Bez chaty — VI

Kto woli życie niż pokój zgniły,Niż w księżycową noc miękkie łoże,Kto wierzy ze mną, że sklep mogiłyTylko piorunny miecz przeciąć może —Niech do końca słucha méj pieśni —Przecierpi życie, ale nie prześni.Ja płaczę, ale z nadzieją płaczę,Z piorunem w dłoni.„Gdzie są słuchacze?“Jedni od huku pioruna zbladli,

I klną pieśniarza, co im sen mąci,Inni w kościołach krzyżem upadliCzekają cudu — a gdy ich trąciW zmęczone piersi piosnka ze stali —To krzyczą „nie czas, nie czas!“ zwątpiali,I herbownicy plując w sufity,Brzydzą się mściwym mieczem Judyty,Każdą chęć czynu chrzczą mianem zdrady.Podli! niech gniją w bagnach jak gady!

Ale wy młodzi z orlemi pióry,Z myślą, co pragnie, z duszą, co płonie,Dla was pieśń moja na Tatrów tronie,W wieńcu piorunów i w czarne chmuryUbrana. Dusza bólem zmęczonaNiezna spokoju Spirydiona,I znać go niechce — i walki chciwa:Rzuca modlitwy — topór porywa.Bóg mnie piorunem nie przeklnie za to —O! witaj, witaj rodzinno chato!

Tak, tak — tu mi lepiéj z tobą Stachu,

Tam okropnie w chacie — tam id strachuUschłam cała — w kącie przytulonaPatrzałam się na niego jak kona;Strasznie kona — gad mu ciało toczy,Pianą ośliniony — z bólu oczyBiałkiem w górę wywrócił — i trzy dniKona, kona i skonać nie może.Może dzisiaj skona — trupa synkuWyrzucimy — i wejdziesz do chaty,Ja świąteczne z skrzyni wyjmę szaty,Włos uczeszę — ogień na kominkuWielki zrobię — wieczerzę bogatąDam i będą gody — cóż ty na to?Ty nie gadasz nic do twéj matuli?

Matka z płaczem do ciebie się tuli,A ty chłodny — może ty zły, że mnieZachciało się ciebie potajemnieTu czarami sprowadzić z oddali.Ja niemogłam inaczéj, bo całaZ bólu bym się rozpadnąć musiała,A i ludzie w siole wytykaliMnie palcami i szepcząc mówili:„Patrzcie, ot tę dzieci porzuciliJako sukę!“ więc z rozkazu wróżkiWyszłam w północ na rozstajne dróżki,Z pełnéj garści żółty piasek siałamPo kamieniach twardych i gadałam:„Jak ten piasek w bujną trawę wnijdzie,Tak mój synek miły do mnie przyjdzie!“Więc mnie nie klnij za to, bobym całaZ bólu jako węgiel poczerniała.

Łzy czy rosa spadły mi na ręce?Płaczesz synu? płacz — twojéj mateńce

Te łzy jako deszcz na wiosnę ziemi,Twoja siostra nieraz łzy takiemiMnie zlewała — dobrze mi w téj było —Ona teraz pod chłodną mogiłą —Wszak umarła? prawda?

Och kochana!Śpi w mogile w chłodnéj pogrzebanaNad mogiłą wierzba się kołysze.

Gdzie tu matka, Stachu? — matkę słyszę —Matko! matko!

Po nad wierzbą dusza jéj skrzydlataGołąbeczkiem białym lata — lata.

Staszku! kto tu mówi tak boleśnie?To nie matka — onaby już wcześnieOd radości krzykła i leciałaDo nas we łzach i w uśmiechu cała.

Strasznie, strasznie — matka nie poznałaSwoich dzieci — szklannemi oczymaPatrzy na nas — za jawor się trzymaI drży.

Matko — mateńko jedyna,Spamiętaj się — nie patrz tak na syna —Lecz go witaj.

Jacyś ludzie bieli —Możeby mi syna porwać chcieli —O! nie porwą. (chwyta za jawór.)

To ja, matko miła!Jeźliś pamięć twych dzieci straciła,To me ślepe oczy — znak, co smuci,I płacz — niech ci matko pamięć wróci.

I czemuż ci ludzie — Panno święta!Skowyczą koło mnie jak szczenięta?

My cię matko musieli porzucić,Lecz nas nie klnij, i przestań się smucić,Dziś wracamy, by ci stare lataSłodzić matko, by rodzinna chataByła naszą — strasznym rozhoworemSkończę sprawę z ojczymem — toporem —

Tym błyszczącym, ostrym.

Ach zbójnicy!

Próżno wszystko już! w szklannéj źrenicyMatki nie ma już dla nas wesela.

Nie rozpaczaj — Pan-Bóg może wiela —Matka wróci nam i skończy biedyNasze długie.

Ale kiedy? kiedy?I znowu czekać.

Któż ci każe czekać?Pierwéj zabij go i odbierz chatkę —

Potém leczyć będziemy naszą matkę —Weź twój topór i chodź — nie czas zwlekać!

Krew zagrała mi na słowa twe,Idę! idę! (idzie ku chacie, nagle staje.)Nie zabójca’m a drżę,Bo krew ludzka pierwszy raz na twarzPluśnie.

To za matkę — i jéj łzamiObmyj siebie i winę twą zmaż.Łzami matki — memi modlitwamiBędziesz czysty, biały — idź! idź bracie!Ja się modlić będę.

Cicho! w chacieJakieś gwary słyszę — Szymon gada.

Lepiéj mi już dzisiaj — znacznie lepiéj —Stara, daj jeść co — to mnie skrzepi —I sił doda — no! i czegóż bladaKuczłaś w kącie i strachem przejętaTak się trzęsiesz jak gęś niedorznięta.

Wiatrem po ziemi, chmurką po niebiePrzyleć, bo umrę synku bez ciebie.

Znów go wołasz? — ja wiem, tybyś chciała,Byś na marach mnie rychło widziała,A synalka dać na to posłanieMiękkie moje — o niedoczekanieTwoje — ja żyć będę bardzo długo.

Świat rozweselał i ja wesoła,Bo mi Bóg wróci mego sokoła.

Wrócił? — kto ci mówił, że on wróci?Może mówił z tobą już i możeZmówiłaś się z nim — ostrzycie noże —Może lada chwila on się rzuciNa mnie — a ja zabić niemam mocy —A śnił mi się dzisiaj właśnie w nocy —Ja się boję.

We śnie i na jawie —Słuchaj stara — ja się już poprawię,Dam co zechcesz, że ci będzie u mnieJako w raju — chodzić będziesz szumnieJak grefina — tylko mnie broń stara,Niedaj zabić, gdy twych dzieci paraTu powróci.

Słyszysz co on gada?Mnie go żal i ręka mi opada.

Na te piersi, com cię wykarmiła,Na włos siwy, na boleści siła,Klnę cię, mścij się synu mój jedynyŁez wylanych i krzywdy matczynéj.

Milcz mi stara, bo się klnę na duszę,Że jak kota rękami cię zaduszę,Że się synka nie doczekasz swego.

Na te piersi…

Przez Boga żywegoRatuj! ratuj! — kto może bo zdusi.

Prędzéj, prędzéj — na pomoc matusi!Staszku, zabij go!

I wpadł do izby — rozpaczą dziki,I ostry topór podniósł do góry,I tak stał chwilę, chwilęchwilę w ciszy ponuréj,W strasznym namyśle — aż matki krzykiDrgnęły nim całym i rzucił z rękiTopór w ojczyma — matkę w ramionaKrwawe otulił, mówiąc: „pomszczona!“

Comments

Loading comments…