— Sylwester Dubieniecki — masz list. Stojący w progu kancelaryi Sylwester szybko podszedł, kopertę niezgrabnie adresowaną w rękę żywo pochwycił i cofnął się. Podniósł z ziemi koszyk dość ciężki i wyszedł w milczeniu. Na ulicy list w zanadrze schował i ruszył prędko, usuwając się każdemu z drogi, salutując bezustannie oficerów, w razie ścisku schodząc z asfaltu w śnieżne błoto ulicy. Drab to był sążnisty, zbudowany jak atleta, o twarzy bez śladu zarostu, roztropnej, trochę ponurej. Od dwóch lat, jak go do wojska powołano, służył u kapitana za kucharza, stajennego, lokaja, niańkę, praczkę i posłańca. Minął ulic kilka, raz zbłądził, nie mogąc w swej głowie wieśniaczej zakarbować szachownicy miejskiej, wreszcie wszedł do bramy. Stróż zamiatający rynsztok, zagabnął go: — Ale, tu się jakieś żydzisko o was u mnie dopytywało. — Dawno? — Będzie chyba z godzina może, — gadał, co wieczorem będzie. Żołnierz nieco wbok się zwrócił, purpurą nabiegły mu oczy. Prędko w podwórze wpadł i na schody kuchenne począł się drapać. Serce mu biło, jak na trwogę. Wszedł do kuchni swojej, koszyk na stole umieścił, dobył list z zanadrza. Poznał pismo matki starej i dziecinnie się uśmiechnął. Niezgrabnymi palcami kopertę przedarł, i rozłożywszy arkusz na stole, wziął się do czytania, pochylony, ze zmrużonemi oczami, palce pod wyrazem każdym wiodąc i półgłosem zgłoskując. — Mój najmilszy synku Sylwestrze. Naprzód donoszę ja tobie, że cię świętami winszuję i błogosławię — Jezusowi Panu i Panience Przeczystej Kazimierzeckiej oddając pod obronę. A do tego nie gniewaj się, synku, że my tu do ciebie, świątkując, żadnego pisma nie przysłali, ani nijakiego gościńca, ale wspominki byli o tobie i u nas w domu i na wszystkich Budkach; Marcysia też tobie pięknie się kłania, i Józia, i Oleśka, i Kazik, i Adolf, i Hipek Rudecki. Chrzestna twoja takoż, a stryj pomarł. Wielkie frasunki były, bo Bóg ogień dopuścił, i przez to odryna z sianem się spaliła, i jałoszka też zdechła, a kasztanka nocą jakieś hycle z pod zamku wzięli. Więc siana jako niema, Kazik i Adolf uradzili woły sprzedać, a pole na połowę Srulowi oddać, albo też procesu zaniechać i do domu z niczem iść. Ja też zaniemogłam w adwencie, bo chusty nie było, i trzewiki się zdarły, i takim się wykosztowała na felczera złotych siedem i groszy dwanaście, za które Jenta chce wełnę wziąć, albo te dwie gęsi siwe, coś to dostał od chrzestnej, więc uradziliśmy... — Sylwester! — rozległo się z głębi mieszkania. Żołnierz ruchem maszynowym się wyprostował, rękawem oczy zaczerwienione otarł i wyszedł. Stąpał po wzorzystym chodniku, potem po lśniącej posadzce, aż stanął w drzwiach gabinetu, sztywny, z piersią naprzód podaną, z rękami przy lampasach. Oficer bawił się z dzieckiem, które też wnet ręce do chłopaka wyciągnęło, wołając radośnie: — Niania, niania! — Konia mi osiodłaj, a żywo! — Słucham! Obrócił się na pięcie i wymaszerował według regulaminu. Za chwilę był już w stajni, i konia siodłając, głowę miał pełną wzburzonych, dzikich myśli. Wirowało mu w mózgu od tego nawału wspomnień, które mu list narzucił. Wieści z domu miewał rzadko, dwa, trzy razy na rok. A za każdą widział jak na dłoni swe Budki Mazurskie. Widział osadę o bielonych ścianach, o dachach z dranic, rozrzuconą w wianek wkoło jeziorka, otoczoną sosnami wiecznie zielonemi; widział płoty i sadki wiśniowe i drogę i pólka, powydzierane z pod boru, i sznurki łąk, a na straży karczmę starą, w której Srul mieszkał i Jente. Było w Budkach tych trzy rody, rozrodzone na piętnaście chałup: Dubienieccy, Łabędzcy i Marcinowscy, skoligaceni i spowinowaceni ściśle. W jego chałupie matka wdowa wyhodowała chłopców trzech i dwie dziewczyny, rządziła dotąd, posłuch mając bezwarunkowy. Widział i ją żołnierz; kobietę siwą, wysoką, suchą, o twarzy surowej i nakazującej uszanowanie. Miłował on też ją dusznie, głęboko. Kasztan oficerski kręcił się i swawolił; ułan zębami popręgi dociągnął, wygładził, munsztuk założył i podał przed bramą, trzymając cugle w jednej ręce, a strzemię w drugiej. Oficer wskoczył na siodło i ruszył tęgim kłusem, szeregowiec w furcie pozostał, patrząc przed siebie, w jeden punkt, oderwany zupełnie od otoczenia. — Mój ty Boże, mój ty Boże! a to ich opadło! Odryny niema, którą on sam z braćmi stawiał; kasztanka niema, białonogiego ulubieńca! Co to on się na nim do miasteczka najeździł. A teraz woły pójdą, i te pólka Żyd wyssie; a i stryj doradca pomarł, i gęsi się zwiodą czubate! Mój Ty Boże! za jedno półrocze. Pieniędzy im trzeba na siano! Jeszcze, broń Boże, proces opuszczą, co go to tatuś pod błogosławieństwem nakazywał ciągnąć, o tę miskę półmorgową z dworskiego boru. Lepiej duszę dyabłu zastawić, a tego starego porządku nie zaniechać. Pomódz im trzeba koniecznie i radę dać. Dwanaście rubli z chaty poszło na niego, teby oddać, parę dołożyć, przeciągnęliby do wiosny może. Z wiosną Bóg opatrzy. Dwanaście rubli trzeba. Sylwester przez dwa lata żadnej zapomogi nie otrzymał z domu, ale na służbie u oficera miał dochody drobne i tymi to swe potrzeby opędzał. Sprawił sobie nawet dwie koszule z jaskrawem u szyi oszyciem, scyzoryk, woreczek na tytuń i tombakowy łańcuszek do jeszcze nieistniejącego zegarka. Teraz różne plany i sposoby chodziły mu po głowie. Nie on je pierwszy powziął — podsunął mu je handlarz, który do kuchni często zachodził po wymoki z herbaty, pierze z ptactwa, skórki zajęcze i tym podobne specyały. Żyd pytał o owies, o tytuń, czyby kupić nie mógł. Dawno to już trwało. Żołnierz nie obiecywał wprost, ramionami wzruszał, coś mrucząc — nigdy w oczy kusiciela spojrzeć nie śmiał. Wreszcie mu obiecał, sam nie wiedząc, jak do tego przyszło, i odtąd po różnych kątach i schowankach zatykał rzeczy jadalne, ściągnięte z kredensu, czasami własne kęski. Od pewnego też czasu kasztan oficerski mniej dostawał owsa, a na strychu pęczniał worek z ziarnem! Teraz Sylwester skarby te srocze obrachowywał z dziwnem biciem serca. Zbierze się może osiem rubli, Żyd da na przyszłość zadatek, a resztę... — Sylwester! — zabrzmiał obok niego cienki głosik. Zadrżał i odskoczył od furtki. Była to pani kapitanowa w powrocie ze spaceru. — Pana niema? — Tak! — odparł już służbowym tonem. — A ty czego tutaj gawronisz się? Obiad nastawiony? Produkty przyniosłeś? On szedł za nią, odpowiadając machinalnie — słucham! — na wszystko. Teraz ani o dokończeniu czytania, ani o snuciu planów nie było co myśleć. Węgiel rozgorzał pod maszyną, rozległo się tłuczenie, siekanie, szczęk rądli, syczenie pary, a nad tem dyszkant pani kapitanowej i płacz dziecka. — Po obiedzie upierzesz trochę bielizny, wytrzepiesz dywany, firanki, i trzeba też oczyścić lampy, dziecko wynieść trochę na spacer. Potem z listem pójdziesz i kuchnię wyszorujesz przed świętem. No, no, tylko żywo z tym obiadem, pan za godzinę wróci. Spocony, zdyszany żołnierz uwijał się z robotą. List go palił w zanadrzu, troska rozpierała piersi, ale ani przez myśl mu nie przeszło sekundę chociaż służby zmitrężyć. A służba ta nie znosiła opieszałości. Krzątał się chłopak — od trzona do balii, od bufetu do pomyj, od trzepaczki do dziecka. Cały dzień mu tak zeszedł, za krótki ten dzień zimowy. Jeszcze i pół wieczora zeszło na szorowaniu podłogi, na noszeniu drzew, węgla, na posyłkach. Wreszcie spokój powrócił. W kuchni czysto sprzątniętej, białej, pod lampą wiszącą, na stole znowu zabielał arkusz papieru i ostrzyżona przy skórze jasna głowa szeregowca. Był bez munduru, w koszuli podartej, spocony, wciąż nasłuchujący jakby nowego rozkazu. I sylabizował dalej list matczyny: — Więc uradziliśmy Oleśkę też do dworu oddać, że to chleb drogi, a od tych deszczów nie obrodził. O Marcysię dobijał się jesienią Maciek Łużycki, ale tak się to obeszło. W Bogu i Matce Najświętszej nadzieja, że może wiosną dobry numer wyciągniesz, i że cię zdrowego zobaczymy. Ochfiarowałam się na to do Kazimirki i na Wniebowzięcie tam chodziłam ze swojemi, a jako moje stare nogi tam mnie doniosły, tak sobie suponuję, że i twoje młode ciebie nam rychło przyniosą. Tedym ci z porządku doniosła już wszystko, co u nas słychać, a tylko ciebie, synku najmilszy, przestrzegam, abyś tam między narodem różnym duszy swojej nie zatracił, jako inni czynią. Żebyś, uchowaj, do wódki obyczaju nie nabrał, bobyś w piekle gorzał, i abyś cudzego niczego nie zagabnął, tyle co igła nawet, bobym ciebie za dziecko swoje nie przyznała, i o swej Marcysi, zmówionej, pamiętał! Pacierza nie przepominaj i przykazania codzień odmawiaj, jakom ci przykazywała odchodzącemu. A tak sobie to w sercu miej, żeś nie byle świniarek, ani łapciarz, ale dworzanin — więc ci się godzi między ludźmi honorność mieć, boś też i w heroldyę już wpisany za staraniem mojem i komornika Rzepeckiego, któremu nie pożałowałam dać za to rubli całych siedem, i tak w papierach stoisz zapisany z braćmi po porządku za ojcem i dziadem swoim. To sobie pamiętaj, jakby cię co kiedy pokusiło, że ci w żaden sposób paskudnie czynić nie godzi się, co też tobie przypominam, i niech ci tak Bóg dopomoże, a odprowadzi zdrowego. A ja ciebie, synku mój Sylwestrze, błogosławię i uściskam. Amen«. Skończyła się kartka, i palec żołnierza na ostatnim wyrazie pozostał, a oczy szeroko rozwarte utknęły na owem »amen«, które było całym podpisem i jakby listu pieczęcią. Potem chłopak list oburącz wziął i owe »amen« pocałował, i z długiem stęknięciem wyprostował się. Na czole miał żyły nabrzmiałe i uszy krwią nabiegłe. Ze czcią i szacunkiem papier napowrót do koperty włożył, sięgnął do kąta, dobył swój worek, rękę do spodu zanurzył i wyjął coś, owiniętego w czerwoną chustkę. Była to stara książka — między jej kartki list wsunął i znowu, starannie zwinąwszy, do worka schował. Potem na zydlu usiadł, spracowane, niezgrabne ręce na kolanach złożył i zamyślił się. Lampa rzucała nań blask w pełni, i twarz ta bezwąsa, bardzo młoda, nabierała wielkiej powagi. Znał w kufrze, gdzie przechowywano domowe drogocenne pamiątki: korale, pieniądze i najcieńsze odzienie, zwitek papierów żółtych, na samym spodzie będący. Raz na rok tylko matka je kładła na stole, na serwecie i pozwalała oglądać. Był tam dokument ich rodowy, i drzewo genealogiczne, i herb jaskrawo malowany, i różne papiery z pieczęciami i z podpisami wielkich. Przy tem oglądaniu oni trzej poważnieli bardzo, i oczy im błyszczały. Głowami prawie dotykali sufitu swej chaty, a mieli szare koszule i spencery samodziałowe, te karmazyny herbowe, a czytać ledwie umieli na książce do nabożeństwa. Niczem prawie od chłopstwa się nie różnili z pozoru. A jednak to zdanie listu: »wpisany do heroldyi« — uczyniło od razu z szeregowca wielkiego pana: martwa litera zaciężyła na nim, czyniąc w duszy jego ogromny przewrót. Zdało mu się, że po sakramencie jest, tak uroczyście jakoś w nim było, tak cicho! Siedział i dumał, uniesiony precz z tej izby, w której jego wieśniaczym piersiom tak bardzo było duszno i ciasno. Drzwi od schodów rozwarły się cicho, a w szparze ukazała się czapka kolegi i śmiejące się oczy. — Sylwester! — Aha! — Chodźmy. U stróża muzyka i dziewki. Pohulamy! — Nie moja kompania. — Phi! Podoficerem ciebie zrobili! Mańka jest. Chodź! W orlankę zagramy. — Idź do czorta! Nie pójdę. Drzwi się zamknęły, i cisza zapanowała znowu. Nie na długo jednak. Ciche kroki rozległy się znowu na schodach i skrobanie do drzwi. Żołnierzowi twarz zapałała, zerwał się na równe nogi i stanął u drzwi zadyszany. Naprzeciw niego z ciemności sieni wysunął się Żyd chudy, z workiem pustym pod ręką. Obleciał oczami kąty i podniósł je na Sylwestra... — Nu? — zagadnął cicho. — Czego? — Nu, ja przyszedł. Może co jest? — Jest... Masz herbatę, ot, i pierze! Bierz! — Nu, może cygara są? — rzucił, zagarniając podawane przedmioty i mnąc w ręku woreczek z pieniędzmi. — Niema! Zapłać za to i wynoś się! — Zaraz, co ty taki gorący? — Ja tobie nie żaden »ty«; nie kradł ja z tobą! — Ny, niech będzie »wy«! Może wypić chcecie! Mam żytniówkę fajn! — Ja nie cham, żeby wódkę chlać. Oddawaj pieniądze i idź do dyabła! — Ach, wy dziś skręcili się! Oddam. Co tam, pogadać nie można? Jaby tego owsa chciał zobaczyć; może cukier jest? Żołnierz milczał, rachując miedziaki, brwi mu się zbiegały groźnie. — Nu? to i wszystko już? Więcej nic? — Nie — pomyślał chwilę i worek wydobył z kąta. — Kupcie te dwie koszule i tę dewizkę! Co za to dacie? — To? — żyd oglądał, miął, ważył. — Dam rubla. — Dziesięć złotych. — Nie. Chyba co dodacie... Owsa! — Dodam scyzoryk; dajcie dwa ruble! Żyd czuł, że dla dalszych interesów twardym być nie można. Dobył pieniądze, potem, zgarniając koszule do worka, szeptał zcicha: — Nu? a coście obiecali, jak będzie? Jutro? Sylwester sapać zaczął. Ręce mu się mimowoli składały w pięści. — Ni jutro, ni kiedy. U nas w rodzie złodziei nie było. Won, ty! Zapałały mu tak złowieszczo oczy, że Żyd od progu się cofnął, drzwiami do połowy zasłonił. — Wy teraz bez humoru... Ja tu jutro przyjdę — rzekł. — Ni jutro, ni kiedy! — powtórzył żołnierz — a jak mi się nawiniesz jeszcze z pokusą, Judaszu, to, jak Boga kocham, klnę się, w tym twoim worku zęby i brodę poniesiesz! Won! słyszysz! Postąpił krok naprzód — drzwi się zamknęły. Chłopak na środku kuchni pozostał, cały dyszący. Krew mu grała po żyłach, i serce biło mocno. Mundur włożył i do mieszkania wszedł. Przymaszerował do pani i na stole przed nią położył miedziaki. — Co to? — Żyd dał za wymoki herbaty i pierze! — Weźże to sobie! — Dziękuję. Przyszedłem też oznajmić panu, że owsa jeszcze jutro brać nie trzeba. Zbiegło na trzy dni pewnie. — Toś zuch! Dostaniesz jutro urlop za to! Cofnął się do drzwi, ale nie odchodził. — Co tam jeszcze? — Pokornie proszę pana o arkusz papieru i kopertę. — Na list? Masz. — Tak jest, do matki. Wycofał się wreszcie zupełnie, ale go zawołano po chwili. — Dorożkę nam sprowadź i dziecka dopilnuj. Wrócimy późno. Cisza zapanowała w mieszkaniu. Sylwester dziecko do snu kołysał i tam przy niem zasiadł do pisania: Sapał i potniał, krzywe litery stawiając i mażąc bezustannie. »Najukochańsza mamo i wy mili bracia i siostry! Donoszę, żem zdrów, czego i wam z duszy życzę, i w jednej służbie zawsze zostaję u kapitana, i żem dotąd karany ni razu nie był i wymówki też nie miałem, ani w pysk nie wziąłem. Koszule mi się tylko do cna zdarły, ale to fraszka, bo co chleba oszczędzę, to sobie sprawię. A owe dwa ruble to niech mamie służą na trzewiki, a dwa złote takoż mamie, na co niebądź, a więcej, to już nie mam. Pozdrówcie też ode mnie chrzestną, i Hipka Rudeckiego, i Makarewiczów, i stryjnę, a stryjowi wieczny odpoczynek — Amen. Frasunki wasze całkiem mnie zgryzły, a już ten Srul to najgorszy hycel. Mili bracia i siostry, radby ja wam z duszy pomódz, ale chyba Bóg za mnie was poratuje. Na Wielkanoc może znowu trochę wam grosza przyślę, a dopokąd sił mam, starać się będę. Marcysię też pozdrawiam i proszę, żeby mnie sobie pamiętała, boć wrócę ja do niej i nijakiego łajdactwa nie czynię. A o jedno was, najukochańsza matko i mili bracia, proszę i zaklinam, to, abyście procesu, broń Boże, tylko nie rzucali. Boć tatuś tak przykazał, i honor nasz szlachecki uczy, i gańba by była, i wstyd, abyśmy ustąpili. — Więc ten ambit miejcie i zawsze trwajcie w swem prawie. Że ja teraz »wpisany do heroldyi«, to za to mamie nogi całuję, i swój honor ja znam, i nikomu się posponować nie dam, ani też co chamskiego uczynię, tak mi, Panie Boże, dopomóż. A teraz wam zdrowia życzę i pomyślności wszelkiej, i świętami winszuję na wieki wieków... Miłujący was brat i syn Sylwester Dubieniecki«. Dzieciak poruszył się w kolebce, więc żołnierz nad nim się pochylił, poruszając mrucząci mrucząc: — Luli, luli, luli! Zpośród koronek czarne oczęta patrzyły ku niemu wpółsennie. — Caca niania, caca niania! — zaszemrała, usypiając, dziecina. Żołnierz uśmiechnął się jasno i tak pozostał u tej kołyski, coś zcicha sobie nucąc.
Comments
Loading comments…