VII
Pierwszych dni stycznia Filip przyjechał do Tuły z pieniędzmi dla brata. Ciężki to był grosz, pożyczony w banku, na majątek już bezmiernie obciążony. To też nie wesołe myśli towarzyszyły Filipowi w tej drodze. Rachował i rachował, nie mogąc w żaden sposób braków zapełnić, lub wynaleźć źródła nowych dochodów. Gdy stanął na miejscu, ulokował się w hotelu, przenocował i nazajutrz bardzo rano poszedł do brata. Dom cały spał, ale Wacław już pracował w gabinecie przed wyjściem do sądu. Na widok brata ucieszył się widocznie i z wyciągniętemi ramionami szedł ku niemu. Ale już w pół drogi ręce mu opadły, twarz stężała i powitał głucho. — Ależ to niespodzianka. Ty tutaj! — Powinienem był się stawić wczoraj. Czyś się mnie nie spodziewał. Przyjechałem z pieniędzmi. — Ach, tak. To termin. Siadajże, proszę. Zaraz każę podać herbaty. Okrutny mróz. — Okrutny. Już chyba i Sybir nie zimniejszy. A u nas zima nadzwyczaj lekka. Orać można. — Tak, różnica klimatu wielka. A gdzież twoje rzeczy — każę znosić. — Zajechałem do hotelu. — Poślę po nie lokaja. Przecież nie odmówisz mi gościny. — Dziękuję ci. Nie warto. Dziś wieczorem chcę wracać. — Do jutra zostaniesz — nie puszczę cię. — Bardzo mi spieszno, bo w domu babka niedomaga, i roboty dużo na łąkach ze sprzedażą siana. Żonie ciężko dać rady samej, a i tak tydzień będę w drodze. — Przed jutrem cię nie uwolnię. Jeden dzień spędzisz z nami. Czy i to dla was za ciężko? — Mogę zostać, jeśli ci tak bardzo o to chodzi. Ale taki obcy jestem. — O wiem! Obcymi być chcecie. Ale chodzi mi o to, żebyś poznał moją żonę, może wtedy trochę w zdaniu o mojej zbrodni złagodniejesz. Filip nic nie odparł. Podano herbatę. Wacław wyszedł na chwilę, zapewne, żeby żonę uprzedzić i wrócił, prowadząc za rękę Nataszę. Dziecko odziedziczyło piękność matki i było tak śliczne, że Filip mimowoli uśmiechnął się do niej. — Idź, pocałuj stryja! — rzekł Wacław. Na dźwięk obcej mowy Filipowi zgasł uśmiech na twarzy. Pochylił się do dziewczynki i pocałował bez zapału. — Diadia, a przywiózł ty konfiektow? — zagadnęła. — Wstydź się, Natasza! — upomniał ojciec. — Bo diadia Maksym przywiózł, jak tu był — szczebiotała dalej. — Ileż ma lat? — spytał Filip. — Cztery. — Tyle, co moja najstarsza. — Dwoje masz? — Troje. Chłopak się urodził w Adwencie. Seweryk, dla pamięci ojca nieboszczyka, a starszy Kazio, jak teść mój. — Twój teść zawsze służy u tego hrabiego? — Zawsze. Dzięki Bogu, pełen sił jeszcze. — Musiał sporo zebrać przez tyle lat? — Hrabiemu zebrał. To też go tam bardzo poważają. Nie kradł, więc zkądżeby zbierał dla siebie. — A ja zawsze trwam w zamiarze kupienia tam u nas majątku. Na wiosnę chciałbym już mieć jaką własność i wakacye tam spędziśspędzić. — To nie trudno. Handlują tam teraz majątkami, jak końmi. Nowonabywcy nie bardzo się aklimatyzują. — W maju pojadę na targi do Wilna i może mi coś dogodnego się trafi, — rzekł Wacław zamyślony. W tej chwili drzwi się otwarły i weszła Saszeńka. Filip wstał, a ona, nie czekając przedstawienia podała mu rękę z ujmującym uśmiechem i przemówiła po francusku. — Jakże się cieszę, że pana poznaję. Witam całem sercem. Filip poczerwieniał. Ledwie rozumiał po francusku; mówić nie potrafiłby, ale był istotnie olśniony pięknością jej, czarem całej postaci, głosu, ruchu. Ona też przyglądała mu się ciekawie i rzekła swobodnie: — Ale pan do Wacława niepodobny. Nigdybym was za braci nie miała z twarzy. — Mów po swojemu Saszeńka — wtrącił Wacław. — O, i owszem. Będzie nam swobodniej. U was tam pewnie dużo po rosyjsku mówią? — W urzędach obowiązkowo, więc trochę umiem. — A okolica tam u was ładna, bogata? — Mnie się zdaje, że najpiękniejsza na świecie. — A tu się panu podoba? Był pan kiedy w Petersburgu? — Nie, nigdy nie byłem. Od nas mało kto bywa w Petersburgu, chyba za koniecznym interesem. Do Warszawy jeżdżą. — Ach tak! — uśmiechnęła się i po chwili spytała: — Au pana w domu ludno? — Babka stara, żona, troje dzieci. — A siostrę przecie macie? — Siostra w Warszawie nauczycielką. — Ot, powinnaby do nas kiedy zajrzeć. Muszę ją sobie koniecznie zaprosić. No, skończył pan herbatę, proszę do salonu na gawędkę. — Służę... tylko wpierw chciałbym interes z bratem załatwić. — Dajże pokój, będzie czas — protestował Wacław, ale Filip był uparty i już pugilares dobywał. — Chwila czasu i będzie po wszystkiem — rzekł. Odrachował pieniądze, Wacław mu zwrócił jego weksel, istotnie chwilę to trwało, i odetchnął Filip. Pokończył ostatecznie z bratem rachunki. Najchętniej teraz byłby umknął z tego domu, ale bratowa wzięła go pod ramię i uprowadziła do salonu. — Pokażę panu naszych chłopców — rzekła, wychodząc na chwilę. Filip rozglądnął się po salonie, zbytkownie umeblowanym i pomyślał, że ich Gródek był nędzą w porównaniu do tego mieszkania. — Nie długo już tu zostanę — rzekł Wacław — po Wielkanocy osiadam w Petersburgu. Dostałem posadę w ministeryum i rangę radcy stanu. Będę najmłodszym sowietnikiem, jaki kiedykolwiek był w Rosyi. Za drzwiami rozległ się łupot, szepty, śmiechy, potem gniewny głos Saszeńki i weszli chłopcy. — Ma pan tych urwiszów — rzekła, popychając ich przed sobą. Alosza popatrzał na obcego z podełba niechętnie i ukłonił się sztywno, Kola podszedł bliżej i przyglądał się ciekawie, potem śmiechem parsknął. — Czego się śmiejesz, głupi. Przywitaj stryja — upomniała matka. — Ja się śmieję, bo Borys przysięgał, że polaki sierścią są obrośnięci, a ten diadia ogolony. Filip, który się był do dziecka nachylił, gwałtownie się cofnął, poczerwieniał i oczy mu zabłysły. — Idźcie precz! — burknął Wacław zmieszany. — Boże, jakie to głupie — zawołała Saszeńka. — Poczekajcie, zawiezie was ojciec latem do Polski. — Ja nie chcę! — ze złym wyrazem oczu rzekł Alosza. Filip wstał. — Zabieram ci czas! — zwrócił się do brata. — Idziesz do swego biura o tej porze, przeprowadzę cię, bo muszę do hotelu wstąpić. — Na obiad prosimy. Niech pan się nie ośmieli odmówić! — rzekła uprzejmie Saszeńka. Ukłonił się, podała mu rękę z uśmiechem. — A zatem do widzenia. Ukłonił się znowu i wyszedł z bratem. Gdy się ubierali w przedpokoju, doleciał ich z pokoju chłopców krzyk, razy, bitwa. Wacław otworzył drzwi i ujrzeli obydwóch chłopców, tarzających się po ziemi, wyrywających sobie włosy i kułakujących. Alosza powalił młodszego, okładał go pięściami i sapiąc, wściekły wołał: — Ty sam polak przeklęty, polska świnia, polska swołocz. Ty sam! Kola nawpół zduszony, gryzł go po rękach i kopał nogami. Wacław porwał Aloszę za kark i oderwał od ofiary. — Siergiej Nikanorowicz — począł wołać. Ale Tercewa nie było, ukazała się Saszeńka. — Patrz, co się dzieje — rzekł. — No, już ja za powrotem z tobą się rozmówię! — zwrócił się groźnie do Aloszy. Potem drzwi zamknął, obejrzał się za bratem, ale Filipa już nie było. Jak z ognia wyleciał z tego domu, wpadł do hotelu, rachunek zapłacił, kazał się wieźć na kolej. Pociąg nie prędko odchodził, ukrył się w sali trzeciej klasy, w ciemny kąt i przesiedział tak nieruchomy kilka godzin. Odetchnął, gdy dzwonek się rozległ, gdy pociąg ruszył. Późnym wieczorem powrócił do domu. Muszka czekała na niego — i po oczach poznała, że złe widział, złe odczuł. — No, skończyłeś przecie. Już ich więcej nie zobaczysz. Wyrzuć ich z myśli i wspomnienia! — rzekła, całując go w skronie i oczy. Nie — Nie mów babce tylko i dodaj jej otuchy. Ona się tak lęka, że nie wytrzymasz ciężarów do płacenia. — Muszę wytrzymać! — odparł, prostując się. — O ten rok się nie boję. Zboże sypie dobrze, siana na sprzedaż mnóstwo. Byle zdrowie i Bóg od jakiej klęski uchował. Dam rady! — Biedaku, ale kiedy ty spoczniesz i odetchniesz. — Jeszcze mnie zacznij żałować! A ciebie nie mam? A tyś mi nie szczęście? W duszy mi zdrowo i silnie. Przygarnął ją ramieniem do siebie. — Alboż ja zginąć mogę z tobą — jedyna! — szepnął. Jak niegdyś, tak i teraz w Gródku, w sypialnym pokoju stało dziecinnych łóżeczek troje, tylko Muszka inną była, jak pani Barbara. Ona ze sobą do starego domu wniosła, jakby słońce, śpiew, barwę. Miała w sobie nieprzebrany skarb wesołości, energii młodej i jasnego uroku. Żeby nie ona, Filip dawnoby zmarniał i zginął. Chłopak, gdy ten ciężki obowiązek wziął na barki, pracował rzetelnie, ale zdziczał do reszty, mówić prawie zapomniał, nigdzie się nie pokazywał, ludzi się lękał. Nigdyby się nie ośmielił zdradzić z uczuciem — wciągnąć ją za sobą do tej ciężkiej doli. W Ładyniu przestał zupełnie bywać. W głębi duszy stary Barcikowski rad był z tego. Myślał, że chłopak jest uczciwy, że Muszka o nim zapomni, marzył dla niej o lżejszem życiu. Zaczęli się też zgłaszać konkurenci, córkę woził po wieczorkach, chciał, aby się rozbawiła. I raz tak w noc, w śnieżycę wracali z jakichś imienin, kopiąc się w zaspach, gdy się zetknęli z Filipem. Jechał jednokonką, sam, bez furmana, zjechał im z drogi i ukłonił się milcząc. — A ty gdzie się tłuczesz, na taki czas? — spytał go Barcikowski. — Z łąk wracam. Stogi dzieliłem trzy dni. Na święto zajrzę do domu, do babki — odparł posępnie. — Trzy dni na błotach — szepnęła Muszka. — Nie dojedziesz do Gródka w tę zawieję. Trzymaj się nas, toć błądzisz — wołał Barcikowski. — Trochę zbłądziłem, ale teraz już trafię. — Nie, nie! — zawołała Muszka — nie trafi pan. Tatusiu, on zmarznie! — błagalnie szepnęła do ojca. — Waryat jesteś. Masz jechać za nami, albo znać ciebie nie chcę. Słyszysz Filip, ja ci każę! Ruszaj naprzód, już ja cię dopilnuję. Jutro rano pojedziesz do domu. Chłopak w milczeniu usłuchał. Myślał, że przecież nie on im się narzuca, więc może wstąpić i na Muszkę popatrzeć trochę. I tak pojechał. W Ładyniu czekała na nich wieczerza, ciepło było, zacisznie, dziewczyna popatrzyła na niego pierwsza, z taką radością, tak serdecznie, że mu dusza roztajała i mówić począł. A mówił staremu o swej doli i pracy, opowiawiadałpoopowiadał, jak mu idzie, co zrobił, co zamierza. Muszka usiadła obok niego i słuchała uważnie, raz wraz nań spoglądając, aż gdy stary wyszedł, by sobie fajkę przyrządzić, rzekła z cicha: — Dla czego pan u nas przestał bywać? — Po co ja komu! — mruknął. — Mnie pana brak. — Albo to prawda. Pani kpi ze mnie. — Nie. Radabym pana widzieć codzień, jak dawniej. Czy kiedy kpiłam z pana? — Nie, ale teraz co innego. Mnie już nie tu miejsce, jeszczebym zawadzał i pan Barcikowski źleby o mnie pomyślał. Mnie trzeba być samotnym. — Nie trzeba. Trzeba do nas przyjeżdżać. Ojciec źle nie pomyśli, on pana bardzo kocha. Czy panu źle z nami? Podniósł na nią smutne, nieufne oczy i głową pokręcił. Zaśmiała się serdecznie. — Co za tchórz z pana. Nie wolno dać duszy zamarznąć, bo kwiaty na niej nie porosną. A w pana ciężkiej doli trzeba przecie kwiatów. On wciąż na nią patrzał, jakby śnił, a bał się obudzić, więc milczał. Pochyliła się ku niemu, nagle spoważniała i rzekła cichutko: — Nie patrz biedaku tak smutno. Zła ci dola sądzona i niewdzięczny mozół. Ale na silne barki los ciężary składa, a jak zechcesz, toć sam nie będziesz, ja ci pomogę. Chłopak z głuchem stęknięciem do kolan jej runął i tak ich Barcikowski zastał. Może się spodziewał takiego epilogu, bo się bardzo nie zdziwił, ani okazał zmartwienia. — Ano — rzekł spokojnie — nietylko bogatym trzeba szczęścia, ale i biednym. Ma ci chłopcze tajone kochanie odbierać moc, to ją sobie bierz. Wiem, że jej nie zdradzisz i nie zawiedziesz, znam cię i cenię. A fortuna — w Bożej mocy, a szczęście, w waszem ręku. Pilnujcie go! Oni też słowa te zapamiętali i strzegli. Życie było ciężkie i pracowite, pełne zawodów i klęsk, utrapień i niedostatku, ale szczęście uchowali całe, jasne, pełne... Po powrocie z Tuły, Filip, jeśli można jeszcze, w dwójnasób pracował. Z wiosną począł karczować nieużytki, czyścić z łóz łąki, kopać rowy. Urodzaj zapowiadał się świetny, zbiór był pomyślny, powiększone ciężary popłacił, nabrał otuchy na przyszłość. Ale następna zima przyszła śnieżna i gniła, z wiosną pola wyszły czarne i spleśniałe, masy wód wiosennych zamuliły łąki, strach zajrzał w oczy Filipa. Jesienią dla popłacenia ciężarów musiał się zapożyczyć, potem dla oddania tych długów zboże tanio sprzedać. Od niezdrowo sprzątniętego siana zaczął z wiosną padać inwentarz, zasiewy szły ciężko. Na sprzęt, procenta, raty bankowe, musiał sprzedać krestencyę na pniu i został na cały rok bez grosza. Wlokło się tak do jesieni, on oszczędzał, kobiety dokazywały cudów wydobycia coraz to nowych, drobnych dochodów — łatało się jakoś. Wtedy to, po paru latach milczenia, przyszedł list od Wacława. Pisał, że osiadł w Petersburgu, że zebrał trochę grosza i chce koniecznie kupić majątek, że zaś dowiedział się w Banku, że brat źle płaci raty, przypuszcza, że się na ziemi nie będzie mógł utrzymać, a zatem proponuje mu kupno Gródka, na imię najstarszego syna Aleksego, aby majątek nie wyszedł z rąk rodziny do obcych. Filip przeczytał list głośno babce i żonie, głos mu się trząsł, a gdy skończył, spojrzał na nie. Muszka poczerwieniała z oburzenia, pani Anna ostudzona przez wiek, odpowiedziała: — Odpisz mu zaraz, że nie sprzedasz nikomu, a jemu tem bardziej. Że gdyby nas klęski znękały i trzeba było ustąpić, to lżej będzie zmarłym przodkom i nam, żywym rozbitkom, gdy tu osiądzie obcy. Zaraz odpisz! I Filip napisał. Gdy tegoż dnia zostali sami z Muszką, ona objęła go za znękaną głowę i całując, pieszcząc, spytała: — Czy wytrzymasz, biedaku? — Nie wiem, ale to wiem, żem do sił ostatnich trwał. Kto obliczy, co rok następny da? Może stokrotne plony, może klęskę ostateczną. Znowu przeszła zima i nadeszło dobre pomyślne lato. Filip odetchnął. Stodoły były pełne, obrodziło w Gródku na podziw. Stary Barcikowski we wrześniu, gdy do nich wstąpił i gospodarkę obejrzał, rzekł do pani Anny: — Ten Filip ma łaskę u Boga. Zeszłego roku tom myślał, że przepadł, a teraz znowu stoi na nogach i mocuje się. Ha, widać, że zdzierży. Otucha wstąpiła im wszystkim w serca i stary dom poweselał. Na Boże Narodzenie przyjechała Jadwisia z Warszawy, zebrali się wszyscy w gromadkę około pani Anny, pełno było dziecinnego szczebiotu i śmiechu młodych a w długie wieczory rozmowy szły żywo i snuto plany na lepszą przyszłość. I oto w sam dzień Trzech Króli klęska przyszła. W nocy zbudziło Filipa gwałtowne stukanie w szybę, zerwał się, skoczył do okna. — Kto tam? Czego? — Wstawajcie, panie! — rozległ się zdyszany głos nocnego stróża — gumno gore! I zgorzało wszystko. Pełne stodoły i odryny z sianem, sterty, obory, stajnie. Z całego Gródka został dom mieszkalny i czworaki — reszta była brudną kupą rumowisk wśród całunu śniegu w wianku osmalonych drzew. Uratowane bydło błąkało się, rycząc, po ogołoconych z płotów podwórzach, a w domu śmiertelnie poparzony, osmalony, przytłuczony belką leżał Filip. Barcikowski przybył nazajutrz, ocenił stratę i zaraz obliczył, że była to klęska, z której niema powstania. Parę tygodni wątpiono nawet o życiu Filipa, ale śmierć go obeszła, zostawiła go Muszce. Gdy wstał z choroby i wyszedł, jak błędny obejrzał pracę teścia. Uprzątnięto rumowiska, zwieziono z lasu budulec, ale bydło wyprzedać musiano dla braku paszy i ruina wyzierała z każdego kąta. Filip wrócił do domu i poszedł do babki. — Co teraz babuniu każecie mi robić. Trzeba ustąpić z placówki! — rzekł głucho. Staruszka osłabła, znękana, siedziała milcząc, tylko łzy poczęły jej biedz po bruzdach twarzy. Pierwszy raz widział ją płaczącą, zrozumiał, że i ona straciła nadzieję. — Ja może przedtem umrę — szepnęła — ale ty? — Jam trwał do ostatka. Widział Bóg, widzi matka z nieba, widzicie wy. Ludziom, com winien, zapłacę i w sumieniu będę spokojny. Babunia mi nie powie, żem winien! — Nie. Spełniłeś wszystko! Muszka weszła do pokoju, zrozumiała o czem mówią i rzekła: — A może jeszcze ratunek się znajdzie. Mówiliśmy z ojcem. Gdybyś do Banku pojechał, o ulgę poprosił — możebyśmy jeszcze wytrzymali. Ojciec dał mi tysiąc rubli. Spróbój, biedaku. — I ja mam pięćset rubli! — rzekła pani Anna. Jadwisia — Jadwisia mi je dla ciebie zostawiła. Jedź, spróbój,spróbój. Filip Filip sekundę pomyślał. — Toć dzisiaj piętnasty marzec. Za tydzień targi Bankowe. Trzeba jechać. I pojechał. Na wyjezdnem obiecał Muszce, że ją o złem, czy dobrem uwiadomi natychmiast depeszą. W Petersburgu był raz pierwszy w życiu. Z trudem wystarał się o audyencyę u dyrektora banku. Przyjął go człowiek jeszcze młody, o twarzy bardzo zimnej i ostrej. Gdy usłyszał interes, popatrzał na proszącego, pomyślał chwilę — sięgnął do notatnika, i spytał, przewracając kartki. — Barcikowski — Gródek? — Tak. Miałem pożar w styczniu, i dlatego proszę o ulgę na pół roku. Połowę należności zapłacę zaraz. Proszę powstrzymać sprzedaż. — Zapłać pan. Obiecywać napewno nie mogę. Muszę się porozumieć z zarządem. Może uwzględnią pana położenie! — Ale termin targów za dni parę. — We wtorek. — Kiedyż otrzymam odpowiedź? — Zgłoś się pan pojutrze. Ton był tak zimny, obojętny, że Filipa smagał jak biczem. Nie umiał prosić. Zaciął zęby i wyszedł. W ciężkiej męce przebył te dwa dni, i znowu poszedł kołatać do potentata. — Pan dyrektor wyjechał już do Wilna! — oznajmiono mu w kancelaryi. Wtedy zrozumiał podstępny manewr i odmowę. Poszedł wprost na kolej i wziął bilet do Wilna. — Stało się. Niema Gródka. Pojadę — zobaczę, kto go kupi. Depeszy nie wyślę jeszcze. Będzie czas na cios śmiertelny babce. Niech się łudzi jeszcze dzień. Opanowała go tępa rezygnacya. Już się nie bronił, nie szarpał — był ranny śmiertelnie — umierał. Byle prędzej, tem lepiej. Popołudniu pociąg przychodził do Wilna. Martwym wzrokiem spojrzał Filip po wieżach, wyszukiwał wśród nich Ostrobramskiej i głucho jęknął w rozpacznej modlitwie. Pociąg stanął. Filip wsiadł do dorożki, kazał się wieźć wprost do banku. Gdy stanął przed gmachem, dużo ludzi stamtąd wychodziło i nagle drgnął — ujrzał przed sobą brata. I Wacław krok się cofnął na jego widok, ale wnet się opamiętał; dziwny, zły uśmiech przemknął mu po wargach: — Trochę zapóźno przybywasz! — rzekł szyderczo. — Gródek już mój i ja go utrzymam, lepiej od ciebie. Filip nic nie odpowiedział. Był blady, mgłą mu zachodziły oczy — popatrzał na brata, odwrócił się i zataczając się, poszedł bez celu przed siebie. Późnym wieczorem zaszedł do Ostrobramy. Lampka, jak gwiazdka, świeciła przez zamknięte kraty kaplicy, ulica była pusta. Piersią do kamieni położył się Filip i wypłakał tam cały swój ból i mękę i lata znoju i rozpacz i rozbicie. Przechodnie widzieli w cieniu rozkrzyżowaną postać, słyszeli jęk i łkanie, ale się nikt nie dziwił i nie zatrzymywał. Te kamienie, i ta ulica, i ci ludzie znali takie łzy i jęki, a Ta Cudowna, w tej malutkiej kaplicy, już miliony takich bólów uleczyła — miliony dusz wygoiła!
Comments
Loading comments…