Bez chaty — V

Krakowie! śliczna kołysko moja!O Romo moja! królewski grobie!Jakże radosna znów dusza moja,Gdy z tułaczami idę ku tobie.O! salve! salve! w świątyń koronie,W smutku purpurze — sierocy tronie.

Znów będę klęcząc patrzał ze wzgórzaNa Wisłę jasną, co u podnożapodnóżaWawelu niby córka narodu,

Z rozpuszczonemi rzek warkoczamiLeży, ubrana w blaski zachodu,I tuli Wawel i coś wargamiSzepta mokremi na pocieszenie.

I znowu czoło zwite w cierpienie,W palące troski, w gryżące bóle,Do starych, zwilgłych murów przytulę —Chłodząc się pieśnią starą, co z wieka,Jak strumień, przez te mury przecieka.

Chodźcie tułacze! — pójdziemy razem,Przed każdym świętym klękniem obrazem;O! jest gdzie modlić się w naszém mieście!Z tłumem modlącym przed Maryi kościołem.Przy dzwonów biciu uderzym czołem,Aż jęk rozedrze chmury nareszcie,Litością świętych skruszą się twarze,I Bóg nam niebo szczęścia pokaże.Salve Cracovia!

Co to jest? ChrysteGdzie miasto moje? — morze ognisteSzaleje w miejscu gdzie miasto było;Bałwany czarne dymów się wiją,Piętrzą się z ogni i w niebo biją, —A wieże toną — a pod mogiłąOgni, we dzwony na trwogę walą,I ludzie dziką wrzawą się żalą.

Straszne, bolesne były to chwile!Lud po kościołach tarzał się w pyle,I wołał z jękiem, trwogą przejęty:O nieśmiertelny! o mocny! święty!Od ognia racz nas zachować Panie!O Matko uproś, odwróć karanie! —A ogień ludzi z świątyń wyrzucałSzydząc i w twarze świętych się rzucał.I od téj świątyń płonących świecyStraszny blask padał po okolicy,I lud bez dachu, skłócony z światem,

Jako Izrael nad EufratemNa polach leżał jak na całunie,Blady i niemy, przy krwawéj łunie.

Pod tą ognistą twojego gniewuŚwiątynią, Panie, klękam bolesny,I popiół gruzów miasta mojegoSypiąSypię na głowę jako szron wczesny,Na usta, jako żałobę, kładnąkładnę,Po mojém szczęściu i ślub ci czyniączynię,Że nosić będąbędę ją w wszéj godzinie,I niechcąniechcę widzieć w duszy wesela,Póki to miasto nie wstanie ładne,Potężne; póki Zygmunt z WawelaW pieśń Wielkanocną się nie rozjęczy.A jeźli kiedy w płacze łabędzieRozpuszczę lutnię — nie o mnie będziePłacz, ale z bólu, co naród dręczy.Jeźli do modlitw ręce rozłożę —Nie za mnie modlić się będę. Boże!

Daj, niech przed jedną tą myślą jasnąMarzeń mych małych gwiazdy pogasną,I małe bóle znikną. Dość długoGołębich gruchań byłem ja sługą.Dziś — dziś spokojny jak nagie skały.Burze’m miał w życiu, ale przewiały,I łzy niemęzkie już skamieniałyOd zimna jednéj kobiety białéj,Co na me prośby, bóle najkrwawsze,Zimną — kamienną twarz miała zawsze.Za strasznych nocy bezsennych tyle,Za przemarnione młodości chwilePrzekląć ją nawet usta me bladeNie śmią — i pamięć o niéj dziś kładęNa sercu, jako kwiaty uschnięteJuż — na pamiątkę, na lata stare.O Boże! przyjmij serca ofiarę,Ochrzcij mnie bólem na rzeczy święte;Bo chcechcę jak posąg być Laokona,Co kona, lecz nie za siebie kona.

Iść nie mogę daléj, bracie drogi;Kamieniami poranione nogiNieść już niechcą — pot mi cieknie z czoła,I osłabłam cała… siądź, bo padnę.

Jeszcze trochę — tam koło kościołkaNa pagórku widzę lipy ładne,Stare, z chłodnym cieniem — tam spoczniemy.Uchwyć się mnie — niedługo dojdziemy.

Jak tu dobrze, lipy pachną w koło,Chłodny wiater wieje mi na czoło.

A ty czemu Stasieńku nie siadasz?Siądź tu przy mnie — cóż-to? ty nie gadaszDo mnie? — ty drżysz? — co ci, mój sokole?

Straszne, straszne rzeczy, widzę w dole!Miasto jakieś jakby od piorunaRoztrzaskane — dym jak z kadzielnicyPłynie czarny — i po okolicySmutek głuchy leży; więc ta łuna,Co nam niebo w każdą noc krwawiła,Z tego miasta tak okropnie biła.

Od powietrza, ognia, Boże z nieba!…

Nie módl się już, siostro, — niepotrzeba!Ogień się już nie chwyci popiołów —

Wszystko w gruzach — czerepy kościołówRozwalone, bez dzwonów tam leżą,I niemodlą się — już i niewierzą.Tylko zamek jakiś w drzew koronieStoi ogniem nietknięty w téj stronie.

A mogilnych po za miastem znakówNiema?

Są, są — dwie jakieś mogiłyZ dwóch stron miasto ono otoczyły —Choć zielone, smutek znać.

To Kraków!

Kraków, Kraków — miasto takie święte,

Takie stare, Bogu zasłużone, —A dziś leży ono poniżone,I swą starą sławę w gruzach grzebie,Chyba niema Pana-Boga w niebie.

Niebluźń bracie!

„Vere dignum et justum est,„Aequm et salutare —„Nos tibi semper et ubique„Gratias agere„Domino sancte pater —„Omnipotens aeterne Deus!“

Módl się ze mną razem!

Toż po tylum świętych miejscach chodził,Gniótł kamienie przed każdym obrazem,I postami ciałom moje głodził,A nie zesłał Bóg śmierć na ojczyma,I nieszczęściom naszym końca niema,I nie będzie — taką dziś mam wiarę,Kiedy patrzy na to miasto stare.

Z gruzów Kraków wstanie znów bogaty,I my bracie powrócim do chaty.

Kiedy?

O! Teresko! jakby ja rad chętnieWrócić w chatę i pracować skrzętnie,Orać ziemię, sierpem żąć na łanie —Mnie już nudzi włóczęga i granie.

Granie, bracie, dał ci Pan-Bóg z nieba,Dar to śliczny i ludziom go trzeba.

I ja nieraz tak dumałem sobie —I gdym ludzi zobaczył w żałobie,I zobaczył jak od mojéj pieśniPogodnieli — i gdy zbójce leśniKruszyli się słysząc moje granie,I w pierś bili, — gdy słabi mocnieli,I wierzyli, co wiary nie mieli,Tom ja klękał i mówiłem: PanieBoże! przyjmij me podziękowanie,Ale nieraz kiedy ludzi niema,Kiedy pieśniąpieśni śpią jak w lesie ptacy —To mnie nudzi to życie bez pracyI bez jutra — i wstyd duszę ima,I mam w sobie dużo niepokoju,I zazdroszczę wtedy tym, co w znoju

Na chléb robią; pająkom, co przędąPszczołom, kiedy na kwiatach usiędą,I ptakowi, kiedy gniazdo sprzęga,Bo ich życie — praca — nie włóczęga.

Niechże będzie Chrystus pochwalony.

Na wiek wieków.

Może w nasze stronyWędrujecie — to siadajta ze mną,Pogwarzywa przez drogę przyjemno.

Jedźcie z Bogiem.

A gdzie wy jedziecie?

Pod Dunajec czarny, jeźli wiecie.

Stachu! z naszych stron. (głośno)Nie znacie czasemMarcinowéj chaty po pod lasem?

Oj! ktoby jéj nieznał, — toć MarcinaZnała każda naokół wiosczyna,Mądry człek był i znał różne leki,I wędrował po ziemi dalekiéj.Umarł biedak — ojczym dzieci jegoWygnał z domu na żebry niebogi,Zmarły pono — a matka bez małaOd niedawno z żalu oszalała.Bądź-ta zdrowi i mnie czas do drogi.

Oszalała — słyszysz — oszalała,O mój Boże, o mój Jezu złoty —Oszalała za dziećmi z tęsknoty.A my tutaj po gościeńcach gramyI nierobiąc nic cudu czekamy.

Lepiéj niech się rozlecą w kawały,Niżby ciągle płaczliwie śpiewałyO nieszczęściach, co się skończyć niechcą.

Chodźmy siostro! pójdziemy w nasze strony,Wezmę z sobą topór wyostrzony,Skuteczniejszy niż pieśń i pacierze.Raz nim jeszcze w ojczyma uderzę —Rozpacz doda sił, — a ludzie w sioleNie napiszą mi „zbójca“ na czole,Choćby tylko dla tego, żem tyleCierpiał przez tułactwa gorzkie chwile.

Bracie, patrzaj — ja dziś niemam siłyOd topora wstrzymać ręce twoje,Boś ty cierpiał tyle, że się boję,By nieszczęścia twe mnie nie zabiłyWyrzutami, że memi radamiNamnożyłam ich tyle latami.Dziś Tereska twa inaczéj wierzy:

Kiedy ludzka sprawiedliwość drzéma,Kto zbrodniarza toporem uderzy,To nietylko taki grzéchu niema,Ale jest jakby Boży wysłaniec,Co narzuca na zbrodnie kaganiec,I naucza krwawemi znakami,Że jest sprawiedliwość po nad nami.Chodźmy! chodźmy!

Chrysta rodzicielko,Daj mi wiarę w moją wiarę wielką.

Klęknij bracie! przed kościelnym progiemMódl gorąco się, braciszku miły,Bo niebieskiéj trzeba tobie siły,I zwyciężysz, bracie, tylko z Bogiem.

I prosząc klęka wraz z nim u proga,On klęknął przy niéj — ostrząc w wzruszeniuTopór swój na kościelnym kamieniu,Wielkie zanoszą modły do Boga.I nie jak dziad już szemrał modlitwy,Ale jak żołnierz na polu bitwy!

Comments

Loading comments…