Nie było dla Tadzia większej uciechy, nizniż kiedy mu mama pozwoliła iść do Jagodzińskich. Stary Jagodziński, wysoki, pochyły, kaszlący, z wielkęwielkimi aż do ziemi kieszeniami, w których chował tytoń, fajkę, nóż składany i różne rupiecie, był ogrodnióiemogrodnikiem w Bronowie, gdzie mieszkali rodzice Tadzia.Stara Jagodzińska, chuda, śniada kobiecina, była niezmiernie żywa i bardzo gospodarna.Mieli oni wnuczkę Felcię, domek tak schludny, tak biały, że go i za dworek wziąć można było. Na wiosnę domek ten ginął prawie wśród rozkwitłych drzew owocowych, między któremi brzęczały pszczoły i świergotały wesołe sikorki. W lecie stały przed nim, jak pochodnie, proste wysokie malwy, których ogniste kwiaty podobne były do jerzącychjarzących płomyków.Jesienią wszakże było tam namilejnajmilej. Nietylko bowiem złociły się wyborne gruszki, rumieniły jabłka, ale na wysokich tyczkach wisiały całe pęki na wpół już suchych łodyg i stręków fasoli.— Mamusiu — mówił Tadzio — jabym chciał do Jagodzińskich!— Kiedy Jagodziński teraz w ogrodzie zajątyzajęty. Niema czasu.— To do Jagodzińskiej!— Ocho! wtrąciła Rozalia, piastunka młodszej dziewczykidziewczynki, stara Jagodzińska poszła na jarmark do yniejowaUniejowa. Prosięta sprzedaje.— No to do Felci.— Ale Felci już niema: kaczątek swoich pilnuje! płótno bieli!— No to, moja mamusiu, to może choć tak tylko pójdę i posiedzę sobie, kiegykiedy niema nikogo. Moja złota!Co było robić? Mama pozwalała nieraz, a tadzioTadzio szedł do domku ogrodnika, siadalsiadał sobie na progu, i pa rzyłpatrzył to na wróbelki, to na kokoszki czubate, to na króliki, co się z pod przysieni wymykały w pobliżkąpobliską kapustę; to wreszcie na drogę, czy też nią ksokto nie wraca. Tak ogromnie chłopczyna tych ludzi kochał.— To idź, Tadziu, ale uważnie a gdyby Jagodzińska wkrótce nie przyszła, to wróć tutaj.Tadzio pobiegł.Właśnie wracała Jagodzińska i spostrzegła go pierwsza.— A, mój złoty! kochany! — wołała zdaleka. A mój królewicz najśliczniejszy! To siedzi sobie na prożku, siegzisiedzi! I czeka aż stara Jagodzińska z jarmarku się wróci? A, moje dziecko kochające, najmilsze! ŻarazZaraz ja tu stancyę otworzę. A psik, Mruczek! A pójdziesz Kurta!... Nie moglićciemogliście to panicza bawić, nicponie, kiedy JagodzińkiejJagodzińskiej nie byłr?było? — To wy tak się na honorze znacie?Czekajcie!... Nic wam nie dam, darmozjady jakieś — i otwierała z kłudki drzwi, a Tadzio maszerował przez wysoki próg do czysta wybielonej, chłodnej, pełnej kwiatów stancyi; Jagodzińska zacżynała zaczynała się krzątać.— A, żebym ja wiedziała, że takigotakiego tu gościa zastanę, to bym choć z połowę Uniejowa w fartuchu przyniosła.A tak, to tylko pierniczek...I dobywała z koszyka piernik ślicznie lukrowany i jeszcze potrząśnięty białym, różowym i niebieskim macckiemmaczkiem. Zaraz też chciała Tadzia posadzić, to na krzesełku drewnianem, to na ławce, to nawet na stole, żeby sobie okienkiem patrzał; ale Tadzio najlepiej lubił śiąśćsiąść na środku izby, na czyściuchno wymytej podłodze. Siadał, nożyny wyciągał i pytał cienkim głosikiem:— A koniki?Jagodzińska uderzyła się ręką w czoło:— A prowda! koniki!... O głowo, stara głowo!... Żem ja też o konikach dla mego królewicza, dla mego złotego pana zapomnieć mogła! Zaraz będą... zaraz!... A psik Mruczek, a pójdziesz Kurta!Biegła kobiecina do komory, brała przetak, i przynosiła w nim kilka garści prześlicznej, kolorowej fasoli.— Ot koniki — wołała od próguprogu — są! Nie poginęły! Kurta pilnował! Dobry pies.— Dobry — powtarzał Tadzio, i głaskał małą rączkęrączką nadskakującą mu psinę. Zaczynała się teraz zabawa.Najpierw wybierał Tadzio czerwone czerwoneczerwone fasolki na konie fornalskie. Fornalek czterokonne bywało po osiem i po osiem i po dwanaście nawet, a wszystkie tak równe, lśniące.lśniące, aż miło na nie patrzeć! Przy każdej fornalce brykał jednjeden maleńki źrebaczek. Z wyszukaniem tych maleńkich była wielka bieda, bo fasole ogromnie dorodne rodziły się u Jagodzińskich. Ale też kiedy fornalki ustawione już były to zajmowały całą deskę podłogi, od ztołustołu, do zielonego kufrekufra starej JadodzińskiejJagodzińskiej.Patrzał na nie Tadzio z dumą i uśmiechem. Ani w Biernacicach, ani w Zbytczycach, ani w Gostowie, nigdzie takich ślicznych fornalek nie było!Potem szły różnej maści źrebce. Tych bywała cała kupa, a wszystko to jeszcze młode i nieoprzęgane. Tych źrebców pilnował żółty piesek, Gać, na którego Tadzio wybierał co najmniejszy groszek. Ten psiak to miał prawdziwą mękę z temi źrebakami! Co ten się nie naujadał, nie nagonił, czy to na pastwisku, koło komina, gdzie cegły tylko były, czy w stajni, za pudłem, w którem Jagodzińka Jagodzińska czepki swoje chowała, czy wreszcie przy pojeniu, u cebrzyka, na którem błyszczały obręcze jak złote — ciągle te sięźrebcsię źrebce ozbiegałyrozbiegały, a Tadzio aż się zapocił nieraz tak musiał za gasiaGacia spędzać je, a dobywać głosu: Ham! ham! Ham! ham! aż zachrypł nieraz.Teraz trzeba było wybierać cuganty. Szły na nie największe fasole i najokazalsze. Z temi już nie było takiej biedy, bo w zaprzęgu chodziły wybornie. Tu dopiero podziwaćpodziwiać można było prześliczną czwórkę bułanków, szpaków, tarantów, złotogniadych, karych i gniadych jak mleko.Tak dobranych koni trudnoby i na jarmarku znaleźć, choćby w Łęczynie, choćby w Łowiczu, albo w Skaryszewie!Cóż dopiero kiedy wierzchowce zaczęły brykać, wstajni!w stajni!Te pojedynczą maścią szły najosobliwsze, uderzające figurą, ślicnemiślicznemi odmianami, a także dzielnością!Tu Szronek jak skra żywy, to Biało-nózkanóżka z czarną odmianą na czole, tu Arab gniady wysmukłwysmukły, tu Bułanek okrągły z czarnym orzełkiem, tu znów siwek prześliczny z czerwonym. Jakże się to wszystko rwało z uzdy, spiuałospinało, jakie szczupaki w powietrze dawało! Tadzio musiał je dobrze trzymać, a ciągle: a prr!... a prr!... wołać. Takie ogniste były te wierzchowce.— A gdzież to mój pan złoty na tych złotych koniach pojedzie? — pytała Jagodzińska, robiąc pod oknem pończochę.— A na wojnę! — odpowiadał chłopczyna.Jakoż zaczynała wojna. Fornalki szły pod furgony, cugowe pod armaty, wierzchowce pod kawalerję, a nawet z młodej stadniny co większe szły podkonnicępod konnicę, bo to wojna nieprzeciera, co zbrzegu to dalej! Dopieroż to jak Tadzio nie zatrąbi w złożoną piąstkę, jakże się te konie ze sobą nie zetrą! Jak nie wpadną na siebięsiebie!.. Jak nie zaczną brykać, wierzgać! Tu kawalerja na kawalerję, tu armaty na armaty, tu furgony na furgonufurgony. — I hu ha! I hu ha! Krzyk, halnshałas, zamieszanie, rżenie takie, że to aż w podwórzu słychać!Skan zawiera grafikę. Aż wtem, w największym tumanie, w największym warze bitwy jak się zlęknie tego rzeniarżenia Kurta, jakże nie wpadnie na Mruczka, jak się oba nie zwiną w kłębek, jak się nie potoczą w sam środek batalii! RozproszylisięRozproszyli się konnice i swoją i cudzą, armaty poszły w puchruch, furgony się poprzewracały do licha, cały obóz het, precz, po wszystkich kątach się rozleciał.— A psik! A pójdziesz! Krzyczy, zerwawszy się, Jagodzińska, kłębek jej z kolan spada; Kurta i Mruczek rzucają siesię na niego, a tocząc po izbie, resztę wojennego bagożubagażu zapądżajązapędzają w kąty.Już Tadziowi blizko płaczu, już mu tylko te rzęski ciemne u oczów mrugają, kiedy wtem wpada Felka z bielnika, z półbią świeżo bielonego błótnapłótna.— A pójdź-że tu, Felka! A ratuj! — woła stara Jagodzińska, napróżno goniąca za kłębkiem.— Konie nam się oto rozbiegały i nasz królewicz złoty nie ma na cżemczem jechać.— No, to ja będę konikiem! Dobrze TadzienkuTadzieńku. I Felka rzuca w kąt polewaczkę, — płótno ciska na kufer, chwyta chłopczyka w pół i na ramiona sobie sadza.Jeszcze się Tadzio nie spostrzegł, już koniuna koniu siedzi.— Na stronę kot — woła Felka — bo przeskoczę! Na bok psiak, bo cię przewrócę!A ci obaj za nią! Kurta zaczyna szczekać, za sukienkę jóją chwycił i ciągnie, kot miauczy i pazurkami się trzyma. Nie było innej rady, tylko stara Jagodzińska złapała Kurtę, złapała MyuczkaMruczka, TaddzowiTadziowi dała jednego pod jedną paszkę, dtugiegodrugiego pod drugą, i dopieroż jazda koło stołu.
Comments
Loading comments…