VI
Widocznie obmyślili z Władkiem sposoby ratowania, co się da, bo począł spieniężać cugowe konie, inwentarz, zboże na pniu. Ale po paru takich tranzakcyach — widocznie żydzi się spłoszyli — zaczęli podejrzewać — i nagle na Zagaje spadła masa drobnych wierzycieli małomiasteczkowych. Pierwsi byli pokorni — ale odprawieni obietnicą zapłaty — po odebraniu spadku — rzucili panikę na innych, którzy stawili się zuchwali, natrętni — grożący. Wtedy pan Feliks wysłał żonę z córką do Warszawy — ze dworu zniknęło stołowe srebro — i najdroższe sprzęty. To było hasłem do otwartej już napaści. Posypały się sprawy sądowe — wyroki — i oto pewnego majowego dnia — zjawił się komornik. Miał prawomocny wyrok dla jakiegoś Kahana — i opisał ruchomości. Wtedy — na widok urzędnika, wkraczającego jako wszechpotężne prawo — do jego domu, pan Feliks wyszedł do sieni — chciał coś mówić, poczerwieniał, zatoczył się — i padł na podłogę. Raził go atak paraliżu. Tomek ze służbą zanieśli go do sypialni — posłano po doktora. Tymczasem w pałacu nakładano pieczęcie, ale pan Feliks już nic nie czuł i nie wiedział. Przybyły Sabiński odratował go na razie — ale rzekł do Tomka. — To pierwszy dzwonek — do pociągu na daleką drogę. Za tydzień mu to minie, ale wywieźcie do Warszawy — bo jeszcze drugie takie wrażenie, a będzie — koniec. Tomek, wbrew swemu zwyczajowi — nie parskał na ojca. Był spokojny. — Chciałbym, żeby tutaj też był prędzej zupełny koniec. — Bądź o to spokojny. Objedzą żydy Zagaje, jak ptaka mrówki — do czystego szkieletu. A ten szkielet zabierze Malecka. — No — bywaj zdrów — wstąpię do Żernik — i przyślę ci tu Władka do pomocy. Ale jeszcze przed Władkiem zjawił się Strażyc. — Co się u was dzieje? — zagadnął, ujrzawszy popłoch w domu. — Ojciec miał atak paraliżu na widok komornika. Opisuje graty za dług Kahana — odparł Tomek. — Dlaczegóż nie płacicie. Przecie odziedziczyliście miliony. Podobno macie trudności z wywindykowaniem spadku, ale czyż ten Kahan oszalał. Ileż się należy — zapłacę. — Sięgał do pugilaresu, ale go Tomek powstrzymał. Był czerwony, to blady, i z trudem zaczął mówić. — Nie — dziękuję panu. Tak musi być. — Jakto? — Jesteśmy zrujnowani — stryj nam nic nie zostawił. Strażyc się żachnął, zmieszał. — No — ale przecie — musicie się jakoś ratować. Czyżby tak ostatecznie źle było? Spojrzał po meblach, po ścianach. — Macie przepyszne mahonie — i agry. To nie może iść na licytacyę. To są antyki, unikaty. — Założył monokl i począł oglądać okiem znawcy i chciwego amatora. — Na licytacyi może pan kupić! — rzekł Tomek z szyderczym uśmiechem. — Nie dopuścimy do sprzedaży. Zaraz jadę do Chojnowskich — obmyślimy sąsiedzką akcyę, by tę gwałtowną sprawę zażegnać. Stara Pułaska coś przebąkiwała tymi czasy, ale tej wściekłej babie nikt nie wierzył. Zaczął się żegnać — i powóz jego minął w bramie Władka, który konno wpadł, prosto od roboty w polu. — Cóż Strażyc? — spytał niespokojnie. — A nic. Pewnie kupi mahonie na licytacyi. — Wiesz, że Kuperman, Łunden i Myłachowicz mają też wyroki? — Jak się te żydy zaczną drzeć teraz o zdobycz. Boć dla wszystkich nie wystarczy! — Jakże ojciec? — Drzemie. Siedzi nad nim stryjowska niemowa. — Matce dałeś znać? — A po co? Sabiński ręczy, że mu to odejdzie — więc za dni parę odwiozę go do Warszawy. — Nie wiesz — ile zdołał zebrać gotówki? — Parę tysięcy. Ale ja z tego wezmę — ile się należy — i opłacę służbę. Odprawię całą tę nieużyteczną czeredę domową i ogrodową — no, i wrócę tu — by dosiedzieć do końca. — Trzeba ci być u Maleckiej i rozmówić się. Jeśli chce zostać przy Zagajach — może dopłaci — i nie przyjdzie do publicznej sprzedaży. Ojciec miał to zrobić. — Możebyś ty to załatwił, bo wiesz, że ja nie mam zdolności do tych rzeczy. Skończy się rozmowa, że babę wykpam — i tyle. — Przedewszystkiem trzeba od ojca dostać plenipotencyę do działania. Chodźmy do niego. W półciemnej sypialni pan Feliks leżał nieruchomy — z zamkniętemi oczami. Niemowa siedziała przy nim. Przywieźli ją z Paryża i od pierwszego dnia wzięła się do roboty, jakby całe życie tu była. Umiała wynaleźć sobie zajęcie, stać się wszędzie użyteczną i gdy pan Feliks padł, rażony atakiem — stanęła do ratunku pierwsza, spokojnie, rozważnie i sprawnie. Surowa jej, zastygła w wielki spokój twarz nie zdradzała żadnego wrażenia. Gdy synowie weszli i zbliżyli się do chorego, usunęła się nieco — usiadła w oknie — i wzięła się do roboty koronek, które tworzyła bajecznie pięknie i wprawnie. Pan Feliks otworzył jedno oko — drugie było bez ruchu — i spojrzał na synów przez łzy. — Nie wzywajcie jeszcze matki! — rzekł z trudem. Sabiński mówił, że mi to odejdzie. Czy ten już odjechał? — Już. To się załatwi. Niech ojciec się nie trapi — rzekł Władek. — Miałem dziś być u Maleckiej. Napiszcie, prosząc — by tu przyjechała — żem chory. Ja się z nią rozmówię. Albo — niech Tomek do niej pójdzie — poprosi. — Dobrze — ale niech ojciec się zmoże. Doktór radzi — by ojciec do Warszawy pojechał na kuracyę. — Sabiński się nie chce fatygować. Tembardziej muszę się z Malecką rozmówić. To mnie uspokoi — pomoże! — Będę dziś u niej. Teraz niech ojciec spocznie. — Jestem pewny, że Malecką uchodzę. Namówię, żeby dodała pięć tysięcy — wtedy zepchniemy żydów — i będziemy Tryźnianki szukać... Głos przeszedł w niewyraźny szept; bracia spojrzeli na siebie i wyszli. — Skończony człowiek! — rzekł Władek — ale taki stan może trwać lata — a tymczasem, żaden z nas nie ma plenipotencyi — żadnej możliwości działania. — Co tu działać! Kręcić, łgać, ludzi oszukiwać. Ja mam tego dosyć. Raz sobie powiedzmy śmiało i otwarcie — nie mamy nic — i rzućmy wszystko na pastwę. Ja ci zapowiadam — że plenipotencyi nie chcę. Ty ojca odwieź do Warszawy — i tam mu rejenta sprowadź. — I pomyśleć, że pieniądze stryja gdzieś leżą — i dostać ich nie możemy! No, bądź zdrów, muszę wracać do domu. Mania niedomaga — kartofle kończę sadzić. Huk roboty. Gdy Władek odjechał, Tomek ruszył w pole w kierunku Drobiny. Zagajskie pola obsiewano opieszale i byle jak; rozprzężenie znać było na każdym kroku. Tomek nałożył drogi, żeby nie przechodzić blizko pługów — i wnurzył się w brzozowe gaje, które stały w całej majowej krasie, pełne balsamicznej woni i ptasiego grania. Ścieżka się wiła wśród srebrzystych pni — i oto zaczerniało ogrodzenie Drobiny. Ujrzał zaraz Malecką — uprawiającą grzędy warzywa — na czele kilku dziewcząt wiejskich, wśród których spostrzegł Zuzię. Dzień to był bardzo ciepły, ale Malecka miała zawsze na głowie czarną chustkę i nieodłączny fartuch na barchanowej sukni. Zuzia zobaczyła go zaraz i oznajmiła »dziedziczce«, która wbiła grabie w ziemię, otarła ręce o fartuch — i ruszyła ku domowi. Spotkali się przy ganku. Tomek ukłonił się sztywno i urzędowo, bez żadnego wstępu, rzekł: — Przychodzę z polecenia mojego ojca, który nagle zasłabł i prosi panią — o przybycie do Zagajów — dziś, zaraz, dla załatwienia interesu. — A cóż tak pilnego. Pan Gozdawa pozdrowieje — to załatwimy interes. — Ojciec miał atak paraliżu — więc kto wie, czy pozdrowieje. Polecił mi bardzo usilnie panią prosić o tę bytność. Malecką poruszyło to widocznie, spuściła głowę, zamyśliła się. — Bieda u was! — rzekła, podnosząc oczy i patrząc pytająco, badawczo na Tomka. Chłopak poczerwieniał i zbladł. — Tak — u nas jest źle, — odparł z odruchem szczerości — ale zaraz dodał po swojemu szyderczo. — Dostanie pani tanio Zagaje. — Mnie dosyć Drobiny, ani się pędzę na interesy. Ano — swoje pieniądze chcę mieć — to moje prawo. Może pan wstąpi pod dach? — Przeszkodziłem pani w robocie — nie chcę zajmować czasu. — Ja pracuję z ochoty, ale i spocznę chętnie. Gorąco dzisiaj — będzie burza. Tomek wszedł za nią do chłodnej sieni, potem do dużego pokoju, który widocznie służył za jadalnię — i salon. Proste, drewniane były sprzęty, ale wielka, niezwykła w takich dworkach, czystość. Na stole stał dzban mleka i bochen chleba czarnego — podwieczorek. — Może pan pozwoli kubek chłodnego mleka — rzekła z prostotą. — Dziękuję pani. Z przyjemnością — bo jeszcze nie jadłem obiadu. Nalała mu, podała — i sama się zabrała do posiłku. — Kiedy chory mnie wzywa, to ja zaraz z panem do was pójdę. Chociaż, na mój rozum, nie pomoże Zagajom — choćbym i kapitału nie żądała. W lipcu, żeby utrzymać się, trzeba gotówki dwanaście tysięcy. A potem, dalej — będzie męka, niedostatek, zgryzota dnia i nocy. Już nie siły pana Gozdawy na takie borykanie. — Pewnie — ale on to będzie wolał — jak stratę swego domu i tego ziemi kawałka. Jeśli pani kapitał zostawi — oszczędzi mu pani strasznego ciosu, a pieniądze pani w żadnym razie nie zginą. — To pan by chciał — żeby rodzicom było spokojnie? Żałuje pan ojca? — Nie pora go krytykować — kiedy może umrzeć lada chwila. A matka — to niedołężne dziecko — o mózgu ptaka. Jak ojca nie stanie, to ona potrafi tylko płakać. Trzeba ją będzie karmić, ubierać — ot, jak dziecko! — A któż się nad nią zlituje i da opiekę? Tomek ramionami ruszył. — Któżby? Niby ja. Bo brat się ożenił i służy u Pułaskich bez pensyi. — To pan ma szczęście! — Bajeczne — zaśmiał się szyderczo. — Ale pan by nie został w Zagajach? — Po śmierci ojca — za nic. — No — to ja tak myślę zrobić. Zostawię kapitał — a niech pan Gozdawa wyda panu plenipotencyę — i my z panem te interesa rozpatrzymy. — Pan położenie jasno widzi — i pan za rodzicami dobre słowo rzekł, choć pan by mógł być na ojca rozgoryczony i choć pan prędki umie być! — No, kiedy pana wola — możemy iść. Zdjęła fartuch — i poszli. — Marnie orzą u was! — rzekła po drodze. — Służba nie płacona pół roku, uprząż robocza bez obroku, bo cugowe konie owies zżarły. W Zagajach trupem czuć, a wtedy wszyscy wszystko rabują. — To prawda, że was ten doktór milioner wydziedziczył? — Prawda. — To łotrostwo z jego strony. — Zależy. My jego pieniądze uważaliśmy za nasze, a on za swoje. Zresztą, może nic nie zebrał. Na jego miejscu, jabym też wolał przehulać, jak zbierać dla nieznanej rodziny. Na ganku Malecka obejrzała się po klombach, żwirowatych drogach, po kunsztownych grupach drzew, i pokręciła głową. — Szkoda, żeby to wyrąbali chłopi — na koloniach, a utrzymać — koszt ciężki i zbytkowny. Taka u nas zagadka ze wszystkimi pańskimi dworami — i taki moment — jakby w chorobie — operacya. — Pacyentów sporo tej operacyi nie przeżyje. Może pani chwilę tu spocznie — meble wprawdzie już opisane do sprzedaży, ale siedzieć na nich jeszcze nam wolno. Pójdę, dowiem się — czy ojciec nie śpi. Gdy wrócił, zastał Malecką zapatrzoną w portrety rodzinne. Wskazała jeden. — Ten wojskowy — to bardzo do pana podobny. Jakiś krewny? — Dziad, Szymon Gozdawa, oficer wojsk polskich. Mamy jeszcze ten jego mundur i ordery. Spojrzał po portretach i rzekł, śmiejąc się. — Wojowników tu sporo. Możemy i swoje podobizny tu zamieścić — jako walczących z różnemi Kahanami i Kupermanami. Czasy się zmieniają, ale Gozdawy zawsze waleczni. Proszę panią — ojciec bardzo się ucieszył — i gotów do rozprawy. Malecka, wchodząc do sypialni, bystrem okiem obejrzała wszystkie kąty — zatrzymała wzrok na niemowie, która, korzystając z resztek światła, z błyskawiczną szybkością plątała nici koronek. — Witam panią! — o wiele mocniejszym już głosem odezwał się pan Feliks. — Proszę — niech pani usiądzie — trochę zaniemogłem — przeciąg był dziś w sieni — zawiało mnie, ale Sabiński mi pomógł. Za parę dni wstanę.. Zawsze jednak w interesach — nie lubię i dnia tracić i dlatego rad jestem, że dziś się rozmówimy. — Owszem — i ja rada jestem. Wedle pana woli, dowiedziawszy się, że brat pana umarł, zakrzątnęłam się około innej lokaty dla mego kapitału. Pan go raczył wziąść tylko na krótki czas — do otrzymania spadku. — No tak, ale pani nie ma pojęcia, ile tam za granicą ceregieli i trudności. Chwilowo może mi być trudno z tak dużą wypłatą i dlatego chcę panią prosić — o pozostawienie tych pieniędzy — na czas jakiś. — Na jaki czas? — Chociażby na rok. Malecka spuściła oczy i milczała. — Mięknie baba — pomyślał pan Feliks. — A pan zupełnie pewny — że za rok otrzyma spadek — ozwała się powoli. — Najniezawodniej. Tomek, który był wszedł do pokoju, zbliżył się do łóżka i rzekł: — Niezawodnie Zagaje same gwarantują kapitał pani — i stanowią ewikcyą. — Proszę cię — mój drogi — ja rządzę i wiem, co mówię. Nie mieszaj się! — niecierpliwie fuknął pan Feliks. — A właśnie ja chciałam panu podać moje warunki! — ozwała się spokojnie Malecka. Pan się już napracował i dosyć nabiedził. Pan teraz niezdrów — potrzebuje spokoju i wypoczynku. Nie mówiąc o sukcessyi — Zagaje obciążone dosyć — i trzeba dobrych sił — żeby podołać. Niech pan wyda plenipotencyę synowi — to już ja z nim się ułożę. — Pani wybaczy, ale jestem jeszcze właścicielem i dam sobie radę — własną głową. A w każdym razie — mam starszego syna, który ma większe kwalifikacye na plenipotenta. — Jak pan sobie życzy. To ja tylko na prośbę pana kapitał jeszcze na rok zostawię — jeśli mi pan słowem honoru zaręczy, że z sukcesyi po bracie swoje otrzymam. — Słowem honoru ręczę, że za rok otrzyma pani swoje pieniądze odemnie. — Oj, proszę pana — i ja umrzeć mogę — i pan. Tyle naszego — co dusza. Mnie pana szkoda — tyle się pan biedzi — napróżno. Ano jak pan tak chce — niech będzie. Do roku nie posłyszy pan odemnie żadnego przypomnienia. Nawet i na procent poczekam. — Wstała, ukłoniła się — i przechodząc koło niemowy, rzekła: — Dobra taka robota na zimowe wieczory. Jakby pani czas miała, proszę mnie nauczyć. — Ona nie słyszy. Głuchoniema! — rzekł Tomek. — A — biedna. To niech jej pan powtórzy na migi moją propozycyą. Ona, kto taka? Wyszli z pokoju i Tomek ją objaśnił. — To droga osoba! — pokiwała głową. Gdy byli na ganku, stanęła jeszcze. — Zrobiłam jak pan chciał — i na nic. — Nie rozumiem, co się ojcu stało. Musi mieć jakieś swoje kombinacye. — Ano — trudno — jest głową domu. — Do sprzedaży nie dopuścicie? — Nie wiem. — Może i lepiej — żeby sprzedano — bo jak zapłacicie Kahana inni na graty spadną. W starych tych sprzętach mól się gnieździ i stare pamiątki czasów, co przeszły i nie wrócą. Szkoda wam tego — rozumiem — ale trza wam młodym iść dalej — nowemi drogami. Jeśli do licytacyi przyjdzie — to niech mi pan da znać — cobyście zachować chcieli, to ja kupię — i u siebie w spichrzu przechowam — i bez zarobku wam kiedyś oddam. — Dziękuję pani — ale myślę, że zadługoby stały w śpichrzu. Gdy wyjdziemy z Zagajów — wymarnujemy się — lub wegetować będziemy jako przeżytki. W każdym razie za dobre pani chęci bardzom wdzięczny. — Pana pierwsza bieda spotyka w życiu, to pan jeszcze mdły. Ja tyle miałam biedy — ile siwych włosów mam na głowie, to i czuję drugiego zgryzotę. I cierpieć człowiekowi się nie chce — i pracować się wzdraga — a potem jak się wciągnie — to tem tylko żyje. — Słabemu, nie zwykłemu — pomódz ochota. Ja już wszystkie biedy znam — więc teraz patrzę na pana, jak na rekruta. Ludzie mówią — żem bardzo bogata — a moje bogactwo — że potrafię pracować — i małem się zadowolnić. Żegnam pana — i proszę zawsze do Drobiny w razie potrzeby. Zeszła na drogę i jeszcze się raz odwróciła. — A Zuzię zmarnować szkoda. Z duszą ludzką trza jak z ptaszkiem dzikim! Nie zebrał się na odpowiedź, tylko ramionami ruszył — i wrócił do ojca. Pan Feliks drzemał. Wieczór był cudny, majowy, do pokoju wpadał przez otwarte okno śpiew słowików, rechotanie żab — i kłęby woni bzów. Na pogodnem niebie nów się srebrzył. Niemowa siedziała u okna, bezczynnie, zapatrzona w wiosenny świat. Tomka objęła żałość, smutek, gorycz. Usiadł naprzeciw niej z głową zwieszoną — i czuł w gardle łzy. Z mroków pokoju — naprzeciw tego kwitnącego życia — wypełzała śmierć, nędza, ruina. Miała szarość, chłód, beznadziejność jesieni. Wtem uczuł, że niemowa wstając, wzięła go za rękę i wskazała sąsiedni, oświetlony pokój. Poszedł za nią. Zaczęła pisać w zeszycie, który zawsze ze sobą nosiła. Pytała, co znaczyły pieczęcie na sprzętach. Tedy odpisał szczerze. — Jesteśmy zrujnowani — stryj wydziedziczył — długów więcej, niż wartość funduszu. Wieść tę przyjęła spokojnie — i odpisała, że stryj jejej dał pięć tysięcy franków — z których jej pozostało jeszcze trzy — i że je im odda. Roześmiał się — i odpisał, że powinna myśleć o sobie, bo oni jej nie będą mogli utrzymać — zawiadomił ją też — o propozycyi Maleckiej. Ruszyła ramionami. Była zupełnie o swój byt spokojna — utrzyma się z roboty koronek — bardziej się troskała o chorego — i stanowczo te trzy tysiące franków im odda — gdyż do nich należą. Tedy jeszcze raz spytał ją — czy nic nie wie o funduszu stryja — i jeszcze raz odpowiedziała przecząco. Spojrzeli potem na siebie i pokiwała głową z uznaniem dla niego — pisząc prędko: — Vous aurez une rude besogne — de les nourir tous. Vous êtes brave. Teraz on ruszył ramionami i odpisał, że sam sobie chleba nie umie zarobić. Zdziwiła się: jakto, przecie musi, trzeba. Zniecierpliwiony — zostawił ją — i wyszedł do ogrodu. Noc była rozmarzająca wiosennym urokiem. Tomek minął podwórze, sad — wydostał się w pole — i na skłonie rowu wyciągnął się — śmiertelnie znużony — i rozstrojony. Jak długo tak leżał, nie zdawał sobie sprawy — wreszcie usłyszał szelest kroków — i cichy szept: paniczu? Nie poruszył się, ani odpowiedział: Zuzia znalazła go — usiadła obok i milczała. — Idź stąd — wracaj do Drobiny — warknął. — Co ja paniczowi tu szkodzę, że sobie trochę posiedzę. W taką noc — nie uleżyć w pościeli. I ja mam interes do panicza. — No — to gadaj — i daj mi spokój. — Ludzie gadają, że moja pani kupi Zagaje. — Może ty chcesz kupić! — I-i-i. Panicz kpi ze mnie. Ale ja mam już sto rubli w kasie. Może panicz je chce wziąć? — Na co? — Może paniczowi potrzebne. — Idź do stu dyabłów! — Panicz zawsze po swojemu. Toć meble opisali w pałacu, paniczowi pieniądze potrzebne. — Słyszałaś — idź do dyabła! — Owa — a potem panicz znowu na mnie zawoła: Zuzia — chodź ino! — Idź, nie zawołam już! — Czemu? — szepnęła żałośnie. — Bo mnie tu nie będzie. Ludzie prawdę mówią. I meble sprzedadzą i Zagaje twoja pani kupi i nikogo z nas tu za mały czas nie zostanie. — To panicz w mieście będzie, w Warszawie? — Mniejsza z tem, gdzie będę. Ciebie ze sobą nie zabiorę. — To się wie. Ale żebym wiedziała, gdzie panicz będzie — tobym gdzie niedaleko na służbę poszła. Żeby najcięższa służba, tobym chwilę znalazła bieliznę uprać i w porządku utrzymać. — Głupiaś, czy szalona. — Pewnie, że głupia — ale mnie tak dobrze. Wiem, że panicz o mnie tyle dba, co pies o piątą nogę — ale mnie tyle uciechy — co przez panicza. Tomek usiadł i popatrzał na dziewczynę. — Ja się lada dzień ożenię z bardzo bogatą panną — sług mi nie będzie brakło. — Gwałtem się cisnąć nie będę, ale żeby panicz wiedział, że ja i Kret — to jedno. Już sobie pójdę — ale jakbym się zdać mogła — to niech panicz zawoła. Odeszła, zanim się spostrzegł. Pozostał długą chwilę — zapatrzony tępo przed siebie, wstrząśnięty dziwnie miękkiem wrażeniem. Gdy wrócił do domu — miał już przed sobą — jakby ślad drogi — jakby wśród ciemności — słaby promień dalekiego świtu. Nazajutrz pan Feliks, czuł się o tyle lepiej, że rano posłał po Władka i długo konferowali we dwóch. Wezwano wreszcie Tomka i dowiedział się o rezultacie narady. Miał pojechać do Strażyca — zakomunikować mu list doktora Tomasza i zaproponować — by jemu — Tomkowi — pożyczył większą sumę — na rachunek owego legatu za dziesięć lat. Władek niespokojnie patrzał na brata i radośnie się zdziwił, że bez sporu żadnego się zgodził i wyszedł, jakby zaraz miał jechać. Ale radość była krótka, bo gdy pożegnał ojca — znalazł Tomka w salonie, leżącego na kanapie z książką w ręku. — Pojedziesz po obiedzie? — spytał. — Toś ty wymyślił tę akcyę ratunkową? — Ja. — Domyśliłem się. Stary podobnie czegoś głupiego by nie wykombinował — nawet po ataku paraliżu. — Proszę cię... — zaczął obrażony Władek. — Nie proś — zaraz ci bez prośby moje zdanie powiem. Jakoś wymyślił to z tym projektem, jedź sam do Strażyca. Jeśli przystanie — ja mu podpiszę, jakie zechce weksle i obligi — ale żebym sam podobne głupoty proponował — na to mnie niema. — Nie rozumiem, dlaczegoby nie przystał. On się na seryo zakochał w Terce. — No więc co! Po pierwsze taki Strażyc się nie kocha, ale ma gust do młodej, zdrowej i przystojnej dziewczyny — jak wszyscy przeżyci, tęgo nadszarpnięci panowie. Chce podlotka i dostanie — bez starania się o względy i łaski zbankrutowanych rodziców. — Dadzą ci ją dadzą — sami przyprowadzą — jak śpiewa moja Zuzia. Więc— Więc dziewczynę dostanie, ale po to nie potrzebuje tracić tysięcy — na Zagaje boć wiesz, że każdy grosz tu rzucony — to przepadły. — Naturalnie — jak tak myślisz — to musi wszystko przepaść. Pamiętaj — że na twojem sumieniu będzie ruina ziemi — no — i śmierć ojca. On tego nie przeżyje. — Co? Na mojem sumieniu! — skoczył Tomek. Najprzód był winien stryj, a teraz ja! Jedź do Strażyca — mówię ci, że podpiszę, co zechce. Może ja też jestem winien, że ojciec odrzucił propozycyę tej baby z Drobiny? Dość panuję nad sobą, żem staremu głupstw nie nagadał dotychczas — ale ty mi z kazaniami nie występuj, bo stracę cierpliwość — i rzucę ci tę całą familię na karku — i tyle mnie będziecie widzieć. Takie same masz obowiązki, jak ja. Władek zląkł się na seryo, prędko się wycofał i zamiast do domu posłusznie pojechał do Strażyca. Wrócił wieczorem skonfundowany i zamiast iść do ojca, wyszukał brata. — No i cóż. Zgodził się? — spytał Tomek ironicznie. — Niema go w domu. Podobno wyjechał za granicę. Służba nie wie, dokąd. — Bardzo sprytnie się urządził. Zjawi się w karnawale — po Terkę. — Co ja powiem ojcu? — Powiedz, że Strażyc w Warszawie. Że go tam spotka — i sam zaproponuje. — Był dziś Sabiński — mówił, że starego trzeba koniecznie tam odwieźć — i sam się ofiarował, że ze mną go odwiezie. — Ale ty tu wrócisz? — Niebardzo wiem po co. Jeśli wykupimy te ruchomości od Kahana — to nie dla siebie, ale dla Pipermenta, czy jakiegoś innego żyda. Wrócę, jeśli mi stary da pieniędzy, żeby opłacić i odprawić służbę. Wiadoma rzecz, że w lipcu raty Towarzystwa niema czem zapłacić — więc Zagaje nie nasze już! — Boże, Boże — co będzie z rodzicami! — Stary, byle wyzdrowiał — znajdzie gdzieś jaką synekurkę — stara osiądzie na rezydencyi u którejś ze swych sióstr, Terkę się zepchnie na jaką pensyę! Mało to takich bankrutów jakoś żyje na świecie. — Zagaje stracić! — Namów twoją teściowę niech kupi. — Nie śmiałbym się z tem odezwać nawet. A ty? Co myślisz robić? — Najprzód starego matce odwieźć. Niech go pielęgnuje — a potem rozejrzę się w Warszawie za jaką bogatą żydówką — i pójdę do niej na utrzymanie. To będzie w stylu całej rodziny. Władek poczerwieniał, ale nie odrzekł nic, bo do szermierki na języki z bratem nie czuł się na siłach. Ojca jednak uspokoił i aż się Tomek zdziwił jak pan Feliks był dobrej myśli i otuchy. Nazajutrz odbył znowu z Władkiem długą naradę — zdawał mu rządy na czas swej kuracyi z takim spokojem i pewnością jakby nic Zagajom nie groziło. Gdy Tomek wspominał o zapłacie i oddaleniu służby — machnął ręką lekceważąco. — Władek to załatwi. — Jeśli oni tak niefrasobliwie na to patrzą — po co ja się o to troszczę — pomyślał Tomek. Ostatecznie stary się wyskrobie i niech tę dziurawą nawę pcha i prowadzi, gdzie i jak chce. Muszą mi dać wikt i opierunek jako latorośli swego rodu, a robić nic nie potrzebuję — ani tu, ani w Warszawie. Na papierosy wygram w bilard. Doktór Sabiński zjawił się w dniu oznaczonym — obejrzał raz jeszcze pacyenta, i zdecydował, że podróż znieść może. Oczekując godziny odjazdu, ulokował się z cygarem w pokoju Tomka i zagłębił w czytaniu gazet. — Zabrałeś już swoje manatki? — spytał. — Niewiele mi zostało, bo co było lepsze Niemiec gospodarz zagrabił w Brunświku. Uratowałem tylko kolekcyę krawatów. Szelma komornik opisał skrzypce. Tych mi szkoda. GwiżdącGwiżdżąc, chłopak rzucał do kuferka swą garderobę. — A gdzież się podziała głuchoniema? — Odprowadziłem ją na granicę — i poszła do tej baby z Drobiny. Wyobrażam sobie, jak się będą po francusku porozumiewać. — Cóż ona tam będzie robić? — Baba ją sobie zamówiła do nauki koronek, a stary był uszczęśliwiony, że się pozbył, widząc, że nic z niej nie wyciągnie. — Więc opuszczacie zupełnie Zagaje? — Ster zostaje w ręku Władka. — Bodajby! Myślałem, żeś sprytniejszy. Ster bierze Pułaska. Ta was wykwituje. Tomek się zastanowił. — Ale i doktór nie taki głupi, jak się wydaje — odciął. — Teraz rozumiem wiele rzeczy. No, patrzcie — i to bydlę! Władek, umie intrygować! Oni umyślnie chcą doprowadzić do katastrofy. Pułaska kupi Zagaje na licytacyi. Że też stary tego nie przewąchał. — Pewnie się porozumieli — mruknął doktór. — A Strażyc postawił licytanta na wasze mahonie i portrety familijne. Uważasz, Władek zostanie przy Zagajach — Terka dostanie od męża meble i pamiątki Gozdawów a ty — zostaniesz ze swymi krawatami. Tomek poczerwieniał. W tej chwili mniej go dotknęło — że nic mieć nie będziecie, jak to, że sam nie domyślił się całej machinacyi. »Jakbym ja im mógł szyki popsuć i dokuczyć« — pomyślał z całą swą wrodzoną złośliwością. A doktór, ryhocząc po swojemu, judził. — To masz, za testament stryja. Zawszeć myślą, że za dziesięć lat, coś mieć możesz — więc wolą — tymczasem chwycić z tej rozbitej szkuty — co się da. — Ja im nasadzę Malecką! — warknął Tomek. — Oni tego tylko chcą. Ale baba się nie da wciągnąć. Bo uważaj — do licytacyi stanie z nią Pułaska. Jeśli Zagaje pójdą tanio — wygra Władek — jeśli drogo, wygra ojciec. Twojego tu niema nic — tylko krawaty. — Jużci wolę — żeby stary coś zyskał, bo będą mieli co jeść — i mnie muszą karmić. — W najlepszym razie zostanie im dziesięć tysięcy. — Skąd doktór to wszystko wie? — Od moich kochanych żydów z miasteczka. Oni wszystko wiedzą — i do grosza obrachują. Była też wczoraj Malecka u mnie — na poradę. — Baba zdrów jak koń, ale zaprószyła sobie oko jęczmienną plewą. Wyciągnąłem plewę — i pociągnąłem babę za język. Powiada, że dopłaci dziesięć tysięcy — ani grosza więcej. Mój drogi, nie susz sobie mózgu, jak rodzinie dokuczyć teraz, ale raczej pomyśl, żebyś sam sobie nie dokuczył. Za dziesięć lat, jakbyś wziął spadek stryja — tobyś Władkowi i Pułaskiej spłatał dopiero sztukę. — Et — brednie. Doktór — wierzy, że te pieniądze, choćby były — jakaś tam Barbara Tryźnianka będzie dla mnie trzymać. Stryj był kiepski waryat — może trafił na sprytną babę, która mu to wmówiła — może się w niej kochał — a ona udawała bezinteresowność. Zresztą — niech to wszystko dyabli wezmą — nie daruję sobie nigdy tego, żem doprawdy litował się nad starym i łamałem głowę, jakby im pomódz i poradzić. Wstyd mi, żem był taki głupi! W każdym razie, niechby Władek Zagaje nie dostał. — Wolisz, żeby je Malecka rozparcelowała? — Wolę — niżby ten słoń ze mnie zadrwił. — To się nazywa głos krwi — i rodzinne uczucia — rzekł z widoczną radością doktór, zapalając nowe cygaro. A Tomek więcej nic nie rzekł, tylko zaczął pogwizdywać — co zwykle czynił, gdy nad jakimś złym figlem przemyśliwał.
Comments
Loading comments…