Bez chaty — III
Ziemia szeroka i kraj bogaty,I wszystkim dana, — a czemuż PanieTylu bez ziemi — tylu bez chaty?Czemużeś Staszka pchnął na wygnanie?Czy żeby w pieśni zbawienie nosił?Czy żeby obcych o pomoc prosił?Czy za pokutną szatę mu PanieDałeś żebraczy kij i wygnanie?
Po smutnych polach piaszczyste drogiPłyną daleko — przy drogach głogi
Około krzyżów siedzą jak dziady,I wron posępne kraczą gromady.Na smutnych polach, na starym grobieBrat z ślepą siostrą siedzieli sobie —On blady, dziki, oczmi czarnemiPatrzał ponuro po obcéj ziemi,Po ołowianych patrzał niebiosach,Dziwnie bolesny i dziwnie butny,I stroił skrzypki do nuty smutnéj —A wiatr mu latał po ciemnych włosach,I po łachmanach i leciał daléjŚmiejąc się świstem z nędzy górali.
A na kolanach Stacha przegiętaSpała snem cichym siostrzyczka miła,O! pewnie jéj się matka przyśniła,Bo po anielsku tak uśmiechnięta,Rozpromieniona rusza wargami,I kogoś tulić chcę rączętami.
I jasna była z tego uśmiechu,Co jéj po twarzy stąpał po cichu.
Matuś! Matuś!
Ej! nie wołaj miła,Choćbyś piersi wołaniem rozbiła,Nie usłyszy matka
Jakto bracie? —Tośmy jeszcze nie we własnéj chacie?
Co się tobie roi, siostro w głowie?Niepamiętasz jak przy tym rowieKładliśmy się wczoraj spać strudzeni,Głodni?
Więc mi się to śniło?Śliczny sen, braciszku; nad mogiłąStarą ojca siedzielim strapieni,Płacząc bardzo — wtém z nieba, z wysokaMatka Boska po schodach z obłokaZeszła jasna i w płaszczu z promieniKu nam smutnym, cośmy kornie stali,Od łez i boleści jak śnieg biali.Przenajświętsza wzięła nas za ręceI mówiła: chodźcie, już czas! męceWaszéj koniec! — Szła płynąc przed nami,A my koniec całując jéj szatySzli na klęczkach za nią z modlitwamiDo gór naszych, do matki, do chaty —I lud z całéj patrzał na nas wioski,Na twarz padał u nóg Matki Boskiéj,„Cud, cud“ wołał.
Hehej! mocny Boże,Że się ziścić taki cud nie może,Jak wiatr w polu przeleci po duszyI nową ją boleścią zapruszy.
O nie mów tak! bo sny z nieba płyną!WróźbyWróżby Boże z wiatrem nie przeminą,Stać się muszą — o wierz mi Stasieńku!
Wierzyć muszę; bez téj odrobinyWiary może dawnobym na pieńkuWisiał jakim, lub w wodzie głębokiéjŁeżałLeżał. Ale z każdym dniem ta wiaraGaśnie — w góry wracamy co zima —Zawsze jedno słyszym: matki niema,A on w chacie. Biedna matka stara!Szuka dzieci, co za nią po świecie
Z płaczem chodzą — po obcych się téra —Może teraz z głodu gdzie umiera....Ej! przeklęta dola, co nas gniecie,Bodaj…
Cicho! ktoś idzie drożyną!
Gore dwór dziedzica, niby świeczka gorze,Bośmy byli z kosą na pańskiem we dworze,Pościnalim główki, oj dana, oj dana!Teraz nas nie zbudzą pańskie baty z rana.
Śpiewać?
Śpiewaj, śpiewaj siostro!
Komu?
Lachom, co swych panów mordowały,I dla zemsty zbójcami zostały.
Dla tych ludzi nieludzkich, o siostro,Pieśń zaśpiewaj, pieśń gryżącą, ostrą —Może panów krew zaboli smutnie —Może w piersi się uderzą pokutnie.
Och! drżę cała.
Lachy! Lachy! a gdzie wasze pany?Gdzie ich dwory stare, co na roli,Wśród szumiących stali tu topoli?Przyleciały na wiosnę bociany,Kołem płyną na znajome dachyI zastały gniazda popalone,I zastały dwory rozwalone —Czemu? czemu? powiedzcie mi Lachy!
Dymy pożarów płyną wśród drzew,Na dłoniach waszych czuć ludzką krew,Nad mogiłami bez krzyżów tamPomordowanych dziateczek głowy,I starców wianek krwi purpurowéjPłynie i smutny nuci śpiew —O Lachy! Lachy! biada wam!
Bo dzieciątek płacz usłyszał Bóg,Bo wyciągli starce krwawe dłonieDo Jezusa na krzyżowym tronie.
Mrzeć będziecie bez chaty, wśród dróg,Czarni z nędzy, bez rodzin, wśród skarg;A gdy modlić będziecie się chcieli —To wam piana, co usta zabieli,Zamiast modlitw z sinych wyjdzie warg,Że się własne dzieci zlękną was.O! módlcie się, Lachy, póki czas!
Bodaj ciebie za pieśń czarci wzięli.
Skrzypicielu, zagrajno weseléj.
Wesołego? hehej bracie miłyNie wywołuj ty śmiechu z mogiły,Bo się zlękniesz.
Stój! na rany Boże!Ja zaśpiewam im piosenkę wesołą,Co się dla nich zbawieniem stać może.
Już bieleje w polach dzionek —W karczmie jeszcze tańczy Jonek,
I za swoją goni Hanią,I wstążeczki gonią za nią,Hejże skrzypku! hejże ha!Zagrajże mi od uchaJeszcze z raz!
Na koniku wczesném ranemNa wojenkę świsnę z panem —Nie lamentuj mi dziewczyno,Nie płacz matko mi jedyno!Hejże skrzypku! hejże ha!Zagrajno mi od uchaJeszcze z raz.
Nas tam dużo może zginie;Lecz nam lepsza dola spłynieZe krwi naszéj — hejże ha!Grajno skrzypku od ucha!Niechże jeszcze z raz poskaczę,Choć matula z Hanką płacze,
Choć ich może nie zobaczęWięcéj już — hejże ha!Zagrajcież mi od uchaJeszcze z raz!
Próżno śpiewasz! pieśni jak o skałę,Obiły się o dusze zuchwałe,Ani jeden łzą się nie zasmucił,Ani grosza na pieśń nam nie rzucił.Stoją, patrzą i głowami chwieją,I z pieśni się naszych i z nas śmieją.Próżno, siostro, człek im gra i gada.Źli to ludzie. —
Niemów tak Stasieńku,Każde słowo podobne ziarenku,Wpadnie w piersi i tam nie przepada.Chodźmy daléj!
I wśród szumiących lip poszli chłoduPod modrzewiowy jeden dwór biały,Gdzie mieszkał magnat, duchem zgrzybiały.Od sybirskiego śniegu i loduŻelazny hart się w starcu złamał,I zwątpił w walkę, we krwi ofiarę,I cudu czekał na lata stare.
Wśród zwątpień wiarę przed sobą kłamał,Królewski spokój kłamał na twarzy,Spokój, co ludziom się nie poskarży —I tak w bezczynie na ojców trumnieLeżał, ich chwałą pyszniąc się dumnie,I czekał zwycięztw bez krwi, zasługi,Bez szabli, stary Irydion drugi.
Idźcie ku niemu! pieśń jak gromnicęNiosąc i wiedźcie duszę staregoW sklepione groby naddziadów jego.Pokażcie jemu to męzkie lice
Przeszłości, niech tam hartu nabierze,Niech ujrzy, że nie same pacierze,Nie sama duma, lecz i szabliceByły ozdobą starych magnatów,A jeźli starzec w takim widokuNie zadrży, z młodym zapałem w oku,Jeźli mars męzki nie zfałdzi czoła,I o kord stary, gdy nie zawoła —To się odwróćcie, mówiąc ludowi„Umarł“ — wstaną znów ludzie nowi.
Comments
Loading comments…