Wachlarz — całość

Wdzięczne oczy, złote lampy, blasku jedyny,palcie mi się, świećcie mi się długie godziny.

Niechaj księżyc brocząc w srebrze po niebie kroczy,niechaj słońce w własnem złocie po niebie broczy,

wy się palcie wdzięczne lampy, do dna oliwy,po was noc mi gwiezdna nie cud, słońce nie dziwy.

Niechaj księżyc w srebrnych kolcach rozbłyska nocąniechaj słońca złote kolce w oknie migocą,

okiennice pozasuwam, zamknę na wieki,w waszym ogniu oślepione zmrużę powieki.

Niechaj księżyc cebrem leje potoki srebrasrebra,niechaj słońce złoto leje z jasnego cebra,

dla mnie ciemność, gdzie cię niema, blasku miłosny,nie różna mi noc ode dnia, zima od wiosny.

Niechaj księżyc stroi ziemię w srebrzystą larwę,niechaj słońce stroi ziemię w tęczową barwę,

oczy moje, serce moje, zgasną nad ranemprzepalone światłem szczęścia, światu nieznanem.

Kule z puchu wśród trawy błyskają jak świeczki,i ogród drży marzeniem od haszyszu chorem.Pocóż jechać do Turcji? Pachnie bez turecki,półksiężyc blady wschodzi tak jak nad Bosforem.

Za bramą tramwaj dzwoni, kurzu pełno, huku,tu trawa niekoszona, puchowa, wysoka,pstry dywan i ust twoich słodkie rachatłukumi szalik mój zielony, jak sztandar Proroka.

Jak Bej z Perłą haremu samiśmy zostali...i pić możemy z naszych ócz pełnych zamętu,ja, pobladła Leila i ty, Mechmed Ali,najpiękniejszą, nasłodsząnajsłodszą z tajemnic orjentu!

Tureckiego Khediwa dym w kłębach się wahai zapachniał do rymu złoty kwiat nasturcji.Milczenie jest tureckie, obce — Na Ałłacha!Pocóż jechać do Turcji? Do dalekiej Turcji?

Rozwiane minarety,meczety, kopuły,w liljowych jaszmakach drzemiące kobiety,pachnące Stambuły...Trzydniowe serajepełne miękkich poduszek,z których leżący zapach powoli powstajei gdy go wicher wiosenny kołyszekrzyczy głośniej niżeli krzyczący Derwisze!...

Kwadrat żółty żałośnie stał na czarnej plamie,patrząc, jak krzyże białe idą ramię w ramię.

Aż ozdoba środkowa, gwiazda barwy grochuwysłała w jego stronę litościwy pochód

kwadracików niebieskich o spojrzeniu słodkiem,które go otoczyły życzliwym opłotkiem.

A wkoło milcząc różne krążyły potwory:duży dwukrzyż zielony, dziurawy i chory,

siekierkowe stworzyszcza i żółte hakowce,rozbiegane po polu jak szalone owce.

Zdala na to patrzyli trójkątowie smutni,a z wybrzeży rozbrzmiewał wrzask stubarwnej kłótni.

Spojrzenia, półuśmiechy, czary kilku minut,ruchy, błyski, wiosenność rozmarzonej róży,rumieniec amarantu, bladość seledynu,wyraz który się nigdy w świecie nie powtórzy,

radość nie winna temu co jest i co będzie,zadumanie dziwiące się światu śmiesznemu,modlitwy jak kwiat ślepe i gesty łabędzie,i serce niepodobne żadnemu innemu,

włosy płowe, złociste, od jedwabiu miększe,i myśli pracujące własną, szczerą pracą,usta mniejsze od oczu, oczy od ust większe,wszystko skazane na śmierć! niewiadomo za co?

Jest listopad czarny, trochę złoty,mokre lustro trzyma w ręku ziemia.W oknie domu płacze żal tęsknoty:Niema listów! Listonosza niema!

Już nie przyjdzie ni we dnie ni w nocy,złote płatki zawiały mu oczy,wiatr mu torbę otworzył przemocą,list za listem po drodze się toczy!

Listonosza zasypały liście,serc i trąbek złocista ulewa!ach i przepadł w zamęcie i świścielist, liść biały z kochanego drzewa!...

Pod zamkiem moim w słońcu popękały lody!Chwila, a runie wszystko, szamocząc się z losem!Anioł-Stróż z długą twarzą, jak ministrant młody,odmawia zdrowaśmarje, pociągając nosem.

Djabeł zobaczył, krzyknął: na ratunek gońmy!Lecą, jak sadze czarni, hałaśliwie, butnie,podparli, ustawili, przyklepali dłońmi —i rozśmiali się do mnie — poczciwie — przesmutnie...

Dziadzio siedział w pracowni przed sztalugą,palił cygaro,brał pędzel do ust, namyślał się długo,strząsał jedwabny popiół w popielniczkę starą.Rozrabiał na palecie soki fijołkowe,deszczówkę pomięszaną z zielenią wiosenną,i mleko migdałowe z sjenną.Ślad ołówka wycierał kawałkami chleba,a po kobalt przez okno sięgał aż do nieba.Malował rozrzewnieniem i słońcemsiwki, grzywki, kopytka tańczące i lśniące,oczy pełniejsze ognia od oczu hiszpanek,i zady roztęczone jak bańki mydlane,jak grupy grzybków barwne miasteczka i chaty,i łąki, i dziedziców jak sumy wąsatych.A za fotelem dziadzi kiwając się stałmądry żydek Immerglück albo Himmelblau,inni czyhali we drzwiach, a inni w ogrodzie,aż słodko śpiący skończy swój sen o pogodzie.

Za lat pięćdziesiąt siądzie przy fortepianie(będzie miała wówczas wiosen siedemdziesiątcztery)babcia co nosiła jumperyi przeżyła wielką wojnę nudną niesłychanie.Babcia, za której czasów jeździły tramwaje,samolot pierwszych kroków uczył się po niebie,a ludzie przez telefon mówili do siebie,nie widząc się nawzajem.Babcia pamiętająca Krakusa i Wandę,a w każdym razie Piłsudskiego i Focha,która się upajała jazz-bandemi odbierała listy od listonosza,której młodość zeszła marnie, bez kikimobilu,biofonu, wirocyklu i astrodaktylu,wpatrzona w film swój zblakły z uśmiechem tęsknoty,zagra na fortepianie staroświeckie foxtrotty.

Nie poto chcę jechać do Chinby widzieć piękne świątynie,wieżę jakąś Ming czy Tsin,lub pejsaż w Kao-linie.Przecieżpóki mam twarz białą z różowem,bez kurzych łapek na skroni,marzyć o tem lub owemnikt mi nie wzbroni.Otóż:Chcę jechać do chińskiej miłości,chcę jechać do chińskiej wiśni,najłatwiej tam i najprościejsen chiński mi się wyśni.Możejakiś szumiący dostojnik,nieznany, żółty i ciemny,w ramionach jedwabiem strojnychnauczy mnie chińskich tajemnic?

Jakich?Tajemnic laki, herbaty,płaskich tak liść kapeluszy,pagód i smoków rogatych,i mojej własnej duszy.

Jak stos pereł świeci w kącie modelka,wśród głów, sztalug, papierów, jaśniejąca i wielka.W roztopionym owalu leży na dywanie,z ręką zwisającą jak kiść róży.Wkrótce wstanie,koszulą się zachmurzy,włoży czarne, półślepe bucikizapinane na nieliczne guzikii zniknie za parawanem,i wyjdzie,niby słońce zaćmione suknią i kaftanem.

Gdy Butterfly leżała na macie słomianej,jak owoc przekrajana ciosem harakiri,ktoś nadbiegł, ktoś zapukał w papierowe ścianyi rozbłysły śmiertelne odmęty i wiry.

Usłyszała głos jego. Zaklęty! przeklęty!więc poczęła się rzucać jak pstra gąsienica,na łokciach i na boku w stronę drzwi zamkniętych,splątana w suknię z nieba, brzoskwiń i księżyca.

W pośpiechu padła nagle twarzą do podłogi —i przeszła po niej fala szeroka, znużona —jął szumieć Wielki Wachlarz czarny i złowrogi,rozwiał ściany i kwiaty, świat i Pinkertona...

Grają skrzypce, a w skrzypcowy amarantwjeżdża cow-boy, wspaniały bandyta.Mustang rzuca się pod nim jak baran,łącząc w skoku wszystkie cztery kopyta.On się śmieje biało z pod sombrerai z wierzchowcem tańczy jak lajkonik!Dziś się żyje — jutro się umiera,ale żyje się: siłą stu koni!Widma zwierząt! Widma ludzi Młodych,w krajobrazach czarno-białych i sinych!Migające zadzierzyste pagody,słodkie Indje, niezaznane Chiny!Skrzypce nagle pośród nut tysięcyodnalazły prawdę śpiącą wśród łez:„Nerwy twoje, krew twoja mogły więcej,qu’as-tu fait, qu’as-tu fait de ta jeunesse?“Coś się w duszy śmieje, a coś płaczei tak mówi patrząc tęsknie z ukrycia:„Drugi raz — od początku inaczej —może uda się piękny film życia...“

Ptaszki japońskie malarza Hiroszige,o brzuchach puszystych, o skrzydłach zębatych,do góry nogami na gałązce herbaty.kręcą się, plączą, przechylają szyję.

W tajemnicę świata zaglądają od spodu,pod podszewkę kwiatów, liści, zapachów,i wrzask, i świr czynią ze szczęścia i strachu,groźne ptaszki japońskiego ogrodu.

Jakiś ptaszek o świcie oszalał, zwarjował,to się porwie z gałęzi, to o ziemię ciśnie,przelatuje z jabłoni na kwitnącą wiśnię,jak mała błyskawica siwa i różowa.

Krzycząc że słońce wschodzi, leci ku kasztanom,i terczy słowo „słońce“, gwiżdże słowo „wschodzi“.kołysze się w gałęziach jak w zielonej łodzii kłuje ranną ciszę, deszczem haftowaną.

Wpatrzony w morelowy wśród obłoków pożar,spada prosto z kasztanu w krzak pod moje okno,i krzyczy wielkim głosem, z radością okropną,że słońce znowu wschodzi! Że go nikt nie pożarł!!

Złotniczeńku ty na niebie,chcę pić życie, nie mam z czego.Zrób mi kubek, proszę Ciebie,z szczerozłota gwiaździstego!

Zrób mi kubek! Zrób mi kubek!Ale proszę, zrób mi ładnie,wyrzeźb wszystko w nim co lubię:ptaka, serce, gwiazdkę na dnie.

Zrób mi lekki i nieduży,ale mocny zrób i trwały,niech mi całą wieczność służy!Chcę pić z niego dla twej chwały.

Otrzyj ręce twe z pozłotyktórą złocisz świat po ciemku.dla miłości, dla tęsknoty.uczyń kubek, Złotniczeńku.

A jawor był szumiący, ponury i siny,miał dużo, dużo liści, jak drzewo na sztychu.— Koszyk miły pleciony był z cienkiej wikliny,maliny w nim różowe śmiały się po cichu...

Filon w zielonym fraczku był jak pasikonik,Laura miała łzy w oczach i przepaskę modrą,wśród książkowej, pożółkłej i francuskiej wonileżała, chudą rękę oparłszy o biodro.

Przyszli w proch się rozsypać (płascy jak kwiat w książce)pod umówionym, sinym, szumiącym jaworem;smutny, zielony Filon, Laura w modrej wstążce,w bladej sukni i w wielkiej kamei z amorem.

Białe trawy z wiatrem płyną, dachy lśnią grynszpanem,słowik skryty w drzew obłokach wykwita pytaniem...

— I pyta się srebrno-szklanie, nutą słodką, śmigłą,co łagodnie w niebo wnika kryształową igłą...

I jeszcze się pyta szklanie, cicho i nieśmiałoa dźwięk spada srebrną, słabo wypuszczoną strzałą...

I znowu się pyta jasno, a ostatnie słowozatrzymuje się na niebie świecąc djamentowo...

I znów jeszcze raz się pyta, a wyniosłość dźwiękujest jak sztylet samobójczy, podniesiony w ręku...

I znów pyta się uparcie, wstrzymuje łzy ptasie,kryje oczy mgłą zasnute w siwych piór atłasie...

Białe trawy z wiatrem płyną, drzewa błyszczą śniedzią,— Bóg pytaniem urzeczony, zwleka z odpowiedzią...

Nagła myśl i możliwość buchająca pieśniąo której sen ostrzegał radosnym półgłosem...Zamiast ust, które jeszcze całować się nie śmią,— papieros, zapalony drugim papierosem.

Zetknięcie ramion w loży lub w głębi karety,koncentrujące życie w płonącym rękawie!Słodkie ognie bengalskie, rozkoszne rakiety.I oczy roześmiane w śmiertelnej zabawie.

Shake hand za długi nieco a chcący trwać wiecznie,i odpychanie ludzi: nie mówcie! nie radźcie!i słowa, drżące, wdzięczne, niepotrzebne, śmieszne,jak koronki i wstążki na przecudnym akcie.

Szklanym łukiem drżą fontanny, źródła skalne dźwięczą,pluszczą krople: jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta...Białe nimfy leżą w muszlach malowanych tęczą,zamykają mrące oczy, otwierają tęskne usta...

Mdlejąc na jedwabnych blaskach, w zielonym pomroku,wyciągają srebrne ręce niewiadomo gdzie i czemu?Może patrzy z góry, z dołu, może stoi z bokudumny władca pluszczącego, tęczowego wód haremu?

Zadźwięczała dyssonansem słodkiej wody żałość pusta...pluszczą krople: jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta...

Nad błękitną morską wodę skaczą gwiazdy zewsząd,niebo modre też jest w gwiazdy i w czerwone pasy.Jedzie smugą Okręt, pełen owoców i dziewcząt,płyną za nim pogubione, złote ananasy...

Całuje się fala z falą wzdłuż pól oceanu,wyciągają się ramiona ku brzegom, ku brzegom,wiatr pomieszał zapach brzoskwiń z tchnieniem origanu,a rekiny wkoło tańczą walc brzucha srebrnego...

Piętrzą się krągłości żółte, gładkości różowe,pomarańcze tulą twarze do twarzy dziewczęcych,i na opak w dół się sypią jak perły tęczowe,między ryby i skaczących gwiazd setki tysięcy...

Na wybrzeżach ludzie stoją, w ramionach szerocy,patrzą jęcząc na horyzont, klękają pokorni,i czekają z utęsknieniem od rana do nocy,na pachnący Okręt biały, Okręt z Kalifornii...

Tuwim, wielki indyjski wódz czerwono-czarny,w piórach drżących najcudniej, lśniących najogniściej,skrada się przez obłoki, wachlarze i liście,polując na lwy złote i czerwone sarny.

Rozpatruje krzyk świata — barwy i przedmioty,orlim wzrokiem uderza i zęby zacina.Wygiął łuk, sam wygięty jak złocista trzcina:świst — i padł wiersz krwawiący, wierzgający, złoty.

Ptaszek na sztacheciesąsiedniego ogrodupiłuje szklaną piłąpiosenkę żałosną.

Przed chwilą grał na fleciez melodyjnego lodu,lecz słońce flet stopiłoi w kroplach rozniosło.

Tam znowu inny, wyżej,uparcie jak chińczykkiwający głowątrzęsie dzwonkiem ze szkła.

Krokusy rosną, chyże,w kolorowej słodyczy,jakby na ziemię płowącała tęcza zeszła.

Trawa wzrasta nagle,jak ciągnięta ręką,pachną nieznane kwiaty,powietrzne balsaminy,

a kos w czarnem gardletoczy nutę miękką,zaczerpniętą przed latyw studni Meluzyny.

Ciotki nie były piękne, nie miały nic z wróżek.Były dzielne, szczawiowe, barchanowe żony.Nie miały złotych włosów, ani cienkich nóżek,ani oczu złowrogich o rzęsach zdziwionych.

Brały serjo swe dzieci, kwiaty i owoce,mężów trzymały krótko, perfum nie lubiły,zasypiały spokojnie w księżycowe noce,pełne kurzej tężyzny i jaglanej siły.

Jedynie ciocia Jola wiotka i pachnącaprzypominała wróżkę i paryską lalkę.Chodziła w piórkach ptasich i tjulach ze słońca,całowała, podnosząc gwiaździstą woalkę....

Wkrótce ją jakieś wichry żałosne rozwiaływśród wiosennych błyskawic i szumów ponurych...Zgrzebne ciotki płakały — lecz nic nie wiedziałyjaki był smak miłości i... trutki na szczury.

Kogut padł dzisiaj martwy piejąc „kukuryku“,jęk się rozległ na dachach, w oknach i na wieżach!Ziemia stanęła w kolcach krzykuskulona cała nakształt potwornego jeża.

Dwa wielkie, złote słońca zaświtały społem,żółcią strachu przestwór zalały,goniły się po niebie w wyścigu wesołym,gdy na ziemi ponure procesje śpiewały.

Matki zalane łzami od blasku złotemi,zawyły z wichrem, morzem i lasem do wtóru,a słońca z grzywami do ziemibłyskały dalej w modrym odmęcie lazurów.

Bydło, grożąc rogami niewiadomo komu,uciekło na wszystkie strony —a umarli z pod ziemi wyszli pokryjomuwęsząc jak ślepe krety wśród trawy zielonej...

Lecz w wyludnionych, miejskich, pachnących ogrodachdwoje jakichś szaleńców siadło obok siebie,i szeptało: jak cudna pogoda!Dwoje jest nas na ziemi, dwoje słońc na niebie.

Bór zastygł w kościół z żelaza i rdzy...w kopule niebo błękitne jak chabryniebieści blado słupów mrok popielny...

Po borze chodzi wiatr, stary kościelny,dmucha na srebrne buków kandelabry,i gasi liście: płomienie i skry.

To co się nie da powiedzieć, co nigdy powiedziane nie będzie,trzepotało się przez krótką chwilę i spadło po srebrzystej chwilina heliotrop kwitnący półkolem, na heliotrop zadumany w grzędzie,pokropiony jak wstążki liljowe, wonią słońca i wonią wanilji.

W liściach jeszcze zawisło znużone, w trawach jeszcze się lśni i przechyla,znikło, w ziemię zsunęło się cicho, zaplątało w kwiat stłoczony ciasno,i zdążyło tylko zabić niechcący powietrznego przechodnia, motylaktóry zadrżał, i skrzydła chciał złożyć do modlitwy nad siły, i zgasnął.

A więc mnie nikt nie przeprosi za wszystko to co się stało?Nikt się nie będzie tłumaczył że nie mógł wymyśleć lepiej?Nikt mi nie powie: maleństwo, jakżeś się dzielnie trzymało!Nikt mi medalu nie przyzna, ni po ramieniu poklepie?

Nikt mi nie powie dlaczego? Nikt mi nie powie dla kogo?Nie wyjmie mi z serca strzały? Nie zdziwi się że z nią żyłam?Nie pocałuje mnie zato? I przejdę samotną drogązgubię się i zarzucę tak jakbym nigdy nie była?

Achilles płakał z rozpaczy zabiwszy Pentesyleję —lecz ten co mnie życie odbierze nie krzyknie z żalu i strachu.Poleci za motylami, do kwiatów się roześmiejei zaśnie w złotem powietrzu, w sieci najnowszych zapachów....

1W czarnym trykocie lśniącymi w kasku z gumy czerwonejzachodzi w morzu jak słońce,tylko z przeciwnej strony.

2Zamięszana w srebrzystą pianę,zamiatana szumiącą grzywą,przekomarza się z oceanem,który chciałby ją kochać nieżywą.

3Leży jak w łożu.Na fali oparła głowę.Otworzyła ramiona płowe,cała oddana morzu.

4Morze wzbiera ponad krawędzie,zagarnia ją chciwym ruchem —i są jak Leda z Łabędziem,okryci łabędzim puchem.

5Jak muszla wpół zanurzonaw fal szmaragdowym obiegu,wsparta na smukłych ramionachfaluje leżąc przy brzegu.

6Odpina z ramion zapięcia.otrząsa krople z dłoni:łzy szczęścia gorzkiej toni,która ją miała w objęciach.

7Jak skarb wyrzucony przez faleotoczona konturem blasku,spoczywa rozparta wspanialena migdałowym piasku.

Szum morza w otwartem oknie budzi mnie w nocy znienacka.Świat leży przy mnie i błyszczy jak złotych gwiazd pełna tacka.Godzina druga. Głowonóg dawno już zasnął w ciemności,Pod ciężką głowę podłożył ramię niezmiernej długości...

Jedwabne rybki zmęczone w falbankach tjulowych skrzeli,spadają sennie daleko, aż do dna czarnej kąpieli,i te największe, z atłasu, z podszewką cudnie dobraną,kładą się w ciemną kołyskę i szepcą sobie: dobranoc...

W oddali błędnej, najdalszej chwieje się srebrny krążownik.Zasnęli już marynarze w rozkołysanej warowni.

i ukwiał zacisnął płatki najciszej i jaknajtajnieji małe morskie koniki śpią w czarnej głębokiej stajni.

Na morzu wznoszą się fale jak miljard ust do księżyca...Woda ma barwę młodego, zieleniącego się żyta...

Gdy już zmierzch wonne olejki w tęczowe niebo wetrze,nietoperz wylatuje ze strychu,i zaczyna mierzyć pocichuwielkie koła tęsknoty rozlane na wietrze...

Traci ślad i zaczyna na nowo.Cicho trzepie skrzydłem błoniastemi mierzy i mierzy do świtukoła wieczornych tęsknot wiszących nad miastem.

Ropucha wyszła z trawy i siadła na ziemi,przeciągnąwszy się z trudem przez zeschnięty patyk.Patrzy prosto przed siebie ślepiami złotemi,dysząca bryła ciała w jadowity batik.

Musztardowa w kwadraty ciemniejsze i bledsze,z bryzgiem martwego złota na każdym kwadracie,siedzi, śni. Nagle skacze wysoko w powietrzejak wiedźma rozpłaszczona na swojej łopacie.

Ćmy srebrne ślepe i ciche lecą w ogniste sidła,nie widzą złotego ciernia, który się chwiejnie żarzy.Lecz czemu ja wpadłam w ogień, czemu spaliłam skrzydła?Widać mam oczy na skrzydłach zamiast je mieć na twarzy...

Oczy na skrzydłach nie widzą choć są otwarte szeroko.Tęczowe oczy na skrzydłach nie wiedzą, gdzie lecieć trzeba.I zawsze zmylą drogę. Bo na cóż skrzydłom oko?Wpatrzy się ślepo w błysk świecy i myśli, że leci do nieba.

Na srebrnym balkonie pękatymw smudze lipowych olejkówmilczymy. W skrzynkach drżą kwiaty,powój dźwiga noc w pobladłym lejku.

Twoje usta są teraz nocne,i blade jak usta księży.Oczy masz srebrne i mocnea włosy przygładzone przez księżyc.

Księżyc ma kołnierz z tęczy.Wszystko jest dziś maskaradą.Jak pajac przedemną klęczysz...Teraz maskę nakładasz bladą...

Czy ci wierzyć? Z chmur kapią blaski,niebo jest jak puch perlicy,a cień twój długi i płaskizaczepia kobiety w ulicy!

Zakochani przechodzą patrząc sobie w oczy.Opaleni, chudzi, wysocy.Południe jest złote. Lecz dla nich jest czarneod marzeń o nocy.

Idą prędko, poważni bez przyczyny.Uciekają od ludzi, od hotelowych gości.Tam, daleko, gdzie o miłości szumi ocean sinyusiądą przy sobie jak posążki z gliny.

Powrócili. Zagubili się w tłumie.Każdy się do nich uśmiecha lecz nikt do nich mówić nie umie.I tylko orkiestra jak siostra śpiewająca w dalekim kjoskutylko ona jedna ich rozumie.

My, konie nie chcemy umierać na wojnachlub jak wczoraj w rozruchach ulicznych gdy nas zginęło sto!Niech się ludzie sami mordują nawzajem, niechaj płynie ich krew niespokojna,niech ich leży na ulicach stos.Wierzmy, że przyjdzie zbawca. Koń złoty! Mściciel koni!Jak słońce grzywa jego, a ogon jak kometa!Zarży, aż na twarz padną ludzie w pokornym pokłoniei wszystkich nas wywiedzie do raju Mahometa!Ziemię trącimy kopytemi okiem zmierzymy wyniosłem i dzikiem!Pożegnamy się tylko z arabskim szeikiemi z owsem.

O świcie Słońce stoi w zielonym bazarzesprzedając złote noże i wrzące topazy —i zasłania śmiech pusty palmowym wachlarzemi mówi ci „dzień dobry — jesteś w Azji, w Azji“...

Południe w białym stroju z brylantową listwąw turbanie pozwijanym z dalekich fantazyjskłada ręce na piersiach i błaga „weź wszystko,i skryj głęboko w sercu — jesteś gościem w Azji...

A wieczorem przez okno, mimo muszarabjiwpada z księżycem w zębach Mrok drżący z ekstazyi szepcze: oddaj mi się a potem mnie zabijzłotym sztyletem słońca! Jesteś w Azji, w Azji...

Ścierpnięty ze złości głowonóg o smutnych oczach starca,rybki jak serca bijące skrzelami, węgorze jak lite pasy,żyjący młotek i nóż srebrzysty i zardzewiała tarcza,i kraby rozparte strojące straszliwe japońskie grymasy;

Łakome kwiatki, przebiegłe listki, anemon chodzący w kółko i szukający mięsa,ślimak z ukwiałem różowym żyjący za pan brat,i fjoletowy krzyżyk meduzy który się w górze leniwie wałęsa —może to wszystko jest niebo lub piekło, tamten świat?

Ach, a te małe rybeczki japońskie wesołe i ptaszęce!Strojne w pióra ni to ni owo, garbate, złociste Bóg wie co,o, każdą z nich ucałować za to że jest, w podzięce,i wszystkie razem przycisnąć do serca zmęczonego już tajemnicą.

Wielki żółw pływa za szybą machając nogami płaskiemi jak skrzydła.Grzyb półkulisty i twardy, od spodu złoty i miękki —Ma oczy sowy, dziób orła i trupie nozdrza straszydłaa mech powiewa na jego tarczy w błyszczące sęki.

Jak utopiony japończyk spogląda martwo i niesłychanie.Bursztynem prześwieca szyldkret, samurajowa zbroja.O dajcie mi na czem uklęknąć i mój sandałowy różaniec,a będę na nim powtarzać bez końca: Naturo! miłości moja!

Skoczył w morze ciemne i mordercze.Ześlizgnął się po taflach cienia.Miał ciężkie serce.Nie musiał przywiązywać kamienia.

Z głębi wody ukłonił się światu.Minął sepję, piękną i szkaradną.I spoczął na dnie wśród kwiatów.Z takiem sercem idzie sięna dno.

W okropnie ciemne rano, o godzinie czwartejprzyszli ludzie po Dudka, bandytę z Przegorzał.Dudek wyszedł posłusznie w otoczeniu warty,a za murem więzienia świt miedziany gorzał.

Dudek bał się ogromnie bo któżby się nie bał,i z tęsknotą spoglądał jak to słońce świta.Nie pragnął wcale piekła. Nie chciał także nieba.Wogóle nie był ciekaw. Lecz nikt się nie pytał.

Wicher strachu trząsł Dudkiem jak umarłym listkiem.Poprosił o papieros. Nie było i basta.Djabeł usłyszał. Skoczył galopem do miasta.Znalazł, wraca z tryumfem. A tu już po wszystkiem...

Srebrne są małe szpilki. Żółta jest panna Anna,Klęcząc upina suknię stojącej bladej hrabiny.Hrabina z pośród jedwabi wznosi się jak fontanna,Jak smutna wierzba płacząca ubrana w crêpe-de-chiny.

I rzecze panna Anna klęcząca na kobiercu:„Nieszczęście pani hrabino! oto zabrakło nam szpilek“!„O, droga panno Anno! Znajdą się. W mojem sercu.Oprócz śmiertelnej strzały jest ich tam tyle, tyle...

Miałam poduszkę do szpilek. Króliczka z białego atłasu.Dziś już weń szpilek nie wbijam. Ach, człowiek coraz mniej błądzi...Króliczek: jak serce moje. Nie czynił wprawdzie hałasulecz może cierpiał tem więcej. Jak panna Anna sądzi?“

Oto Królowa Mrozu idzie przez ulicęotoczona przez dziką śnieżycę.Usta ma blade, zaciśnięte twardoi kapelusz z zaśnieżoną kokardą —

w ręku list. Czarne słowa na białym papierze,z których mróz swój początek bierze.Idzie prędko ku rzece. Zamarzłe ma oczy.Rzeka stanie gdy Królowa w nią skoczy.

Pani traci już wszelką powagę:Czyha w bramie na listonosza!Patrzy smutno, uśmiechem go błagajak ranny leżący na noszach.

Dni tej pani bez listów toną,idą na dno w żalu bez granic...aż się dziwi zmartwiony listonosz:„Jabym tam napisał do pani“...

Zaraz, niech się chwilkę zastanowię...Jest wiosna, prawda? Wieczór szafirowy z nowiem.W dali spóźnione auto trąbi i rzęży.Lampy są bardziej liljowe niż wąski księżyc...Ziemia w dal płynie. Ogromna, kwitnąca kula.Zakochani się na niej całują. Niebo się do niej przytula.Pachnie gajami mimozy, śniegiem, stogami siana,i tłumy ludzi przechodzą po jej okrągłych ścianach.Lecz niema na niej dla mnie nikogo. Nie może być! a jednak.Wśród rozszeptanej wiosennej nocy stoję samotnie, ja jedna.To też oddaję ją całą wam, obce panny i nieznani chłopcytę ziemię co mnie odtrąca, tę ziemię co woli obcych.

W wazoniku z Wedgwood’u, niebieskim i greckimrozsypały się róże wśród drucianych więzów.Na stół spadły bezradnie różowe miseczkii leżą wkrąg pożółkłe, smutne i bez sensu.

Powinnabym pomyśleć: tak i moje szczęście,które los czy przypadek potrząsnął i zburzył!Ach, lecz róże na świecie zakwitają częściej!I ono było przecież piękniejsze od róży!

Wiatr kołysze mirtem i cytryną,śpiewa, by się mimozy nie bały.Nad różą motyl przepłynął,Nademną aeroplan biały.

Motyl leci w dalekie strony.Mija różę gorącą i ciemną.Lotnik ślepy, lotnik szalonyprzelatuje nademną.

Chwyciłeś mnie za burzę włosówMistrzu ogniowy!ramionami jak powrozamiprzywiązałeś do serca: stosu.

Mszczą się czary i uroki wszystkie!Ach, i znikąd pomocy!Dzień się spalił na węgiel nocy,pośród westchnień i iskier.

Wciąż rozmyślasz. Uparcie i skrycie.Patrzysz w okno i smutek masz w oku...Przecież mnie kochasz nad życie?Sam mówiłeś przeszłego roku...

Śmiejesz się, lecz coś tkwi pozatem.Patrzysz w niebo, na rzeźby obłoków...Przecież ja jestem niebem i światem?Sam mówiłeś przeszłego roku...

Gąszcz złoto-bladyjak zeschły wieniec dębowy,jak stos listów pełnych miłości i zdradyo których już niema mowy.Obręcze gałęzi płowychwiążą się w koszyk złoty —tu sarny wstają z klęczek, tam szeleszczą sowyi wiewiórki wyskakują jak z groty.Potrójne orzechy spadają na trawę,słońce jak dryada przemyka się schylone,a fauny wabią w tę i w tę stronęnaśladując głosy spóźnionych turkawek.Na niespodzianej i okrągłej łącestanęła sama Jesień w amazonce czarnej,w woalce bladej,i wsparta na klaczy swojej złoto-gniadejoczami zranionej sarnypatrzy na liście lecące.Zdejmuje czarny trykorn ze złotym galonem,wstrząsa obcięte włosy malowane henną,przyciska ręką serce, zwiędły liść czerwonyi płacze rosą jesienną.

I jakże tu kochać ziemię na której są pająki,i Stwórcę w którego głowie sen o pająku się błąka?A nuż gdzie w niebie lub piekle spotkam Ideję Pająkaogromną, z kłami na brzuchu, zgiętą w pałąki-kabłąki?

Przypomni że jest oliwkowa, że ma szczecinę na nodzei odwłok jak tłuste serce i gniazdo oczu mnogich —i nagle skoczy porywczo, rozrzuci długie nogii tak mnie strasznie przestraszy że więcej się nie urodzę —

Przeszłość jest jak woda w stawie:ciemna, gęsta i zaludniona.W jej głębi falują niemrawieczyjeś dawno zatopione ramiona.

Stare szczęście, zimne rybie ciałodrży gdy błysk słońca w głąb wpadnie —a marzenie które umrzeć nie chciałojak ropucha ciężko dyszy na dnie...

W piecu, wśród błysków ognistychSalamandra, czuła i kobiecapłacze odczytując listyczyjeś listy wrzucone do pieca.

Płomień chwycił kopertę białą!i jakieś nazwisko się pali!Salamandra owija się w płomienny szalik,bo z komina nagle wichrem powiało —

Cicho jest całkiem od gwiazd do palm, od palm do cieni...Na końcu świata, nad morzem zwieszony świt się zieleni,i tylko czasem drzewka mirtowe przez sen zaszemrzą słabo,i w pianie morskiej bezsenna Wenus przewróci się z boku na bok...

Meduzy rozrzucone niedbale,muszle, które piasek grzebie,i ryba opuszczona przez fale,jak serce moje przez ciebie.

Ogród nad morzem pachnie słodkim groszkiem,na brzeg wpływają rozpienione treny.W morzu płaczą syreny,bo morze jest gorzkie.

Fale świecą się jak szkiełka czeskiei szepcą by się morza nie bać,choć jest jak połowa nieba:równie pełne śmierci i niebieskie...

Usta twoje: ocean różowy.Spojrzenie: fala wzburzona.A twoje szerokie ramiona:Pas ratunkowy...

Szeroki, wesoły, wysoki,nieulękły marynarzu siłaczu!Wyłowiłeś mnie z mego płaczu,jak syrenę z gorzkiej zatoki...

Papierowy okręcik popłynąć nie możewciąż odrzucany przez szumiące morze.Lecz niech go tylko słońce wysuszy na wietrzea popłynie jak żaden — w powietrze!

Morze jest dzisiaj smutne. Westchnienia się żaląprzy brzegu porośniętym siwo-złotą sierścią.Jak pierś wznosi się fala i ginie za falą.Morze wzdycha falami. Ziemia — moją piersią.

Tęsknota nademną szeleszcze.Trąca mnie skrzydłem mewiem.Czy wciąż ta sama jeszcze?Nie wiem! nie wiem...

Z okrągłego siwego morzawychodzi chłopiec nagii podaje swą złotą nagość,jak na talerzu z Kopenhagi.

Na piasku, z chmurami za sobąsiedzą dziewczynki w trykotach.Ziemia jest siedmiobarwna jak ich radość życia.Morze jest jak moja tęsknota...

Spadłeś z ziemi jak gdyby do morzaw gorzkie i czarne bezkresy.Pożarły cię złote ryby:Arktury i Antaresy...

Wybrzeże coraz to bledszew liljowej półżałobiei żaglowiec oparty na wietrze,jak ja na myśli o tobie.

Boicie się o mnie? Dlaczego?Ach, życie jest burzliwe i złe nieskończenie,lecz czyż potrzeba syreniepasa ratunkowego?

Nad sadzawką oprawną w modre rozmarynyklęczałem, zapatrzony w moją twarz młodzieńczą,by się w niej doszukać przyczyny,czemu mnie nie kochają i za co mnie męczą?

Nie widziałam cię już od miesiąca.I nic. Jestem może bledsza,trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,lecz widać można żyć bez powietrza!

Fotel i książki i świeca z cieniemi nagle w świecy jęk pełen skarg:to ćma się pali jasnym płomieniemjak sama Joanna d’Arc...

Widzę cię, w futro wtuloną,wahającą się nad małą kałużąz chińskim pieskiem pod pachą, z parasolem i z różą...I jakżeż ty zrobisz krok w nieskończoność?

Dusza jest nieulękłaże nicość na życie zamienia —oto zraniona gazela uklękłaz podziwu nad mocą cierpienia...

Jak Jakób z Aniołem tak ja z tem wspomnieniemmocuję się lecz nadaremnie,bo ono silniejsze odemniei słodkie nieskończenie...

Wszystkie cnoty miłe Panu Bogumaleją mi w oczach i bledną.Posiadam już tylko jedną:kocham cię, mój Wrogu...

Dni znużone jak muły wloką się po wybojach.W żaluzje pukają kanikuły...Upał przyszedł z ogrodu i zamieszkał w pokojach.Ach, jak pragnę twego serca z lodu...

Lwica senna i naga nie czuje więzienia,Leżąc spogląda w oczy królowi stworzenia.On się przybliża, cały w grzywie i w męskości,a jakaś pani patrzy — i płacze. Z zazdrości!

Wiadomość biegła szybko ze sztyletem po druciejak tancerka z parasolem po linie,i zdyszana dobiegła w oznaczonej godzinieby mnie zabić w oznaczonej minucie.

Ptaszek umierający chowa się, uciekaby go nie ujrzał nikt w świecie,jak serce co się skryło w głąb piersi człowiekaby umierając, umrzeć w sekrecie.

Wędrujemy cygańskim obozem,nocujemy w gwiaździstej grozie,dzisiaj pod Wielkim Wozem,jutro na Wielkim Wozie...

Ach, długo jeszcze poleżęw szklanej wodzie, w sieci wodorostów,zanim nareszcie uwierzęże mnie nie kochano, poprostu.

Uśmiechnięci, obojętni i zdrowikrążycie spokojnie w pobliżujak trawę żujące krowywkoło kogoś co umiera na krzyżu...

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:czyjeś ciało i ziemię całą,a zostanie tylko fotografja,to — to jest bardzo mało...

Te dwie zmarszczki przekreśliły cię skryciei choć tańczysz z beztroską motyla,w twojej sukni pół niebieskiej pół lilajesteś już jak wspomnienie, nie jak życie.

Aeroplan, najpiękniejszy ptak białyleci w oddal, ponad chmur szarzyznę —Ma skrzydła jak szarańcza. Jest jak orzeł śmiały.A oczy ma i serce mężczyzny.

Niebo się gniewa,obłoki nadbiegają w tłumie!Szczęśliwe drzewa!Będą się mogły wyszumieć!

W tym parku pobladłym bez śmiechów i gościprzy róży rozkwitłej stoję.Otośmy jedynymi świadkami pięknościja jej a ona mojej.

Nad łóżkiem samotnej kobietydla której niema już radyksiężyc, tapicer bladyrozwija pełne wspomnień tapety...

Fjołkowo — turkusowe tęsknotytwarzą ku ziemi leżącei wsłuchane w dalekie turkotyradości odjeżdżających...

Byle ten obłok niełaskiz naszego słońca się zwlókła położę się jak cień płaskiu twoich nóg...

Chmury błyskawicą podpiętei grad lecący na głowęjak anielskie cukierki lodowez wysokości tysiąca pięter.

Do pieca. miłosny zeszycie!Do pieca, listy — stos cały!A żeście z ognia powstały,więc w ogień się obrócicie!

Krokusy wyskakują z ziemijak wiolinowe nuty,a panny się chylą nad niemii z nut układają bukiet.

Z twoich ramion widzę niebo drżące rozkoszą...Spadła gwiazda. I druga, i trzecia. Prawdziwa to epidemja!Widać dzisiaj niebem jest ziemia,dlatego się gwiazdy przenoszą...

W parku wkoło jakiegoś nudnego popiersiazakwitły bzy jedwabne, ciężkie — cała Persja!Posąg szepce do siebie: Bzy kwitną. Jestem wieszcz.Żałuję bardzo. Czego? Wiosno, ty już wiesz...

Patrz! Łabędź jak znak zapytaniawypłynął na staw przeźroczy...Świat czeka i patrzy ci w oczypełne wahania...

Słowiki są dziś nieswoje.Bzy są jak chmury krzyżyków.Chcesz zabić serce moje?Przecież się nie zabija słowików?

Wieczność woła daremnieo jeden twój pocałunek!Nieśmiertelnie płacze we mniezawiedziony, nieśmiertelny gatunek...

Gdy wiosna zaświtajest w ogrodzie raz ciemniej, raz jaśniej.Wciąż coś zakwita, przekwita.Wczoraj kwitło moje serce. Dziś jaśmin.

Już zwiędły kwiaty w bukieciewydartym mi siłą z dłoni.Żyć to mi nie dajecie,lecz umrzeć mi nikt nie wzbroni...

Ktoś list dostał. Komuś serce bije.Idzie czytać pod kwitnące jabłonie.Czyta. Chwyta się ręką za szyjęi dno traci, i w powietrzu tonie.

Choć na ziemi i szczęścia i mocy tak mało,na niebie zawsze to samo:Wszechświat wciąż reklamuje swą moc i wspaniałośćgwiaździstą, świetlną reklamą.

Ślepa jestem. Oślepiona majem.Nic nie wiem prócz, że pachną bzy.I ustami tylko poznajężeś ty nie ty...

Słońce stanęło w zenicie:Oglądam się na przebytą drogę:to ma być moje życie?Patrzeć się na to nie mogę!

Przeżywamy dziś burzę, drzewa! ja i wy,Lecz ja szepcę słowa najcichsze,a wy ryczycie w wichrzejak zielone lwy...

Ty jesteś jak paryska Nike z Samotrakio miłości nieuciszona!Choć zabita, lecz biegniesz z zapałem jednakimwyciągając odcięte ramiona...

Nie odchodź piękny Atlasie!Moje niebo na Tobie spoczywa!Niech choć chwilę śpiewa wieczność szczęśliwaw Twoich ramion atletycznym atłasie.

Chodzi w szalu czerwonym i złotym.Przegląda się w owalu jeziora.Lecz jest chora. I nic nie wie o temże ją pochowają w tym szalu.

I już kurze łapki na skroni?Ach, czas jak gdacząca kurao zabłoconych pazurachprzebiegł po białych płatkach okwitłej jabłoni!

Życie moje wstawione w cieńwiędnie bez światła dziennego.Codziennie opada z niegopożółkły, zwiędły dzień...

Brzozy są jak złote wodotryski.Zimno jest jak w ostatnim liście.A słońce jest jak ktoś bliskiktóry ziębnie i odchodzi. Lecą liście...

Rumieńce lata pobladły.Liść złoty z wiatrem mknie.I klonom ręce opadłyi mnie...

Darmo stoję i żebrzę od godzin tak wielu!Wiatr tylko liść mi rzucił w nadstawiony kapelusz.Lecz liście nizko stoją. Gdy umrę bom już staryto mi go może w niebie wymienią na dolary.

Źle widzę jednem okiem,nienawidzę przeciągów,i patrzę z moich okienjak z okien pociągu...

Pierś moja coraz słabiej oddycha,krew moja coraz wolniej płynie,w sieci zmarszczek jak w pajęczynieleżę spętana i cicha...

Czeka, patrzy na zegar swych lat,gryzie chustkę z niecierpliwości.Za oknem świat zszarzał i zbladł...A może już zapóźno na gości?

O żórawie na niebie krwawem!O kluczu lekki i złoty,który otwierasz tęsknotęza nieskończonym odlotem!

Niebo pobladło z tęsknoty,złote liście toczą się kołem...Moja młodość była jak gotyk.Siedzę teraz jak pod kościołem...

Wiersze moje jak kwiaty krótki zapach ślą,jak kwiaty tracą płatki.Na wielkich, samotnych polach Waterloozerwane kwiatki...

Może kiedyś, nieoczekiwanie,przyjdzie list ten. I nic się nie stanie.Tylko patrząc w oczy Panu Bogurzeknę z cicha: „zapóźno, mój Panie!“

Przed jubilerem długo stała pani jakaś,potem poszła przez miejskie ogrodyi zerwała kilka pereł z krzaka:— jesienne białe jagody...

Comments

Loading comments…