiesz!...« wołają.Do czynu zatem! Na wieków zegarzeNarodzin światła wybija godzina...Za sto lat jakich — wzniosą mu ołtarze...Lecz niech ja pierwszy światu dziś pokażę,Odrodzonego myśli mojej syna.Dość snu! niech ludzkość powstanie ockniona!
(staje w zamyśleniu przed otwarlem oknem).
O nocy! bądź mi stokroć pozdrowiona!Bądź mi pozdrowień, ty uśpiony grodzie!Bądź pozdrowiony, wielki ty narodzie,Nad którym wiszą mgły dziejowej cienie...Bądź pozdrowiona ludzkości walczącaZ własną niemocą na drodze do słońca...Ty, co krzyżujesz proroki twe wieszcze,Co w bólach rodzisz duchowe olbrzymy,Bądź pozdrowiona! Gdy stosów twych dymyKrwi purpurowe zagaszą już deszcze,Ty prochom moim zwróć’ to pozdrowienie!............Jakże mi smutno dzisiaj! Jakieś głosy,Stłumionych żarów pełne i tęsknoty,Szepczą mi w duszy słowa upojenia!...Jestem jak Arab, ginący z pragnienia,Który z oczyma wbitemi w niebiosy,Z błękitów czeka zejścia białej rosy,By nagą piersią przyjąć jej pieszczoty...O!... jak mi smutno!... Chciałbym skłonie głowęNa czyjeś ramię — i odpocząć w ciszy —I myślom gorzkim wykraść te godziny,W których pierś każda snem, lub żądzą dyszy,I usnąć — jak to miasto marmurowe...............O nocy stokroć samotna! o nocy,Która dla tłumów miękkie ścielesz łoże!Myśl na twych skrzydłach gwiaździstych ulataW nieskończoności pełne głębin morzeI szuka pierwszych, wielkich dźwigni świataI ginie w własnej niemocy!...O życie! wielkie nic, bytem nazwane!Palących pytań pełne masz źreniceI w pierś mi ciskasz — jako błyskawice,Zagadki swoje — nigdy nie poznane...Ty myśl człowieka przerzucasz od krańcaNiemych podziwów dla złotej swej księgi,
Aż do zwątpienia, smętnego wysłańcaZbudzonej w duchu świadomych potęgi...O życie! twoje kwiaty i owoceSą dla tych tylko, co wielbią twe słońce;Dla myśliciela masz samotne noceI gorzkich zwątpień amfory trujące.............
(chwila milczenia)
(Hagom i Nel wnoszą trupa młodej kobiety).
NEL.Uf!... ciężka! — Jeśli Pan Bóg na wagę ją bierze,To dobry handel robi... panie, gdzie położyć?
VESALIUS.Tu... na stole... ostrożnie...
NEL. Na mego patrona!Gdyby ta piękna panna miała tutaj ożyć,Dopiero by to była srodze zadziwiona!Piękne mi towarzystwo: obcęgi — i noże —I noc... a jaka czarna noc!... Panie doktorze,O czepiec mój prababki z wami się założę,Żem zarobił reala... — Hej! słuchaj mnie, Hago!A przestańże tam klepać, jak tartak, pacierzeI zabierz tę zasłonę — trupy chodzą nago.
(Chce zdjąć zasłonę pokrywającą ciało, w czem mu przeszkadzaruch Vesaliusa, zajętego dobieraniem narzędzi).
VESALIUS.Zamilknij — albo odejdź!
HAGON. Jesteś sprośne zwierzę!
NEL.Hę? co? jak?... zwierzę, mówisz?... A ty, mój bałwanie,Jesteś podszewką zwierza na wywrot...
HAGON. O panie!Każ mu odejść! niech słowem nie kala tej sprawy!
NEL.Odchodzę już!... odchodzę!... Boże mój łaskawy!Odchodzę już...
(zbliża się do stołu) Panienko, czy tańczysz bolero?Jeśli nie, jesteś zerem; bo trup — jest to zero!
VESALIUS.Oto zapłata twoja; zostaw mnie z Hagonem...
NEL.Idę... idę... odchodzę... Hej, bańki mydlane,Co się zowiecie ludźmi, dobranoc wam, bańki!Co za noc! Albo jestem babki mej wrzecionem,Albo w całym Madrycie prawić będą niańkiDzieciom do snu historyje o tej nocy!...
HAGON. PrzecieDobry wiatr przewiał tę błazeństwa chmurę,Grad słów sypiącą!
VESALIUS. Duchy rozłamaneTak przyjmą prawdy rodzące się w świecie:Jedni z przestrachem odwrócą spojrzenia,Jak stary Hagon, bojąc się zgorszenia,Inni, jak Nel ten, pojęciem swem nizkiemObejmą tylko to, co jest zjawiskiemI zmienną formą wiecznego istnienia;A rzadki myślą uleci tam, w górę,Gdzie prawa pisze Bóg gromowym błyskiem.
(chwila uroczystego milczenia. — Vesalius unosi zmolna zasłonę,pokrywającą trupa)
O wielki, cichy śmierci majestacie!O blda jutrznio słonecznego świtu!O pracownico Boga — i przyrody,Co stapiasz wszystkie formy i postacieW zaczyn drgający wieczystego bytuI ścierasz wszystkie bóle i radościZ martwego czoła tchem nieskończoności,Zaklinam ciebie, o śmierci milcząca,Przez wieczny spokój twój — i twoją ciszę,Niech głos natury jasno dziś usłyszęI niech ta walka, co pierś mi roztrąca,Wobec się twojej uciszy pogody!............Boże! ja nie chcę burzyć Twych ołtarzy...Ja nie chcę wstrząsać świątynią Twej chwały...Lecz czyż duch, który badać się odważyDzieła Twe, Panie, zwań będzie zbyt śmiały?I czyliż mu to poczytasz za zbrodnię,Że u przyrody jasnego ogniskaDla wieku swego rozpala pochodnięI po nad tłumów cień — myślą wybłyska?Czyż grzech potęgę twórczą Twej wszechmocyRozważać w wiecznych ustawach istnienia?Czyliż Bóg światła — zwie się Bogiem nocy?A droga prawdy — drogą potępienia?Nie! przyjdą wieki nowe, wyzwoloneZ niewolniczego dla bóstwa postrachu,I prawd najwyższych słoneczną zasłonęŚmiało podniosą w tajemnym tym gmachu,Gdzie Bóg przyrodzie przepisuje prawa,A pod jej berło byt wszelki poddawa.Stłumione dzisiaj rozbudzą się głosyI nowe prądy w pierś ludzką uderzą...Nowy widnokrąg rozszerzą niebiosy...Duchy walczące potęgą swą zmierząZ zagadką życia zwikłaną, prastarą
I wiedzą uczczą to — co dziś czczą wiarą.
(Hagon nasłuchuje z trwogą)Dalej, Hagonie! odwagi! Do dzieła!(uderza nożem w pierś trupa — i chwilę pracuje w milczeniu).
HAGON.Panie! ktoś idzie... pochodnia mi drgnęła...(słychać wrzawę zmieszanych głosów — a po chwili silneuderzenia w bramę)
GŁOS.Otwórzcie, w imię prawa!
HAGON. Idą, panie!...Ukryjmy trupa...
(usiłuje zarzucić zasłonę na stół)
VESALIUS.(zajęty pracą) Co robisz Hagonie?(uderzenia w bramę ponawiają się)
HAGON.Panie, to zbiry!... Ja trupa zasłonię...Zagaszę światło...
VESALIUS. Nie, to być nie może,Żebym ja teraz właśnie, gdy przyrodaTajne mi swoje daje posłuchanieI już mi drogi odsłania przewodnie,Rzucać miał pracę... Hagon! wznieś pochodnię!
GŁOS.Otwórzcie! Cóż to? szatańska gospoda,Którą zdobywać trzeba?
(uderzenia wzmagają się)
HAGON. Wielki Boże!Drzwi wysadzają... Panie! rzuć te noże!
VESALIUS.Milcz, słaby starcze! Wojownik nie ciskaSztandarów swoich wśród pobojowiska...Niech uzbrojona do czynu prawica,Jak jutrznia wiekom idącym przyświeca...Wznieś tę pochodnię!
HAGON. O dniu zgrozy wielki!...
GŁOSY.Precz z gwałcicielem grobów! — precz z hyeną!
INNE GŁOSY.Nie dać skry ognia — ni wody kropelki!Zburzyć to gniazdo od podstaw do szczytu!Precz, precz z kacerzem!...
(kamień rzucony w okno przelata s świstem, raniąc Vemliusa)
VESALIUS. O ludu Madrytu!Noc tę kupuję dla ciebie krwi ceną...Królewską ceną...
(wrzawę tłumu zagłuszają silne uderzenia w bramę; we drzwiach,wypartych gwałtownie, ukazuje się Inkwizytor ze swoimorszakiem — dalej ciśnie się tłum)
INKWIZYTOR. W imię majestatu,Mistrzu Vesalio, jesteś oskarżony
O profanacyę grobów, sprośne czary —I jak odstępca od najświętszej wiary,Masz być uwięzion — i oddany katu.
VESALIUS.(z boleścią)Hiszpanjo biedna! Hiszpanja!... Hiszpanjo!...
HAGON.(rzuca się ku niemu)Ratuj się panie!
INKWIZYTOR.(do jednego z siepaczy) Wyprowadź go, Stranio!
HAGON.(szarpiąc się)Chcę z moim panem być!... chcę z moim panem!...Sercem się ze mną dzielił... chcę więzieniemZ nim się podzielić!...
STARANIO. A milczże, ty żbiku!Nie wrzeszcz!... Podzielisz... kajdanów wystarczyDla was obydwóch — i z trzecim szatanem,Waszym kumotrem! Milczże... masz!...
(uderza go pięścią w twarz)
VESALIUS. Nędzniku!Pies nawet na tak siwą głowę już nie warczy!
INKWIZYTOR.Ochydnej winy zbyt jawne dowodyWidzę na zgrozę oczu — tu — przed sobą...Jestże ta zmarła szatańskiem złudzeniem,Czy też niewiastą, ciałem i osobą?
VESALIUS.Jest ciałem, panie — ołtarzem nauki,Na którym mądrość rozważam przyrody.
INKWIZYTOR.Bluźniercze słowa! Sto lat już minęło,Od sławnej chwili, kiedy Bonifacy,Tego imienia ósmy, ojciec święty,Potępił bullą ohydne to dziełoI najsurowszym wyklął je zakazem...Tyś wbrew ustawie Boga i KościołaŚmiał świętokradzkiem tknąć trupa żelazem...Zbrodnia to straszna i o pomstę woła:Wyklęty jesteś! wyklęty!... wyklęty!...
VESALIUS.Wyklęty? — Z czego? — czy z błękitów nieba?Z dobroci Boga? czy z Jego wszechmocy?Z królestwa myśli? czy z potęgi pracy?Z ochłody zdrojów? czy z plenności chleba?Z światła poranków?... ze spokoju nocy?...Wyklęty? — z czego?... z koła nieśmiertelnychDuchów, co lecą wciąż wyżej — do góry?...Z spuścizny wielkich? — czy z nadziei dzielnych?Z macierzystego pnia całej natury?Wyklęty?... ależ patrz, Inkwizytorze!Nademną świecą jasne gwiazdy boże,Ziemia z pod nóg nie leci w odmęty...Żyję, oddycham... i mówisz — wyklęty?
INKWIZYTOR.Słuchaj! ta klątwa, której tak zuchwaleŚmiesz dziś urągać w bluźnierczym twym szale,Jest gromem, który w proch rozbija duchy;Jest mieczem, co cię od wiernych odcinaI wszystkie twoje obezwładnia ruchy.Od chwili, w której z siłą piorunową
Nad potępioną twoją zagrzmi głową,Oddech twój kazi — a dotknięcie brudzi...Zwać się przestajesz dziecięciem swej ziemi,Bratem w rodzinie, człowiekiem wśród ludzi...Jesteś nędzarzem, chociażbyś miał złoto...Choćbyś miał matkę — samotnym sierotą...I bezpotomnym, chociażbyś miał syna...I trupem jesteś — między żyjącymi!
VESALIUS.Jakaż to ciemna i dzika potęgaPo godność ludzką do czoła mi sięga?Jakaż to władza posępna i krwawa,Moje najświętsze wydziera mi prawa?Jestżeś ty Bogiem, że słowa twe mogąIstotę moją zgnieść — i zdeptać nogą?Nie! pókim żywy, nie zadrżę przed nikim...Ja wolny jestem — tyś jest niewolnikiem!
INKWIZYTOR.Zamilknij, stokroć zuchwały kacerzu!Słów twoich słuchać nie mogę bez grzechu...
VESALIUS.Więc inne niebo stwórz — i inne słońce,Nad głową moją klątwą gorejące...Inne powietrze stwórz mi do oddechu...I przestań Boga mego w swym pacierzuNazywać ojcem, gdym ci nie jest bratem!
INKWIZYTOR.Za każde słowo odpowiesz — przed katem.(zwraca się do swego orszaku)Niech wejdą Bianchi!... Trup ten znieważony
Pogrzebu chrześcijan od nas się domaga...Zakryć tę zgrozę! — podajcie zasłony...
VESALIUS.Myśl też jest szatą — a prawda jest naga.(wchodzą pokutnicy w białych kapach, z pochodniamia ustawiwszy się w około trupa, rozpoczynają chóralny śpiew. —Inkwizytor przyklęka i modli się)BIANCHI.Ojcze nasz!...
VESALIUS.(z uniesieniem)Ojcze, wolnych, ludzkich duchów!Do światła Twego przywołaj błądzące...Niech imię Twoje, wskróś przemian i ruchówCałej przyrody świeci nam jak słońce!Niech wolę Twoją wieszczą nam nie gromySrogich zakazów, gróźb i przerażenia,Lecz wszechświat cudów pełen, tron widomy,Skąd wznosisz berło wiecznego istnienia...O! daj nam pokarm godny nas — i Ciebie.Nasyć głód wieków mdlejących w pochodzie...Niech na Twej ziemi, marząc o Twem niebie,Nie giną duchy w rozpaczliwym głodzie!Niech w walce pojęć prawda Twa zwyciężaI niechaj nigdy szermierz Twój nie imaStrasznego dziejom i ludom oręża:Uniesień tłumu — mściwego olbrzyma.Daj piersiom naszym puklerz brylantowy!Daj myślom światło, potęgi swej gońca!Niech pękną starej ciemnoty okowyI niechaj duchy ulecą do słońca!Módlcie się bracia! ja modlę się z wami...
(chwila milczenia — stychać chór pokutników)
INKWIZYTOR.(powstając)Amen! Zabierzcie trupa pokutnicy!Niech orszak naprzód rusza z pochodniami...
GŁOSY Z ZEWNĄTRZ.Idą już... idą...
INNE GŁOSY. Miejsca tam w ulicy!...
INKWIZYTOR.Ty, coś śmiał gwałcić Kościoła ustawy,Nędzny kacerzu i bluźnierco krwawy,Idź!... niechaj tłum ten z swem urągowiskiem,Będzie dla ciebie pierwszym stosu błyskiem!
(Bianchi wynoszą trupa; siepacze otaczają Vesaliusa; za nimipostępuje Inkwizytor)
VESALIUS.(zatrzymując się nagle, patrzy w przestrzeń)Stójcie! z błękitów błędna gwiazda leci,Kreśląc w pomroce złotą paralelę...— To myśl, co wyższe ukochała celeI ginie marnie wśród ciemnych stuleci!...
(tłum otacza orszak, tamując przejście; Inkwizytor stara sięuciszyć rosnącą wrzawę)
VESALIUS.Silvio! tyś dla mnie był prorokiem kaźni;Pójdź, spojrzyj! Oto idę bez bojaźni...O! gdyby tłumy mogły okiem gołemDojrzeć ten spokój nad skazańca czołem —Ideałowi, co daje mu siłyWzniosłyby ołtarz — i cześćby złożyły...............Żegnaj mi życie — i ty boży świecie!Żegnaj ojczyzno moja oddalona!...
Chciałbym do kogoś wyciągnąć ramiona,Powiedzieć: »Kocham!« i płakać jak dziecię!...O! jak samotną była moja drogaWśród ludzi, zdarzeń i przemian chaosu!Nie mam na niebie nikogo — prócz Boga —A tu na ziemi nic, nic, oprócz stosu!Świta!... Dzień nowy bieli się do słońca...To mój ostatni dzień! O, stójcie, proszę!...Umierać idę, jak noc ta mdlejącaI śmiercią moją świt ziemi przynoszę!Witaj mi słońce jeszcze niezrodzone!...Witaj przebłysku purpurowej zorzy...Śpiesz się! niech pierwszy z twych promieni złożyNa czole mojem męczeńską koronę...Śpiesz się! niech światła zwycięstwo obaczą,Duchy strudzone, zatrute rozpaczą...Niech je idei ujrzą męczennicy!
(wyciąga z uniesieniem, ramiona do wschodzącego od tej chwili slońca)Światła!... ach światła!... światła!...
INKWIZYTOR.(popychając go gwałtownie) Do ciemnicy!
Comments
Loading comments…