Nie było na świecie kamienistszej drogi, niż ta, która wiodła z Woli do Wólki. Czart chyba tyle kamieni nasypał na utrapienie ludzkie. A nie tylko droga wśród pól, lecz i pole, i łąka, i wiejskie ogrody, i pastwisko najeżone było kamieniami. Były drobne i duże, gładkie i ostre, były takie, co łamią lemiesze, i takie, co szczerbią kosy, i takie, co kaleczą bose stopy, i takie, którymi się w kłótni kamienuje słabszego, a wszystkie były przeklęte po tysiąc razy. Przeklęte były za jałowość ziemi, w którą rzucone ziarno obumierało pod ich ciężarem, przeklęte za poniszczone przez nie koła i narzędzia, za pokrwawione na nich stopy i okulawione bydlęta; mieszkaniec każdy Woli i Wólki, gdy mówić zaczynał, już umiał kląć kamienie i klął je aż do śmierci. Klął, narzekał, cierpiał, ale ich nie uprzątał. Ktoby tej klęsce poradził? — gdzie je podziać? Nie miał na to nikt ani czasu, ani ochoty, ani sposobu — nad siły to było gromady. Gdyby za nie płacono, toby się kto połakomił na zysk; gdyby za to kto nagrodę obiecał, toby inny może na to się ułasił — ale wszyscy tylko narzekali, klęli i cierpieli, i tak trwało. Pole i łąka coraz mniej rodziły; podróżni omijali Wolę i Wólkę; naród ubożał, drobniał, smętniał — i tak trwało. Aż się trafił z Wólczan jeden — inny. Jan się zwał, a Sokół po ojcach. Silny się udał — na głód i nędzę cierpliwości nie miał, wyrostkiem od tych kamienistych pól uciekł kędyś w świat, i lat dziesiątek wieści o nim nie było. Gdy wrócił, to znalazł te same kamienie, te same markotne, nędzne twarze, tylko nie zastał w chacie ojca, ni dobytku, ni sprzętu. Ojciec umarł, a co po nim zostało, rozgrabili swojacy, krewni i przyjaciele — jako zwyczaj jest. Mógł Jan po sądach chodzić, prawa i sprawiedliwości szukać, swoje odebrać; byli winni nawet w strachu, ale gdy słowa nie rzekł, poraźnieli, i nawet po pewnym czasie poszeptywali z sobą, że albo ich się boi, albo głupi jest. I tak się zostało. A Jan ze świata przyniósł z sobą trochę grosza i jakąś nie tutejszą ochotę i siłę. I zaraz jął się do tych kamieni. Uprzątnął je z podwórza i z gumna i uczynił z nich sobie chatę; uprzątnął je z sadu i uczynił z nich płot wkoło swej osady. Uprzątał je z pola i z łąki, siał, zbierał, kosił i bogacił się. Ludzie go znienawidzili z zawiści i ze wstydu. Nazwali chciwcem i skąpcem, posądzali o czary. On też z tej ciągłej zabiegliwości i pracy stał się milczący i zatroskany, pogardzał próżniakiem i ubogim, nieużyty był, sobą tylko, swą pracą i dobrem zajęty. Zdało się, jakby z tej masy kamieni, które ściągnął, część mu duszę przywaliła i gniotła. Taką dostał szarą i twardą twarz, takie zimne oczy, takie milczące, zaciśnięte usta. Nikt jemu i on nikomu nie dał nigdy dobrego słowa. I tak trwało. Jednej późnej, błotnej i zimnej jesieni wracał Jan z jarmarku do domu. Jechał powoli, bo w rozmiękłej ziemi wyszczerzyły się wszystkie drożne kamienie i trzęsły wozem okrutnie. I Jan, choć trzos miał pełen na sobie, klął w duchu i tę ziemię, i tych ludzi, a wszystko za owe kamienie. Aż oto, gdy mijał figurę u rozstaju, wstała z głazu, który tam leżał, kobieta i zawołała na niego: — Gospodarzu dobry, podwieźcie mnie krzynę! Chciał minąć obojętnie, ale spojrzał na nią, i tak mu się jakoś litościwie zrobiło w duszy, że stanął. Kobieta lekko skoczyła na wasąg, i ruszyli. Konie parsknęły wesoło, zastrzygły uszami a wreszcie zarżał prawy kasztanek, jakby na ochotę, choć błota miał w kolana, a wyboje bezdenne. Jan się obejrzał na kobietę; uczuł chęć do rozmowy. — Z daleka wy? Nie tutejsza? — Z dalekiej dali idę. Miejsca sobie szukam. — Toście w złą stronę zaszli. Tu wam chleba nikt nie da, bo sami nie mają. Ot, nahodowali kamieni; nic tu więcej niema u tych hultajów. — Niebożęta biedne! Twardy mają żywot — odparła litościwie kobieta. — Przecie i kamienie miłować można. — A toć miłują, miłują, chowają i szanują. Żadnego nie uprzątną! — zaśmiał się gorzko Jan — chyba ukamienować brata, to ruszą kamień z miejsca. — Wam to Bóg szczęścił! — Pewno, że i Bóg, alem się na Opatrzność nie oglądał, tylkom ręce zakasał i robił. Ho, ho! żeby wszyscy tak robili, toby mieli; ale oni wolą kamienie gryźć, a próżnować, a ze mnie drwić, albo mi dokuczać. Takci i mają gałgany, jako są warci! — Trza wam było ich uczyć, namawiać, pomagać! — Aha, pewnie, a za co? Że mi ojcowiznę rozgrabili i pokradli! Jako warci, takci mają. — Sprawiedliwie. Jak kto dla siebie robi, to wedle tego i ma — westchnęła kobieta. Milczeli chwilę, aż Jana snadź myśl jakaś trapi, i rzecze: — Tak mi się coś zdaje, jakbym ja was już widział niegdyś, i głos mi się zda podobny. — Dobrą pamięć macie. Lat dziesiątek temu tośmy się spotkali na tejże drodze, jakeście z obczyzny do domu wracali. Szliśmy wpodle aż do wsi i gadali z sobą. Chcieliście mnie ugościć w chacie, ale zaraz u karczmy ludzie wam powiedzieli, że ojciec umarł, dobytek zmarniał, więceście mnie nie prosili więcej, i rozstaliśmy się. Dobrą pamięć macie! — A wyście też jednaka, jakby to wczoraj było. — Aha, ja zawsze jednaka! — powtórzyła wesoło kobieta. Wóz skręcił w zagrodę dostatnią, w bramę zamczystą, w podwórze gładko wybrukowane i stanął przed murowaną chatą. Czeladź wybiegła konie wyprzęgać. Weszli do izby. Jan zaraz parobka za jakąś opieszałość zestrofował, dziewkę do roboty napędził i żony jął rozpytywać o zajęcie dzienne, o pracę, o dochody, o bydło. Żona, zapracowana, zmęczona, a niespokojna, czy rad będzie sprawom domowym, czy nie mało zrobione, odpowiadała zalękła, służba milczała, dzieci patrzały mu w oczy pokornie, a trwożnie. Kobieta podróżna u progu na ławie pokornie usiadła i rozglądała się po izbie i ludziach. Nikt nie śmiał spytać, ktoby była, czego chce, boć ją gospodarz przywiózł. Patrzali tylko na nią ciekawie. Oczy miała modre i słodkie, a wesołe, i twarz jako jakie kwiecie cudne, i szła od niej jakaś lubość i rozradowanie, jako od rozkwitłej na wiosnę czeremszyny. Dzieci wlepiły w nią oczy, a ona na nie skinęła, i jako słowo rzec, tak już przy niej były i na kolana się wgramoliły, i do piersi przypadły, śmiejąc się i świergocąc. A za dziećmi i matka podeszła, i poczęły z sobą coś szeptać. Dziewka, która przędła, opuściła wrzeciono i słuchała owych głosów i śmiała się, a parobek, który wszedł właśnie, konie oprzątnąwszy, dorzucił drew w komin i rzekł: — Ogrzejcie się. Narąbię dla was cały sążeń! Jan na nic nie zważał. Wysypał na stół pieniądze z trzosa i rachował. A wtem drzwi skrzypnęły, i wszedł sąsiad. Popatrzał na białe srebro i westchnął, a pozdrowiwszy, zagaił: — Wiecie, Janie, podatki zbierają. — Wiem, co mi za kłopot! Na swoje mam. — Wiadomo, i więcej macie. Pożyczcie mi, albo ostatnią krowę zabiorą. — A tyś mi pomagał kamienie zbierać? — Na swojem zbieraliście! — I dla siebie. Było tobie także na swojem zbierać. — Sprawiedliwie mówicie. Dał wam Bóg większy rozum i siłę, poratujcie głupszego i słabszego. Dobrem sercem wam odpłacę. — A mnie poco twoje serce? Kamienie od was miałem i kamień każdemu z was dam! — Gospodarzu, dajcie mu poratowanie! — odzywa się podróżna kobieta. Obejrzał się na nią proszący i zapłakał. A Jan, jakby nie słyszał, odrzecze: — Co mam, dla mnie jest, nie dla hultajów i próżniaków. Idź precz i giń, boś tego wart. Onegdaj ukradłeś mi siano z łąki. Jeszcze cię za to w kryminale osadzę! Sąsiad już więcej nie śmiał mówić. A podróżna rzecze: — Ubogi jest, darujcie, rozumu nie ma, w biedzie jest, nie dajcie mu zginąć. Miłościwy bądź, bogaczu mądry! Jan srebro zgarnął i w tym szeleście nie dosłyszał, co mówiła, a sąsiad przekleństwo zamruczał i wyszedł. Ale wnet za nim wsunęła się stara kobieta. — A czego znowu? — Jan ostro zagadnął. — Sąsiedzką przysługę mi uczyńcie. Zaniemogła mi córka, w gorączce majaczy. Pożyczcie waszych koni po doktora pojechać. — A gdzież wasze konie? — Toć wiecie, że w lato klacz nogę złamała, i dobili. Nie mamy żadnego. — A skądże ja mam? Czemu moje nóg nie kręcą po kamieniach? toć wasze pole z mojem o miedzę, i tyleż macie ziemi! Wy mi wydziwiali, jakem zbierał i uprzątał głazy, nie pomogli, nie skorzystali, jeszcze mi ze swego pola na złość podrzucali. To teraz do mnie o ratunek nie chodźcie. Co mam, dla siebie mam. — Janie, miejcie-że Boga w sercu! Dziecko mi chore! Wasze konie, jak lwy, co im to znaczy ta trocha drogi! — Wy ich nie karmili. Ja karmił, i dla mnie robić będą! Idźcie mi z oczu. — Gospodarzu, pomnijcie na wasze dzieci, poratujcie! — rzecze wędrowna kobieta. Ale Jan srebro do skrzyni chował i jakby nie słyszał, a sąsiadka, płacząc, wyszła. — Wieczerzę staw! — zawołał Jan na żonę. Poskoczyła do garnków, rozszedł się zapach dobrego jadła, zabrzęczały misy i łyżki. A wtem w progu stanął chłop blady, z próżnym workiem pod pachą, rozejrzał się, przełknął ślinę i, podrapawszy się w głowę, rzecze: — Przyszedłem do was pożyczyć pół korca żyta. — Pożyczyć! — zaśmiał się Jan! — A z czegóż oddacie? Toć jeszcze nie zima, i już swoje zjedliście! — A zjedli. Siedem gęb w chacie. Nie urodziło! Da Bóg lepiej na przyszły rok, to oddam. Tymczasem jeść trzeba — odparł chłop i stęknął. — Wy do zbycia macie, to wam nie bieda, jak mniej sprzedacie. — Pewnie, ale, co zjem, to moje, co sprzedam, to też moje. Twoje u ciebie, nie u mnie. Idź, pożycz u tych, którzy rozgrabili moją ojcowiznę. Lekko im przyszło, pewnie zabogacieli. — Dobrze wam drwić. Wiecie, że, oprócz was, nikt nie ma. Do kogóż pójdę? co jeść dam, jak wy nie poratujecie? U mnie w chacie już trzy dni nie jedli. — A u mnie jedzą trzy razy dziennie to, com temi oto rękoma z tych kamieni, co wy hodujecie, krwawą pracą wydarł. Było tak samo robić, tobyście mieli, a nie chcieliście, woleliście spać i na mnie psy wieszać, to teraz żryjcie kamienie i idźcie do dyabła, który je wam nasypał. — A pewnie pójdziemy do dyabła. Głód do nieba nie zaprowadzi! — burknął chłop. — Do wieczerzy! — zawołał Jan, spojrzał na kobietę w kącie i wnet oczy umknął. A ona wstała, pocałowała dzieci, skinęła głową wszystkim i rzecze: — Żegnajcie, nie będę z wami wieczerzała, ni u was gościła. Nie mogę zostać. Mój brat tu przyjdzie do was. — Zostańcie! — raptem zawołali wszyscy. A ona nasunęła płachtę na oczy modre i łez pełne i rzekła: — Nie mogę! Radabym! Żegnajcie, gospodarzu! Ja do was przyjdę jeszcze raz, kiedyś... Teraz wam mego brata trzeba, ale ja potem do was przyjdę, przyjdę! Żegnajcie, żegnajcie! I przewinęła się wśród nich i przepadła w czarnej sieni. A w izbie jakby pomroczało, poziębło, i zrobiła się cichość; tylko dzieci uderzyły w długi, żałosny płacz. Ale wprędce wśród pracy i zabiegów zapomnieli o gościu, i nikt go więcej we wsi nie widział. Nastała zima, i znowu raz, gdy Jan z miasteczka z targu wracał, przyplątał się do niego pies siwy i aż do chaty za wozem przybiegł i na podwórzu został. Nikt go zrazu nie zauważył, bo w chacie było co niemiara niepokoju i trwogi o dzieci, które tegoż dnia pochorowały się na szkarlatynę. Zaznały wtedy drogi spasłe Janowe konie, poszło ze skrzyni sporo grosza, ale na darmo, bo jednego wieczora oboje dzieci pomarło. W izbie zawodziła matka ponuro, siedział milczący Jan, a za oknem pies przybłęda wył i skowyczał. Wywieźli na cmentarz dzieci; do zarażonej chaty nikt nie wstępował; gospodarze jakby poniemieli; czeladź uciekła, bojąc się choroby. Wśród głuchej zimowej nocy czasem pies przybłęda zaskomlał żałośnie. Jan go przepędzał, kamieniami w niego ciskał, nikt go nie karmił, zimował na dworze, ale z osady nie było sposobu go się pozbyć. Podrzucał mu wreszcie Jan trutkę, na pętlę chciał pojąć: pies trutki nie brał, pętli uchodził, ale wracał i nocami skowytał. W Zapusty wyprowadzono Janowi ze stajni konie wśród nocy. Gdy się rankiem obejrzał, popędził za śladem, poprzysięgając, że chyba padnie, a złodziei odszuka. Gonił ich mil kilkanaście, wreszcie dopędził w boru. Jednego konia ze złości zastrzelili, drugiego przecie odebrał, i napół żywy z męki wracał do domu. Czuł, że go niemoc dusi, że odchoruje, więc resztą sił do domu, do pościeli dążył. O milę był, gdy mu przejeżdżający znajomy rzucił, mijając: — Nie macie do czego wracać! Ogień wymiótł, co żyło i było. Już Jan nie jechał i nie kierował, już go koń zaprowadził do owego — niczego. Z osady zostało, czego ogień nie ima: ino kamienie. A na zgliszczach pies siwy siedział, i wył, i zawodził. Takci też do jego wtóru zawył Jan i padł, objęty rozpaczą, i żalem, i śmiertelną chorobą, i więcej nic nie pamiętał, ni czuł. Objęły go ognie i paliły, aż zgorzał do cna, do głębokości duszy; smagały go bicze bólu, aż wysmagały wszystką krew, i gdy z owego ognia wyszedł, to był z niego ino popiół, ino zgorzel czarna. A na świecie właśnie uczyniła się wiosna. Przyleciał bocian do gniazda na Janowe gumno: krążył, krążył i odleciał; przyleciały jaskółki pod strzechę chaty: szukały, świergotały i odleciały; zachodzili sąsiedzi, mówili do Jana, ale że im nie odpowiadał, odchodzili, ramionami ruszając. I wreszcie tylko z nim na tych zgliszczach pies przybłęda został, naprzeciw niego leżał i patrzał. Jan już nie miał siły, ni woli, by go odegnać, i nie miał mocy od jego oczu swych oczu oderwać, i tak byli jakby skute z sobą niewolniki. Aż raz coś stanęło między nimi, a Jan oczy zmrużył, coś mu zadrżało pod żebrami, załaskotało w gardle i zapłakał. Owa kobieta wędrowna do niego szła przez pogorzel i kamienie, i objęła go za głowę litościwie, i utuliła do piersi, a on ze wnętrza duszy szlochać począł. Na zgorzel duszy szły łzy, jako deszcze majowe na popielisko jałowe, by wskrzesić trawy i kwiaty. A wreszcie z jękiem do niej mówi: — Uczyń co, by ten pies tak nie wył. — Pójdź stąd, od wszystkiego, co twoje było, i przeszło, od tego, coś dla siebie zdobył, i coś stracił. Pójdź. I uprowadziła go, okrywszy mu oczy połą swej płachty, a on, ufny, szedł. Za wsią daleko rozdół pusty i jałowy był, cierniem porosły, piołunami i bylicą. Tam spoczęli we dwoje, i on odetchnął, bo zgliszcz osady stad widać nie było, ni wycia psa słychać. I zmożony, usnął. A gdy się obudził, mocniejszy się poczuł i w sobie cichszy. Wokoło też wielka cichość pól była, i maił się świat. Poszukał oczyma owej kobiety-pocieszycielki i ujrzał ją, jak wśród niw szła i schylała się i coś zbierała w połę płachty. A ilekroć zbliżyła się do niego, to spoglądała litośnie i słodko i znowu z uśmiechem chyliła się do ziemi. Nie miał sił, by do niej iść, i z dziwem patrzał, że zbierała kamienie. A gdy płachtę miała pełną, rzuciła ciężar w ów rozdół jałowy, i znowu szła, chyliła się i brała kamień po kamieniu, każdy: i taki, co kruszy lemiesze, i taki, co tępi kosy, i taki, co kaleczy bose stopy, i taki, który się w gniewie na bliźniego ciska; wszystkie zbierała, uprzątała. A gdy znowu była blizko Jana, spytał: — Co czynisz? A ona z uśmiechem odpowiada: — Chcę z ziemi tej zebrać wszystkie kamienie. — Jakto? Poco? — Aby setne plony dały niwy, aby nie krwawiły się stopy, aby nie niszczał dobytek i narzędzie, i aby nie klątwy i narzekanie, jeno śpiew śmiechi śmiech od pól tych ku niebu szły. I wyciągnęła szeroko ramiona, jakby niemi cały świat objąć i ogarnąć chciała, i cała w jasności, w rozradowaniu, w szczęśliwości patrzała w niebo. A potem na Jana patrzy i mówi: — Pamiętasz? takeś i ty chciał czynić, gdyś ze świata do dom wracał, gdyśmy to z sobą szli wpodle. — Chciałem, z duszy chciałem, ale mi ludzie krzywdziciele, szyderce, wrogi nie dali! I ty też ustaniesz, jako ja. — Nie ustanę, bo ni dla siebie czynię, ni dla kogo. Nie ustanę ja, nie ustanę! I znowu śmieje się, i schyla, i zbiera, a im cięższa płachta, tem się radośniej uśmiecha. A Jan oczyma za nią idzie, i myśli, i rozważa. A cicho jest bardzo, i czasem dolatuje go od czarnej plamy zgliszcz żałosne wycie, i wtedy szarpie go ból, krwawi się w nim pamięć. — Uczyń, bym go nie słyszał, tego wycia — prosi. — Nie słuchaj! Pójdź za mną, czyń za mną. Będziesz wtedy słyszał, jak ziemia gra, jak niebo śpiewa! Pójdź za mną. — Niemocnym jest. Nie udźwignę! — Spróbuj. Ze mną udźwigniesz i głazy węgielne! Podniosła go, podparła ramieniem, poprowadziła; zaczął jej podawać do płachty kamienie zmocnił się, wyprostował, rozprężył ramiona. Wtedy oddarła połowę swej płachty i opasała go nią, jako siewacze się opasują, gdy ziarno ziemi dać mają, i poszedł za nią. A po znojnym dniu spoczęli na skraju owego rozdołu, od ludzi i gwaru dalecy, a on położył głowę na jej kolanach i słuchał, co ona mu mówiła. Uczyła go słuchać, jako cisza mówi, jako ziemia gra, jako niebo śpiewa — i słyszał. I mówiła mu, jako tu będzie, gdy nie stanie kamieni, i poczynał się tem cieszyć i poczynał zapominać, czyje to pole i komu je zbiera, jeno radować się, że ich, tych kamieni, nie będzie. A wśród tych rozmów usnął i nie słyszał wycia psa przybłędy, ani wspomniał swej osady. I oto rozeszła się po woliWoli i Wólce gadka, że Jan bogacz z nieszczęścia rozum stracił. Osadę opuścił, wszystko swoje rzucił i oto jako obłąkany po polach chodzi, kamienie w płachtę zbiera i do wąwozu nosi. Ludzie patrzali na niego zrazu ze zgrozą i trwogą; myśleli, że co złego zamyśla i pojmali go raz i zaprowadzili do gminy. Ale Jan, gdy go pytano: co robi i poco? — odpowiedział: — Kamienie zbieram, by ich nie było. Nic więcej już robić nie będę. Urząd go badał, doktór go badał, wreszcie puścili. Naród się z nim oswoił, uspokojony, że nieszkodliwe ma szaleństwo; wprędce też zaczęli go prześmiewać, przedrzeźniać — wiadomo: jako obłąkanego, który obronić się nie chce, czy nie umie, a może i nie rozumie wyśmiewań. Dziatwa za nim biegała, jak za cudakiem; ludzie go nazwali »głupim«, mało kto podał mu chleba kawałek i dobre słowo. Ale Jan, jakby jednakowo głuchy był na urągowisko, jak i na dobre słowo i posiłek. W ścianie wąwozu uczynił sobie schronisko, jak zwierz borowy; z nikim nie rozmawiał, o nic nie prosił. On tylko zbierał kamienie. Schylał się, schylał, dźwigał, nosił, i zapatrzony w dal przed siebie, do kogoś się uśmiechał, z kimś bez dźwięku mówił, kogoś słuchał. I tak czynił dni, miesiące, lata — całe życie. W Woli i Wólce ubywało kamieni. Zauważyli to przejezdni i pytali, coby było. — »Głupi« zbiera! — ze śmiechem odpowiadali miejscowi. I ubywało z pola kamieni. I sąsiad mówił do sąsiada ze śmiechem: — Patrzaj-no, »głupi« teraz dla ciebie robi. A wreszcie i do Jana zagadywali: — »Głupi Janie«, toć zbierasz na polu owego, który ci ojcowiznę zagrabił. Ale Jan na mówiącego patrzał jasnemi oczyma i odpowiadał bez związku: — Z nią zbieram. Wszystkie zbiorę, by i głazy węgielne. I zbierał. Aż wreszcie ludzi jakiś dziw ogarnął, i jakiś wstyd, i przestali się z niego śmiać. I często patrząc na niego, niejeden stanął, i zadumał się, i schylił się, i pomógł mu kamień podnieść. A kamieni ubywało i ubywało. Wieść się coraz szerzej rozchodziła, wreszcie ktoś możny zjechał, by się przekonać, co się tam stało. Ale to było po wielu, wielu latach. I zdumiał ów możny — w Woli i Wólce nie było już kamieni. Nie było ni takich, co szczerbią kosy i lemiesze, ni takich, co kaleczą bose stopy, ni takich, które się w złości na bliźniego ciska. A naród wesoły, i zdrów, i dostatni, zawiódł owego możnego do rozdołu, a rozdół był pełen kamieni. A na skraju, na progu schroniska, bo to wieczór był, siedział »głupi Jan«, latami stary, a prosty, krzepki, z jasnemi oczyma i pogodną twarzą. — Tyś zebrał te wszystkie kamienie? — pyta z podziwem możny. — Z nią wespół! — Z kim z nią? — A ot, z nią! — i pokazuje koło siebie. — Toć tam nikogo niema. — Dla was niema, i ze mną niegdyś nie była. Przeto kamienie były, a teraz ich niema. — Głupi jest, — tłumaczą ludzie szeptem — ale dobrze czynił. — Możebyś czego pragnął za to, coś uczynił? — pyta możny Jana. — Cobym i wymarzył i wyśnił, to wszystko u niej jest, i wszystko mi daje. — Jakaż ona jest? Opowiedz przecie. — Nie widzisz to jej?.. biednyś ty, niebożę!.. to i nie zrozumiesz, co ci opowiem o niej. Biednyś ty, biedny! I litościwie nad tym możnym pokiwał głową »głupi Jan«, który za cały majątek miał zebrane z dróg i pól ludzkich ostre kamienie.
Comments
Loading comments…