Z dziejów pieśni (Konopnicka, 1915)

Urodzona z uśmiechów i łez młodej matki,Drżąca, z serca jej wschodzisz nad kołyską oto,Jak z serca ziemi wschodzą nieposiane kwiatki,Piosnko, pieszczoto!Lecisz na białych skrzydłach, jak anioły stróże...Imię twoje »najmilsza«, a dźwięk twój opadaTarczą pomiędzy dziecię a życiową burzę,Co dyszy blada.

Młodość z piersi cię swojej ciska, jako strzały,Tobie na imię »sława«, »miłość«, »ideały«;Rozpalasz gromy w duchach i w głębie zadumyUnosisz tłumy.Tyś orzeł, co się gnieździ na myśli wyżynie...Tyś słowo, co się ciałem staje w wielkim czynie...Wstrząsasz purpurą królów i nędzy siermięgą,Pieśni, potęgo!

Ty wreszcie cicha stajesz nad świeżą mogiłą,Oniemiała wraz z sercem, które tobą biło;Łez pełna, do Hjobowych żalów stroisz lirę,Szepcząc: »Dies irae!...«I w wieczystej symfonii uniesiona wichrze,Tajesz, jako śnieg, w tony cichsze, coraz cichsze,

Aż ujdziesz, jako strumień, w oceanu wody,W pieśnię przyrody.

Widziałam pieśni, jak wiosenne kwiatyWonne, a lekkie — jak motyl skrzydlaty,A takie jasne, jako błękit nieba.Śpiewały miłość, jak trubadur blady,I dziwne, straszne prawiły ballady,Którym słuchaczów przerażonych trzeba.A gdy Czas przyszedł i z ranną je rosą,Jak nikły potraw na łąkach, ściął kosą,Rozwiały zapach, lecz nie dały chleba.

Widziałam pieśni, co jak płaczki białe,Stały na grobach, zamknąwszy ich chwałęW pierś przeźroczystą, łamiąc z żalu ręce...A gdzie wiek zgasły rozwiał swoje szczątki,Jak Rut, schylone, zgarniały pamiątkiKłosów, mijanych przez śpieszące żeńce...A gdy Czas przyszedł i otwierał groby,Rzekł: »Jakże wiele próżnej tu żałoby!I jakże zeschłe są te wasze wieńce!«

Widziałam pieśni, co jak niewolnice,Szły za rydwanem wieku, strojąc liceW uśmiech ponętny dla oka Cezara...Lecące chwile tchem swym je żywiły,Z bieżących zdrojów czerpały swe siły,I nieraz pustą bywała ich czara...A gdy Czas przyszedł i rozdzielał sławę,Rzekł: »Wy, zaklęte w przydrożną kurzawę,Po pierwszej burzy znikniecie, jak mara!«

Widziałam pieśni, co, jak cherub z mieczem,Stanęły w ogniach przed sercem człowieczem,

Paląc mu piersi zawiści pożarem...Jak szatę dzianą, tak one świat bożyDzieliły ostrzem przekleństwa i noży,Czarną nienawiść mając swym sztandarem...A gdy Czas przyszedł i uczynił sądy,Z pomiędzy ludzi pieśni te, jak trądy,Precz wyrzucono wraz z bezprawiem starem.

Widziałam pieśni, co z licem spłonionemStanęły ciche nad własnym zagonem,Wiosce swej nucąc, jak szare ptaszyny...Zwiniętych skrzydeł nie ważąc do lotu,Zagrody swojej trzymały się płotu,Czarnego chleba jedząc okruszyny...A gdy Czas przyszedł, by wymierzyć płacę,One za cichą drobnych celów pracęWzięły — fujarkę wioskową z wierzbiny.

Widziałam pieśni, co jak obłok biały,W dzień przed ludzkością idącą leciały,A w nocy słupem gorzały płomieni;Co, wziąwszy w piersi wszechwieków tęsknotę,Struny z niej sobie uczyniły złoteI szły, miłością walcząc, w państwo cieni...A gdy Czas przyszedł, rzekł: »BłogosławionaPieśń, co zasiewa przyszłości nasiona!Wy, co słuchacie jej, błogosławieni!...«

Comments

Loading comments…