Nie w porę
Raz byłem u niéj — z kotkiem na ręceSiedziała w oknie, w białéj sukience,I paluszkami draźniła kotka,Pieszczotka. —W około twarzy dziewczęcia białéj,Zarumienionéj, loczki się chwiały,I uśmiechały się oczka czarneFiglarne. —Siedzę — i czekam godzinę całą,By dziewczę z kotkiem igrać przestało,I pogadało kilka słów ze mną, —Daremno! —
Ani mnie widzi, ani mnie słyszy; —Kotek jéj rączki chwyta jak myszy,Czasem zadrapie, — ona to woli,Choć boli. —Więc rzekłem sobie: jeszcze zawcześniePukać w serduszko, co leży we śnie,I unikałem dzieweczki białéjRok cały. —Kiedym powrócił — znów w tym pokoju,Przy tém okienku pełném powoju,Bluszczów — siedziała moja pieszczotkaBez kotka. —Lecz czegoś dziwnie zmięszaną była,Oczy ku ziemi wstydnie spuściła,I zrumieniła się jak jabłuszka,Po uszka. —Byłem pewniutki, że z méj przyczyny, —Wtém wiatr firanek ruszył muśliny,I zobaczyłem sprawcę rumieńcaMłodzieńca!I znów panienka, jako przed rokiem,Choć siedzę, czekam, nie rzuci okiem;
Lecz już nie kotek tym razem winny, —Kto inny.Kto inny śpiące zbudził serduszko,I szepta teraz miłośnie w uszko. —Ha, szkoda! Późno przyszedłem trocha —Już kocha!1868.
Comments
Loading comments…