Był sobie raz mąż wielki i potężny, który postanowił ludy uszczęśliwić. Długie lata badał nędze i niedole, długie lata uczył i kształcił, długie lata nad ideą swą pracował. I wreszcie nabył kraje piękne i żyzne, ale puste i zagarnąwszy ze sobą ludy, tam je osiedlił, zabraniając im cośkolwiek zabierać ze starego świata. I przyszło wielkie mnóstwo, jako z nocy w dzienną jasność — i zapanowało w nowym kraju nowe życie. A na majestacie, na wysokim krużganku świętym, zasiadł mąż triumfator i patrzał z dumą na swe państwo i na wyzwolone ludy. I widział wokoło dobrobyt i sytość, postęp, wykształcenie; i owa ziemia nowa — nowym rajem była. I mówił w przeświadczeniu swej mocy: — Błądzili wszyscy — jam nie błądził. Kłamali wszyscy — jam jest prawdą. Aż dnia pewnego ujrzał wrzenie wśród swego ludu, ruch, krzyki, tłumy miotające się wściekle — i oto z tego mrowia wzburzonego, przerażonego, zdjętego wielkim gniewem, utworzyła się gromada, popychająca przed sobą ludzi troje, których wiedli ku niemu — a dłonie mieli pełne kamieni i urąganie na ustach. Napełnili krużganek i, wepchnąwszy złoczyńców przed majestat jego, poczęli ich oskarżać. — Oto panie, pojmaliśmy ich, wiarołomnych zdrajców. Każde z nich przyniosło coś z tego przeklętego świata, skąd nas wyzwoliłeś. Pozwól byśmy je ukamienowali. Mocarz spojrzał ku winowajcom. Był starzec, niewiasta, równa mu wiekiem, i pacholę. Starzec wytartą książczynę trzymał na piersi, niewiasta kołowrotek z garścią szarego lnu osłaniała przed zawziętością tłumu, pacholę wystraszone, poturbowane, bo mu krew ciekła po policzku, przyciskało pod pachą skrzypce, na których mu już struny pozrywano. — Coście za jedni? Pocoście się tu wkradli? — spytał władca starego. Ale nim ten usta otworzył, uprzedziła go kobieta, najśmielsza, najrozmowniejsza. Nie wiadomo w co ufała, bo nie była zalękła ni wrzaskiem tłumu, ni kamieniami. Patrzała dość zuchwale na prześladowców, a na władcę nawet dość lekceważąco. — Ja jestem sobie baba, — mam sto lat — może więcej, nie pamiętam, ale starszej u was niema, na to przysięgnę — i was wszystkich jeszcze przeżyję — oho — i dzieci wasze też. Mnie zowią Bajką. — Gadka, Bajda — różnie — jak pod humor ludziskom. Umiem też prząść i porządku na wieczornicach pilnować, — wołają mnie do chorych — dzieciska mi zostawiają bawić — ot, wiadomo jak co komu potrzeba. Tenci chłopak, mój wnuczek, jest — popsuli mu skrzypce — dobrze mu tak — on ci mnie tu do was namówił, do takich ludojadów, zbójników a tchórzów, co się starej baby boją! Aha, aha, nie wydziwiajcie no! — tu się wzięła pod boki i śmiała się szyderczo. — Boicie się, boicie. Ja wiem czego, mądrale! Ja się waszych kamieni nie lękam i w oczy gadam. Żeście mnie starą zelżyli, spostponowali — zbałamucę wam dzieci — porzucą was dla baby! Ot co! I zuchwale urągała tłuszczy. — Ukamienować ją! Ukamienować! — zawrzało. Ale mocarzowi wydała się tak nędzną, tak starą, że nawet gniewu nie odczuł. — Ukamieniować? — rzekł. — Kogo? Tę starą! Zali nie szkoda waszych rąk i tych kamieni. To drzewo, co trzyma, połamać i spalić, bo to wstyd wobec naszych maszyn, a ją samą, precz wygnać — het na tę górę skalistą, z której ni rolnik, ni fabrykant nie ma żadnego użytku. Tam zmarnieje i zginie! Rzucili się ku babie. Ona się wciąż szyderczo uśmiechała — połamali jej kołowrotek i w mig go spalili, ale, gdy ją wypchnąć chcieli, uparła się i nie dała ruszyć z miejsca, wołając: — Chłopca mi oddajcie. Bez niego nie pójdę! Moja krew jest, nie dam go wam na poniewierkę! Chłopca puszczajcie! Tedy mocarz ku chłopcu oczy zwrócił, a ten łuną się oblał i stał uśmiechając się. — A ty kto? Pocoś to drewno przyniósł? Szukasz posady w orkiestrze? — Ja panie grajek jestem i śpiewać też umiem. — Cóż umiesz grać? — Umiem wszystko, panie. Wiosnę gram i lato, i jako dziewczyna po lubym płacze, i jako drzewa szumią, i jako w obcej stronie kozak ginie samotny. — A gdzieś ty widział, by to prawda była? — Ja nie wiem panie, czy to prawda, ale ludzie mi byli radzi w tamtym kraju! — A umiesz śpiewać opery? Tenor jesteś czy baryton? — Umiem śpiewać kolendy, panie. A zowią mnie skowronek. — Oszuście! więc śmiesz mi wnosić brednie i fałsze. Jakżeś śmiał granicę moją przestąpić! — Albo ja wiem panie, co wasza granica. Szli ludzie mówiąc, że idą do światła, ja z nimi, że idą do swobody, — ja z nimi, do równości — ja z nimi. Myślałem, że będą przecie smutni, którzy mnie zawołają, i weseli, co mnie ugoszczą — i bohaterowie, którym pieśni trzeba ułożyć, i kochania, którym trzeba zawtórować, i tęsknota za starym światem, której trzeba ulżyć! I takem przyszedł z babką! Mocarz się oburzył, a tłum wył, szydził, przedrzeźniał go. Zanim rozkaz wydano, już się sypnęły kamienie i urągowiska. — Naści za kolendy! Naści za żale tutaj! Naści za tęsknotę po złem! Naści za twoje bohatery! Chłopak się rękami osłaniał, ale lęku nie okazywał. Owszem żywa krew w nim zawrzała i zawołał: — Tedy bijcie i zabijcie. A ja was przeklinam, żebyście sami po mnie kiedy płakali — jak zaniemieję! I byliby go zakamienowali, — ale wtem tłum się rozdwoił, i poczęły niewiasty hamować mężów, wydzierać im kamienie, wołać do władcy: — Puśćcie go z życiem, panie. Zali takie marne pacholę wrogiem i niebezpieczeństwem nam może być! Niech idzie precz od nas — ale krwi jego młodej żal — niech nie płynie! — Idź precz i niech cię nasze oczy nie widzą, a jeżeli się ośmielisz do nas zbliżyć — śmierć cię czeka. Pacholę popatrzało na skrzypki swe rozbite, zepsute, westchnęło po nich i skinęło na babkę, by szła. Ale ona jeszcze czekała, poglądając na starca, ku któremu teraz zwrócił się monarcha. — Ty ktoś jest! Na książce tej czy jest moja pieczęć? — Jam jest sługa Boży. — Niema Boga. — Ta książka jest Jego słowo. — Spalić ją, obałamucała nas wieki! Wydarto książkę starcowi, rzucono ją w ogień. — Więc przyszedłeś tu znowu ludzi oszukiwać i mamić? — Powiedziano mi, że czcisz prawdę, szedłem śmiało do ciebie. Poddani twoi śmiertelni są. Będą mnie potrzebować, jedni wcześniej, drudzy później! Przyszedłem im służyć! — Pewny jesteś bardzo! — Bom był twoim poddanym kiedyś — i wiem jak gorzko bywa im niekiedy! — Klecha jesteś! Urągasz mi! Wierzysz, że ktoś z pod mojej władzy może do Ciebie się zwrócić! Żebym cię kazał spalić z twoją książką razem — powiedzieliby tam — w tym przeklętym starym świecie, że się jeszcze ciebie boję! Ale ja drwię z ciebie i tyle dbam co o proch pod stopami — i tyle wierzę, co w baśnie nianiek. Ale jeżeliś taki bezinteresowny — to idźże w te skały — i tam się módl i pość, jak ci głód dopiecze i samotność się sprzykrzy — przyjdź i hołd mi złóż. Dam ci wtedy jeść! Precz! — Precz, precz, precz! — zawyli teraz wszyscy i pognali przed sobą troje wygnańców, ciskając za nimi drwiny i obelgi, kamienie i śmieci! Wygnali ich za grody i domy, za pola i łąki, aż w góry, kędy był tylko głaz i las — potok i śnieg, i kędy tylko dzikie kozy się pasły i orłowie się gnieździli! I po tym sądzie zapanował znowu spokój w państwie wielkiego mocarza, i o trojgu wygnańcach i pamięć zaginęła. Do majestatu przychodzili często ludzie ze sprawami i sporami. Przychodzili się skarżyć, a on ich godził, przychodzili się radzić, a on im mózg rozjaśniał, przychodzili o pomoc, — a on ich wzmacniał. A na wszelkie pytanie miał odpowiedź. I było dobrze w tym kraju. A panowało tam prawo, że miast podatków składali poddani władcy co rok daninę mądrości. Kto wynalazek nowy, kto maszynę, kto nauki, kto postęp — a kogo nie stać było na tyle, sami najmniejsi — składali egzamin z czytania i pisania, i rachunku. Chodzili tacy poborcy, co ową daninę zbierali — spisywali — i odnosili władcy. Otóż zdarzyło się, że owi chodząc od domu do domu po wszystkich drogach i ścieżynach — znaleźli onych wygnańców. Żyli sobie we troje i już się nawet zagospodarowali. Babina miała znowu kołowrotek, który jej chłopiec kozikiem niezgrabnie wystrugał, i na malutkich zagonkach chowała len modro kwitnący. Chłopak z drewna skrzypki sobie nowe sprawił i, ku niebu patrzący, coś na nich wygrywał. A starzec jaskineńkę sobie wynalazł u źródełka, i siadywał na głazie, karmiąc gołębie, i spoglądając ku dolinie, czy go kto nie woła. Zdumieli poborcy, jak taka nędza jest żywotna, i spytali baby: — Wiesz ty, ile czyni siedem razy dziewięć? A ona na to: — A wiesz ty, jaki królewicz przemienił się w makowe ziarno? — Milcz, bo cię wsadzimy w ciemnicę! — Owa — z ciemnicy wyprowadzi pająk! Odwrócili się od niej z pogardą i napadli na chłopca. — A ty, muzykusie — wiesz co to jest kontrapunkt? — Nie słyszałem takiej pieśni! — Pójdziesz i ty do ciemnicy. A ty stary umiesz pisać? — Umiem. — Naści kartę — napisz co wiesz o mądrości. Wziął starzec pióro i napisał bez namysłu: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebieskie.“ Tedy cisnęli mu kartę w oczy, jako bluźnierstwo i obrazę ich władcy, i pognali ich do ciemnicy. Ale, jako z oburzenia byli zapamiętali, nie dopatrzyli, że baba pod połą schowała kołowrotek i sporą kądziel lnu, chłopak uniósł w zanadrzu skrzypki, a starzec — pęk białych lilij, które u źródełka rosły. Ciemnica była w ogrodzie monarchy, na placu kędy wszyscy chodzili, by każdy mógł z przestępcy szydzić, albo kto chciał, by go oświecał i uczył. Wsadzono ich troje na sam spód wieży, jako najgorszych głupców, i okienko od ich lochu ledwie nad ziemią się wytykało — i jako bywa z nędzarzami nawet o nich zapomniano. Pod tem okienkiem snuło się dużo ludzi. Wracali tamtędy ci co do władcy chodzili na posłuchanie, szli tamtędy młodzi do pracy, i dzieci ze szkoły. Zdarzyło się raz, że dzieciaki posłyszały łoskot kołowrotka; jako myszki ciekawe nuż zaglądać przez kratę. A baba jak ich ujrzała, że to przepadała za dziećmi, dała im garść orzechów, i zaczęła im coś prawić po swojemu. A dzieci przykucnęły i słuchają. Ledwie ich stamtąd pedagog przegnał. Ale stało się, że już wiedziały, kto to taki siedzi za kratą, a że nie dosłuchały baby do końca, więc ich paliło wykraść się i dosłuchać. I znowu się zdarzyło, że szedł tamtędy chłopak smutny, bo jego dziewczynę władca komu innemu przeznaczył, i nie było dla nich jednej drogi w owym kraju. Chłopak prawa słuchał, ale pod żebrami go bolało i paliło, jako w ciężkiej niemocy. Szedł i dumał, i oto stanął. Z ciemnicy jego ból śpiewał, jego myśli słowa brały, błagające, a gorące! Słuchał i słuchał, i uczył się owego gadania, i jakby pozdrowiał — odszedł pełen mocy. I znowu się zdarzyło, że szło u okienka dwóch starców, ku ziemi już patrzących. Zastanowiło ich coś. — Jak tu coś pachnie! — rzekł jeden. A drugi szepnął nieśmiało: — Liije białe — z tamtych stron. I pomyśleli jedno, ale się jeden drugiego wstydził, — i minęli okienko — umilkłszy. Ale gdy nocka zapadła, pokryjomu, jako złodziej, przyszedł jeden do okienka, i rzekł twarz kryjąc; — Starcze. Daj mi swój kwiat. Straszno przede mną! Starzec podał mu lilję i odparł: — Niech ci straszno nie będzie. Do jasności wrócisz. Idź w pokoju! I odszedł, ów kwiat schowawszy w zanadrze! Aż przecie przypomnieli sobie poborcy o wygnańcach. Przyśli je egzaminować, ale znaleźli jeszcze głupsze. Baba zapytana, ile czyni dwa razy dziesięć — spytała nawzajem, czy byli na szklannej górze — chłopak na pytanie, co jest wiolin i bas, wytrzeszczył przerażone oczy, a starzec coś mruczał, i wcale nie chciał odpowiedzieć, ile rodzeństwa miał Chrystus. Zdali z tego sprawę poborcy monarsze, a ten kazał ich wygnać z grodu — het — znowu w góry. Ale gdy wyszli i skierowali się ku bramom nie gnała ich tłuszcza. Ten i ów spojrzał pogardliwie, ale po kamień nie sięgnął, wielu nawet oczu nie podniosło, a reszta spoglądała ciekawie, kędy też się udadzą. Spotkali gromadkę dzieci, i te za nimi kęs pobiegły, ale nie przedrzeźniały, ani się śmiały. Tylko dały babce kukiełki i naprzykrzały się o przegwarkę jakąś, a potem się rozpierzchły na widok pedagoga. Jakiś człek siwowłosy skinął głową starcowi i pić im dał na swoim progu, a gdy wyszli za bramę, spotkali dwoje ludzi młodych — jak szli ku gajom kwitnącym, ramionami spleceni, głowami o siebie wsparci, z rozkoszą w oczach. Młodzieniec, spostrzegłszy grajka, za szyję go objął i ucałował, a dziewczyna rzuciła mu pod stopy więź bzów kwitnących, wonnych i zawołała: — Błogosławiony bądź — za chwilę tę — grajku Skowronku. I tak wrócili na szczyty swego wygnania. A do monarchy szli wciąż poddani po radę, a on na wszystko miał odpowiedź. Ale raz przyszła niewiasta, bólem złamana i chwiejąca, i przypadła do majestatu z jękiem. — Panie, radę mi daj, uspokojenie mi daj. Synam jednego miała, umiłowanego nadewszystko i oto umarł. Jak mi teraz żyć, jak mi teraz żyć! Niema go, i nigdy oczy moje go nie zobaczą. Ratuj mnie przed szaleństwem bólu, panie! A mocarz milczał — bo nie miał odpowiedzi. Niewiasta głowę krwawiła o stopnie tronu jego, lecz ją straże stamtąd wzięły i wyniosły. I leżała u bramy władcy, oniemiała, umierająca z rozpaczy, niewiedząca drogi, kędy iść, nie mająca siły do jęku już nawet. Aż ją podniosła kobieta przechodząca, i poczęła szeptać: — Pójdź za mną. Jest taki, co ci syna wróci. Zaprowadzę cię — tylko sza, by nas straże nie słyszały, bo nie puszczą! I tej kobiety nie ujrzał już więcej monarcha przed obliczem swojem — ani jej jęku nie usłyszał. A w jakiś czas potem przyszedł do niego starzec, jakby gorączką strawiony, o wzroku pełnym grozy — i rzekł przerażonym szeptem: — Panie! w młodości mojej zgorszyłem człowieka. Do występku go dowiodłem, potem do rozpaczy — potem do śmierci. I oto truciznę mam w sobie, ognie, męki. Widzę go i słyszę bezustannie. Ratuj mnie! — Chory jesteś. Kto umarł, ten nie wstanie. Lecz się! — Niema choroby we mnie. Wierzę, w co mówisz. Nie boję się jego zemsty, ale zdejm ze mnie ten lęk bezustanny. — Nie mogę pomóc obłąkanym. — Ja nie obłąkany, panie, jam nieszczęśliwy w duszy! Ale monarcha umilkł i z pogardą od niego się odwrócił. A człowiek odszedł zgnębiony i błądził po ulicach, nie mogąc w domu wytrzymać. I zaszedł przed dom znajomego, i zastał go jako z wiadrem wody szedł do ogrodu. Pozdrowili się i ten zgnębiony rzecze: — Bracie, tyś przecie zabił człowieka, a pogodne masz lice. Zali cię ten zabity nie dręczy? — Już nie! — Gdzieżeś poratowanie znalazł? — Gdzie? Pamiętasz owego wieczora, cośmy pod ciemnicy oknem byli? — szeptał tamten. I zamilkli, a ten przymknął nieco furtkę ogrodu i pokazał mu grządeczkę, na której białe lilje rosły, a potem ręką ku górom wskazał i odetchnął jako człowiek, co odpoczywa! A owego zgnębionego już więcej nie ujrzał władca przed swym majestatem. W państwie coraz lepiej się działo, tak myślał monarcha, bo coraz mniej nachodzili go poddani o ratunek i radę. Wykształcił ich, przejęli się jego nauką — był bardzo dumny — i spoglądając zgóry na swój kraj kwitnący, czuł się bóstwu równy. I rzekł raz do najwyższego sługi swego, bardzo uczonego doktora: — Jeśli ty równie mało masz chorych — jak ja skarżących, zaiste uczyniliśmy szczęście ludzkości. Ale uczony doktór głową potrząsnął i odparł posępnie: — Tak — i mnie brakuje chorych, ale choroby nie ustały, tobie braknie skarżących — ale nie skarg. — Nie rozumiem ciebie? — Moi chorzy idą do źródeł cudownych — zbierają jakieś zioła, każą się oszustom magnetyzować i okadzać — a twoi skarżący i cierpiący — idą tam w góry! — Poco? — Do tych trojga — coś tam wygnał. — Jakto? Ta nędza jeszcze nie zginęła? — Spójrz tam — na tę ścieżkę. Zali zamrą głodem tacy, którzy mają tylu wyznawców! Mocarz oczy dłonią okrył od słońca, które z za gór tych biło, i ujrzał na ścieżce wielką moc ludzi, drapiących się mozolnie ku szczytom. I umilkł, jakby tknięty razem bolącym i oczy zupełnie zasłonił. A potem się porwał, wielkim gniewem zdjęty. — Na śmierć je dać — morderce ludu mojego! Zawołał straże i posłał je w góry z wyrokiem. Czekał godziny, czekał i dnie — straże nie przynosiły mu głów straconych, jak był rozkazał. Rajcy jego siedzieli wokoło posępni, jakby znudzeni i senni, w pałacu jakby pustką wiało. — Idźcie — zawołajcie lud mój do mnie! — rozkazał. Poszli, nie kwapiąc się od domu do domu, kołacząc we drzwi, wzywając na mowę do pana. Ludzie słuchali jednem uchem wezwania i odpowiadali lekceważąco: — Niech zaczeka — stary — mam robotę. Żadnej nie mam sprawy z nim! Może sąsiad pójdzie. Syna wyprawię. — Niech no ojciec wróci — to może on pójdzie! Ale się żaden nie kwapił. Zamiast poddanych zebrali się urzędnicy, i ci zapełnili stopnie majestatu, ale nie czekali mowy, a poczęli skargi i raporty. Dzieci umykały często ze szkoły, poborcy natrafiali na opór i drwiny, straż przejmowała kłamliwe pisma, młodzież wygwizdywała profesorów, kobiety głośno dopominały się domów modlitwy, starcy zamiast pomocy władzy, ułatwiali swoim rodzinom pielgrzymki w góry. Państwo było zachwiane od fundamentu do szczytów. Władca zawrzał bezmiernym gniewem, i począł ich chłostać biczem i lżyć: — Zdrajcy! Tchórze! Gdzie bronie wasze, gdzie moc, którą wam dałem. Precz mi stąd! Do dzieła — i nie pokazujcie się, aż lud cały przyprowadzicie mi na kolanach, do stóp moich. Inaczej biada wam! Przerażeni urzędnicy się rozpierzchli. Władca pozostał sam i poczuł gorycz w sercu, ogień we wnętrznościach i jakiś niepojęty lęk. Dzień się miał ku schyłkowi, ale nikt do niego nie przybywał służbę pełnić, i nie wracali ni rajce, ni stróże, ni urzędnicy. Tedy odwrócił oczy za słońcem i widział jak zachodząc złociło szczyty, z za których nazajutrz o świcie miało wystąpić promienne. Wokoło jego majestatu kładły się cienie nocy i chłód go ogarniał. Tedy go zdjęła zgroza śmiertelna i strach, zali ujrzy poranek, i co mu jutro przyniesie. Wielkim głosem zawołał uczonego doktora, najwierniejszego z rajców. Po pustym pałacu echem poszło wołanie i nikt na nie odpowiedział. U doktora w domu dogorywała małżonka ukochana, i on poszedł w góry do starca wygnańca po lilje białe, co u źródełka rosły.
Comments
Loading comments…