Bez chaty — II
Cicho… cicho… stań! bo mi się zdaje,Że usłyszał stary nas i wstaje…Nie — po łóżku rzuca się i we śnieCoś bełkocze — Idź Stachu zawcześnie,Nim się zbudzi — nim się dzień narodzi.
Oj Teresko, niech ci Bóg nagrodzi,Żeś dobyła mnie z onego lochaSpleśniałego, — może późniéj trochaNie czas by już było; bo z rozpaczy,Wiesz Teresko, ja was spalić chciałem,Was i chatę i z tą chatą siebie,Byle tylko i on w tym pogrzebieZwęglał z nami na popiołu trumnie.Bo myślałem: on tu jutro ku mnieRankiem przyjdzie i urągać będzie,Potém przez wieś jako psa powiedzieZwiązanego i do sędzi odda,Więc krzesiwo brałem, ale szkodaByło ciebie, matki méj zgrzybiałéj,I w dół ręce moje opadały.
I ty Staszku nie pomyślał sobie,Że są tacy, co myślą o tobie?
Zaraz wieczór ten udałam mocny(To nie trudno u mnie, bo mrok nocnyWe śnie trzyma mi wciąż oczy strasznie)I myślałam jak ciebie ratować,I czekałam póki on nie zaśnie.A i matka podobno nie spała,Bom słyszała jak cicho szlochała;Ale krzyknął na nią i zmilknęła,I udając sen mocno zasnęła.Cicho!… szelest słyszę znowu w chacie,Idź już — idź już — bądź zdrów miły bracie.
Niech was Pan-Bóg w swéj opiece chowa,I Najświętsza Panna! — bądź mi zdrowa.
Staszku! Staszku!
Co chcesz serce moje?
Ja do chaty wrócić się już boję,Zabiłby mnie, ja tu nie zostanę.
I coż zrobisz?
Zabierz mnie ty z sobą.
W góry?
O! nie! góry potarganePrzepaściami, w których pełno strachuDla mnie ślepéj; ludzie tam weseli,A nam smutek łzami lica myje,
A nam skarga strasznie usta bieli,I westchnienie mamy na oddechu —Toby dziwno było nam wśród śmiechu.ChodzimyChodźmy lepiéj w równie miły bracie,W takie miejsca kędy mogił wiele,Smutku wiele, gdzie w żałobnéj szacieLudzie płaczą, modlą się w kościele,To nam będzie bracie w takiéj ziemiJakby w domu, jak między krewnemi.
Inne życie dumałem ja sobie;Ale teraz, kiedym ojcem tobie,Matką, bratem —
i oczami memi —
To bez płaczu pójdę z mojéj ziemi,I pracować będę całą siłą,
By osłodzić tylko twoją dolę,Byle tylko ze mną dobrze było.
Nie! pracować ja ci nie pozwolę,Bobyś w pracy ztwardniał i twą ciemnąJuż nie kochał tak siostrzyczkę może,A ja chciałabym, byś ty wciąż ze mnąBył i ze mną gadał w każdéj porze,Bym twą rękę czuła wciąż w mém ręku —Więc pracować niedam ci Stasieńku.Lecz ty umiesz grać na skrzypkach pięknie,Płaczesz na nich, zda się serce pęknie —Rozśmiejesz się — to się człeku zdaje,Że się z człekiem śmieją pola, gaje —Więc przy drogach, lub przy wiejskiéj chacieSiadać będziem — ty grać będziesz bracie,A ja ludziom opowiem twe granie,I nie umrzem już z głodu, kochanie!A choćby nam było źle w włóczędze,
A choć ujrzysz, że z Tereski twarzyŁzy pociekną, że ci się poskarży —To jéj zagraj wtedy, że powróciZnów do chaty, do gór, zagraj rzewnąWtedy pieśń mi jaką modlitewną,Jak organy naszego kościoła,A Tereska będzie znów wesołą.Chodźmy bracie!
Zapisano w niebie:Dla mnie życie o żebranym chlebie!
Chodźmy siostro, by, nim przyjdzie burza,Moglim jeszcze dostać się do wzgórza,Do téj wioski.
Wielka będzie burza,Strasznie łyskać się musi, ja czuję,Bo aż mnie blask w ślepe oczy kłuje.
Straszne chmury, jakby drugie góryIdą ku nam, biją piorunamiOgnistemi w każdą prawie skałę,Tatry w ogniu stoją i drżą całe.
Otul mnie ty Staszku przed wiatrami,Drżę od zimna, jakby listek kwiatka.
Daj mi rękę twą i chodź!
A matka?
Prawda — matka!
Śpi.
Widzisz ją?
W świetleBłyskawicy miga jéj twarz blada,Chudą rękę pod głową trzyma,I skulona śpi obok ojczyma.
Ona jutro wczesnym rankiem wstanie,I na puste me spojrzy posłanie,Wyjdzie w pole, ciebie nie zobaczy,I załamie ręce od rozpaczy,Przeklnie dolę, ciężką, nad jéj siły,Przeklnie dzieci, co ją opuściły.Staszku! ja jéj odejść tak nie mogę.
To ją zbudźmy i zabierzmy w drogę.
Z sobą? — o nie! Staszku! stara ona,I boleścią ku ziemi schylona,Więc jéj trudno włóczyć się niebodze —Ona-by nam zmarła gdzie na drodze.
Może ojczym nas niewidząc w chatce,Pofolguje trochę staréj matce,I obchodzić z nią się będzie lepiéj.Albo wiesz co? — z toporem lub młotemPójdę — łeb mu na dwoje rozwalę,I wszystkim nam będzie dobrze potem.
Jak rozbójnik — o nie! niechcę wcale!
Chodźmy, chodźmy bracie! tam na dole,Tam po świętych miejscach pójdziem wszędzie,
To wymodlim może lepszą dolęMatce — sobie —
Siedmioma mieczamiRozraniona, zmiłuje się nad nami!
Poszli bez chaty do obcéj ziemi,I kij tułaczy wzięli do ręki,A w smutne dusze wzięli piosenki,Jak chleb żywota; — lecz poszła z niemiMyśl, że boleści jak szatę zrzucęzrzucą,Że znowu w chatę kiedyś powrócępowrócąDo matki swojéj, a trup ojczymaZczerniały w progu ich nie zatrzyma.A Jonek czekał w nockę ponurąNa Stacha w lesie — tam pod figurą.
Oj dużo w grobach ludzi naginie,Dużo burz takich jak ta przepłynie
Nad twoją głową Jonku, sokole!Zanim znów Staszka zobaczysz w siole.
Czekał i słuchał — niema Stasieńka —Poleciał w góry, a burza grzmiała,A na obrazie Boża MateńkaPrzy błyskawicy świetle płakała.
Matko bolesna! Módl się za niemi!Gdy ich zwątpienie nagnie ku ziemi,Jako wiatr drzewa dészczem płaczące,Lub gdy ich dusze będą milczące,Jak sklepionego grobu kamienie —Ten straszny pokój i to milczenieWielkiéj boleści — o Maryo z ŚwiętemiPrzyjm za modlitwę, za pacierz duży —O Maryo Matko! módl się za niemi.
Gdy się rozpaczą dusza ich zchmurzy,Gdy rozigranych boleści morze
W klatkę ich piersi bić będzie — Boże!Gdy po bałwanach dusza złamanaRozdarta — z bolu dziko zaskacze,I strasznym krzykiem w niebo zapłacze,I przeklnie siebie i niebios Pana,Co ich do cierpień stworzył na ziemi —Bluźnierstwo, co pierś zbolałą zrywa,Przyjm za pieśń, co ci modlitwy śpiewa —O Maryo Matko! módl się za niemi.
I z chmur im wypłyń Najświętsza PannoZorzą wstającą — gwiazdą zaranną,I mnie daj Maryo, bym na mą lutnięNie same tylko łzy wiązał smutnie —Daj, bym wygnańcom śpiewał pieśń chwały,Lub każ mi lutnię strzaskać w kawały.
Comments
Loading comments…