Drwal

W okrutnych borach był drwal. Wiedział, że bory należą do jakiegoś wielkiego pana, ale go ani znał, ani widział kiedykolwiek. Słyszał że rzeka, która drzewo niosła w świat — płynie i niesie jego pracę do jakiegoś wielkiego morza, ale on nie miał czasu do tego morza dojechać, ni dojść — zobaczyć jego ogromu i potęgi. Słyszał, że z pni, które ścina, tworzą się wielkie budowy, okręty, piękne sprzęty i rzeźby po farach — ale nie zobaczyły nigdy tego jego oczy. On tylko pnie ścinał, kłody obrabiał, korzenie karczował — krwawym potem się oblewał, kark nastawiał, dłonie kaleczył, barki wytężał — i życie tak zbył, a puszcza — jak stała, tak stała. Tyle śladu w niej wyrąbał przez żywot, co ślad mrówki na leśnej rubieży. A miałci on syna jedynaka-dziedzica. Chłopak się udał dowcipny, ciekawy, ducha niespokojnego. Słuchał, co flisaki mówią, co kupcy dowodzą, co wędrowne grajki i kramarze bają — słuchał nawet, co świergoce przylotne ptactwo na wiosnę. Dumki bujne objęły jego duszę, do roboty ojcowskiej się nie brał, skrzypki sobie sprawił, pieśni się nauczył — w świat się wybierał. Stary drwal ni mu przeczył, ni namawiał; uśmiechał się dziwnie, lub głową potrząsał, słuchając chłopaka, co go kusił. — Chodźmy stąd, tatusiu, do żyznych krajów, do wielkiego morza, do pięknych miast — i bogatych ludzi. Posłyszymy śpiewania i muzykę. Kark wam się zgarbił, ramiona pomdlały, po twarzy wam męka i pot brózdy poczyniły, jak pług na polu! Chodźmy. Stary głową trząsł i rąbał. — Kto mnie najął — obiecał zapłacić. Trza czekać na rachunek! — Flisaki mówią, że się niczego nie doczekacie. Kto was najął — jużby się zgłosił, żeby sumienie miał. Ale on was oszukał — jak głupca, i pewnie już o was i nie pamięta. Flisaki i kramarze, i kupcy drwią z was. — Oni mego pana nie znają — a ja wiem, że przyjdzie. Poczekaj — jak się obrachuję, zapłatę wezmę — wtedy pójdziemy. Czekali tedy. Chłopak skrzypki stroił, stary rąbał. Aż oto jednej nocy — gdy spali w swej budzie — usłyszał chłopak stukanie do drzwi. Sen to był, czy jawa. Z pościeli się nie podniósł, ale za trzeciem stukaniem ojciec wstał, kaganek zaświecił i skobel odsunął. Do izby weszła kobieta w szatach ciemnych, wdowim kwefie na głowie i z koszturem pielgrzymim w ręku. Oblicze jej było smutne i surowe. A stary drwal, jakby ją poznał, do nóg jej runął i kraj burej szaty do ust podniósł, całując, jakby jakie relikwje. W budzie uczyniła się łagodna jasność, jako letniego poranku, a niewiasta dotknęła głowy drwala. — Witajcie! — rzekła. Na jej głos poczęło chłopcu serce walić i dusza się rwać — by także pokłon oddać, ale go niemoc trzymała na posłaniu. Więc tedy tylko patrzył i słuchał. — Otom wasz sługa, pani! — rzekł drwal. — Myślałeś może, że nie przyjdę! — na to ona. — Czekałem was z wiarą i czyniłem, jakeście kazali. Spojrzała na ręce jego zgrubiałe, na kark zgarbiony, na lice pobróżdżone i siwą głowę starca. — Służyłeś wiernie. Oto masz zapłatę. I tedy z poły swej szaty dobyła obręcz złotą, jakby koronę królewską, i włożyła mu na głowę. Potem sięgnęła po siekierę jego i dała mu w prawicę — a nie siekiera to była, a berło, jarzące od klejnotów, a potem wzięła ze stołu czarnego chleba skibę i dała mu w lewicę, i nie chleb to był, ale jabłko królewskie. Kark drwala się wyprostował, zmarszczki znikły, ręce wybielały, a opończa gruba stała się szkarłatem i powstał z ziemi — monarchą i panem. I oto, czy ściany się rozstąpiły, czy jakie cudo zobaczył chłopak, że ojciec króluje na majestacie potężnym, nad żyznym krajem, nad wielkiem morzem, nad potężnemi okrętami, nad ludem wesołym. A kraj ten — to karczowiska z ich puszczy, a morze to — to rzeki ich ujście, a statki te — z pni, które walił i obrabiał, a na sprzętach i rzeźbach majestatu jeszcze ślady jego potu. — Tatusiu — krzyknął — co się z was zrobiło! A stary, rozpromieniony, piękny, potężny, rzecze: — A tom, synku, sobie wyrąbał, tom sobie wysłużył. — Toście bogaci, tatusiu, nie będziecie już pracować. — Ja szczęśliwy, synku. — To i ja z wami będę królował? — Nie wiem, synku, do kogo się zgodzisz na służbę, kto ci będzie panem? Obejrzał się chłopak, szukając niewiasty owej. — Kiedy mi ona szczęście obieca, to się do niej zgodzę! — rzekł. Ale niewiasta już odeszła i majestat ojcowski począł się oddalać, oddalać, a został chłopak sam w ciemności. Sen to był — czy jawa? Rano, gdy się obudził, świt zaglądał do budy, na posłaniu ojciec leżał, w opończę otulony i nie wstawał do roboty. Zerwał się chłopak, za ramię go potrząsnął. Ramię osunęło się bezwładnie. Drwal był umarły. Ręce miał czarne i grube, członki wychudłe, taki był, jak zwykle. Tylko brózdy z twarzy się wygładziły i oblicze miał rozpromienione, piękne, jasne, jako się stało, gdy na majestacie zasiadał. — Tatusiu — zawołał chłopak rozpacznie — a toście królem zostali i oto was śmierć wzięła. Przeklęta, przeklęta — nie dała wam nagrodą się nacieszyć. A stary drwal uśmiechał się! Pogrzebał go syn na leśnej rubieży, kędy ostatniego dnia pracował, i na mogiłę chodził żałosny, nie wiedząc, co z sobą robić. W budzie ognisko wygasło i chleb spleśniał i siekiera starego rdzewiała w kącie. Syn był, jak sługa bez służby, jak człowiek, który drogi nie zna. Aż oto jednego wieczora, wracając na noc do budy, zobaczył przez okno płomień ogniska. Wszedł i pokłonił się nisko, a serce mu biło. Niewiasta owa w burej szacie siedziała u ognia i wycierała ze rdzy siekierę drwala. — Cześć ci, pani! — szepnął chłopak nieśmiało. — Bądź pozdrowiony, dziecko! — odparła. Wstąpiłam tu, by nowego sługę osadzić. Robota nie powinna ustawać, bo wielka i na długie jeszcze lata; miejsce to musi być zajęte, dobro moje muszę poruczyć w nowe ręce. Chcesz-li po cnym ojcu twoim obowiązek przyjąć? — A jakąż mi pani dasz nagrodę i zapłatę? — Dam ci szczęście i królowanie. — Jako tatuś dostał — i umarł. Daj mi je rychlej, pani, bym się nacieszył. — Nacieszysz się! Jaka praca, taka zapłata. Twój ojciec wiele pracował, wiele zdziałał. — Ja więcej uczynię — ja ci, pani, całą tę puszczę zwalę. — Daj ci Boże! — A długoż mi na zapłatę czekać? — Przyślę ci szczęście, a przyniosę królowanie, jeśli godny będziesz. Niema zdrady w słowach moich. — Tedy zostanę w służbie waszej. — Naści-że ojcowską siekierę i rozpalone ognisko. Zali miłujesz mnie? I powstawszy, położyła swe ręce na jego głowie i przygarnęła go do piersi. A jemu się uczyniło tak rzewnie i miło, jak u matki na łonie. — Miłuję cię, pani, miłuję! — wyjąkał z głębi duszy. — Miłuj, bom wdowa i sierota, i tyle szczęścia mi, co z waszego kochania i pracy. — Będę-że wam jako matce pracował! — A ja cię nie zapomnę i stokrotnie zapłacę! I jeszcze raz do serca go przygarnęła i odeszła. A on i dnia nie czekał i skoczył do roboty. Huczał topór w puszczy, waliły się drzewa, moc młoda była w drwalu — robota szła piorunem. Aż się dziwili flisacy i kupcy, co jeden drwal uczynić może. A on zmęczenia nie czuł, sztuk nie rachował, za siebie się nie oglądał. — Zwalę całą puszczę — żyzny kraj swej pani uczynię. Co mi tam — moc mam okrutną. Rok minął — i drugi, i trzeci. Puszcza jak stała, tak stała. Chłopak się rozrósł i wybujał, jak dąb był piękny i silny, śpiewający robotę zbywał. Aż przyszła doń na te pieśni — dziewczyna krasawica, ze śmiejącemi oczami i zatrzymała się dla urody jego. A on na nią popatrzył i rozmiłował się. — A oto i szczęście przysyła mi pani moja! — pomyślał. Cudneż to było lato. Ino śpiewy i kwiaty, i śmiechy. — Zostań-że u mnie, ptaszyno. Zaczekaj, aż pani moja zapłatę mi przyniesie. Poproszę jej o złoto dla ciebie, o piękne szaty i sprzęty, o pałac i cugi. Ona można jest i miłuje mnie — nie odmówi! Została dziewczyna całe lato, została i jesienią. Ale pani nie przychodziła z zapłatą. Drwal drzewo walił i obrabiał, dziewczynie się nudziło i przykrzyło w nędznej budzie, na czarnym chlebie. Nie było ani złota, ani szat, ani sprzętów, ani cugów. Była wokoło puszcza głucha — i bieda, i praca. — Gdzież ta pani twoja? — pytała coraz niecierpliwiej. — Przyjdzie — odpowiadał z wiarą. — Głupiś. Darmo służysz oszustce. Ja nie chcę czekać. I porzuciła go. Poszła do ludzi, do żyznych krajów, gdzie się bawią i używają. Gdy jej nie stało, on siekierę cisnął — i bezczynny długi czas przesiedział. Zabolały go raz pierwszy ramiona, zapiekły szramy i blizny, pogłębiły się oczy. Potem w drogę ruszył — nie po nią, ale by tę puszczę przejść, kres jej zobaczyć. Szedł i szedł, a puszczy końca nie było. Tedy się przekonał, że jej nie zwali i ledwie ślad maluchny w niej wyrąbie — i gorzko zapłakał. Tyle zapału i mocy zużył — i znaku niema. Po wielu dniach wrócił do swej budy — i zbuntowany był. — Precz pójdę! — myślał. — Do lepszych panów, do lżejszej roboty, gdzie mnie ocenią i pochwalą, gdzie nie zginę bez chwały i słychu — jako drwal nieznany. Ale teraz znowu żal go zdjął — lat przecierpianych, potu i bólu, i tej pracy rozpoczętej — i siedział wahający. I tak go zeszedł śpiewak wędrowny — starzec stuletni, co z lirą chodził po siołach. — Pochwalonyś, drwalu wierny, wspomina cię wdzięcznie pani twoja! — rzekł. A drwalowi po przez żałość i słabość zabiło serce. — Bajecie, starcze! Nie pomni ona mnie! A starzec lirę zakręcił i jął mu pieśni śpiewać o tej pani-wdowie — a ze starych oczu łzy mu biegły. Takci i ten ją miłował. I znowu potem huczał topór w puszczy i waliły się drzewa. Drwal nie poszedł do lepszych panów. Tylko już nie marzył, że puszczę całą zwali, i już nie śpiewał przy robocie. Żywot ludzki prędko opisać — powoli przeżyć. Dzień po dniu się niże, jak jednakowe paciorki; drwal ich nie rachował, ino się same maluchnemi kreskami pisały na obliczu jego. Z tych kresek lata czyniły głębsze znaki i wtedy on je czuł. Czuł, że sztywnieją nogi, że ciężą ramiona, że bolą członki. A puszcza jak stała, tak stała. Raz i drugi niemoc go na posłanie rzuciła, raz i drugi powracała mu fala rozpaczy, i stawał w robocie, i patrzył mgławo w czarną głąb puszczy bez kresu, a potem usta zacinał, dusił bunt — i rąbał, rąbał — coraz smutniejszy, coraz cichszy. Jednakże w głębi duszy jeszcze odwiedzin swej pani i nagrody się spodziewał. Czasami wracał z nadzieją do budy, że ją znajdzie u ogniska, że choć dobre słowo mu powie, jeśli płacić nie ma czem. On bo i dobrego słowa nie słyszał, ani pochwały, ani zachęty. Flisaki drwili z niego co wiosny. — Głupi drwal nędzarki! — nazywali go. A szydził najgorzej mądry majster, co sortował kłody i w tratwy je zbijał. Rozumny to był i rachunkowy człowiek, kupcy go nawet szanowali. — Wiesz ty, drwalu, dla kogo ty pracujesz? Dla lichwiarzy, co twą panią osaczyli. Dla nich drzewo walisz, dla nich karczujesz, dla nich się mordujesz. Ona już dawno bankrutka i zapłaty od niej mieć nie będziesz. Jej obietnice — puste słowa, dobra — oszustwo! Patrzysz na mnie, jak wściekły — no, zaprzecz mi, powiedz, co ci dała? A drwal milczał, zęby zaciskając. Zaprzeczyć nie mógł, ale nienawidził tego człowieka i duszę przed nim zamykał, i myśli swe chował, by ich ten rozumny nie oplwał! Stał się skryty i ponury. Już nikogo o swą panią nie pytał, imienia jej nie wspominał. Aż kiedyś zauważył ze zgrozą, że na karczunkach jego poczyna znowu las porastać, gąszcz nieprzebyta znowu wstawać z ziemi, głuszyć rolę wydartą. Więc znowu będzie puszcza, gdzie on ją zwalił kosztem całego żywota, więc śladu jego mozołu nie będzie. Darmo robił — nic nie wziął i nic dla swej pani nie uczynił. A miał przecie całą puszczę zwalić! Wtedy poczuł, że jest stary, słaby, zmęczony i, usiadłszy na ojcowskiej mogile, zamarzył o śmierci. Ledwie się tego wieczora zawlókł do budy, już mu nawet topór ciężał, niemoc ogarniała kości. A nazajutrz nie wstał z posłania — wszystką już moc wyczerpał. Leżał samotny, ognisko tlało — na dworze wiatr liście opędzał, i tłukły się o szyby. Drwal zasnął może — a może to i jawa była. Cicho się drzwi otwarły — i weszła jego pani. Drwal się z posłania poderwał i, niepomny, żadnej męki, żadnej troski, do kolan jej przypadł, kraj wdowiej szaty całując. — O pani moja. Wspomniałaś mnie! — wyjąkał. — Pamiętałam o tobie przez wszystkie dni twego żywota. — A jam ci służył, jakem rzekł, ale robota moja jako mrówki i robaczka — bez śladu. — Aleś miłujący ją pełnił? — Miłujący, pani moja, miłujący. Pomimo ludzkie mowy i pomimo zapłaty. Topór się stępił, moc mnie uszła — jam ciebie czekał, miłujący. — Otom jest z nagrodą. Poczęło mu serce bić i radować się, bo jakoś jasno, jasno — i lekko było w duszy. — Cóż chcesz ode mnie za robotę swoją? — ona go pyta. — Chciałbym wiedzieć, ile ona warta dla was. Może nic. — To wyjdźże! I wyszli. Ale jakoś świat był inny. Zamiast puszczy, pola falowały zbożem złotem, wśród nich stały piękne domy, śmieli się ludzie weseli, świeciły kościoły i miasta, słychać było pieśni radosne. Drwal patrzał, patrzał, i szedł radosny za panią swoją, a kto go spotkał, pozdrawiał i pokazywał go innym. — Patrz! To ten, co karczował. To ten, co pnie walił! To ten, co sławy nie chciał, i chwałę wziął! Patrz! Dusza drwala rosła i uspakajała się, jak wielkie morze. — Skąd oni mnie znają, pani? — spytał. — Ja im o tobie mówiłam! Chodźże teraz na obrachunek. I byli znowu w budzie na rubieży, kędy dogasało ognisko i błyszczała w kącie spracowana siekiera. Niewiasta dobyła z szaty złotą obręcz, a on patrząc na nią, nieśmiało spytał: — O pani! Królowanie mi przynosisz — a gdzie szczęście, coś mi obiecała? Wyglądałem go całe życie napróżno. — Jużeś na progu. Zaraz je dostaniesz. Drwal popatrzył w oblicze jej — zamyślił się. — Aha. Toć jest! — rzekł, i zrozumiał już wszystko. I już był za progiem, bo począł się jasno, radośnie uśmiechać, a niewiasta skinęła mu głową i usiadła u ogniska... Musiała nazajutrz osadzić na swej rubieży nowego drwala. Ten pracy dokonał...

Comments

Loading comments…