Zebranie koleżeńskie po dwudziestu latach. Dwadzieścia lat takich, od szkolnej lawy do czterdziestki — toć i całe życie. Co miało życie dać, nauczyć, co miało wziąć, co miało zniszczyć — wszystko w tej dwudziestce będzie. Bilans zrobić można! Przedewszystkiem obrachunek członków. Było trzydzieści pięć młodych dziewcząt wtedy — teraz stanęło piętnaście. Gdzie reszta? Jest parę depesz, tłumaczących nieobecność niemożliwością przybycia, — daleka droga, choroba, stosunki rodzinne, — kilka i tego nie uczyniło — „zapomniały“ — ktoś mówi, „nie dbają“ — inna dorzuca. Reszta odeszła w grób. Wspominki idą o nich — żal, opowieści zasłyszane o doli; któraś kończy niemieckiem, nie dającem się lepiej wyrazić: — Verschollen! A ktoś podchwytuje spokojnie: — Kto verschollen? One? A my? Patrzą po sobie i czyni się milczenie. Istotnie kto rozbitkiem? Te zmarłe, czy te żywe? W tych piętnastu czterdziestoletnich kobietach są wszystkie typy. Są elegantki dostatnie, udające jeszcze młodość i wdzięki, śmiejące się za wesoło — jedne, bo nie myślą, inne, bo wyobrażają sobie, że je tak widzą, jak one chcą się przedstawić. Są matki i mężatki, dumne ze swego stanowiska. Są wdowy, obarczone dziećmi, znękane i wyczerpane. Są stare panny zgorzkniałe, chore. Są sterane pracą zawodową nauczycielki, są fanatyczki feminizmu, o oczach gorejących, a poradlonych, zmiętych, jakby skwarem spalonych, twarzach. Są włosy czernione i wszelkie odcienie siwizny, są postacie zatyłe potwornie i wychudzone na suchy badyl, są oczy zgasłe, lub tlące złym ogniem histerji, są zmarszczki śmieszne i tragiczne, i wszelkie odcienie brzydoty lat czterdziestu, od upudrowanej maski — do barwy i zwiędnienia liścia opadającego. Patrzą po sobie i w duchu każdy mówi o każdej: — Jakże zbrzydła, zestarzała! Żadna nie podniosła refleksyj. Zaczynają gwarzyć — atmosfera się ociepla, przychodzą zwierzenia, trochę blagi, chwalą się, więcej narzekają — powoli pogwar przechodzi w autobiografję. Mężatki wiodą rej w rozmowie. Już się skupiły, już opowiadają sobie poufnie domowe życie i stosunki, choroby, drożyznę życia, trudności szkolne, wstrętne nowe prądy wśród młodzieży, zanik posłuszeństwa dzieci, lekceważenie rodziców i tradycji, trudność wydania zamąż córek. Zapominają, że przecie chwaliły swój los — nikną udane uśmiechy i blaga — jest to litanja skarg — obraz życia ciasnego, materjalizmu i powszedniości jakiejś, apatji, bierności, nudy! — Verschollen! — odzywa się głos spokojny. To ta, co rzuciła refleksję: kto rozbitek? Spojrzałam na nią. Stała pod lampą wiszącą, założywszy ręce na piersi, słuchająca, uważna, a mało dotąd mówiła. Od szkolnej ławy ją pamiętam: jej brzydotę już nawet nie pospolitą, ale taką, którą się na zawsze zapamięta, jej niefrasobliwy humor, i dobre koleżeństwo. Z tych wszystkich ona jedna najmniej się zmieniła — nie mogła zbrzydnąć, a zachowała tę dawną niefrasobliwość. Zestarzała, rozumie się, ale inaczej, jak tamte. W świetle lampy srebrzyły się włosy bujne, niedbale skręcone, ramiona były szerokie, formy grube, ale pełne siły. Powieki były już ciężkie, ale z pod nich świeciły źrenice śmiało, prosto, wesoło. Uśmiechały się usta z dawnym niedbałym humorem. — Ciotka! — zaśmiałam się i ja, zarażona. Takeśmy ją zwali w szkole — przezwisko uczynione z tego, że tę jakąś ciotkę miała zawsze na ustach. Nikt nie wiedział o jej rodzicach i rodzeństwie, nie opowiadała o domu i stosunkach — tylko zawsze: co ciotka powie, co ciotka pisała, co ciotka poradzi. Spojrzała na mnie, potem po wszystkich, i ozwała się głośno: — Słuchajcie no, koleżanki. Otośmy życie przeżyły i nie lekkie było. Przecie szczęście być musiało w doli. Ja proponuję, żeby każda powiedziała, jak ono się nazywało. — Szczęście! — podniosło się kilka szyderczych głosów. — Szczęście to niedotknięcie do rzeczywistości. O tem roją pensjonarki — i tyle! — Ejże — nie bluźnijcie. Szczęścia pełen świat. — Gdzie? Jak? Przecie nie dla kobiety niewolnicy! — Nie dla pracującej na chleb powszedni. — Nie dla żony i matki, obarczonej obowiązkami. — Nie dla pozbawionej opieki wdowy! Każda energicznie, z oburzeniem protestowała. — Nie udawajże ty i nie wmawiaj w nas, żeś ty taka szczęśliwa. — Nie wolno mi! — Kobieta, która zostanie samotną, jak ty, nie może czuć się zadowoloną i szczęśliwą. — A przecież wy nie samotne — powiadacie, że szczęście nie dla żony i matki, obarczonej obowiązkami. — To co innego. Nie zrozumiesz naszych rozkoszy macierzyństwa. — A skądże wy macie rozumieć moje rozkosze? Ja szczerze, otwarcie przyznaję się do szczęścia, bo je odczuwam i posiadam. — Samotność jest straszną rzeczą! Pustka! Zimno! Tylko egoiści mogą się w tem czuć szczęśliwi — westchnęła któraś ze starych panien. — Kobieta, jeśli się czuje człowiekiem, przechodzi piekło, patrząc, czując, widząc naokoło krzywdę, ucisk, wyzysk i poniewierkę sobie podobnych. — Jeśli kobieta człowiek — to nie sobie podobnych widzi poniewierkę. Kto człowiekiem być chce, być umie i jest — taka się poniewierce nie da! — Frazesy, słowa! Życie inaczej twierdzi. — Co jest życie? — Bagno, w którem się duch ubabrze lub utopi. — Nieprawda! — zaprzeczyła „Ciotka“, a oczy jej strzeliły ogniem. — Życie jest zdrojem, który ludzie zabagnili gnuśnością i egoizmem. Teraz możni — kładki dla siebie na niem ścielą i przechodzą, odwracając oczy od topieli, lub je mrużąc, bo im strach i wstyd. A nie możni — babrzą się, chorują od wyziewów, klną — i płytkie studzienki kopią do picia! A słabych zalewa szlam i giną! A źródło w głębi jest! — A to źródło jak nazywasz? — Miłowanie! Poszedł pomruk: — Oklepany frazes! Utopja! Mrzonka! Mężatki poczęły się uśmiechać. — Słuchajno, „Ciotka“ — rzekła złośliwie jedna. — Wy wszystkie niezamężne wojujecie tem słowem. My coś wiemy o tem, jak to miłowanie wygląda w praktyce. Wy jesteście jako te Nimfy, co karmią Chimerę! „Ciotka“ zaczęła się śmiać. — A wy: żony, matki negujecie miłość? Nie kochacie męża? dzieci? wleczecie życie, jak galernik kulę? Więc wy zabagniłyście zdrój rodzinnego życia. — Nie my! Nie one! Mężczyźni! Mężczyźni! — powstał już ogólny chór. Zaledwie parę milczało. — Patrzcie! Co się namnożyło feministek! — śmiała się „Ciotka“. — A wiecie, kogo mi żal? Tych waszych mężów właśnie. Jakie zimne, puste, próżne i nudne muszą być te gniazda wasze, jeśli oni z nich uchodzą. Jakie wy nieznośne, kiedy was opuszczają. Widzę w myśli wasze sceny zazdrości i spazmy, lub milczące odęcia, wasze flądrowate negliże, wasze narzekania na służbę i dzieci, wasze nieuctwo w pedagogji i higjenie, wasze ciągłe cherlanie, waszą pasję do zalotności z innymi, ploteczki i obmowę i wasze próżniactwo umysłowe. A zresztą poprzysięgam wam: powiedzcie — czyście szły zamąż miłujące, czyście znały tego, z kim przysięgałyście życie przepracować — czy też szłyście dla wygody, dla stanowiska, dla spokoju, dla tak zwanego zapewnienia losu; czyli, że mu dacie siebie — za utrzymanie, żeby używać i próżnować, i o bycie nie myśleć. Darujcie, taką dostawszy i tyle — mężczyzna krótko będzie rad. Ścisły jego umysł uczyni wprędce rachunek — i da wam w najlepszym razie to, o co wam w gruncie chodziło! Potępiajcie go, jeśliście bez winy! Zgromadzenie przyjęło to obrażonem milczeniem i szeptami. Kilka wstało i zaczęło się żegnać. — Proszę ciebie! Mówisz jak ślepy o kolorach — nie można dysputować z kimś, który wcale żadnej nie miał miłości w życiu! — rzekła jedna lekceważąco. „Ciotka“ rozplotła ręce i, oparłszy je na stole, przechyliła się do mówiącej, — twarz jej się mieniła. — Ja nie znam miłości — ja! Dlatego, żem nie miała męża i dzieci! Kobieto! biednaś ty! Więc i ty nic więcej — i innej nie znałaś! — A ty, prawda, kochałaś ciotkę! — ktoś ironicznie podchwycił. „Ciotka“ zwróciła się do siedzących opodal trzech. — Słyszycie to i milczycie — wy, co walczycie dla kobiet o równe prawa. Toć one ciskają wam obelgę, toć nie mężczyźni, ale one ideę waszą podkopują. Toć one dowodzą, że nie potrafią utrzymać domowego szczęścia i miłości w rodzinie, a negują miłowaniu innemu. Więc one nie wiedzą, że można miłować bliźniego i kraj, sierotę i zbrodniarza, kobietę nieznaną i każdego mężczyznę z jednem pożądaniem — by razem bagno przekopać aż do zdroju, co daje wesele bez pijaństwa, szczęście bez samolubstwa, życie — bez strachu śmierci! A oto ja wam powiadam, że jałowa będzie wasza praca i próżny wasz zapał, póki tych nie uczynicie ludźmi! A co do mnie — zaprzeczam wam prawa mnie sądzić, bom właśnie szczęśliwa i miłująca, a jeślim taka — to ciotce zawdzięczam. Tej ciotce, co mnie wiodła przez życie i uczyniła mi je promiennem — aż po grób. Byście ją miały — i wy byłybyście inne. Wyprostowała się i spojrzała już serdecznie. — Zezłościłam was! Wybaczcie! Gorącość już mam taką — bo mi was żal — taki straszny. Żebyście wiedziały, jak mnie dobrze! Zaczęła się żegnać. — To już chyba na zawsze! — rzekła smutnie któraś. — Po dwudziestu jeszcze latach nie zostanie nikt z nas. — Ha, trudno — miniemy! Byle zostało coś z nas. Bez śladu dobrego minąć — nie daj Boże. Ale spocząć jak spracowany robotnik — dobra rzecz. — Pójdę z tobą! — rzekłam. — Zaraz odjeżdżasz? — Idę na dworzec. Chodź! Pogadamy! Wyszłyśmy. — Słuchajno! Zapoznaj mnie z tą swoją ciotką. Gdzie ona? Jak się nazywa? — Zofja! Zapoznać trudno. Mieszka to tu, to tam. Jak się kiedy trafi, a będziesz u mnie, to cię do niej zaprowadzę! A chcesz ją przedtem poznać — przyślę ci moje notatki z różnych z nią rozmów. Chcesz — skorzystaj sama, chcesz — pokaż je tamtym — takim biednym! — Naprawdę — przyślesz? — Słowo! Dostaniesz za tydzień. Byłyśmy na dworcu. Gdy pociąg ruszał — uścisnęłyśmy dłonie bardzo serdecznie. — Czekam! — zawołałam. — Dostaniesz! — odparła. — Daj im przeczytać!
Comments
Loading comments…