VII
Była znowu wczesna wiosna. Rozpoczęły się roboty w polu, pęczniały pąki na drzewach, wracały ptaki z wyrajów, ludzie ruszali się raźniej. W Zbylczycach ucichły maszyny w fabryce, pracowano przy remoncie. W domu był tylko Jaworski. Pani Taubertowa z córką do Nowego Roku bawiły za granicą — prezes w Warszawie — nawet Ignac nie odwiedzał szwagra. Ten pracował jak zwykle, jak co rok, z sumiennością maszyny i z maszynowym spokojem. Po nieszczęśliwym wypadku z Wojdakiem, który przechodząc zimą przez plant kolejowy, pośliznął się, upadł, i został zmiażdżony przez przelatujący pociąg kuryerski — nowy chemik objął posadę — nowy dyrektor zastąpić miał od lipca Zarembę — nowy był magazynier i zmianowy. Miał tedy Jaworski sporo zajęcia z tego powodu — i dotąd nie mógł na wypoczynek wyjechać, ani często odwiedzać sąsiadów. Dnie spędzał w biurze — wieczory w pustym domu. Z resztą innych lat było prawie tak samo. I tak samo jak zwykle pewnej nocy lampa oświetlała gabinet, i przy biurze Jaworski pisał. List to był. — »Bracie — gdy to czytać będziecie — pójdźcie do krynicy — gdzieście mnie zeszłej wiosny uczyli Mądrości i Prawa — i wysłuchajcie mnie raz ostatni. W tem życiu już się nie spotkamy. Nie jestem już tak bezrozumny, bym zabijał ciało myśląc, że duszę zabiję. Ale też nie mogę dalej tak żyjąc — jej mordować, ani jestem w stanie w stosunkach i warunkach dotychczasowych czekać kresu. Cuchnę sobie — jak trup, duszę się w męce, jestem w szponach zmory — jak potępieniec. Co zmyje ze mnie krew człowieczą, którą jestem obryzgany — jak zbrodniarz, co mnie obroni przed głosem oskarżyciela, który mi mówi: chciałeś w życiu tylko sławy, tylko użycia, tylko zbytku — tylko złota i władzy. Kłamałeś szlachetność, uczciwość, miłość, przyjaźń — sam zdrajca, wiarołomca, złodziej — uczyniłeś sąd, wydałeś wyrok nad żoną — zabiłeś człowieka, który ośmielił się ją pokochać, gdyś ty ją lekceważył i opuścił. Teraz, tak idąc, tak żyjąc — jestem bez mocy, by winy naprawić. Nie wrócę zmarłemu życia, nie śmiem spojrzeć na żonę — nie mam przyjaciela — cięży mi jak kamień — pieniądz. Muszę wszystkiego odejść, wszystkiego się wyzbyć, nie istnieć tutaj — nawet was nie mieć. Już interesa swe uregulowałem, już się wyzwoliłem z wahania i bojaźni, już czuję, że kędy idę — dobrze idę. Zachowajcie me miejsce wśród was — niech waszą moc czuję duchem — na ciężką idę pokutę — na drogę, z której wrócić nie będę mógł — coby się nie stało — cobym nie znosił. Większą część funduszu przepisałem na ciebie, bracie — niech wróci do ojcowizny i idei, której stróżujesz — reszty niech Atma użyje na jaką sprawę dobrą — ja z sobą biorę tylko waszą naukę — swoją shańbioną duszę — i swą wolę i postanowienie, by choć u kresu jedno z Wami być, i odnaleźć was z tamtej strony. Wiem, że nie zmartwi, a ucieszy Was ta ostatnia tutaj wieść o mnie, bo gdy to piszę, schodzi na mnie i od wielu czasów raz pierwszy — jakby otucha i nadzieja — i moc w mej słabości. Żegnajcie i bądźcie błogosławieni«. Podpisał — i zamknął list w kopertę — a potem począł ostatecznie porządkować w biurze. Palił jedne papiery, składał inne, przechodząc po kolei szuflady — długo w noc paliła się lampa w gabinecie. Zwykłym trybem zeszedł dzień następny — wieczorem Jaworski kazał przygotować konie na nocny pociąg — i sam upakował swe rzeczy do ręcznego kuferka. Zapowiedział, że wyjeżdża na dni parę do Warszawy w interesach fabrycznych, i rzeczywiście z teściem mówił tylko o sprawach pieniężnych. Taubert zagadnął go, czy prawdą jest, że sprzedał kilka swych akcyi cukrowni. — Istotnie, sprzedałem. Potrzebuję gotówki. — Masz na widoku jaki interes? — ciekawie jął badać stary. — Może być. Dziś wieczorem jadę do Petersburga. — Słuchajno. Jeśli to z intendenturą — przyjmij mnie do spółki. — Za powrotem odpowiem. — Tak, tak. Znam ciebie. Nie lubisz zbytniej szczerości, i masz racyę. Jedź — a pamiętaj o mnie! Rozpromieniał Taubert, i oddawna nie był dla zięcia tak serdeczny. Rozmawiali swobodnie do późnego wieczoru, wreszcie Jaworski na zegar spojrzał — i wstał. — Co ty masz za zegarek obskurny? — rzekł Taubert. — Oddałem swój do reperacyi. Pożegnali się i Jaworski ruszył na kolej. Po drodze zatrzymał się w jakiejś obskurnej golarni, kazał ogolić zarost, ostrzydz włosy przy skórze, i przystrzydz wąsy. Na dworcu nacisnął kapelusz na oczy, podniósł kołnierz paltota, sam kupił bilet, i bez pomocupomocy tragarza zajął miejsce w przedziale pierwszej klasy, gdzie na drugiej kanapie już wyciągnął się do snu, nieznajomy wojskowy. Była noc chmurna, — deszcz mżył — pociąg ruszył. Po ostemplowaniu biletów Jaworski się też położył, i zdawał się spać. Gdy upewniło go zupełnie chrapanie towarzysza, podniósł się, przyciemnił zupełnie światło — rozpakował kuferek. Wydobył zeń niewielki pakiet, owinięty w ciemną bawełnianą chustkę, i wytarty, stary pugilares. Ze swego pugilaresu włożył weń sto rubli, a swoje papiery przełożył do kuferka. Potem zdjął swe cienkie, eleganckie obuwie — jakby do snu, i naciągnął wydobyte z pakietu dobrze już znoszone buty z cholewami — wreszcie i kapelusz swój założył za siatką, a nacisnął na głowę wytarty, rudy filc. I wtedy — w kąt wtulony czekał. Gdy sygnał parowozu oznajmił zbliżenie stacyi — wyszedł na korytarz — i wyskoczył na plant — w stronę przeciwną platformie. Miał w ręku zawiniątko w chustce — wokoło była ciemność — stacyjka malutka, o sto kroków w bok czerniały jakieś zarośla. Jaworski potknął się parę razy na szynach — wyminął jakiś budynek i znalazł się pod osłoną wielkich drzew. Żywej duszy nie było nigdzie z tej strony — rozległ się dzwonek, gwizd — pociąg ruszył. Trochę ludzi rozpełzło się z platformy, paru stróżów przeszło, migając latarkami — i zapanowała martwa cisza. Wtedy Jaworski poszedł ku owym zaroślom. Był to borek sosnowy, podszyty jałowcem. Pod tą osłoną Jaworski się przebrał w kolorową bawełnianą koszulę bez kołnierza, w marynarkę mocno znoszoną i brudną, i takież spodnie. Pugilares wsunął za koszulę — na piersi, a swoją odzież zawiązał w chustkę, i rozejrzawszy się w ciemności, przejęty chłodem i wilgocią — poszedł, szukając drogi. Wiedział mniej więcej godzinę i nazwę stacyi — wiedział, w jakiej jest okolicy, — więcej nic. Po niedługiem błądzeniu znalazł szlak jezdny, mocno wyboisty — i puścił się nim — od plantu w głąb kraju. Zawadzał mu węzełek szmat — więc gdy trafił na groblę i ujrzał wodę w rowie, obciążył pakiet ziemią — i zatopił przy krzaku łozy. Teraz nie miał już nic — i był nikim. Deszcz nie przestawał padać, i po jakimś czasie licha jego odzież przemokła na wylot — czuł wilgoć na ciele — przyspieszył kroku. Gdzieś przed nim kogut zapiał, zaszczekał pies — zbliżał się do ludzkich siedzib. Jakoż, gdy się z lasu wydostał, ujrzał czarne kontury chat — płoty — parę wielkich krzyżów przydrożnych — i znalazł się w ulicy wioskowej. Chaty jeszcze spały, ale świeciło się w domostwie większem — widocznie dawnej karczmie. Zatrzymał się — i zajrzał przez brudną szybę. Ujrzał wielką izbę, oświetloną nędzną lampką na rogu stołu, przy którym siedziało, drzemiąc, dwóch żydów — a jeden coś pisał kredą po stole. Na podłodze izby — pokotem — jeden obok drugiego, spało kilkunastu chłopów. Chrapanie ich i świszczące oddechy słychać było aż na ulicy — spali jak drewno, w odzieży, z której parowała wilgoć. Jaworski się wzdrygnął z wstrętem, gdy drzwi otworzył — i próg przestąpił. Nikt się nie poruszył, więc odezwał się w stronę piszącego żyda: — Można tu dostać nocleg na sianie? — Ja nie tutejszy! — odparł żyd. Gospodarze— Gospodarze śpią w alkierzu. A wy kto? — Robotnik z Białegostoku. Jaka to wieś? — Horby. — A te ludzie? Tutejsze? — To moje flisaki z Wołynia. Wracają do domu. — Prowadzicie drzewo — wodą? — Aha. Rzeka tu o krok. Może się najmiecie na dwa tygodnie. Płacę cztery ruble i charcz! Jaworski nic nie odparł. Usiadł na ławie przy oknie, w którem brakło szyby — zapalił papierosa. Miał dziwne wrażenie — nie czuł siebie. Mózg jego i nerwy przemęczone nad miarę ostatnimi czasy, zda się, odmówiły czynu — zmartwiały — po czynie. Nic nie myślał — nie czuł — tylko jakiś nieokreślony, bezbrzeżny spokój — jakby dalej nic czynić nie miał, jakby spełnił jakąś konieczność, skończył jakieś zadanie, i na coś czekał, co już od niego nie zależało. Nie spał, ale i jawy nie czuł — oczy miał otwarte, ale nic nie widział — nie dusił go zaduch izby — nie słyszał chrapania i stękań śpiących — widział jedno — że wybrnął z męki. Żyd ostatni zasnął, lampka dogasała, kopcąc — za oknem czynił się brzask — gdy na drodze rozległ się tętent konia, stukanie w szybę i głos gromki: — Meir, Meir! Żydzi zerwali się — poruszyło się paru chłopów, a głos wołał dalej: — Wiecie nowinę? Most pod kuryerem się zawalił. Jaworski się zerwał. — Most! Jakto? Dziś? A pociąg? — Dziś w nocy. Pociąg w rzece — po ludzi jadę. Tętent się oddalił. W izbie zawrzało. Zerwali się chłopi, z alkierza ukazała się cała rodzina gospodarza. Jaworski wyszedł na ulicę wioskową. Już i tam ruch się czynił, konny budził — wołał, chłopi już powtarzali jeden drugiemu nowinę. Nie upłynęło pół godziny, już gromada młodych parobczaków zebrała się i ruszyła kłusem przez pola. Jaworski ruszył też za nimi, napędzili go inni, znalazł się w kompanii i biegł razem. Minęli na przełaj pola, przebrnęli grzązką olszynę — wydostali się na garb piaszczysty, którym plant kolei biegł. Za tym garbem były łąki przerżnięte wysokim nasypem, a potem była rzeka i most. Most był jeszcze wczoraj — teraz sterczały przyczółki z obu stron — w środku przepaść, a na jej dnie czarna toń wodna, tak spokojna — jakby nic nie zniszczyła, nic nie pochłonęła. Na przyczółku stały dwa wagony — reszta pociągu z całem wiązaniem mostu leżała na dnie. Gromada ludzi czerniała przy wagonach — na przeciwnym brzegu poczynało się także mrowić. Świst parowozu spędził z plantu biegnących — minął ich — był tylko jeden wagon — inżynierski. Wśród zgiełku, zamętu, natłoku wciąż przybywających ludzi, rozkazów, wrzasku, Jaworski jeden nie okazywał ani ciekawości, ani grozy. Przekonał się, że nie był w żadnym z pozostałych wagonów — stanął nad rzeką — patrzał w nurty. Zrozumiał, że los przyjął jego zamiar — że mu przeznaczone było tak żyć — jak postanowił — że to, w czem był dotąd — leżało na dnie — że Adam Jaworski umarł — skończył! A wtem go ktoś potrącił. — Ty czego tu! — krzyknął człek w kolejowej czapce. — Robić przyszedłem. — Siadaj na drezynę i machaj! Masz tu depeszę — oddaj naczelnikowi. Przywieziesz majstrów. Ty siadaj z nim! — krzyknął na dróżnika. Ruszyli, we dwóch pchając wagonik. — Ot, chryja będzie! — rzekł dróżnik. — A ja, jakbym przeczuwał. Mówiłem wczoraj Morasowi, co w budce przy moście siedzi. Woda raptem ruszyła — żeby mostu nie zniosło. Ot, i jest. Moras przepadł. Wygonią go z wilczym biletem. — Duży był pociąg? — Nie. Wiadomo, kuryer. — He zginęło ludzi — niewiadomo. — Sztuk ze dwadzieścia. Bo w tych dwóch wagonach trochę zostało. Konduktor też jeden w ostatnim wagonie był. — Az tamtych nikt się nie uratował? — Skąd! I Jezu! pewnie nie miał czasu żaden krzyknąć. Toć noc. Bogate państwo spali wygodnie. — Będą wydobywać z rzeki? — Juści. Roboty będzie huk — pieniędzy szmat ludzie zarobią. Wy, kto? — Z Białegostoku idę — roboty szukam. — Byle kogo drogowy nie weźmie. Rekomendacyę trzeba mieć — znajomość. — Rozumie się. Dziesięć rubli dam za rekomendacyę. — A co umiecie robić? — Monterem przy fabrykach bywałem — na maszynach się znam. — Papiery macie. Jak nazwisko? — Karliński. Papiery mam. — Drogowy też zechce wkupu. Teraz warto dać i dobrze — bo w takiej robocie dobrze płacą — nie patrzą na rubla. — Dam z chęcią. — No, to ja was wieczorem zaprowadzę do zapisu. — Jak przyjmą — zapłacę wam z podziękowaniem. — I wypijem parę szkieł. — Zafunduję i wódkę! — No, to widzę, że rozum masz. Do stacyi było kilka wiorst. Gdy przybyli, Jaworski nie czuł ramion z wysiłku, ale zaciął tylko zęby i wolę — i po krótkim odpoczynku parł już sam wagonik z powrotem. Dróżnik został, a na drezynę siadło trzech cieśli kacapów. — Nu, brat — kataj! — rozkazali mu, i rozwalili się bezczynnie. Jaworski pracował zajadle, drezyna warczała w pędzie. Jeden z kacapów popatrzał na niego. — Ty, brat, robisz, jak jaki inżynier. Jak ty tak będziesz robić, to ty za tydzień nie chleb, ale piasek żreć będziesz. Ot — ty tak — rób po mużycku. Wyciągnął swe olbrzymie łapy, wyprężył ramiona niedźwiedzie — i bez wysiłku, jakby się bawił — pędził wagonik. Jaworski otarł pot i odetchnął. — Ty pewnie w traktierze służył! — zaśmiał się drugi cieśla. — I tam darmo chleba nie dadzą. — A gdzie darmo karmią, ty nie był? — Nie trafiło się! — odparł. Zaśmiali się grubo kacapy, i zaczęli mu pomagać pół żartem. Jechali radzi, czując dobry zarobek. Katastrofa, ofiary, nie obchodziły ich nic — nawet nie mówili o tem. Gdy przybyli na miejsce — zabrali narzędzia i poszli do komenderującego inżyniera i po chwili już zaczęli robotę około tymczasowego pontonu, który miał umożliwić komunikacyę z przeciwnym brzegiem. Chłopi już sypali prowizoryczny nasyp ku rzece, w bok. Łodzi, tratew, było już pełno — klecono szałasy, palono ognie — wszędzie wrzała robota. Jaworski oddał inżynierowi przywiezione ze stacyi papiery i usiadł na skraju nasypu — aby czekać na dróżnika. Ale po chwili z dołu od wybrzeża rozległo się wołanie kacapa cieśli: — E — ty — traktiernik — białoręki — podaj ćwieki z drezyny! Usłuchał. Cieśla odbił skrzynkę i rzekł: — Nu — topora nie masz? — Nie. — To stań z Miszką deski rznąć. Żywo! Ani się spostrzegł Jaworski, jak go cieśle wzięli sobie za czwartego. Po godzinie roboty, już bez komendy wiedział, co robić. Majster wymyślający i kułakujący nawet robotników chłopów, jemu nie cisnął ani razu przekleństwa. Ale dłonie miał starte ze skóry, a ramiona mdlejące ze zmęczenia i myślał ze zgrozą, że lada chwila ustanie. A przecie wytrwał do wieczora — ale gdy cieśle zaprzestali roboty, w oczach mu było ciemno, w głowie miał zawrót, i usiadł nad wodą — nie zdolny się poruszyć. — Nu, co ty! — burknął cieśla. — Jeszcze trzeba barak sklecić, powieczerzać — do naczalstwa po wygody iść — po charczę, po wódkę. Ty czego siadł? — Ustałem. Zostanę tutaj. — Aha, talerze w restoranie podawać lżej — zaśmiali się. — Co robić. Przywyknę i do topora. Gdy odeszli, położył się na ziemi, skrwawione ręce, zbolałe ramiona do niej przycisnął i wypoczywał, jak pociągowe zwierzę, bez myśli, ale bez żadnej dusznej troski i męki. Długo tak leżał. Wokoło gwar cichł. Chłopi robotnicy odeszli na noc do domów, na rzece opustoszało, mgłami była pokryta jak płachtą. Z błot i mokradeł wstawały roje komarów i rozlegały się chóry ptaków, raz ciszę przerwał gwizd lokomotywy pociągu roboczego, zastukały siekiery przy barakach, trzask walonego drzewa na ogień, urwana zwrotka artielnej pieśni i wreszcie ozwało się wołanie: — Karliński! Karliński! Jaworski się zerwał. — Jestem! — odpowiedział. — Nu, żywo do zapisu, na drożnego. Poszedł, mozolnie dźwigając się na świeży nasyp. Majster drogowy zajął na biuro budę wypędzonego dróżnika, inżynier, służba kolejowa mieszkała w wagonie. Ruch tam jeszcze był, kręcili się ludzie, rozchodziła się woń potraw, szczękało szkło. Majster, przygotowany przez dróżnika, ledwie spojrzał na paszport — zapisał, zręcznie pięć rubli zgarnął i rzekł: — Własow, cieśla, chce ciebie pod rękę. — Dobrze. Pójdę do nich, tylko narzędzi nie mam. Można kupić? — Można. Ot, Łusicz ci wyda. Wyszli z dróżnikiem. Jaworski dał mu obiecane dziesięć rubli, dostał topór, świder, dłuto i wtedy poczuł okropny głód. Ostatnimi czasy, mało co jadł, a już dobę nie miał nic w ustach. Zrobiło mu się słabo. — A jeść gdzie tu dostać? — spytał. — Żyd już szałas rozbił. Dostaniesz jeść. I wódkę ma! — dodał ciszej. Poszli w bok plantu, do budy, skleconej pół na pół z drzewa i darni. Zastali już tam cieśli nad wódką i kilkunastu robotników z linii. — A co? Odszedł ty? Nu — pij — zawołał Własow, nalewając mu kieliszek. — Zjem co pierwej. Ugoszczę dróżnika. — Nu — ładno. Siadaj przy nas. Zapisali ciebie do nas — tak będzie kompania. Zasiedli przy stole z desek i dostał Jaworski chleba czarnego — śledzia, kiszonych ogórków i wódki. Pili cieśle i dróżnik, on jadł chleb, zrazu z trudem, tak miał zaciśnięte gardło, potem z upodobaniem, z przyjemnością. Wreszcie wypił kieliszek wódki, rozgrzał się, orzeźwiał, zaczął mówić z Miszką o narzędziach, o robocie, o zarobkach i siedzieli tak społem dość długo, zmęczeni, radzi się nie ruszać — bez troski żadnej, pewni jutrzejszej pracy i zapłaty, nie dbali o świat cały i jego sprawy. — Byle zdrowie w ciele i rubel w kieszeni, to morze po kolana! — mówił Miszka. Wreszcie Własow wstał, przeciągnął się. — Nu, dzieci — spać! — zakomenderował. Poszli do baraku. Sklecony był z desek na piasku, wewnątrz nie było nic, tylko ich narzędzia i kożuchy do nakrycia. Rozpalili ognisko od komarów i pokładli się na ziemi. Położył się też Jaworski, pewny, że nie zaśnie z bólu członków i palenia zdartych dłoni. Ale po chwili przestał czuć, cierpieć, niepokoić się, czy jutro zdoła wstać. Zasnął, jak drewno.
Comments
Loading comments…