Wołowy czerep

Był i żył niegdyś w Bagdadzie pewien człowiek. Nie był mędrcem, bo nikogo nie uczył; ani świętym derwiszem, bo nie żebrał; ani lekarzem, bo nikomu nie radził; ani sędzią, bo w niczem nie wyrokował. Nie był też możnym, ani żadnym naczelnikiem i nawet imienia nie miał żadnego, ani rodziny. Znał go przecie każdy na rynku i nazywano go „Wołowym czerepem“, a to z tego powodu, że nie posiadał nic więcej, prócz suchej czaszki wołowej, którą z sobą nosił, i na której siadał w słońcu, gdy było chłodno, w cieniu, gdy było skwarno. Ten czerep, opończa i dywanik do odprawiania modlitw — stanowiły majątek człowieka. Zajęciem jego było słuchanie cierpliwe i zawsze pełne uwagi każdego, kto mówić chciał. Zapewne niegdyś pytał, zanim stał się powiernikiem, ale potem stał się ludziom nieodzownym. Zaledwie się zrana ukazał i usiadł gdzie przy drodze, wnet zbierali się wokoło ludzie i opowiadali mu swe troski, boć radości i mało życie daje, i mniej je ludzie pamiętają, i nie lubią opowiadać, a trosk tyle, co much latem. „Wołowy czerep“ wiedział o wszystkich troskach całego Bagdadu. Szli do niego i zawiedzeni w miłości, i oszukani w handlu, i zbankrutowani kupcy, i okradzeni bogacze, i zlicytowani za podatki, i mężowie swarliwych żon, i nieuznani pisarze, i zazdrośni, i chciwi sławy, — i każdy lał łzy, miotał przekleństwa, plwał żółcią. A „Wołowy czerep“ słuchał uważnie, wywiadywał się o szczegóły, dawał się dosyta naskarżyć, a potem zamiast rady lub pociechy, tylko się do kolan narzekającego kłonił i mówi: — Dzięki ci składam i błogosławię, synu ojca swego. Dzięki ci składam! Ludzie nie rozumieli za co dziękuje, myśleli, że się szczyci z ich zaufania i pochlebiało im to. „Wołowy czerep“ dostawał zawsze dosyta daktyli i ryżu, miał zapewniony nocleg u tych, którzy w dzień nie zdążyli mu swych spraw opowiedzieć, i gdyby był rozumny, mógłby żyć w dostatku. Ale — jak się okazuje — rozumny nie był. Tak żył i był i umarłby bez pamięci dłuższej, gdyby nie wypadek. Pewnego dnia kalif przejeżdżał w całym majestacie przez rynek. Tłum oniemiał na widok przepychu bogactw, potęgi wielkości, i wśród wielkiej czci i zachwytu i trwogi wzniósł się jeden głos i wołać począł: — Dzięki ci, panie, dzięki. Błogosławię cię i przodki twoje, i wnuki wnuków twoich. Dzięki ci, panie, dzięki! — Kto jest ten człowiek i za co mi dziękuje? — spytał kalif. Skoczyli słudzy, porwali człowieka, jego czerep, dywanik — wszystko, i wnieśli do pałacu. I stawili go przed obliczem kalifa i opowiedzieli wszystko, co o nim się dowiedzieli. — Nie znam cię. Za co mi dziękowałeś? — spytał kalif. — I ja cię nie znam. — Dlaczegóżeś wołał, dziękczynił i błogosławił? — Ujrzałem na tobie skarby, na twej twarzy surowość, wokoło ciebie moc niewolników. Więc składałem ci dzięki, że ty, nie zaś ja, dzierżysz te skarby i klejnoty, że ty, nie ja, sądzić i karać i rządzić musisz: że ty, nie ja, musisz karmić, chłostać i dowodzić niewolnikami. Błogosławiłem cię, żeś się ty urodził kalifem, nie ja! — Ktoś ty? Co czynisz? — Człowiek wolny jestem i żyję, słuchając niewolników, i dziękczyniąc im. Od młodości słuchałem i słyszałem. Można słuchać i nie słyszeć — ja słyszałem, i dlatego wolnym zostałem. Słyszałem skargi posiadania — więc nic nie mam, skargi miłowania — więc nie byłem zdradzony, ani opuszczony; skargi zawodów w handlu i urzędzie, w sławie i nauce i zaszczytach — więc nie sięgnąłem po nie. Zali nie słuszna jest, abym dziękczynił tym, którzy mnie od trosk ustrzegli? Zali nie godna, abym ich błogosławił? Gdyby nie oni — byłbym jak oni: znienawidzonym bogaczem, okradzionym kupcem, głodnym pisarzem, oszukanym lub zahukanym mężem, zapracowanym niby dla siebie, a w prawdzie dla poborców i złodziei obywatelem. A ty, najwyższy, z woli Ałłacha, władco, gdym cię ujrzał, uczułem dla ciebie najwyższe dziękczynienie, i Ałłach niech błogosławiony będzie, że nie ty przede mną stoisz! Zadumał się kalif i rzekł: — Rzekłeś mi mądre słowo. Co chcesz, abym dla ciebie uczynił? A człowiek odpowiedział: — Każ mi oddać mój „wołowy czerep“, abym na nim usiadł na rynku i słuchał i uczył się mądrości z bezrozumu ludzi. I każ mi oddać mój dywanik, na którym co wieczór klękam do modlitwy. Gdyby Ałłach mej modlitwy nie usłyszał — sądziłbym, że w Bagdadzie już niema szczęśliwego i wolnego człowieka.

Comments

Loading comments…