Rozdroże

Wyminiesz groble grzązkie, wyminiesz wydmy bezdenne, wyminiesz lasy korzeniste, a rozdroża tego nie wyminiesz, skoro ci w strony te dalekie droga wypadnie. Z zachodu czy ze wschodu, na północ czy południe objedziesz, a przecie w końcu wbiegnie ci tor na wzgórek i owo rozdroże ujrzysz przed sobą — i westchniesz. Jak nie wyminiesz doli i niedoli, jak śmierci nie obejdziesz, tak i rozstaju tego. Krzyż na ziemi czynią drogi — główne ramię szerokie — to trakt pocztowy, boczne ramiona węższe — to jedno w bór wiedzie, drugie do wsi dalekiej. Krzyż nad ziemią stoi — na piaszczystym wzgórku, i stoją dwa dęby rosochate — na których ten krzyż stary się oparł, bo długie lata pamięta. Była jesień późna, kiedy to rozdroże pierwszy raz ujrzał Jasiek Czarny. Jechał Jasiek w strony owe za chlebem, za dolą, za przyszłością. Z boru się wydostał i w dal oczy ciekawe posłał, i tak go coś nagle za piersi chwyciło — niby strach, niby zgroza. Leżał ten kraj przed nim — płaski — nagi, jak het wzrokiem dolecieć. Nad grzęzawicami mgła zimna się stała, po szuwarach plątały się pajęczyny, chłód szedł z ziemi i wicher gwizdał, na. niebie zbałwanione stały chmury śniegu. Bielała tylko zaspa piasku, na której ów krzyż stał i dęby. Stanął sam z siebie konik Jaśkowy zhasany, spojrzał Jasiek ku górze, westchnął, czapki uchylił i tak zapatrzony pozostał.

Na dębach liście zeschły, lecz nie opadły i szeleściały złowrogo — na ramieniu krzyża wrona siedziała i spoglądając na człeka, krakała: — Czegoś tu? Czegoś tu? A pod dębami kobieta samotna, w łachmanach, zbierała żołędzie. Wicher się naigrawał z jej szmat, szarpał je — i do kości chłodem przejmował. Zawołał Jasiek kobiety, ale zamiast podejść, uciekła — więc on do krzyża się zbliżył. Wtedy i kobieta się zbliżyła. — Daleko do dworu? — spytał Jasiek. — Het daleko! — odparła ponuro. Ruszył dalej Jasiek — raz jesczejeszcze na to rozdroże się obejrzał i westchnął: — Pusty kraj, jak moje życie! I pojechał śmiało — boć młody był — ni w nieszczęście nie wierzył, ni w śmierć — daleką. A przecie nie wyminie nikt swej doli, jako i rozdroża owego. Zabiegło ono znowu raz przed Jaśkowe oczy i znowu konik sam z siebie stanął. Ale i wtedy kwitły i szuwary i trawy, maiły się dęby rosochate — na wzgórku pasterków gromadka grała na ligawkach i stoki wydmy pokryły macierzanki i powoje pachnące. W konarach dębowych roiło się od ptasząt śpiewających. Przekręcił Jasiek czapkę z fantazyą i zaciął konika. Powietrze błękitne i ciepłe w pusty kraj niosło jego piosenkę.

Nie wyminął ci on owego rozdroża i w pewną noc czarną, kiedy raz ostatni tamtędy wypadła mu droga. Ile mu sądzono było, tyle drogi ubiegł, tyle dni przepracował, tyle nocy cichych przespał. Sądzenie swoje z sobą nosił, a potem go ono nosiło, gdy już wszelką moc stracił. Wyliczone człowiekowi lata wieku, wyliczone siły, wyliczona droga. Ale on sam lata przeznacza, on sam siły kieruje, on sam drogę wybiera, i tam gdzie go kres zastanie, on zostać musi, jako liść co opada, czas swój odbywszy. Nie zwrócił Jasiek z drogi, gdy go zgroza i strach za piersi chwyciły, nie zawrócił, gdy śpiewał. W ową noc cichą kresu dobiegł. Nie wyminął rozdroża, tylko na niem pozostał już na wieki. Teraz gdy jesień zasuszy liście dębowe i odkryje konary, widać na jednym długie pasmo konopne, wystrzępione i przebutwiałe, jak owe sznury po dzwonnicach cmentarnych, które często niewidzialne dłonie targają niesfornie. Wicher to pasmo porusza monotonnie, ale żaden się dzwon nie odzywa.

Comments

Loading comments…