W starości swojej (Konopnicka, 1915)
W starości swojej ziemia mnie wydała,Jak późną parość dąb próchnem stoczony.Brakło już gliny dziewiczej na ciała,A dech żywota — wytchniony.Prochy pokoleń, co życie klnąc, marły,Łzy nieoschnięte, krew świeża, co dymi,To dziś jest warsztat, to zaczyn olbrzymi,
Z którego ulepia — karły.O straszna praca! O posępne dzieło!Niemowląt płaczem napełniać kostniceI dawać temu, co w mękach zginęło,Wzbudzone mąk tych dziedzice!Na całej ziemi i na całem niebieNiema, czegoby choć myślą nie tknięto...Ludzkość swe dzieje spożywa w swym chlebie,A strawa jej jest przeklętą!Czemże żyć będę? Czy złudą nadziei,Którą otrute stulecia — konały?Czy tym puharem, co obszedł z koleiPragnień i żądzy świat cały?Powiemże: miłość? — Pod stopy mojemiZadrży proch serc tych, co czuły i biły.Powiem: nienawiść? — Pół mórz i pół ziemiOtworzy swoje mogiły.Wyciągnę ramię do czynu? — AliściMgliste się dłonie podniosą przedemną,Jako zwichrzonych jesienią rój liści,Które opadły daremno...Drogi ku szczytom i w przepaście drogiTragicznym śladem zarówno zdeptane.Gdzież spocznę? Kędyż miejsce dla mej nogi?Gdzie życiem odetchnąć stanę?Od własnych myśli i uczuć i woliOdwracam głowę z boleścią i wstrętem...Krwawego siewu i cmentarnej roliCzuję się ziarnem przeklętem.
Comments
Loading comments…